⇧ AUTOPROMOCJA ⇧

20 maja 2019

Wojskowa wieża ciśnień

Podgórz » ul. Okólna – wzgórze na pokoszarowym osiedlu mieszkaniowym
Jeszcze na początku XXI wieku cywile nie mieli tu wstępu. Budynki koszarowe oraz, znajdująca się tuż obok, wieża ciśnień były częścią wojskowej zony – miasteczka poligonowego. Dziś, kompleks dawnych budynków koszarowych tworzy osiedle mieszkaniowe potocznie zwane Meksykiem. A ze wzgórza, będącym sercem tego osiedla, spogląda zjawa dawnych czasów – ruiny wojskowej wieży ciśnień, która na początku XX wieku zaopatrywała w bieżącą wodę stacjonujących tu pruskich żołdaków.

A wszystko zaczęło się na początku XIX wieku, kiedy to rozrastająca się Twierdza Toruń, a co za tym idzie coraz większa liczebność pruskich żołnierzy, wymusiła niejako stworzenie miejsca, gdzie mogliby ćwiczyć. Strzelanie na ostro początkowo odbywało się na Kępie Bazarowej, ale gdy w 1870 roku zaczęto budować most kolejowy, trzeba było rozejrzeć się za nowym terenem. W drugiej połowie lat '70 XIX wieku na obszarze między Stawkami a Podgórzem powstały pierwsze strzelnice. Miasteczko poligonowe wyrosło na przełomie wieków i mogło zapewnić schronienie trzem tysiącom żołnierzy. Bardzo szybko, jak na miasteczko w miasteczku przystało, stało się samowystarczalne. Na terenie znajdowały się oczywiście koszarowce i budynki mieszkalne dla oficerów, do tego kasyno, poczta, kantyna oraz nasza dzisiejsza gwiazda – wieża ciśnień.
za: Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat
Wieża ciśnień powstała w 1903 roku, co czyni ją najstarszą tego typu budowlą lewobrzeżnego Torunia (o pozostałych toruńskich wieżach wodnych przeczytacie tutaj). Na początku pompa wodna była napędzana siłą wiatru – stąd ten wiatrak na dachu, który widzicie na planie i starych pocztówkach. Po elektryfikacji wiatrak zlikwidowano, zastępując go wieżyczką zegarową, a w samym budynku dodano drugi zbiornik, bo elektryczność zwiększała możliwości. Zresztą te zbiorniki zachowały się do dziś, czego nie można powiedzieć o zegarach. Bo zegary były cztery, po jednym na każdą stronę świata. Ostatni spadł kilka lat temu i przepadł. Z tymi zegarami wiąże się pewna historia, która może posłużyć nam jako dygresja czy anegtota. Otóż:
(...) okazało się, że panująca tu wilgoć szkodziła mechanizmowi zegara, który wymagał napraw, a to generowało koszty. W 1909 roku zegarmistrz Max Lange z Torunia wciąż czekał na należność za naprawę, zaległą od... 1904.
Tak jak wojsko miało problemy z płaceniem rachunków, tak wieża wodna miasteczka poligonowego miała kłopot z wydajnością. Odciążono ją w 1907 roku, kiedy to koszary przyłączono do wodociągów Podgórza.
pocztówka z 1907 r., za: fotopolska.eu
pocztówka z 1905 r., za: fotopolska.eu
Blisko sto lat później zaniedbana wieża oraz okoliczne budynki koszarowe przechodzą do cywila. Z koszarowcami jest łatwo – zostają przekształcone w mieszkania socjalne. Z wieżą wodną miasto ma... pod górkę. Dosłownie i w przenośni. Brak pomysłów sprawia, że zostaje pozostawiona sama sobie. I ten stan rzeczy, od blisko dwóch dekad, nie uległ zmianie. Póki co, opiekę nad obiektem sprawują głównie lokalni wandale, co skończyło się kilkoma pożarami. Jeden z nich częściowo strawił więźbę dachową... co ja piszę... przecież to prawie dachu nie ma. Fragmenty ścian drugiego piętra zawaliły się do środka, z wieżyczki zegarowej zostały resztki i tylko patrzeć jak komuś zbiorniki na łeb spadną. Tak więc, dobrze nie jest.
 
