poniedziałek, 22 czerwca 2020

„Teatr w Toruniu 1904-1944” – Artur Duda (📘№ 74)

✔️ 22/2020 (356)
Mam przed sobą jedną z najciekawszych toruńskich nowości książkowych pierwszej połowy 2020 roku. Teatr w Toruniu 1904-1944 to publikacja, która jako pierwsza tak szczegółowo traktuje o Teatrze Miejskim w pierwszych dekadach jego istnienia.

Autorem książki jest Pan Artur Duda – teatrolog, performatyk, a także profesor w Instytucie Nauk o Kulturze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz autor kilku innych książek o tematyce teatralnej; krótko mówiąc: człowiek, który o teatrze wie bardzo wiele i potrafi się tą bogatą wiedzą dzielić. Bo trzeba zaznaczyć, że choć Teatr w Toruniu 1904-1944, to publikacja naukowa, to jednak napisana bardzo przystępnym językiem, przez co z pewnością trafi w szersze grono odbiorców.

A o czym właściwie jest ta książka? Oczywiści, głównie o naszym teatrze, ale też o ludziach z nim związanych. To historia czterdziestu lat nasączonych sztuką, ale i z licznymi zawieruchami geopolitycznymi. To opowieść o tym jak teatr niemiecki stał się polski, a potem znowu niemiecki; jak te zmiany wpływały na repertuar, na wymianę kadr: dyrektorów i składów zespołów aktorskich... Ta publikacja to także historia konkretnych życiorysów, jak choćby wspominanej już na blogu Heleny Grossówny, Karola Bendy i innych.

Związane z toruńskim teatrem fakty, zostały przedstawione w sposób chronologiczny, co niewątpliwie wpływa na przejrzystość publikacji. Cała książka została podzielona na dwanaście rozdziałów, a uzupełnieniem są ciekawe dodatki w postaci spisów zespołów z omawianego okresu z podziałem na sezony, a także pełna lista premier (przez czterdzieści lat, było ich równo 1800).

Teatr w Toruniu 1904-1944 to książka nie tylko dla Czytelników zainteresowanych teatrem. Piszę tak, bo nie mogę się do nich zaliczać, ale na pewno jestem miłośnikiem historii mojego miasta i właśnie jako miłośnik Torunia; jego dziejów i tradycji, gorąco polecam Państwu niniejszą publikację. To kawał ciekawej historii. Historii, którą warto poznać.

Książka dostępna na stronie Wydawcy oraz w poniższych księgarniach internetowych.

ISBN: 978-83-231-4345-1
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 564
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami

Dziękuję Wydawnictwu Naukowemu UMK
za udostępnienie egzemplarza książki.



poniedziałek, 15 czerwca 2020

Pierwsza siedziba Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej

Piaski » ul. Dybowska 6
✔️ 21/2020 (355)
Pewnie większość z Was wie, że w dwudziestoleciu międzywojennym w Toruniu znajdowała się Oficerska Szkoła Marynarki Wojennej, przemianowana później na Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej. O obecności tej instytucji w naszym mieście, przypomina kilka dobrze znanych nam miejsc: pomnik na Bulwarze Filadelfijskim (Kotwica), Skwer Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej w cieniu Bramy Klasztornej, a także pamiątkowa tablica na pobliskich Koszarach Racławickich, w których w latach 1925-1938 ulokowano wyżej wspomnianą szkołę. Koszary Racławickie czyli dzisiejszy Hotel Bulwar, nie był jednak pierwszą siedzibą „uniwersytetu” dla przyszłych marynarzy, a rok 1925 to nie początek tej historii. Aby zrozumieć co, jak i dlaczego, musimy przenieść się jeszcze o pięć lat do tyłu.

Dla Torunia, rok 1920 był rokiem wyjątkowym, i nie mam tu na myśli powrotu do macierzy, a przynajmniej nie tylko to. Odzyskanie przez Toruń niepodległości, było jedynie kamykiem, który zapoczątkował lawinę późniejszych wydarzeń i decyzji. Nasze miasto oficjalnie stało się stolicą województwa pomorskiego, a to z kolei wiązało się z napływem nowych ludzi, budową gmachów o charakterze stołecznym, a także utworzeniem silnego garnizonu i szkół wojskowych, w tym szkoły morskiej. Pomysł, aby stworzyć taką szkołę tak daleko od morza, dziś wydaje się mało zrozumiały, ale weźcie pod uwagę kilka rzeczy: Gdańsk nie był wtedy Polski, Gdyni nie było wcale, a najbliższy port znajdował się w odległym Pucku, z tym, że Puck nie dysponował odpowiednimi warunkami lokalowymi, czego nie można było powiedzieć o Toruniu, który infrastrukturę wojskową odziedziczył po Prusakach. Do tego dodajmy, że w naszym mieście znajdowało się Dowództwo Okręgu Korpusu nr VIII i fakt, że Toruń był stolicą województwa.  Teraz pomysł z utworzeniem Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej nie wydaje się już taki dziwny, prawda?

Pierwsze próby zorganizowania szkoły dla przyszłych marynarzy miały miejsce już wiosną 1920 roku. Wtedy odbył się pierwszy Kurs dla Oficerów Flotylli Rzecznej, niecały rok później – w marcu 1921 – w pięknej willi przy ulicy Fredry rozpoczęto szkolenia na Tymczasowych Kursach Instruktorskich dla oficerów Polskiej Marynarki Wojennej. Program przewidziano na dwa lata i swym zakresem obejmował m.in. zajęcia z historii wojen morskich, teorii budownictwa okrętowego, nawigacji, meteorologii, artylerii morskiej, a także taktyki i strategii...

