poniedziałek, 7 września 2020

„Dziki Toruń” czyli „Po Toruniu 2”

 📂 28/2020 (362)

 

https://DZIKITORUN.blogspot.com/

Już od kilku miesięcy nosiłem się z zamiarem powiększenia bloga Po Toruniu o sekcję poświęconą miejskiej przyrodzie. Wstrzymywałem się jednak z ostateczną decyzją, ponieważ temat ten, nie do końca pasował do konwencji bloga. Po Toruniu to witryna poświęcona konkretnym miejscom, bardzo ograniczonym przestrzennie, a tu nagle co... miałbym wrzucać fotorelacje ze swoich „dzikich” spacerów? Niby można... wszystko można zrobić, ale... no, nie grało mi to i tyle. Dlatego zawiesiłem pomysł i postanowiłem przeczekać go, oczekując aż rozwiązanie samo wpadnie mi do głowy.

Tak oto powstał sequel bloga Po Toruniu, czyli Dziki Toruń. Ten nowy twór internetowy będzie się skupiał wyłącznie na toruńskiej przyrodzie, a jego głównym filarem będą zdjęcia. Myślę, że teksty też będą się pojawiać, ale przybiorą charakter raczej krótkich opisów/komentarzy, aniżeli pełnometrażowych artykułów (jak w przypadku niniejszego bloga). Między innymi dlatego nie chciałem, aby Dziki Toruń stał się kolejnym działem Po Toruniu.

No dobrze, to tyle tytułem wyjaśnienia i wstępu. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na  https://dzikitorun.blogspot.com/.

piątek, 28 sierpnia 2020

„Powtórka” [wydanie II, poprawione] – Marcel Woźniak (📘№ 76)

 📂 27/2020 (361)

|KSIĄŻKI|

Powtórka to powracający na księgarskie półki powieściowy debiut Marcela Woźniaka – pełnokrwisty toruński kryminał z wyrazistym głównym bohaterem i wciągającą, mroczną historią. Aż chce się napisać: „przeżyjmy to jeszcze raz”, bo pewne opowieści po prostu miło sobie przypomnieć co jakiś czas.

„Wisła była czerwona od krwi” – to jedno z pierwszych zdań, jakie pada w kryminale Marcela, a na pewno pierwsze, które zapada w pamięć. Jest mocne niczym spirytus i idealnie oddaje atmosferę, jaka już od pierwszych stron ogarnia Powtórkę. Nie jest to jednak książka o zagadnieniach z morfologii ツ, tylko solidnie skonstruowany gatunkowiec z gliniarzem w roli głównej.

Tym gliniarzem, jest stary policyjny piernik – komisarz Leon Brodzki, którego poznajemy w momencie, gdy przechodzi na emeryturę. Tak mogłaby się skończyć książka, a nie zaczynać, prawda? Ale toruński superglina niedługo cieszy się spokojem. Właściwie nawet nie zdąża posiać ogórków na działce, gdy jego były szef ponownie wzywa go na służbę. W mieście pojawił się właśnie seryjny morderca, który sam siebie nazywa „Heraklitem”. Typ nie próżnuje i ostro sobie poczyna; co więcej, zdaje się, że ma z Brodzkim jakieś niewyrównane rachunki. Komisarz chcąc nie chcąc (z naciskiem na to drugie) rozpoczyna swoje ostatnie (nadprogramowe) śledztwo i daje się wciągnąć w chorą grę psychopatycznego mordercy...

Trzeba Wam wiedzieć, że drugie wydanie Powtórki, owszem zyskało nową okładkę, a także nowego wydawcę, ale przede wszystkim zostało gruntownie przeredagowane. W porównaniu z pierwszym wydaniem tekst jest bardziej dynamiczny, a i pozbyto się kilku wcześniejszych błędów. To nadal ta sama Powtórka z tym, że w ulepszonej wersji 2.0. 

I wiecie co... lubię tę powieść (i to w obu wydaniach). Lubię ją, ponieważ Toruń Marcela jest mroczny i niebezpieczny, i przypomina trochę batmanowskie Gotham City, ale ma też coś z lynchowskiego Twin Peaks. Również sam komisarz Brodzki jest jednym z tych nielicznych literackich gliniarzy, któremu nie dość, że nie życzę rychłego zgonu w ciemnym zaułku, to jeszcze go polubiłem. A jak dodamy do tego ciekawą i dobrze opowiedzianą historię, no to mamy już solidną gatunkową powieść, do której z przyjemnością wróciłem po tych kilku latach. Do tego powrotu i Was zachęcam, jeśli już znacie „Powtórkę”, reszcie natomiast radzę szybko nadrobić zaległości, bo to jedna z TYCH toruńskich powieści, którą po prostu trzeba i warto przeczytać.


ISBN: 978-83-8147-954-7
wydawca: Novae Res
ilość stron: 396
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami
seria: Leon Brodzki (tom 1)

Dziękuję Wydawnictwu Novae Res
za udostępnienie egzemplarza książki.

 

piątek, 7 sierpnia 2020

„Żałobnica” – Robert Małecki (📘№ 75)

📂 26/2020 (360)

|KSIĄŻKI| 

Robert Małecki – autor toruńskiej trylogii z Markiem Benerem i chełmżyńskiej serii z Bernardem Grossem – powraca z nową i jakże inną od pozostałych, powieścią osadzoną w Toruniu. Inną, chociażby dlatego, że nie jest to kryminał, a mroczny thriller psychologiczny z kobietą w roli głównej i w pierwszoosobowej narracji. Panie i Panowie, poznajcie Żałobnicę.