Czy zatem to kolejny toruński zabytek skazany na zagładę? Hm... ciężko na to pytanie odpowiedzieć. Wprawdzie latem 2018 roku pracownia Thermoproject Winogrodzki na zlecenie Urzędu Miasta opracowała projekt rewitalizacji wieży ciśnień, ale do dziś nie zajęto się jego realizacją. Mam nadzieję, że to się zmieni i to szybko, bo dewastacja postępuje, a upływający czas nie jest sprzymierzeńcem.

13 maja 2019

Mokrzańskie Stawy

Mokre » między Trasą Średnicową a osiedlem Świętopełka
Tym razem nie będzie ani o architekturze, ani o wielkiej historii. Robimy też krótki odpoczynek od dawnych mieszkańców Torunia. Dziś pokontemplujemy nad stawami między osiedlem Świętopełka i ogródkami działkowymi przy Batorego a Trasą Średnicową. To ostatnie takie miejsce na Mokrem, oaza spokoju, gdzie można podglądać przyrodę.

Mokrzańskie Stawy powstały w latach '70, kiedy budowano pobliskie osiedle. Jednak nie wykopano ich ze względów estetycznych, ale z powodów czysto pragmatycznych. Otóż dawna wieś, a dziś dzielnica Torunia nie bez kozery nazywa się Mokre. Na Mokrem naprawdę jest mokro, a wszystko przez płytko zalegającą wodę gruntową. To w znacznej mierze tereny podmokłe, bagniste. Tak więc, gdy budowlańcy zaczęli kopać fundamenty pod bloki, ta woda gruntowa zaczęła ich zalewać. Ktoś mądry wpadł więc na pomysł, aby ją odprowadzić do jakiegoś zbiornika. I właśnie tak powstały Mokrzańskie Stawy.

Dziś te dwa niewielkie zbiorniki wodne nie pełną już swojej pierwotnej funkcji. Dlatego też, gdy z Urzędu Miasta wyszła wiadomość o planowanej budowie Trasy Średnicowej, zakładano zasypanie stawów. To – co zupełnie zrozumiałe – nie spodobało się okolicznym mieszkańcom, którzy postanowili zawalczyć o swój przyrodniczy zakątek. W 2010 albo 2011 roku ruszyła akcja „Ratujmy nasze stawy”. W jej wyniku urzędnicy skorygowali plany budowy drogi, dzięki czemu zbiorniki zostały nieco pomniejszone, ale ocalały. W 2016 roku przeprowadzono prace porządkowe. W tym czasie powstał – widoczny na zdjęciach – pomost, utwardzono ścieżki a także ustawiono ławki i kosze na śmieci.

Mokrzańskie Stawy to lęgowisko i dom dla wielu gatunków ptaków wodnych i płazów. Można tu spotkać kaczki krzyżówki, łabędzie (w trakcie zdjęć nie miałem do nich szczęścia), łyski zwyczajne czy żaby, które dają tu znakomite koncerty. Stawy to magiczne miejsce, pełne niepowtarzalnego uroku. Gdy będziecie w pobliżu, koniecznie tam zajrzyjcie. W takim otoczeniu, z aparatem czy bez, można stracić poczucie czasu. Czego szczerze Wam życzę.☺️

6 maja 2019

Kamienica z literackim epizodem

Bydgoskie Przedmieście » ul. Bydgoska 100/ul. Kochanowskiego 1
Kilka tygodni temu opowiadałem Wam historię architekta Georga Sopparta, który w Toruniu miał kilka ciekawych realizacji, na czele z kamienicą Franza Zährer na Starym Mieście. Tworzył jednak głównie na Bydgoskim Przedmieściu. Do dziś możemy podziwiać jego piękne kamienice stojące przy ulicach Mickiewicza czy Sienkiewicza. A także na rogu Bydgoskiej i Kochanowskiego. I właśnie tutaj dziś jesteśmy. 

Budynek utrzymany w stylu włoskiego neorenesansu powstał w roku 1886 jako kamienica czynszowa. Przyglądając się jej, można dostrzec liczne zdobienia oraz charakterystyczne dla Sopparta boniowanie. Z księgi adresowej z roku 1904 dowiemy się, że wówczas mieszkało tu czternaście osób. Ich nazwiska pewnie nic Wam nie powiedzą. Byli zwykłymi – zapewne ciężko pracującymi – mieszkańcami Torunia, którzy nie zapisali się w historii miasta. Ciekawie zaczyna robić się rok później, kiedy to do jednego z mieszkań wprowadza się pisarz Stanisław Przybyszewski wraz ze swoją kochanką – Jadwigą.