Przełomem i początkiem nowego rozdziału w dziejach toruńskiego szkolnictwa wojennomorskiego był 1 października 1922 roku. Tego dnia wydarzyło się kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze zakończyła się pierwsza tura Kursu, po drugie rozpoczęła się trzecia i ostatnia tura, a po trzecie (i najważniejsze) powołano do życia Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej z siedzibą przy ul. Nad Starą Wisłą (ob. ul. Dybowska 6). Tak, dom, który widzicie na zdjęciach, to pierwsza siedziba OSMW.
Dybowska 6 w dawnych czasach
| za: Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej w fotografii...
Budynek z pruskiego muru, stojący na terenie Bastionu Wschodniego Przyczółka Mostowego, powstał w XIX wieku i w czasach zaborów mieściło się tu kasyno wojskowe. W 1922, trzeba było przeprowadzić gruntowny remont i dostosować dom gier do funkcji dydaktycznych. Nie było to łatwe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że nowa szkoła od początku borykała się z problemami finansowymi, ale jakoś się udało, a budynek przetrwał do dziś. Warto też wspomnieć, że wówczas lewobrzeże nie należało do Torunia, a więc szkoła (podobnie jak pobliski Dworzec Główny), de facto znajdowała się poza miastem.

W przeciwieństwie do Kursów Tymczasowych, Oficerska Szkoła Marynarki Wojennej była bardziej – że tak to ujmę – elitarna. Do OSMW przyjmowano absolwentów Szkoły Podchorążych Piechoty albo Korpusu Kadetów. Zmianie uległ także program nauczania, a co za tym szło - większą część roku chłopcy spędzali na okrętach na morzu.
Budynek przy dzisiejszej Dybowskiej 6 służył szkole przez trzy lata, potem – w 1925 roku – OSMW przeniesiono do Torunia, do ogromnego gmachu Koszar Racławickich. Ale to opowieść na osobny wpis.

Dziś Dybowska 6, to budynek mieszkalny, jeden z najstarszych pod „opieką” Zarządu Gospodarki Mieszkaniowej. To również zabytek wpisany do gminnej ewidencji, a przy tym jeden z ciekawszych obiektów budownictwa szkieletowego lewobrzeżnego Torunia. Warto go zobaczyć i pamiętać, że właśnie tutaj zaczynała się historia Polskiej Marynarki Wojennej.

Źródła: Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej w fotografii ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Toruniu – Bogusław Uziembło (MOT, 2016); Szkolnictwo wojennomorskie w Toruniu w latach 1919-1938 – Donald Steyer [w:] Rocznik Toruński, Tom 7 (ToMiTo, 1972).

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Pomnik Lotników Toruńskich

Bielany » ul. 4 Pułku Lotniczego 
✔️ 20/2020 (354)
Dziś mało kto wie, że w dwudziestoleciu międzywojennym Toruń był jednym z największych ośrodków lotnictwa w Polsce. Mieliśmy dwie szkoły pilotów i dwie jednostki wojsk lotniczych: 4 Pułk Lotniczy oraz 1 Batalion Balonowy. Żołnierze tego pierwszego zapisali się w historii Torunia i Polski, bohaterską obroną w 1939 roku. Część lotników, walczyła później w formacjach brytyjskich, pokazując nie tylko doskonałe umiejętności wyniesione m.in. z toruńskiej szkoły, ale i wielką odwagę. Dzisiejszy Aeroklub Pomorski (powstał w 1935 r.) jest cywilnym kontynuatorem tradycji toruńskiego lotnictwa.

No dobrze, to teraz skupmy się na samym pomniku. Choć zawieszona na nim tablica, upamiętnia nadanie toruńskiemu Aeroklubowi imię gen. pil. Stanisława Skalskiego w 2005 roku, to jednak sam obelisk powstał dużo, dużo wcześniej, bo już w 1971 roku. Na pierwszą tablicę trzeba było czekać aż do roku 1985. Wówczas Aeroklub Pomorski obchodził półwiecze istnienia i pierwsza tablica upamiętniała ten fakt. A że mieliśmy jeszcze PRL, to komuniści dorzucili od siebie bonus w postaci dziękczynnego tekstu ku czci Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Generał Skalski z pewnością powiedziałby Wam, gdzie i jak głęboko miał PKWN.  Skończmy jednak wątek pierwszej tablicy - była, przeminęła i jest okey, a tymczasem to co najciekawsze w historii tego pomnika, stoi na jego szczycie.

Tak, dobrze kombinujecie. Oczywiście mam na myśli Orła. W 1931 roku zastępca Szefa Departamentu Aeronautyki MSW, pułkownik pilot Jan Sendorek ufundował Puchar Przechodni Zawodów Eskadr Liniowych. Tym pucharem był odlany z brązy Orzeł trzymający w szponach kulę ziemską. Eskadry wchodzące w skład 4 Pułku Lotniczego, aż trzy razy wygrywały ten puchar. Zgodnie z regulaminem zawodów trzykrotny zwycięzca otrzymywał nagrodę na własność. Tak się też stało – Orzeł został w Toruniu i podobno stał przed hangarem 41 Eskadry Liniowej, której załoga odniosła to trzecie, decydujące zwycięstwo. Chwilę później wybuchał wojna i Orłowi groziła zagłada. Marcin Orłowski, miłośnik historii Torunia, ustalił, że puchar został ukryty pod stertą węgla w piwnicy domu przy ul. Kasprowicza. Tak przetrwał wojnę. A teraz wieńczy Pomnik Lotników Toruńskich. Dzieje Orła czynią historię samego monumentu (nie mylić z historią, którą opowiada pomnik) jedną z najciekawszych, jakie do tej pory poznałem.
lata '30, Puchar Przechodni Zawodów Eskadr Liniowych
| za: Lotnisko Toruński 1920-1939
Tak puchar stał się pomnikiem, a w 2005 roku – w 70 rocznicę powołania do życia Aeroklubu Pomorskiego, generał pilot Stanisław Skalski – legenda 142 Eskadry Myśliwskiej – stał się patronem współczesnych toruńskich pilotów.