Punktem wyjścia opowieści jest tu wypadek, do którego dochodzi na strzeżonym przejeździe kolejowym. W wypadku tym ginie mąż i pasierbica naszej tytułowej „Żałobnicy” czyli Anny Kowalskiej. Od tego momentu Anna zmaga się z poczuciem straty, próbuje odnaleźć się na nowo. Z pewnością nie pomagają jej w tym ani teściowie, ani szwagierka, ani też rzucająca pety na prawo i lewo podkomisarz Lena Wolska oraz wyjątkowo upierdliwy pismak z Nowości, niejaki Wiktor Rutecki. Ciekawość ostatniej dwójki względem Kowalskiej znacząco rośnie, gdy w tajemniczych okolicznościach znika dróżniczka, która feralnego dnia, gdy doszło do wypadku, zasłabła i nie upuściła na czas szlabanów. Policjantka i dziennikarz podejrzewają, że za tym zniknięciem może stać właśnie Anna i zaczynają grzebać w jej przeszłości. Szybko okazuje się, że Kowalska jest – jakby to ujęła podkomisarz Wolska – „jedną wielką tajemnicą”.

No tak, bo tak się składa moi mili, że tajemnice w Żałobnicy odgrywają cholernie ważną rolę, a Małecki przerzuca je z ręki do ręki, niczym żongler. Główną bohaterkę poznajemy bardzo powoli, ale dokładnie i to w różnych momentach jej życia. Powieść, jest bowiem osadzona w trzech płaszczyznach czasowych. W tej historii nie ma jednak tłumów, właściwie wszystko i wszyscy kręcą się wokół Anny Kowalskiej i – wspomniana już – narracja pierwszoosobowa bardzo w tej „karuzeli” pomaga. Jednym z mocnych atutów powieści jest też klimat – gęsty niczym jesienna mgła, pachnący zgnilizną sekretów i ludzkich podłości. Trochę jak u Wojciecha Chmielarza, albo Magdy Stachuli.

Trzeba wyraźnie to podkreślić: Żałobnica mocno odbiega od dotychczasowej twórczości Małeckiego. Przede wszystkim to zupełnie inny gatunek. Owszem, stoi blisko kryminału, ale w markecie lody znajdziemy obok mrożonej pizzy i nie powiemy, że to jest to samo. Thriller, zwłaszcza thriller psychologiczny rządzi się swoimi prawami i tych praw Małecki mocno przestrzega. Wspominałem na początku, że Robert osadził akcję powieści w Toruniu. Tak, zgadza się, z tym, że w przeciwieństwie do trylogii z Benerem, w Żałobnicy nie widać za bardzo miasta. Powieść otacza aura kameralności, co pokazują kolejne sceny rozgrywające się głównie we wnętrzach mieszkań, biur, sklepów, knajp, w centrach handlowych czy w samochodach. Toruń jedynie majaczy gdzieś daleko, na horyzoncie.

Jako, że jestem wyznawcą zasady, że lepiej czytać książki, niż o książkach, powoli będę kończył. Żałobnica, to z pewnością przyzwoity thriller psychologiczny, który każdemu miłośnikowi gatunku powinien się spodobać. Fani Autora natomiast, mogą być ciut zaskoczeni. Przyzwyczajeni do kryminałów, dostaną coś zupełnie innego – nowego, świeżego i bez cukru. Bo – Szanowni Państwo – Żałobnica nie ma w sobie nic słodkiego, jest raczej cierpka, jak czarna aronia. Przy czym, co jak co, ale akurat czerń pasuje do żałobnicy. ツ

Historię Pani Ż będziecie mogli poznać już od 12 sierpnia – wtedy książka będzie miała swoją premierę. A mi nie pozostaje nic innego, jak zachęcić Was do jej kupna. ツ

 

ISBN: 978-83-66553-23-1
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 384
rok wydania: 2020
oprawa: miękka

Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona
za udostępnienie egzemplarza książki.




piątek, 31 lipca 2020

Pomnik Samuela Bogumiła Lindego

Bydgoskie Przedmieście » ul. Słowackiego 8
✔️ 25/2020 (359)
Na Bydgoskim Przedmieściu nietrudno znaleźć duchy przeszłości. Właściwie każda willa, każda kamienica, czy jakikolwiek inny budynek ma takiego ducha, który chętnie opowiada nam swoją historię. Wystarczy nadstawić uszu i się wsłuchać. Tym razem jednak to nie mury będą snuć opowieści, lecz pomniki. A konkretnie jeden. Bo przecież po to stawia się monumenty, prawda? Aby przypominały nam o przeszłości – o ludziach, którzy byli przed nami i wydarzeniach, które przeminęły. Będzie to opowieść o człowieku i jego dziele życia. Nim jednak przejdę do życiorysu naszego dzisiejszego bohatera, chciałbym napisać kilka słów o samym posągu.

Otóż, pomnik Samuela Bogumiła Lindego, został odsłonięty 20 grudnia 1976 roku. Autorem rzeźby jest toruński artysta Witold Marciniak, autor m.in. pomnika „W hołdzie bohaterom Armii Czerwonej” (1969) w podtoruńskich Glinkach czy instalacji De revolutionibus (1973) w Miasteczku Akademickim na Bielanach; jest także twórcą kopii rzeźby Pięknej Madonny Toruńskiej. Opisywany dziś monument składa się z dwóch części: granitowego cokołu, na którym jest napis: „Samuel Bogumił Linde 1771-1847. Twórca Słownika Języka Polskiego” oraz rzeźby z brązu. Rzeźba przedstawia stojącego Lindego, który w prawej ręce trzyma swoje dzieło.

To tyle, jeśli chodzi o pomnik, a jak to się stało, że syn Szweda i Niemki stał się autorem pierwszego polskiego słownika? Hmmm... Może zacznę tak, jak zwykle zaczyna się każdą opowieść – od początku.

Samuel urodził się 24 kwietnia 1771 roku w Toruniu. Choć tak naprawdę był synem imigrantów, to jednak rodzina Linde była z naszym miastem związana od co najmniej XVI wieku. W 1559 roku, niejaki Mikołaj de Linde, toruński rajca i burgrabia, otrzymał od polskiego sejmu tytuł szlachecki. Tytuł ten oczywiście był dziedziczony, tak więc Samuel urodził się w rodzinie szlacheckiej, choć nie najbogatszej. Jego ojciec – Jan Jacobsen – był mistrzem ślusarskim, z kolei matka – Barbara Anna z domu Langenhan – była córką kamieniarza. Rodzina Linde mieszkała w niezachowanej do naszych czasów kamienicy przy ul. Wielkie Garbary 2. Samuel Bogumił początkowo chodził do Szkoły Nowomiejskiej, ale w wieku 12 lat, czyli w roku 1783, rodzice przenieśli go do Gimnazjum Akademickiego przy ul. Piekary 49.