Do Jadwigi i tego, dlaczego miała status „kochanki”, za chwilę wrócimy. Najpierw jednak skupmy się na samym Przybyszewskim oraz jego korzeniach i wcześniejszych związkach z Toruniem.
zdjęcie portretowe S. Przybyszewskiego, za: NAC
Stanisław Przybyszewski (tak, to ten pan na zdjęciu powyżej) przyszedł na świat 7 maja 1868 roku we wsi Łojewo nieopodal Inowrocławia. Jego ojciec był nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy Stasiu miał trzynaście lat rodzice wysłali go do toruńskiego gimnazjum. Do Torunia przyjechał 19 kwietnia 1881 roku. Zatrzymał się u przyjaciółki swojej matki, niejakiej pani Gruhn, która mieszkała w kamienicy przy ul. Żeglarskiej 4. O ile dobrze pamiętam, nauka w pruskim gimnazjum trwała sześć lat, ale toruńska szkoła nie dał rady tyle wytrzymać z Przybyszewskim. Dziś powiedzielibyśmy, że był buntownikiem, zafundowali kilka pogadanek, wysłali do psychologa... Ale wtedy, tak się nie pieszczono. Po licznych konfliktach z kolegami i nieprzykładaniu się do nauki, Stanisław opuszcza Toruń w 1884 r. Z wpisaną do akt naganą, został przeniesiony do gimnazjum w Wągrowcu (dzisiejsze woj. wielkopolskie). Tam też napisał maturę i w 1889 r. wyjechał do Berlina rozpocząć studia najpierw architektoniczne, a rok później także medyczne. Jego buntowniczy charakter sprawił, że nie skończył żadnego z tych kierunków. Najpierw został aresztowany za kontakty z ruchem robotniczym, a w 1893 r. wydalony z uczelni. Czy Przybyszewski żałował przerwanych studiów? Pewnie nie. Już wtedy pisał i obracał się w środowisku berlińskiej bohemy. Jego poemat prozą Totenmesse tak zachwycił Edwarda Muncha, że ten – inspirując się tekstem – machnął swoje najbardziej rozpoznawalne dzieło czyli Krzyk.

Pisarz bardzo szybko wsiąknął w artystyczny świat. Świat z jednej strony bardzo pociągający, z drugiej zaś destrukcyjny. Jego czas – o ile nie tworzył, czy nie redagował pism, którym przewodził – wypełniały alkohol, narkotyki i kobiety. Właśnie niestabilność uczuć Stanisława wkrótce miała doprowadzić do kilku tragedii.

W 1896 roku – będąc w ciąży z czwartym dzieckiem Przybyszewskiego, nie mogąc liczyć na jego miłość i wsparcie – samobójstwo popełniła wieloletnia kochanka pisarza, Marta Foerder. W tym czasie, Stanisław był już mężem norweskiej pianistki Dagny Juel, którą poślubił w 1893 roku. Trójka osieroconych przez Martę dzieci nie znalazła jednak schronienia u artystów. Synem zajęła się matka Stanisława, dwie córki trafiły do przytułku.

Dagny i Stanisław byli ubóstwiani przez środowisko, ale Norweżka bynajmniej nie uważała, że jej życie to sielanka. Przez lata znosiła zdrady męża, jego alkoholowe ciągi i permanentny brak kasy. Mimo to, kochała go i puszczała jego skoki w bok w niepamięć. A co robił Stachu? Zaliczał kolejne kobiety, w tym żony przyjaciół.

W 1899 rok miał romansował z malarką Anielą Pająkówną, a gdy ta zaszła w ciążę nasz literat zaszył się we Lwowie, w domu poety Jana Kasprowicza, któremu zbałamucił żonę. Jadwiga Kasprowicz zostawiła męża i córki i odeszła z Przybyszewskim. Dla Kasprowicza był to cios, po którym nigdy nie zdołał się podnieść. 