Skalski był torunianinem z wyboru i bardzo krótko. Urodził się 27 listopada 1915 roku w Kodymie koło Odessy. Pilotem chciał zostać jeszcze zanim ukończył osiemnaście lat. Swoją przygodę zaczął w 1934 roku w Aeroklubie Warszawskim. Skończył tam kurs szybowcowy i motorowy, kurs pilotażu samolotów odbył w Łucku, potem były m.in.: Szkoła Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie i Wyższa Szkoła Pilotażu w Grudziądzu. Pod koniec 1938 roku, poprosił o przydział do 142 Eskadry Myśliwskiej 4 Pułku Lotniczego w Toruniu. Jako żołnierz tej formacji, niespełna rok później, wziął udział w walkach obronnych we wrześniu 1939 roku. W czasie pierwszych dni wojny zestrzelił 6 Niemieckich samolotów. W styczniu 1940, wraz z innymi polskimi pilotami, przedostał się z Rumunii do Anglii, gdzie zasilił szeregi RAF-u i latał, m.in. w Dywizjonie 306 „Toruńskim”. W dniu zakończenia wojny miał na swoim koncie 22 zestrzelone samoloty, co czyniło go numerem 1 wśród asów polskiego lotnictwa.
lata '40, pilot Stanisław Skalski podczas
dekoracji odznaczeniem | za: NAC
Do Polski wrócił w czerwcu 1947 roku, ale już nie do Torunia, gdzie lotnictwa wojskowego właściwie nie było, tylko do Warszawy. Wstąpił do LWP i został inspektorem techniki pilotażu. Rok później aresztowano go i trafił w łapy Józefa Różańskiego i Adama Umera z UB. Bestialsko torturowany w pseudo śledztwie, w 1950 roku został skazany na śmierć za rzekome szpiegostwo, a rok później „czapę” zamieniono na dożywocie. Zwolniono go w 1956 roku, zrehabilitowano, wypłacono nawet jakieś odszkodowanie i ponownie powołano do służby w lotnictwie.

Został odznaczony kilkudziesięcioma medalami i odznaczeniami, m.in.: Złotym i Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a także czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Wszystkie te wyróżnienia możecie obejrzeć w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

W latach '90 próbował swoich sił w polityce, ale bez sukcesów. Jeszcze w PRL spisał swoje wspomnienie z pierwszych dni wojny i opublikował w książce Czarne krzyże nad Polską. Zmarł 12 listopada 2004 roku w Warszawie. Spoczął na Powązkach Wojskowych.

Tak na marginesie: Pomnik Lotników Toruńskich nie jest pierwszym jaki powstał na terenie toruńskiego lotniska. W 1926 roku został odsłonięty Pomnik ku czci Poległych Lotników 4 Pułku Lotniczego. Niestety, nie przetrwał do naszych czasów.

Źródła: Od prowizorki po pompatyczność, czyli toruńskie (i podgórskie) pomniki patriotyczne w latach 1920-1939 – Marcin Orłowski [w:] Torunia przestrzeń wspólna (wyd. SHS, 2020); Lotnisko toruńskie 1920-1945Kazimierz Sławiński (Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, 1983); Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej, część II – Kazimierz Przybyszewski (wyd. UMK, 2018); Narodowe Archiwum Cyfrowe.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

„Torunia przestrzeń wspólna: wielokulturowe miasto z cezurą i bez cezury 1920 roku” – praca zbiorowa (📘№ 73)

✔️ 19/2020 (353)
Zabytki toruńskie młodszego pokolenia to właściwie marka sama w sobie. Ta znakomicie napisana, zredagowana i wydana seria publikacji od 2016 roku przybliża nam mniej znane karty z dziejów Torunia, jego architektury i dawnych mieszkańców. Niewiele brakowało, aby niniejszy tom – skądinąd jubileuszowy, bo dziesiąty – nie ukazałby wcale, albo ukazał ale znacznie później. A wszystko przez marazm wywołany tą dziwną pandemią, o której wszyscy mówią, a niewielu choruje. Na szczęście – w tych trudnych czasach – można liczyć na ludzi dobrej woli, którzy wsparli ten wyjątkowy projekt jakim jest „młodsze pokolenie” i dzięki temu możemy ponownie przenieść się do przeszłości.

Artykuły zgromadzone w książce Torunia przestrzeń wspólna, niejako są kontynuacją wątków lokalnego patriotyzmu i przemian roku 1920, zapoczątkowanych w tomie 7 Praktyczny patriotyzm w Toruniu 1918/1920 – 2018 i subtelnie kontynuowanych w dwóch kolejnych odsłonach serii: Miejsca dla kultury i rozrywek oraz Toruńskie miejsca do zamieszkania i (za)pamiętania.
Tradycyjnie już, aby nie rozwlekać zanadto wpisu (i w myśl zasady, że lepiej czytać książki, niż o książkach), wybrałem trzy teksty – takie subiektywne TOP3, o których chciałbym napisać po kilka zdań. Na samym końcu znajdziecie pełny spis treści, a także punkty, w których można nabyć niniejszą publikację.

Ale do rzeczy. Szczególnej uwadze polecam Wam artykuł Marcina Orłowskiego poświęcony przedwojennym pomnikom. Od prowizorki po pompatyczność, czyli toruńskie (i podgórskie) pomniki patriotyczne w latach 1920-1939, to świetnie opisany, ułożony chronologicznie katalog blisko trzydziestu toruńskich monumentów, w większości nieistniejących, a w części mało znanych. Czy wiedzieliście, że istniały dwa pomniki wojsk balonowych? A wiecie, gdzie stał monument upamiętniający bitwę pod Grochowem w 1831 roku? Nie? To koniecznie musicie przeczytać tekst Marcina Orłowskiego, który wzbogacają liczne – dotąd niepublikowane – archiwalne zdjęcia omawianych obelisków.
Jako miłośnik toruńskich detali, nie mogłem przejść obojętnie obok artykułu Katarzyny Kluczwajd. Państwowe orły w przestrzeni wspólnej Torunia z cezurą 1920 roku, to przegląd i analiza godeł państwowych w przestrzeni miejskiej – na gmachach publicznych i pomnikach. Jak zwykle, w przypadku tekstów tej Autorki, możecie liczyć na sporą dawkę ciekawostek i nigdy wcześniej nie publikowanych faktów; jak choćby ten, że szczyt dawnego gmachu Państwowego Banku Rolnego przy ul. Wały gen. Sikorskiego 15 miał być zwieńczony Orłem. Pozostało nawet miejsce na jego wkomponowanie. Albo, że oryginalne godło na budynku  Dyrekcji Lasów Państwowych wcale nie zostało wykonane przez Ignacego Zelka, jak głosi miejska legenda. Zatem przez kogo? – zapytacie. Odpowiedź znajdziecie w książce. ツ