Po ukończeniu gimnazjum, zakończył się toruński etap życia Lindego. W 1789 roku przeniósł się bowiem do Lipska i na tamtejszym uniwersytecie kontynuował naukę. Z początku poświęcił się językom orientalnym, ale już w 1790 roku, gdy zwolniło się stanowisko lektora języka polskiego, profesorowie to właśnie Samuela zarekomendowali na tę posadę. Linde objął ją już w następnym roku i być może był to pierwszy krok, który sprawił, że właśnie językowi polskiemu, który – jak sam twierdził – był jego rodzimym językiem, w tak wielkim stopniu poświęcił swoją późniejszą działalność. W tamtym czasie Bogumił mocno związał się z polskimi politykami, dla których Lipsk i Drezno były bezpieczną przystanią po przegranej wojnie polsko-rosyjskiej. Z tego okresu pochodzą tłumaczenia na język niemiecki polskich dzieł, jak chociażby Powrót Posła Juliana Niemcewicza czy O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 Maja.

Gdy w 1794 roku wybuchło powstanie kościuszkowskie, Linde stał obok Hugo Kołłątaja i walczył w polskiej sprawie. Po jego upadku, zawiązał współpracę z Józefem Maksymilianem Ossolińskim, któremu prowadził bibliotekę w Wiedniu. To właśnie ona – ta biblioteka – miała stać się później bazą źródłową Słownika języka polskiego Lindego. Pomocni okazali się także inni polscy arystokracji: Czartoryski, Czacki i inni, którzy udostępniali Samuelowi swoje książkowe zbiory.

Tak, słownik zaczął powstawać już w okresie wiedeńskim, czyli pod koniec XVIII wieku. Na przełomie 1796 i 1797 roku, wrocławski wydawca Wilhelm Bogumił Korn zaproponował Lindemu wydanie jego słownika. Pierwszy tom miał się ukazać jeszcze w 1797 r., ale musiała minąć jeszcze dekada nim publikacja trafiła w ręce bibliofilów.

Na początku XIX wieku Linde przeniósł się do Warszawy, gdzie objął rektorat nad utworzonym tam Liceum Warszawskim. Pomimo nowych obowiązków, nie porzucił pracy nad swym dziełem. Na początku 1804 roku zaprezentował prospekty Słownika i tym samym zaczął starania dążące do jego wydania. Niestety, problemem okazały się finanse. Musiał uzbierać co najmniej 10 tys. talarów, co było sumą wcale niemałą. Pomogli Czartoryski, Ossoliński i Zamoyski, a także car Aleksander I i cesarz Fryderyk Wilhelm III. Gdy kasa się zgadzała, okazało się, że warszawskie drukarnie nie są w stanie zrealizować tak dużego projektu. Linde kupił więc czcionki w Lipsku, a papier zamówił w Berlinie, którego pierwsza transza zamarzła pod Toruniem w grudniu 1804 roku. Nie były to czasy, w których wszystko można było załatwić w ciągu kilku dni, nie było samolotów, ani kurierów, tak więc przygotowania trwały ponad dwa lata i gdy już wszystko zostało zgromadzone w warszawskiej Drukarni Księży Pijarów i wydrukowano pierwszy arkusz pierwszego tomu Słownika, do stolicy przyszli Francuzi i zajęli miasto. Wiecie, jak to jest w czasie wojny – wszystko i wszyscy zostaje podporządkowane armii, również papier, niezbędny przecież w produkcji książek. Geopolityczne zawirowania sprawiły, że wydanie wszystkich sześciu tomów Słownika języka polskiego zajęło Lindemu blisko osiem lat. Ale udało się i to jest najważniejsze, a z jego dzieła korzystali później m.in. najwięksi polscy pisarze XIX i XX wieku.

Samuel Bogumił Linde przez całe swoje życie pozostawał człowiekiem skromnym, który – może zabrzmieć to górnolotnie, ale nie szkodzi – kierował się ideałami i z uporem dążył do realizacji postawionych sobie celów. Tym największym był oczywiście „Słownik języka polskiego”, którego kolejne wznowienia wciąż można spotkać na rynku wydawniczym. Ostatnie wydanie pochodzi z roku 1995 i stanowi reprint z 1855 r.

Linde zmarł w Warszawie, 8 sierpnia 1847 roku.

W Toruniu twórca Słownika języka polskiego został upamiętniony nie tylko pomnikiem. Jego imię nosi także III LO na osiedlu „Na Skarpie”, jest też patronem jednej z uliczek Bydgoskiego Przedmieścia, a na kamienicy, która stoi w miejscu domu rodzinnego Lindów, zawieszono dedykowaną temu faktowi tablicę.


Źródła: Samuel Bogumił Linde (1771-1847), językoznawca, bibliograf i pedagog – Stanisław Salmonowicz [w:] Wybitni ludzie dawnego Torunia (PWN 1982); Rocznice Samuela Bogumiła Lindego w 1997 roku – Marian Ptaszyk [w:] Rocznik Toruński, Tom 25 (ToMiTo 1998).

środa, 15 lipca 2020

Przystanek Plaża

Winnica » 200 m na zachód od mostu Zawackiej
✔️ 24/2020 (358)
W czasie letnich upałów, wytchnienie znajdujemy nad wodą. Tej nie musimy zbyt długo szukać, wszak przez Toruń przepływają aż trzy rzeki (ok, rozumiem, że o Strudze Toruńskiej trudno myśleć w kategorii rzeki, ale... nie ja to wymyśliłem ツ), w tym ta najważniejsza – można powiedzieć: capo di tutti capi wszystkich Polskich rzek, czyli Wisła. I właśnie nad Wisłę chcę Was dziś zabrać; w miejsce zupełnie nowe na mapie Torunia, powstałe zaledwie dwa miesiące temu - pod koniec maja 2020 roku.