A co u Dagny? Dagny wdała się w romans z Władysławem Emerykiem – niezrównoważonym psychicznie synem milionera z Kaukazu. W 1901 r. para kochanków wyjechała do Tyflis (tak wówczas nazywała się stolica Gruzji Tbilisi), gdzie młody Emeryk zastrzelił najpierw ukochaną, a potem siebie. Czy Stachu przejął się śmiercią żony? No niekoniecznie. Nie sprowadził jej ciała, ani nie przyjechał na pogrzeb.

Przybyszewski i Jadwiga zamieszkali w Warszawie, ale po wybuchu rewolucji rosyjskiej w 1905 roku, przenieśli się do Torunia. To właśnie wtedy zamieszkali w domu na rogu Bydgoskiej i Kochanowskiego. I to w Toruniu Stanisław leczył się z alkoholizmu. Toruński detoks chyba działał, bo w kamienicy, którą Wam dziś pokazuję, nasz artysta napisał dwa dramaty: „Odwieczna baśń” i „Śluby” oraz powieść „Spowiedź”. A należy zaznaczyć, że w Toruniu mieszkał tylko przez rok. Jadwiga też nie próżnowała. Będąc w Toruniu, doprowadziła do końca swój rozwód z Janem Kasprowiczem i 11 kwietnia 1905 roku poślubiła Stanisława. Ślub odbył się w Inowrocławiu.

W 1906 roku wyjechali do Monachium. Pieniądze na podróż zdobyli dzięki oficynie braci Buszczyńskich. Toruńska drukarnia kupiła prawa do „Ślubów” i wydała je drukiem w 1907 roku.

Po wybuchu I wojny światowej, zapotrzebowanie na literaturę znacząco spadło. Przybyszewski nie był już tak chętnie drukowany jak kiedyś, co wiązało się ze spadkiem dochodów. Gdy Polska wróciła na mapy Europy i świata, Stanisław powrócił na Pomorze. Przez cztery lata pełnił funkcję urzędnika biura tłumaczeń w Dyrekcji Kolei Państwowych w Wolnym Mieście Gdańsku, a także współtworzył tamtejszą polską szkołę. Do Torunia wrócił na moment w 1923 roku. Zatrzymał się wtedy u Kazimiery Żuławskiej, w legendarnej „Zofiówce” przy Bydgoskiej 26. Chciał tu osiąść na stałe, właśnie na Bydgoskim Przedmieściu. W styczniu 1924 roku Stanisław Przybyszewski pisał tak:
(…) wraz z żoną nie pragniemy niczego tak gorąco, jak teraz wreszcie, kiedy już ma się na starość, znaleźć mieszkanie (…) w domu czystym, jasnym, możliwie porządnym, a zdaje się, że w Toruniu tylko na Bydgoskiej ulicy i jej przecznicach można znaleźć tego rodzaju mieszkania i domy (…)
Jednak nie dane mu było tu zamieszkać. W listopadzie '24 był już na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie objął funkcję urzędnika kancelarii cywilnej Prezydenta RP, którym wówczas był jego imiennik – Stanisław Wojciechowski, ale gdy dwa lata później na Zamek wprowadził się Ignacy Mościcki, dla Przybyszewskiego nie było już miejsca.

Wówczas już nikt nie chciał wydawać jego dzieł – gwiazda bezpowrotnie zgasła. W 1927 roku, bez kasy i sławy, wrócił na rodzinne Kujawy. Toruń, Berlin, Kongsvinger, Monachium, Praga, Lwów, Kraków, Warszawa – facet zwiedził kawał Europy, ale ostatecznie wrócił do początku. Na zaproszenie Józefa Znanieckiego – ziemianina z Kujaw – zamieszkał w jego dworku w Jarontach, niespełna cztery kilometry od wsi Łojewo, w której się urodził. Zmarł 23 listopada 1927 roku.

Celowo nie odniosłem się do literatury, jaką tworzył Przybyszewski, bo jej po prostu nie znam. Młoda Polska, to nie moja bajka, ale faktem jest, że Autor mieszkał i tworzył również w Toruniu, a także – w jakiś sposób – umiłował nasze miasto. O tym, że zajmował mieszkanie w kamienicy przy Kochanowskiego 1, a w okresie szkolnym przy Żeglarskiej 4, zapewne część z Was nie miała pojęcia. Pewnie prędzej kojarzycie ulicę Przybyszewskiego – tak, to tam gdzie schronisko dla bezdomnych zwierząt, ogródki działkowe „Flisak” czy dawna przystań AZS. 