Od szczegółów przechodzimy do ogółu. O Toruniu na przełomie XIX i XX wieku i ludziach żyjących w tamtym czasie oraz przemianach jakie przeszły przez nasze miasto w dwudziestoleciu międzywojennym opowiada Tomasz Krzemiński w artykule Toruń polski i niemiecki w XIX i XX wieku (do 1939 roku). Tekst traktuje o trudnej, wyboistej drodze polskich torunian dążących do wolności; o małych krokach, które w końcu doprowadziły naszych niestrudzonych wędrowców do upragnionej niepodległości. To także historia o budowaniu własnej tożsamości i wyparciu wszystkiego, co kojarzyło się z niedawnym zaborcą.
Torunia przestrzeń wspólna to kolejna porcja fascynujących historii, doskonale opisanych i zilustrowanych licznymi zarówno archiwalnymi, jak i współczesnymi fotografiami. Tę publikację po prostu warto mieć w swoich zbiorach. Gorąco polecam.
spis treści | za: FB/Katarzyna Kluczwajd
Książkę kupicie m.in. w Emporium przy ul. Piekary 28 i w Toruńskim Antykwariacie Księgarskim przy ul. Wysokiej 16.

ISBN: 978-83-953155-9-6
wydawca: Stowarzyszenie Historyków Sztuki
ilość stron: 256
rok wydania: 2020
oprawa: miękka
seria: Zabytki toruńskie młodszego pokolenia (tom 10)

niedziela, 24 maja 2020

„Zgadnij, kim jestem” – Kamila Cudnik (📘№ 72)

✔️ 18/2020 (352)
Ta historia zaczyna się we wrześniową noc 2007 roku na moście Piłsudskiego. Młoda kobieta wchodzi na barierkę i sprawia wrażenie jakby chciała skoczyć do Wisły. Świadkiem tego, jest Robert. Zatrzymuje samochód i ściąga dziewczynę z balustrady. Okazuje się, że mężczyzna jest policjantem, co dla niedoszłej samobójczyni oznacza przejażdżkę radiowozem i noc na komendzie.

Dziewczyna ma na imię Iza i tego dnia kończyła dwadzieścia trzy lata. Zapewnia policjanta, że nie miała zamiaru skoczyć, ale ten niespecjalnie jej wierzy. Tak zaczyna się znajomość Izy i Roberta. Nazajutrz rano odwozi ją do domu na Podgórzu i od tego momentu zaczynają się spotykać od czasu do czasu. Z początku nie jest to nic zobowiązującego, choć od razu widać, że Robert jest zaintrygowany Izabelą. Iza jeszcze nie myśli o poważnym związku, ma inne zmartwienia na głowie – co raz częściej zdaje się jej, że podczas nieobecności, ktoś buszuje po domu: rzeczy są nie na swoich miejscach, drzwi nie zamknięte na klucz... Poza tym w życiu młodej malarki (tak, Iza maluje i właśnie zaczyna pracować nad kolejną wystawą) pojawia się drugi mężczyzna – Wiktora poznaje na podgórskim... cmentarzu. Wydaje się jednak, że od początku ma większą słabość do policjanta.

Pewnego dnia Robert dostaje informację o tym, że dziewczyna trafiła do szpitala. Ktoś ją pobił. I to bardzo mocno...

Zgadnij, kim jestem to druga powieść Kamili Cudnik. Podobnie jak w Historiach miłosnych, tak i tutaj Autorka sprawnie balansuje między romansem a melodramatem. Do tego dochodzi kryminalna intryga i cały wachlarz ludzkich emocji, wiele zwrotów akcji i niemniej tajemnic oraz intryg.

I co bym nie napisał i tak sprowadzałoby się to do jednego, krótkiego stwierdzenia: Zgadnij, kim jestem to dobrze skrojona powieść, która wielu z Was przypadnie do gustu. No, ale aby się o tym przekonać, najpierw musicie sięgnąć po tę książkę, do czego Was gorąco zachęcam.

ISBN: 978-83-8116-923-3
wydawca: Zysk i S-ka
ilość stron: 424
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami

Książka objęta patronatem
bloga Po Toruniu.



środa, 29 kwietnia 2020

„Stulecie kryminału” – praca zbiorowa (📘№ 71)

✔️ 17/2020 (351)
Na początku 2019 roku Biuro Programu „Niepodległa” ogłosiło konkurs literacki Stulecie polskiego kryminału. Z nadesłanych blisko 400 opowiadań, podzielonych na trzy kategorie (kryminał retro, współczesny i futurystyczny), wybrano czternaście. Wzbogacone o teksty jurorów tworzą wyjątkową antologię świeżych i różnorodnych opowieści o zbrodni, pracy śledczych i motywach, jakimi kierują się przestępcy. I chociaż znalazłem tu tylko jeden akcent toruński, to zbiór okazał się na tyle ciekawy, że zdecydowałem się opowiedzieć o nim nieco więcej.