Tym miejscem jest Przystanek Plaża, czyli... miejska plaża wraz z infrastrukturą rekreacyjną. Powstała w ramach projektu z budżetu partycypacyjnego (ob. obywatelskiego) na rok 2019. Pomysł znalazł się na liście ogólnomiejskiej, zdobywając 745 głosów z przewidywanym budżetem 250 tys. zł.

Na wspomnianą wyżej infrastrukturę składa się przede wszystkim boisko do siatkówki plażowej oraz niewielka scena, jest też kontener plażowy i TOI TOI, są stoły, fotele i leżaki... W sumie leżaków było dziesięć, ale nim na początku lipca nastąpiła inauguracja Przystanku Plaża, Wisła podniosła się i zabrała osiem z nich. Także zostały dwa.

No właśnie, i dochodzimy do pierwszych zniszczeń, jakie spowodowała – owszem – przede wszystkim woda, ale i brak należytego zabezpieczenia czy nadzoru. Otóż Przystanek Plaża  przez moment – oprócz dziesięciu leżaków – miał też przebieralnię (jej resztki nadal można znaleźć na plaży), a przez kilka dni również stojaki rowerowe. Takie najzwyklejsze stalowe wyrwikółka, które zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Być może zabrał je zarządca terenu czyli Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji (swoją drogą, na cholerę tam stojaki?), ale równie dobrze mogły paść łupem złomiarzy.

Wiecie, ja zawsze mam problem z takimi miejscami. Z jednej strony fajnie, że powstają, bo miło jest przyjść i odpocząć, w ciszy i spokoju. Z drugiej jednak strony, obserwując inne tego typu obiekty powstałe w ramach budżetu obywatelskiego, widzę jak szybko niszczeją, dziczeją i popadają w zapomnienie. Plaża, która powstała znacznie wcześniej niż reszta infrastruktury, już zaczyna przypominać wielką popielniczkę, w której mieszczą się nie tylko pety, ale i puszki i butelki po piwie. I – wierzcie lub nie – nie mam nic przeciwko, gdy ktoś w takim miejscu wypije jedno lub dwa piwka, ale, do cholery, niech nie robi potem chlewu. Wydoiłeś „browara”, to weź tę puszkę czy butlę z sobą i wrzuć do śmietnika. Tym bardziej, że śmietniki stoją niedaleko. To naprawdę niewielki wysiłek (puste naczynie waży mniej niż pełne ツ), a dzięki temu wszystkim będzie żyło się lepiej.

Pod koniec wyszło trochę moralizatorsko, ale mam nadzieję, że wśród Czytelników bloga nie ma takich, co śmiecą. Nie ma, prawda? ツ W każdym razie, wpadnijcie w wolnej chwili na Przystanek Plaża, choćby i z ciekawości. A tymczasem ja szykuję się, aby sprawdzić kolejną z miejskich plaż, tym razem na lewobrzeżu.

wtorek, 7 lipca 2020

Pomnik Grzegorza Ciechowskiego

Bielany » ul. Gagarina 37A
✔️ 23/2020 (357)
Toruń, w swej historii, był świadkiem początków wielu karier. W końcu to miasto artystów: filmowców, pisarzy, muzyków... Dziś chciałbym się skupić na tych ostatnich i zabrać Was, w nie tak znowu odległą, podróż do przeszłości. Pretekstem do kolejnej wyprawy w czasie jest skromny granitowy obelisk, który w 2002 roku stanął tuż przy Klubie Studenckim „Od Nowa” na toruńskich Bielanach. Pomnik upamiętnia zmarłego przedwcześnie Grzegorza Ciechowskiego – jednego z najwybitniejszych muzyków rockowych lat '90, który właśnie w „Od Nowie” zaczynał swoją karierę. Ale zacznijmy od początku...

Wszystko zaczęło się w latach '70 w Tczewie. To tam 29 sierpnia 1957 roku urodził się Grzegorz Ciechowski, tam też chodził do szkoły podstawowej i liceum. Właśnie w liceum zaczął rozwijać swoje zainteresowania muzyczne i literackie – grał na flecie, pisał wiersze. Występował w chórze i w zespołach Nocny Pociąg i Jazz Formation. Po maturze przeniósł się do Torunia, gdzie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika rozpoczął studia polonistyczny. To w Toruniu wydał pierwszy tomik ze swoją poezją i zaczął karierę muzyczną. Pod koniec lat '70 razem z Wiesławem Rucińskim założyli zespół Res Publica. Grzegorz Ciechowski grał tam na flecie, ale w 1980 roku Ruciński odszedł z formacji, a Ciechowski zastąpił go jako lidera i rok później Res Publica stała się Republiką. Pierwsze lata działalności Republiki nieodłącznie kojarzą się z Klubem Studenckim „Od Nowa”. W tym niepozornym wówczas, niewielkim budynku na terenie Miasteczka Akademickiego zespół rozpoczynał karierę, miał swoje próby oraz dawał pierwsze koncerty. Tworzony przez nich art rock bardzo szybko spodobał się publiczności i zespół zyskał popularność nie tylko w Toruniu, ale i w całej Polsce; takie hity jak Telefony, Kombinat czy Biała flaga trafiły na pierwszą pozycję listy przebojów radiowej Trójki, a pierwszy studyjny album – Nowe sytuacje – nagrali już w 1983 roku. Rok później kolejne dwa: 1984 (na rynek Brytyjki) oraz Nieustanne tango. W 1986, w wyniku kłótni zespół rozpadł się i Ciechowski rozpoczął karierę solową jako „Obywatel G.C.”.

Druga połowa lat '80 była dla muzyka niezwykle pracowitym okresem; nagrał cztery albumy w tym ścieżkę dźwiękową do filmu Janusza Kijowskiego Stan strachu, a jego kolejne piosenki były wysoko notowane na LP3. Paryż-Moskwa 17.15, Nie pytaj o Polskę i Tak... tak... to ja trafiły na pierwsze miejsce.