Przybyszewski z pewnością nie był postacią godną naśladowania. Czytając jego biogram, raczej przeważały we mnie uczucia pejoratywne, ale z drugiej strony kim jestem, aby go oceniać? W dzisiejszym show biznesie romanse, zdrady, alkohol czy narkotyki są czymś normalnym. Nie twierdzę, że dobrym, ale powszechnym. A powszechność nie szokuje. Tak to już jest. Stanisław Przybyszewski był zatem skandalistą swoich czasów. Takim polskim Hankiem Moodym. Postacią barwną i złożoną. Jego życiorys, pełen wzlotów i upadków, zapisał się w historii europejskiej literatury pogrubioną czcionką, a toruńskie epizody pisarza stały się ciekawostką dla miłośników i odkrywców lokalnej historii.

Spoglądając na budynek stojący na rogu ulic Bydgoskiej i Kochanowskiego, nie można też zapominać o człowieku, który go zaprojektował i zbudował. Georg Soppart, dzięki swym realizacjom, w dużej mierze przyczynił się do stworzenia klimatu Bydgoskiego Przedmieścia. Klimatu, który wciąż przyciąga i czaruje.

1 maja 2019

📘#48: „Wada” – Robert Małecki

Małecki wraca do Chełmży.

Upalne lato 2018 roku. Na płatnej plaży Jeziora Chełmżyńskiego zostaje znaleziony pusty namiot. Wokół niego i w środku policja znajduje liczne ślady wskazujące na morderstwo. Problem w tym, że nie ma ciała, nie ma narzędzia zbrodni, ani tym bardziej sprawcy. Tak rozpoczyna się jedna z najtrudniejszych spraw w karierze komisarza Bernarda Grossa. A jakby tego było mało na jego biurko trafiają akta sprawy sprzed trzydziestu lat, kiedy to we wsi Strużal, nieopodal Chełmży, zaginęła bez śladu młoda kobieta i jej malutki synek.

Te dwie sprawy, w pewnym momencie zaczynają się przeplatać, a potem łączyć ze sobą, a Gross nie spocznie dopóki nie pozna całej prawdy. Bo – proszę Państwa – może Bernard jest mrukiem, bywa nawet dupkiem, ale nie brak mu determinacji. To facet, którego – mimo jego licznych wad – chce się mięć po swojej stronie. Dlaczego? Ponieważ jest cholernie skuteczny, nawet jeśli ta skuteczność wynika czasem z przypadku.
Podobnie jak w poprzedniej książce Roberta Małeckiego – Skazie, tak i w Wadzie Toruń pojawia się jedynie epizodycznie. Zaglądamy do Hospicjum „Światło”, do szpitala na Bielanach czy na Rubinkowo. Głównym miejscem akcji jest tu Chełmża i okoliczne wsie, a także (gościnnie) Brodnica i jej sąsiedztwo. 

Robert zadbał o szczegóły topograficzne, ale także realizm jeśli chodzi o kryminalistyczne niuanse. Momentami miałem wrażenie, że książkę napisał „rasowy pies”, przy czym najnowsza powieść Małeckiego bynajmniej nie ma konstrukcji policyjnego raportu. Wada to solidnie skrojony kryminał, ze świetną historią, bohaterami w 3D i klimatem – dusznym i parnym niczym tropikalne lato. Mam takie poczucie, że z powieści na powieść Autor staje się coraz lepszy w konstruowaniu wyrafinowanych fabuł. U Małeckiego widać wpływ skandynawskich kryminałów i pozytywne fluidy od Harlana Cobena. Nie jest to jednak ślepe naśladownictwo a mądre czerpanie wiedzy od mistrzów gatunku.
Wada, to mroczny, wielowątkowy kryminał, który zaspokoi apetyt każdego miłośnika zbrodni i opowieści policyjnych. Niestety, zaspokoi jedynie na chwilę, bo po przeczytaniu, ma się ochotę na więcej. No, ale tak to już bywa z czytelniczym łakomstwem. Tym obżartuchom ciągle mało i mało.

ISBN: 978-83-66278-52-3
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 536
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka
seria: komisarz Bernard Gross