Antologię Stulecie kryminału otwierają opowiadania jurorów. Ryszard Ćwirlej i Anna Bińkowska zabiorą Was w podróż do przeszłości. Ćwirlej z klasyczną dla siebie lekkością i humorem opowiada prawdziwą historię śledztwa w sprawie zaginięcia pewnej... świni. Opowieść została oparta na oryginalnych zapiskach posterunkowego Policji Państwowej z Wysokiej, a głównym motywem opowiadania jest raczkująca daktyloskopia. Bińkowska z kolei skupia się na emancypacji kobiet - oto młoda sekretarka pracująca w jednym z warszawskich komisariatów podejmuje prywatne śledztwo w związku z tajemniczymi zaginięciami kobiet. Z początków II RP do przyszłości przeniesie Was Policja Wojciecha Chmielarza. To ponura wizja tego co będzie, utrzymana w duchu Łowcy androidów, gdzie samochody spalinowe są zakazane, a woda w kranach jest dawkowana niczym prochy w psychiatryku. W tym dziwnym, obcym świecie, który wciąż jest Polską, ale jakby inną Polską, zbrodnia ma się całkiem nieźle. Jest pozorne samobójstwo, mocny finał, a także sporo futurystycznych gadżetów. Dla mnie bomba, po której Robert Małecki postanawia odpalić kilka gram literackiego c4. Jego Grząska ziemia, to cobenowska opowieść osadzona we współczesnym Toruniu. Mamy więc zaginięcie i policyjne śledztwo, choć klimat opowiadania przypomina bardziej serię z Benerem niż z Grossem. Podobała mi się ciekawie zawiązaną intrygę, no i kobitka w roli głównej. ツ

Przejdźmy teraz do prac konkursowych. Jak już wspomniałem opowiadania były oceniane w trzech kategoriach. W każdej przyznawano trzy nagrody oraz wyróżnienia. W grupie „Kryminał sto lat temu” znalazło się pięć tekstów, w których przestępstwa zdają się jedynie pretekstem do nakreślenia sepicznego obrazu II RP. Szpiegowskie nuty poruszają Ewa Spławska i Grzegorz Skorupski. Oboje fundują nam czarny kryminał, ale to Skorupski kreśli finał godny klasycznych powieści Agaty Christie. Z kolei Marcel Woźniak (ojciec-twórca komisarza Leona Brodzkiego z Torunia) zabiera nas do międzywojennej Warszawy i wrzuca w wir dziwnej sprawy porwania niemowlaka z Ogrodu Saskiego. Ten tekst, oprócz zgrabnej intrygi i ciekawie poprowadzonej akcji, jest także ukłonem w stronę Stanisławy Paleolog – kobiety-legendy i matki chrzestnej polskich policjantek. To co łączy większość tekstów z tej pierwszej kategorii, to na pewno niezależne i inteligentne kobiety. Każda z bohaterek jest jednak inna, choć wszystkie muszą się mierzyć z tą samą szarą rzeczywistością.

Przenieśmy się teraz do współczesności. W kategorii, „Kryminał dziś” także mamy pięć tekstów. Co warto zaznaczyć – tematyka opowiadań, podobnie jak w przypadku pierwszej kategorii, jest zróżnicowana. Na przykład w nagrodzone I miejscem Przebudzenie Sebastiana Imielskiego odwołuje się do policyjnego Archiwum X, które właśnie wznawia śledztwo w spawie zaginięcia młodej dziewczyny w Sopocie. Mamy przy tym i wciągającą fabułę, i twist w finale, a wszystko w klimacie kameralnej opowieści z szumem morza w tle. Katarzyna Skręt, autorka opowiadania Tyś Jedność, jak Pełnia postawiła na bardziej makabryczną odmianę gatunku, serwując Czytelnikom stos trupów i niełatwe dochodzenie. Z kolei Magdalena Lewandowska-Rosa w Teczce opiera swą historię na rodzinnych tajemnicach, a także odwołuje się do klasycznego kryminału policyjnego.

Jako, że oprócz kryminałów bardzo lubię utopijne wizje przyszłości, ucieszyła mnie ostatnia kategoria opowiadań, tj. „Kryminał za sto lat” czyli taka krzyżówka kryminału/sensacji z fantastyką. Można było tu puścić wodze fantazji, co też Autorzy ochoczo czynili. W Kwantowym smoku Łukasza Szustera głównym bohaterem jest superpolicjant ścigający przemytników nielegalnego sprzętu ingerującego w DNA. W To o Was Rafał Pawlak kreśli utopijną wizję Polski utrzymaną w duchu twórczości Philipa K. Dicka, z kolei wyobrażenie przyszłości Macieja Koncmana to nic innego jak e-świat rządzony przez kamery, czujniki i algorytmy, gdzie rolę klasycznych śledczych zastępują komputery i analitycy. W tle mamy nawet ZUS, po którym i za sto lat nie należy spodziewać się niczego dobrego.ツ

Antologię Stulecie kryminału cechuje oryginalność, ale i ciekawie, dobrze opowiedziane historie. Oczywiście – co naturalne – jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, wierzę jednak, a wręcz jestem przekonany, że każdy miłośnik gatunku znajdzie tu coś dla siebie. A gdy już postanowicie zrobić sobie prezent i kupić niniejszą książkę, pamiętajcie, że pomagacie wdowom i sierotom po poległych policjantach, ponieważ cały dochód ze sprzedaży jest przekazywany właśnie Im.

ISBN: 978-83-66517-60-8
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 400
rok wydania: 2020
okładka: miękka ze skrzydełkami

Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona
za udostępnienie egzemplarza książki.



piątek, 24 kwietnia 2020

Wieża widokowa

Kaszczorek » ul. Wygoda
✔️ 16/2020 (350)
Na wschodnich rubieżach Torunia, tuż przy granicy miasta, którą w tym miejscu wyznacza Drwęca, w pierwszym kwartale 2020 roku wyrosła drewniana wieża widokowa. To pierwsza tego typu budowla w naszym mieście i kolejny zrealizowany projekt w ramach Budżetu Obywatelskiego (daw. Partycypacyjnego).