W 1990 roku Grzegorz Ciechowski wrócił do reaktywowanej Republiki, ale jednocześnie nagrywał także jako „Obywatel G.C.”. Pracował intensywnie przez całe lata '90 dostarczając fanom wielu muzycznych doznań; pojawiły się nowe albumy, a także odgrzano stare hity przyprawiając je nowymi aranżacjami. Ciechowski nagrał piosenkę z Kayah, a dla Justyny Steczkowskiej, używając pseudonimu „Ewa Omernik”, pisał teksty. W 1996 roku jako „Grzegorz z Ciechowa”, wszedł w muzykę folkową, ale bez większych sukcesów. Ukoronowaniem jego kariery była znakomita – moim zdaniem – ścieżka dźwiękowa do filmu Wiedźmin. Właściwie muzyka była jedyny pozytywnym aspektem całej produkcji i ostatnim dużym projektem Grzegorza Ciechowskiego. Premiera Wiedźmina miała miejsce 9 listopada 2001 roku, półtora miesiąca później Ciechowski już nie żył. Zmarł 22 grudnia na tętniaka serca, a 4 stycznia 2002 roku urnę z Jego prochami złożono w grobie na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Po śmierci Ciechowskiego, zespół Republika przestał istnieć.

Toruński obelisk upamiętniający muzyka odsłonięto w pierwszą rocznicę Jego śmierci. Pomnik został zaprojektowany przez Grzegorza Maślewskiego z Wydziału Sztuk Pięknych UMK. Na granitowym kamieniu umieszczono tabliczkę w biało-czarno pasy (barwy Republiki), w której wykuto napis:
Grzegorz Ciechowski
1957-2001
…w Od Nowie był początek…

Obelisk przy ul. Gagarina, to nie jedyna forma upamiętnienia artysty w naszym mieście. Plac przed CKK Jordanki nosi imię Grzegorza Ciechowskiego, podobnie jak nagroda dla młodych i wyjątkowo utalentowanych muzyków, wręczana corocznie podczas koncertu pamięci Obywatela G.C. organizowanego przez Klub „Od Nowa”.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

„Teatr w Toruniu 1904-1944” – Artur Duda (📘№ 74)

✔️ 22/2020 (356)
Mam przed sobą jedną z najciekawszych toruńskich nowości książkowych pierwszej połowy 2020 roku. Teatr w Toruniu 1904-1944 to publikacja, która jako pierwsza tak szczegółowo traktuje o Teatrze Miejskim w pierwszych dekadach jego istnienia.

Autorem książki jest Pan Artur Duda – teatrolog, performatyk, a także profesor w Instytucie Nauk o Kulturze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz autor kilku innych książek o tematyce teatralnej; krótko mówiąc: człowiek, który o teatrze wie bardzo wiele i potrafi się tą bogatą wiedzą dzielić. Bo trzeba zaznaczyć, że choć Teatr w Toruniu 1904-1944, to publikacja naukowa, to jednak napisana bardzo przystępnym językiem, przez co z pewnością trafi w szersze grono odbiorców.

A o czym właściwie jest ta książka? Oczywiści, głównie o naszym teatrze, ale też o ludziach z nim związanych. To historia czterdziestu lat nasączonych sztuką, ale i z licznymi zawieruchami geopolitycznymi. To opowieść o tym jak teatr niemiecki stał się polski, a potem znowu niemiecki; jak te zmiany wpływały na repertuar, na wymianę kadr: dyrektorów i składów zespołów aktorskich... Ta publikacja to także historia konkretnych życiorysów, jak choćby wspominanej już na blogu Heleny Grossówny, Karola Bendy i innych.

Związane z toruńskim teatrem fakty, zostały przedstawione w sposób chronologiczny, co niewątpliwie wpływa na przejrzystość publikacji. Cała książka została podzielona na dwanaście rozdziałów, a uzupełnieniem są ciekawe dodatki w postaci spisów zespołów z omawianego okresu z podziałem na sezony, a także pełna lista premier (przez czterdzieści lat, było ich równo 1800).

Teatr w Toruniu 1904-1944 to książka nie tylko dla Czytelników zainteresowanych teatrem. Piszę tak, bo nie mogę się do nich zaliczać, ale na pewno jestem miłośnikiem historii mojego miasta i właśnie jako miłośnik Torunia; jego dziejów i tradycji, gorąco polecam Państwu niniejszą publikację. To kawał ciekawej historii. Historii, którą warto poznać.

Książka dostępna na stronie Wydawcy oraz w poniższych księgarniach internetowych.

ISBN: 978-83-231-4345-1
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 564
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami

Dziękuję Wydawnictwu Naukowemu UMK
za udostępnienie egzemplarza książki.



poniedziałek, 15 czerwca 2020

Pierwsza siedziba Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej

Piaski » ul. Dybowska 6
✔️ 21/2020 (355)
Pewnie większość z Was wie, że w dwudziestoleciu międzywojennym w Toruniu znajdowała się Oficerska Szkoła Marynarki Wojennej, przemianowana później na Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej. O obecności tej instytucji w naszym mieście, przypomina kilka dobrze znanych nam miejsc: pomnik na Bulwarze Filadelfijskim (Kotwica), Skwer Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej w cieniu Bramy Klasztornej, a także pamiątkowa tablica na pobliskich Koszarach Racławickich, w których w latach 1925-1938 ulokowano wyżej wspomnianą szkołę. Koszary Racławickie czyli dzisiejszy Hotel Bulwar, nie był jednak pierwszą siedzibą „uniwersytetu” dla przyszłych marynarzy, a rok 1925 to nie początek tej historii. Aby zrozumieć co, jak i dlaczego, musimy przenieść się jeszcze o pięć lat do tyłu.