Wieża widokowa została wpisana na lokalną listę projektów na rok 2018. Pomysłodawcą był społecznik z Kaszczorka – Pan Rafał Kmieć, który chciał, aby konstrukcja powstała przy ul. Międzyrzecze, w miejscu, skąd byłby przepiękny widok na malowniczo wijącą się Drwęcę. Pierwotnie wieża miał liczyć około 9,5 metra wysokości i faktycznie pierwsze wizualizacje pokazywały imponującą konstrukcję wyposażoną w cztery przestronne platformy na różnych poziomach (zobacz grafikę poniżej). Urzędnicy miejscy zwlekali jednak blisko dwa lata z realizacją projektu. Po drodze zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego, a ceny materiałów budowlanych poszybowały w górę. To pierwsze sprawiło, że wieża musiała być przeniesiona i w konsekwencji została zbudowana na Wygodzie, a to drugie, że musiała być mocno okrojona, aby koszt zmieścił się w zarezerwowanej na ten cel kwocie 55 tys. zł.
wizualizacja pierwotnego projektu | za: FB/Rafał Kmieć
Projekt wieży wykonał zespół architektów z firmy X-Bud, a budowę rozpoczęto w styczniu 2020 roku. Ostatecznie drewniana konstrukcja posiada dwie platformy i liczy nieco ponad 6 m wysokości. Nie oznacza to jednak, że możemy podziwiać widoki z sześciu metrów. No nie, tak dobrze nie jest. Najwyższy punkt widokowy znajduje się jakieś 3,5 m nad ziemią i bynajmniej nie widać stąd płynącej nieopodal Drwęcy. Co zatem można zobaczyć? Od wschodu panoramę Złotorii z wieżą kościoła św. Wojciecha, od zachodu polanę, na której często pojawiają się sarny i jelenie oraz panoramę Skarpy, od południa rozpościera się widok na park etnograficzny, a od północy widać tylko drzewa, za którymi płynie Wisła i wznoszą się ruiny zamku w Złotorii.

Wieża widokowa, pomimo okrojonej wersji, prezentuje się całkiem dobrze i szkoda tylko, że nie zdecydowano się ustawić jej w miejscu, skąd rozpościerałby się widok na rzekę. Dobrze, że chociaż możemy podglądać dzikie zwierzęta, choć aby móc to robić musicie wyposażyć się w solidną lornetkę, albo – jeśli fotografujecie – dobry teleobiektyw. Niestety, mój – a mam 300 mm – jest zbyt mały, aby z tej odległości zrobić dobre ujęcia.

Kończąc, chciałbym dodać, że sam pomysł budowy punktów widokowych uważam za bardzo dobry i mam nadzieję, że w przyszłości powstanie jeszcze nie jedna tego typu konstrukcja. Ale żeby to wszystko miało sens, lokalizacje muszą być bardzo dobrze przemyślane.

sobota, 18 kwietnia 2020

„Lotnisko toruńskie 1920-1945” – Kazimierz Sławiński (📘№ 70)

✔️ 15/2020 (349)
Jeśli chcielibyście zapoznać się z historią toruńskiego lotnictwa, to koniecznie powinniście sięgnąć po książkę Lotnisko toruńskie 1920-1945 Kazimierza Sławińskiego. Ta skromna objętościowo publikacja z pewnością zaspokoi waszą ciekawość w tym temacie, tym bardziej, że – wbrew tytułowi – nie traktuje wyłącznie o bielańskim lotnisku. Autor zagadnienie potraktował nieco szerzej i opisał również dzieje hali sterowcowej i związanych z nią formacji wojskowych.

A Kazimierz Sławiński wiedział o czym pisze. W 1933 roku ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy przy I Batalionie Balonowym w Toruniu, w którym później, aż do 1937 r., pełnił stałą służbę. W tzw. „międzyczasie” zaliczył kurs obserwatorów balonowych, a w 1938 dostał przydział do toruńskiego 4 Pułku Lotniczego. Zanim odeślę Was do bardziej szczegółowego biogramu Sławińskiego, wspomnę jeszcze, że jest autorem ponad dwudziestu książek, głównie minipowieści lotniczo-wojennych, które w PRL ukazywały się w seriach Żółty Tygrys czy Miniatury Lotnicze. Więcej o Panu Kazimierzu przeczytacie w książce Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej, część II.

Myli się jednak ten, kto myśli, że Lotnisko toruńskie 1920-1945, to wspomnienia Autora z czasów, gdy uczył się i służył w Toruniu. Nic z tych rzeczy. Ta książka, to rzetelna, oparta na źródłach, publikacja o szeroko rozumianym lotnictwie z czasów II RP.

Dziś pewnie mało kto wie, że w dwudziestoleciu międzywojennym, w Toruniu znajdował się jeden z najprężniej działających ośrodków szkoleniowych lotnictwa wojskowego w Polsce. Funkcjonowały tu m.in.: Oficerska Szkoła Obserwatorów Lotniczych, Eskadra Szkolna czy Oficerska Szkoła Aeronautyczna. Szkolono zarówno pilotów jak i tzw. „baloniarzy”. Oczywiście, początki nie były łatwe - o tym też pisze Sławiński. Właściwie lotnictwo startowało od zera, bowiem w 1920 roku Niemcy wywieźli z Torunia wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a jedyne co zostawili po sobie, to zamiecione podłogi.

Lotnisko toruńskie 1920-1945 to również książka o ludziach – głównie oficerach, którzy uczyli przyszłych pilotów, ale nie tylko. Opisana została także wizyta braci Adamowiczów – pilotów-amatorów, którzy przylecieli z Ameryki do Polski i zmierzając do Warszawy, zahaczyli o Toruń. Pojawili się nagle i niespodziewanie, czym wzbudzili konsternację u pracowników lotniska. Ta wizyta, to również część historii toruńskiego aerodromu, podobnie jak powstanie, wiosną 1935 roku, Aeroklubu Pomorskiego.

Jak się okazuje, historia naszego lotnictwa jest bogata i interesująca, a Kazimierz Sławiński opisał w swojej książce, to co w tej historii najważniejsze. Ponadto, w publikacji znajdziecie sporo zdjęć, choć kiepski papier i słabej jakości druk, sprawiają, że te fotografie nie należą do najwyraźniejszych.

Jeśli chodzi o dostępność tytułu... Pozostaje tylko allegro. Cena książki z kosztami wysyłki  waha się tam od 9 do 15 zł [stan na 18.04.2020].

ISBN: 83-206-0378-1
wydawca: Wydawnictwa Komunikacji i Łączności
ilość stron: 96
rok wydania: 1983
okładka: miękka

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

„Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej (1920-1939), cz. II” – Kazimierz Przybyszewski (📘№ 69)

✔️ 14/2020 (348)
Tym razem chciałbym zaprezentować Wam książkę wydaną przez nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK w 2018 roku. Jej autorem jest znany i ceniony toruński historyk Kazimierz Przybyszewski, zmarły w 2013 roku. Tak więc niniejsza publikacja, jest jego ostatnim – pośmiertnym dziełem. Jest to także druga część biogramów znanych i mniej znanych torunian lat Drugiej Rzeczypospolitej z roku 2001. Niestety, tom 1 – z racji tego, że nakład dawno został wyczerpany – jest trudno dostępny, dlatego pewnie nie prędko wpadnie mi w łapki, skupmy się zatem na tomie 2.

A jest na czym, bo to wyjątkowo opasłe tomiszcze, no może nie aż tak jak To czy Bastion Stephena Kinga, ale mamy tu prawie 700 stron, na których zawarto biogramy 220 osób. Część z tych nazwisk powinniście znać, jak choćby Ottona Steinborna – pierwszego komisarycznego prezydenta Torunia, Stanisława Jaugscha – podgórskiego króla branży mięsnej, artystę-rzeźbiarza Wojciecha Durka, czy Antoniego Brejskiego – redaktora naczelnego Gazety Toruńskiej. Wśród tych wybitnych osobowości znalazł się również mój dziadek – Marceli Kadlec, w międzywojniu toruński przedsiębiorca z branży samochodowej oraz skarbnik, a później prezes Pomorskiego Związku Kół Śpiewaczych.
A to mój dziadek Marceli. Zdjęcie portretowe zrobiono w latach '40, 
kiedy ukrywał się w Lublinie, drugie ujęcie wykonano w Toruniu, w roku 1938).
Wśród tych 220 nazwisk nie brakuje lokalnych polityków, lekarzy, wojskowych, artystów, szeroko rozumianych ludzi kultury i działaczy społecznych. Ta książka, ma też, w jakimś sposób, wymiar socjologiczny. Mamy tu bowiem cały przekrój klasy średniej międzywojennego Torunia. Poznając dzieje konkretnych osób, poznajemy ich drogi do sukcesów, ale i upadków, co często miało ścisły związek z wojną i latami powojennymi.

Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej, to książka warta przeczytania, bo oprócz tego, że poznajemy ludzi, których nie ma już wśród nas, możemy także zerknąć na samo miasto, które trochę się różni od tego, jakie znamy. Aż chciałoby się powiedzieć: niby takie podobne a jednak inne... I chyba rzeczywiście coś w tym jest.

Książka dostępna m.in. na stronie Wydawcy.

pełny tytuł: Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej (1920-1939). Biogramy i szkice biograficzne. Część II
ISBN: 978-83-231-4147-1
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 694
rok wydania: 2018
okładka: miękka

poniedziałek, 16 marca 2020

Dawny salon Beverly Hills Video

Rubinkowo » Szosa Lubicka 111
✔️ 13/2020 (347)
Chyba się starzeję (też mi odkrycie, stary! ツ). Skoro bierze mnie na wspomnienia, to najwyższa pora zacząć rozglądać się za jakąś ładną kwaterą na cmentarzu. Żartuję. Oczywiście, że żartuję, ale ostatnio, przeglądając zgromadzone przed laty śmieci, które nie wylądowały w koszu tylko przez wzgląd na bliżej niesprecyzowany sentyment, natrafiłem na kasetę VHS. Chciałoby się napisać „starą kasetę VHS”, ale przecież wszystkie takie są. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego: tekturowe pudełko, a w nim plastikowa obudowa z magnetyczną taśmą w środku. Ta kaseta niczym nie wyróżnia się spośród setek innych kaset, jakie w ciągu swojego życia miałem w rękach. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Ten konkretny egzemplarz uruchomił wspomnienia z lat... młodości (tak, wiem, pogrążam się ツ).

Kaseta, która wyłoniła się z domowych zakamarków, niczym duch starego przyjaciela, włączyła wehikuł czasu, który każdy z nas ma w swojej głowie. W tym przypadku kołem napędowym były oznaczenia na pudełku, a konkretnie marka taśmy – Beverly Hills Video. Pamiętacie salon BHV przy Szosie Lubickiej? Właśnie o nim chciałbym dziś opowiedzieć.

Powszechność magnetowidów sprawiła, że w latach '90 sporo było w naszym mieście wypożyczalni. Ciasne i słabo zaopatrzone były niemal na każdym toruńskim osiedlu. Pod tym względem, Beverly Hills Video, to była nowa jakość – salon pełną gębą, przestronny i dobrze zaopatrzony, nie tylko w stare tytuły, ale przede wszystkim w nowości. Gdy po raz pierwszy przekroczyłem próg przybytku, w którym X Muzę brało się na wynos, miałem dwanaście lat. Był dokładnie 4 grudnia 1999 roku – trochę mroźny, ale nie pamiętam czy również śnieżny. Tego dnia do toruńskiego salonu przyjechał Cezary Pazura. Był twarzą sieci BHV i otwierał pewnie większość salonów w kraju. Na kasety weszła właśnie kontynuacja wielkiego hitu z 1997 roku czyli Kiler-ów 2-óch, a ja wciąż miałem w głowie (zresztą nadal mam, choć już nie w takich ilościach) cytaty z pierwszego Kilera. Tamtego dnia, po kilkugodzinnym staniu w kolejce, udało mi się zdobyć autograf ulubionego aktora, a także namówić tatę, aby zapisał nas do Beverly Hills Video. W tym momencie zaczęła się moja przygoda z poznawaniem kina.
Pierwszy salon BHV pojawił się w Warszawie w 1997 roku. W ciągu kilku lat otworzono ponad 50 punktów w całej Polsce. Właścicielem sieci był jakiś Amerykanin z dużą forsą. Musiał taką dysponować, skoro otworzył i wyposażył tyle salonów. Każdy z nich zajmował powierzchnię kilkuset metrów kwadratowych. Z początku wydawana była również bezpłatna gazetka – o ile dobrze pamiętam, ukazywała się raz w miesiącu i prezentowano w niej premiery i nowości. 