Dla Torunia, rok 1920 był rokiem wyjątkowym, i nie mam tu na myśli powrotu do macierzy, a przynajmniej nie tylko to. Odzyskanie przez Toruń niepodległości, było jedynie kamykiem, który zapoczątkował lawinę późniejszych wydarzeń i decyzji. Nasze miasto oficjalnie stało się stolicą województwa pomorskiego, a to z kolei wiązało się z napływem nowych ludzi, budową gmachów o charakterze stołecznym, a także utworzeniem silnego garnizonu i szkół wojskowych, w tym szkoły morskiej. Pomysł, aby stworzyć taką szkołę tak daleko od morza, dziś wydaje się mało zrozumiały, ale weźcie pod uwagę kilka rzeczy: Gdańsk nie był wtedy Polski, Gdyni nie było wcale, a najbliższy port znajdował się w odległym Pucku, z tym, że Puck nie dysponował odpowiednimi warunkami lokalowymi, czego nie można było powiedzieć o Toruniu, który infrastrukturę wojskową odziedziczył po Prusakach. Do tego dodajmy, że w naszym mieście znajdowało się Dowództwo Okręgu Korpusu nr VIII i fakt, że Toruń był stolicą województwa.  Teraz pomysł z utworzeniem Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej nie wydaje się już taki dziwny, prawda?

Pierwsze próby zorganizowania szkoły dla przyszłych marynarzy miały miejsce już wiosną 1920 roku. Wtedy odbył się pierwszy Kurs dla Oficerów Flotylli Rzecznej, niecały rok później – w marcu 1921 – w pięknej willi przy ulicy Fredry rozpoczęto szkolenia na Tymczasowych Kursach Instruktorskich dla oficerów Polskiej Marynarki Wojennej. Program przewidziano na dwa lata i swym zakresem obejmował m.in. zajęcia z historii wojen morskich, teorii budownictwa okrętowego, nawigacji, meteorologii, artylerii morskiej, a także taktyki i strategii...

Przełomem i początkiem nowego rozdziału w dziejach toruńskiego szkolnictwa wojennomorskiego był 1 października 1922 roku. Tego dnia wydarzyło się kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze zakończyła się pierwsza tura Kursu, po drugie rozpoczęła się trzecia i ostatnia tura, a po trzecie (i najważniejsze) powołano do życia Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej z siedzibą przy ul. Nad Starą Wisłą (ob. ul. Dybowska 6). Tak, dom, który widzicie na zdjęciach, to pierwsza siedziba OSMW.
Dybowska 6 w dawnych czasach
| za: Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej w fotografii...
Budynek z pruskiego muru, stojący na terenie Bastionu Wschodniego Przyczółka Mostowego, powstał w XIX wieku i w czasach zaborów mieściło się tu kasyno wojskowe. W 1922, trzeba było przeprowadzić gruntowny remont i dostosować dom gier do funkcji dydaktycznych. Nie było to łatwe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że nowa szkoła od początku borykała się z problemami finansowymi, ale jakoś się udało, a budynek przetrwał do dziś. Warto też wspomnieć, że wówczas lewobrzeże nie należało do Torunia, a więc szkoła (podobnie jak pobliski Dworzec Główny), de facto znajdowała się poza miastem.

W przeciwieństwie do Kursów Tymczasowych, Oficerska Szkoła Marynarki Wojennej była bardziej – że tak to ujmę – elitarna. Do OSMW przyjmowano absolwentów Szkoły Podchorążych Piechoty albo Korpusu Kadetów. Zmianie uległ także program nauczania, a co za tym szło - większą część roku chłopcy spędzali na okrętach na morzu.
Budynek przy dzisiejszej Dybowskiej 6 służył szkole przez trzy lata, potem – w 1925 roku – OSMW przeniesiono do Torunia, do ogromnego gmachu Koszar Racławickich. Ale to opowieść na osobny wpis.

Dziś Dybowska 6, to budynek mieszkalny, jeden z najstarszych pod „opieką” Zarządu Gospodarki Mieszkaniowej. To również zabytek wpisany do gminnej ewidencji, a przy tym jeden z ciekawszych obiektów budownictwa szkieletowego lewobrzeżnego Torunia. Warto go zobaczyć i pamiętać, że właśnie tutaj zaczynała się historia Polskiej Marynarki Wojennej.

Źródła: Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej w fotografii ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Toruniu – Bogusław Uziembło (MOT, 2016); Szkolnictwo wojennomorskie w Toruniu w latach 1919-1938 – Donald Steyer [w:] Rocznik Toruński, Tom 7 (ToMiTo, 1972).

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Pomnik Lotników Toruńskich

Bielany » ul. 4 Pułku Lotniczego 
✔️ 20/2020 (354)
Dziś mało kto wie, że w dwudziestoleciu międzywojennym Toruń był jednym z największych ośrodków lotnictwa w Polsce. Mieliśmy dwie szkoły pilotów i dwie jednostki wojsk lotniczych: 4 Pułk Lotniczy oraz 1 Batalion Balonowy. Żołnierze tego pierwszego zapisali się w historii Torunia i Polski, bohaterską obroną w 1939 roku. Część lotników, walczyła później w formacjach brytyjskich, pokazując nie tylko doskonałe umiejętności wyniesione m.in. z toruńskiej szkoły, ale i wielką odwagę. Dzisiejszy Aeroklub Pomorski (powstał w 1935 r.) jest cywilnym kontynuatorem tradycji toruńskiego lotnictwa.

No dobrze, to teraz skupmy się na samym pomniku. Choć zawieszona na nim tablica, upamiętnia nadanie toruńskiemu Aeroklubowi imię gen. pil. Stanisława Skalskiego w 2005 roku, to jednak sam obelisk powstał dużo, dużo wcześniej, bo już w 1971 roku. Na pierwszą tablicę trzeba było czekać aż do roku 1985. Wówczas Aeroklub Pomorski obchodził półwiecze istnienia i pierwsza tablica upamiętniała ten fakt. A że mieliśmy jeszcze PRL, to komuniści dorzucili od siebie bonus w postaci dziękczynnego tekstu ku czci Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Generał Skalski z pewnością powiedziałby Wam, gdzie i jak głęboko miał PKWN.  Skończmy jednak wątek pierwszej tablicy - była, przeminęła i jest okey, a tymczasem to co najciekawsze w historii tego pomnika, stoi na jego szczycie.

Tak, dobrze kombinujecie. Oczywiście mam na myśli Orła. W 1931 roku zastępca Szefa Departamentu Aeronautyki MSW, pułkownik pilot Jan Sendorek ufundował Puchar Przechodni Zawodów Eskadr Liniowych. Tym pucharem był odlany z brązy Orzeł trzymający w szponach kulę ziemską. Eskadry wchodzące w skład 4 Pułku Lotniczego, aż trzy razy wygrywały ten puchar. Zgodnie z regulaminem zawodów trzykrotny zwycięzca otrzymywał nagrodę na własność. Tak się też stało – Orzeł został w Toruniu i podobno stał przed hangarem 41 Eskadry Liniowej, której załoga odniosła to trzecie, decydujące zwycięstwo. Chwilę później wybuchał wojna i Orłowi groziła zagłada. Marcin Orłowski, miłośnik historii Torunia, ustalił, że puchar został ukryty pod stertą węgla w piwnicy domu przy ul. Kasprowicza. Tak przetrwał wojnę. A teraz wieńczy Pomnik Lotników Toruńskich. Dzieje Orła czynią historię samego monumentu (nie mylić z historią, którą opowiada pomnik) jedną z najciekawszych, jakie do tej pory poznałem.
lata '30, Puchar Przechodni Zawodów Eskadr Liniowych
| za: Lotnisko Toruński 1920-1939
Tak puchar stał się pomnikiem, a w 2005 roku – w 70 rocznicę powołania do życia Aeroklubu Pomorskiego, generał pilot Stanisław Skalski – legenda 142 Eskadry Myśliwskiej – stał się patronem współczesnych toruńskich pilotów.

Skalski był torunianinem z wyboru i bardzo krótko. Urodził się 27 listopada 1915 roku w Kodymie koło Odessy. Pilotem chciał zostać jeszcze zanim ukończył osiemnaście lat. Swoją przygodę zaczął w 1934 roku w Aeroklubie Warszawskim. Skończył tam kurs szybowcowy i motorowy, kurs pilotażu samolotów odbył w Łucku, potem były m.in.: Szkoła Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie i Wyższa Szkoła Pilotażu w Grudziądzu. Pod koniec 1938 roku, poprosił o przydział do 142 Eskadry Myśliwskiej 4 Pułku Lotniczego w Toruniu. Jako żołnierz tej formacji, niespełna rok później, wziął udział w walkach obronnych we wrześniu 1939 roku. W czasie pierwszych dni wojny zestrzelił 6 Niemieckich samolotów. W styczniu 1940, wraz z innymi polskimi pilotami, przedostał się z Rumunii do Anglii, gdzie zasilił szeregi RAF-u i latał, m.in. w Dywizjonie 306 „Toruńskim”. W dniu zakończenia wojny miał na swoim koncie 22 zestrzelone samoloty, co czyniło go numerem 1 wśród asów polskiego lotnictwa.
lata '40, pilot Stanisław Skalski podczas
dekoracji odznaczeniem | za: NAC
Do Polski wrócił w czerwcu 1947 roku, ale już nie do Torunia, gdzie lotnictwa wojskowego właściwie nie było, tylko do Warszawy. Wstąpił do LWP i został inspektorem techniki pilotażu. Rok później aresztowano go i trafił w łapy Józefa Różańskiego i Adama Umera z UB. Bestialsko torturowany w pseudo śledztwie, w 1950 roku został skazany na śmierć za rzekome szpiegostwo, a rok później „czapę” zamieniono na dożywocie. Zwolniono go w 1956 roku, zrehabilitowano, wypłacono nawet jakieś odszkodowanie i ponownie powołano do służby w lotnictwie.

Został odznaczony kilkudziesięcioma medalami i odznaczeniami, m.in.: Złotym i Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a także czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Wszystkie te wyróżnienia możecie obejrzeć w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

W latach '90 próbował swoich sił w polityce, ale bez sukcesów. Jeszcze w PRL spisał swoje wspomnienie z pierwszych dni wojny i opublikował w książce Czarne krzyże nad Polską. Zmarł 12 listopada 2004 roku w Warszawie. Spoczął na Powązkach Wojskowych.

Tak na marginesie: Pomnik Lotników Toruńskich nie jest pierwszym jaki powstał na terenie toruńskiego lotniska. W 1926 roku został odsłonięty Pomnik ku czci Poległych Lotników 4 Pułku Lotniczego. Niestety, nie przetrwał do naszych czasów.

Źródła: Od prowizorki po pompatyczność, czyli toruńskie (i podgórskie) pomniki patriotyczne w latach 1920-1939 – Marcin Orłowski [w:] Torunia przestrzeń wspólna (wyd. SHS, 2020); Lotnisko toruńskie 1920-1945Kazimierz Sławiński (Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, 1983); Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej, część II – Kazimierz Przybyszewski (wyd. UMK, 2018); Narodowe Archiwum Cyfrowe.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

„Torunia przestrzeń wspólna: wielokulturowe miasto z cezurą i bez cezury 1920 roku” – praca zbiorowa (📘№ 73)

✔️ 19/2020 (353)
Zabytki toruńskie młodszego pokolenia to właściwie marka sama w sobie. Ta znakomicie napisana, zredagowana i wydana seria publikacji od 2016 roku przybliża nam mniej znane karty z dziejów Torunia, jego architektury i dawnych mieszkańców. Niewiele brakowało, aby niniejszy tom – skądinąd jubileuszowy, bo dziesiąty – nie ukazałby wcale, albo ukazał ale znacznie później. A wszystko przez marazm wywołany tą dziwną pandemią, o której wszyscy mówią, a niewielu choruje. Na szczęście – w tych trudnych czasach – można liczyć na ludzi dobrej woli, którzy wsparli ten wyjątkowy projekt jakim jest „młodsze pokolenie” i dzięki temu możemy ponownie przenieść się do przeszłości.

Artykuły zgromadzone w książce Torunia przestrzeń wspólna, niejako są kontynuacją wątków lokalnego patriotyzmu i przemian roku 1920, zapoczątkowanych w tomie 7 Praktyczny patriotyzm w Toruniu 1918/1920 – 2018 i subtelnie kontynuowanych w dwóch kolejnych odsłonach serii: Miejsca dla kultury i rozrywek oraz Toruńskie miejsca do zamieszkania i (za)pamiętania.
Tradycyjnie już, aby nie rozwlekać zanadto wpisu (i w myśl zasady, że lepiej czytać książki, niż o książkach), wybrałem trzy teksty – takie subiektywne TOP3, o których chciałbym napisać po kilka zdań. Na samym końcu znajdziecie pełny spis treści, a także punkty, w których można nabyć niniejszą publikację.