Początkowo salon przy Szosie Lubickiej był czynny od 9 do północy. I zdarzało się, że nawet przed zamknięciem po sali kręciło się sporo osób. Nowości wypożyczano na dobę, starsze filmy na trzy dni. Lubiłem brać te starsze. Tak właśnie poznałem klasykę kina i zakochałem się w takich obrazach jak Ociec chrzestny, Chłopcy z ferajny, Wściekły byk czy Kasyno. W pewnym okresie miałem też jazdę na stare horrory: Egzorcysta, Koszmar z ulicy Wiązów, W mroku pod schodami, Piętek trzynastego 4 (wcześniejszych, ani późniejszych części nie mieli), Halloween 6 (niestety była tylko szóstka, a zaległości nadrobiłem wiele lat później)... Wypożyczałem też polskie filmy: Psy, Ucieczkę z kina Wolność, Przesłuchanie... I to wszystko nim skończyłem szesnaście lat. Pamiętam jak robiłem sobotnie filmowe przedpołudnia. Wpadali do mnie dwaj najlepsi wówczas kumple. Razem szliśmy do wypożyczalni coś wybrać (najczęściej był to horror albo fantastyka), a potem „na chatę” konsumować kino. Fajne czasy.

Lata leciały, a ja dorastałem, a wraz z tym moim dorastaniem rozwijała się technika. Na moich oczach DVD wypierało VHS. Widziałem upadek tego nośnika, również z perspektywy klienta BHV. Na półkach, grube pudełka od kaset zostały zastąpione cienkimi od płyt. Stało się to stopniowo, ale w końcu taśmy zupełnie zniknęły z salonu. To zniknięcie nie było dla mnie takie bolesne. Już wtedy miałem swój odtwarzacz DVD (najpierw w komputerze, a potem już stacjonarny – do telewizora) i doceniałem jego wyższość nad starymi magnetowidami. Bo i kto nie doceniał, skok jakościowy był przecież ogromny. Poza tym BHV wyszło naprzeciw tym, którzy jeszcze nie zaopatrzyli się w sprzęt i zaczęli wypożyczać własny. Tak, razem z płytą można było pożyczyć także odtwarzacz.

Ale – pojadę teraz wytartym frazesem – wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pewnie ekonomiści daliby na ten temat profesjonalny wykład, a może nawet i cały cykl wykładów, ale gdy pierwsza dekada XXI wieku dobiegała końca, chyba każdy zorientował się, że świat techniki mocno przyspieszył i... staniał. Odtwarzacze DVD stały się powszechne, podobnie jak coraz szybszy internet w naszych domach. To z kolei upowszechniło mniej i bardziej legalne portale, za pośrednictwem których można było oglądać/ściągać filmy. A potem szturm przeprowadzili wydawcy kolorowych gazet. Pamiętacie, gdy do takich tytułów jak Gala, Viva czy inne dodawali płytki z filmami? Za dychę czyli w cenie wypożyczenia płyty z BHV, można było mieć niekiedy naprawdę przyzwoite produkcje. Między innymi to przyczyniło się do upadku miesięcznika Cinema, którego redaktor naczelny stanął okoniem i nie miał zamiaru dodawać do swojego czasopisma żadnych płyt z filmami. W 2007 roku miesięcznik został zamknięty. Podobnych skrupułów nie miał redaktor – wydawanego od 1946 r. – magazynu Film. Tam od jakiegoś czasu pojawiały się płytki, głównie z klasyką, ale to było tylko odwlekanie nieuniknionego. Bo wszystko było w sieci: recenzje i opisy filmów, doniesienia ze świata gwiazd, ale i same filmy również. Gazeta upadła w 2013 roku.

Ten upadek było też widać w salonach Beverly Hills Video. Już wtedy nie zaglądałem tam tak często jak kiedyś, chociaż zdążyłem jeszcze założyć swoją własną kartę, którą zachowałem do dziś. Ale druga dekada XXI wieku dla BHV była powolną agonią. Przypominało to raka, albo rdzę pożerającą kawał blachy. Zaczęło się niepozornie od skrócenia godzin otwarcia. Od 10 do 23, od 10 do 22, od 11 do 22, od 12 do 21, itd. W salonie pojawiły się stojak z gazetami, lodówka z napojami, półka z przekąskami, wreszcie stworzono – ukryty za parawanem – dział filmów porno. Potem salon zaczął się kurczyć. Najpierw o 1/3, potem o połowę. A pod koniec zrobiło się tam ciaśniej niż w tych starych wypożyczalniach działających przy marketach.

Wtedy wpadałem już tam bardzo rzadko, ale przy każdej wizycie czułem niemały szok. Z wielkiego salonu zrobiła się mała klitka przypominająca spożywczy z filmami. Ale mimo tych wszystkich symptomów zamknięcie całej sieci i to z dnia na dzień, było wielkim zaskoczeniem. Ludzie nie zdążyli nawet oddać filmów, które wypożyczyli. 20 maja 2013 roku sieć Beverly Hills Video zamknęła wszystkie swoje punkty. Było ich wówczas pewnie koło 40. Na stronie BHV wisiała informacja, a właściwie prośba, aby wypożyczone płyty odsyłać na warszawski adres. Ciekawe ile osób to zrobiło? Co ciekawe, miesiąc później został skasowany – wspomniany wyżej – miesięcznik Film. Nieszczęścia jednak chodzą parami.

Przygotowując niniejszy wpis musiałem trochę pogrzebać w swoich starych zdjęciach. Na szczęście na kilku ujęciach (wszystko pochodzą z 2010 r.) widać szyld BHV, choć nigdy nie było moją intencją fotografowanie tego miejsca. Odszukałem też moją starą kartę członkowską i filmik, na którym „występuję” razem z Cezarym Pazurą. Zamieszczone tu screenshoty pochodzą z nagrania VHS, więc nie porywają jakością, mimo to, to świetna pamiątka, ale i kawałek historii.