Ale do rzeczy. Szczególnej uwadze polecam Wam artykuł Marcina Orłowskiego poświęcony przedwojennym pomnikom. Od prowizorki po pompatyczność, czyli toruńskie (i podgórskie) pomniki patriotyczne w latach 1920-1939, to świetnie opisany, ułożony chronologicznie katalog blisko trzydziestu toruńskich monumentów, w większości nieistniejących, a w części mało znanych. Czy wiedzieliście, że istniały dwa pomniki wojsk balonowych? A wiecie, gdzie stał monument upamiętniający bitwę pod Grochowem w 1831 roku? Nie? To koniecznie musicie przeczytać tekst Marcina Orłowskiego, który wzbogacają liczne – dotąd niepublikowane – archiwalne zdjęcia omawianych obelisków.
Jako miłośnik toruńskich detali, nie mogłem przejść obojętnie obok artykułu Katarzyny Kluczwajd. Państwowe orły w przestrzeni wspólnej Torunia z cezurą 1920 roku, to przegląd i analiza godeł państwowych w przestrzeni miejskiej – na gmachach publicznych i pomnikach. Jak zwykle, w przypadku tekstów tej Autorki, możecie liczyć na sporą dawkę ciekawostek i nigdy wcześniej nie publikowanych faktów; jak choćby ten, że szczyt dawnego gmachu Państwowego Banku Rolnego przy ul. Wały gen. Sikorskiego 15 miał być zwieńczony Orłem. Pozostało nawet miejsce na jego wkomponowanie. Albo, że oryginalne godło na budynku  Dyrekcji Lasów Państwowych wcale nie zostało wykonane przez Ignacego Zelka, jak głosi miejska legenda. Zatem przez kogo? – zapytacie. Odpowiedź znajdziecie w książce. ツ

Od szczegółów przechodzimy do ogółu. O Toruniu na przełomie XIX i XX wieku i ludziach żyjących w tamtym czasie oraz przemianach jakie przeszły przez nasze miasto w dwudziestoleciu międzywojennym opowiada Tomasz Krzemiński w artykule Toruń polski i niemiecki w XIX i XX wieku (do 1939 roku). Tekst traktuje o trudnej, wyboistej drodze polskich torunian dążących do wolności; o małych krokach, które w końcu doprowadziły naszych niestrudzonych wędrowców do upragnionej niepodległości. To także historia o budowaniu własnej tożsamości i wyparciu wszystkiego, co kojarzyło się z niedawnym zaborcą.
Torunia przestrzeń wspólna to kolejna porcja fascynujących historii, doskonale opisanych i zilustrowanych licznymi zarówno archiwalnymi, jak i współczesnymi fotografiami. Tę publikację po prostu warto mieć w swoich zbiorach. Gorąco polecam.
spis treści | za: FB/Katarzyna Kluczwajd
Książkę kupicie m.in. w Emporium przy ul. Piekary 28 i w Toruńskim Antykwariacie Księgarskim przy ul. Wysokiej 16.

ISBN: 978-83-953155-9-6
wydawca: Stowarzyszenie Historyków Sztuki
ilość stron: 256
rok wydania: 2020
oprawa: miękka
seria: Zabytki toruńskie młodszego pokolenia (tom 10)

niedziela, 24 maja 2020

„Zgadnij, kim jestem” – Kamila Cudnik (📘№ 72)

✔️ 18/2020 (352)
Ta historia zaczyna się we wrześniową noc 2007 roku na moście Piłsudskiego. Młoda kobieta wchodzi na barierkę i sprawia wrażenie jakby chciała skoczyć do Wisły. Świadkiem tego, jest Robert. Zatrzymuje samochód i ściąga dziewczynę z balustrady. Okazuje się, że mężczyzna jest policjantem, co dla niedoszłej samobójczyni oznacza przejażdżkę radiowozem i noc na komendzie.

Dziewczyna ma na imię Iza i tego dnia kończyła dwadzieścia trzy lata. Zapewnia policjanta, że nie miała zamiaru skoczyć, ale ten niespecjalnie jej wierzy. Tak zaczyna się znajomość Izy i Roberta. Nazajutrz rano odwozi ją do domu na Podgórzu i od tego momentu zaczynają się spotykać od czasu do czasu. Z początku nie jest to nic zobowiązującego, choć od razu widać, że Robert jest zaintrygowany Izabelą. Iza jeszcze nie myśli o poważnym związku, ma inne zmartwienia na głowie – co raz częściej zdaje się jej, że podczas nieobecności, ktoś buszuje po domu: rzeczy są nie na swoich miejscach, drzwi nie zamknięte na klucz... Poza tym w życiu młodej malarki (tak, Iza maluje i właśnie zaczyna pracować nad kolejną wystawą) pojawia się drugi mężczyzna – Wiktora poznaje na podgórskim... cmentarzu. Wydaje się jednak, że od początku ma większą słabość do policjanta.

Pewnego dnia Robert dostaje informację o tym, że dziewczyna trafiła do szpitala. Ktoś ją pobił. I to bardzo mocno...

Zgadnij, kim jestem to druga powieść Kamili Cudnik. Podobnie jak w Historiach miłosnych, tak i tutaj Autorka sprawnie balansuje między romansem a melodramatem. Do tego dochodzi kryminalna intryga i cały wachlarz ludzkich emocji, wiele zwrotów akcji i niemniej tajemnic oraz intryg.

I co bym nie napisał i tak sprowadzałoby się to do jednego, krótkiego stwierdzenia: Zgadnij, kim jestem to dobrze skrojona powieść, która wielu z Was przypadnie do gustu. No, ale aby się o tym przekonać, najpierw musicie sięgnąć po tę książkę, do czego Was gorąco zachęcam.

ISBN: 978-83-8116-923-3
wydawca: Zysk i S-ka
ilość stron: 424
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami

Książka objęta patronatem
bloga Po Toruniu.