ZOBACZ DRUGĄ ODSŁONĘ "Po Toruniu"

18 czerwca 2017

23. Toruński Festiwal Książki

Stare Miasto.
Toruński Festiwal Książki, to od lat wielka uczta dla torunian-książkożerców. Wczoraj skończyła się 23 edycja intelektualnej wyżerki, która w tym roku trwała aż 11 dni! A skoro to już koniec, to można pokusić się o małe podsumowanko?

Intelektualna wyżerka nie zawsze była tak bogata i syta, jak w tym roku. Jeszcze kilka lat temu mogliśmy mówić jedynie o skromnej biesiadzie, trwającej niespełna tydzień. Nazwiska zaproszonych gości również nie wywoływały gęsiej skórki, chyba, że z zimna. No, właśnie, bo w tym roku, i czas Festiwalu jest nietypowy. Jak to było wcześniej? Październik, listopad, grudzień – szaroburo i ponuro, a do tego zimno i sennie, bo i aura jesienna, dupiata taka, że niejeden otworzył sobie żyły na świat. W tym roku niespodzianka! Czerwiec! Mam nadzieję, że w kolejnych latach Festiwal Książki na stałe wpisze się w wiosenną miejską ramówkę, bo niebo wprawdzie, jak szachownica: raz jasne, raz ciemne, ale za to o wiele cieplej, no i na imprezy można było rowerem podjechać. Więc podjeżdżałem. Na wszystkie, na których chciałem być. Zacząłem już drugiego dnia Festiwalu, kiedy to w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego pojawił się Mirosław Wlekły – autor biografii „Tu Byłem. Tony Halik”. Dzień wcześniej skończyłem czytać tę książkę, którą wchłonąłem, niczym powieść przygodową. Wlekły pisze przyjemnym dla oczu, lekkim stylem, a do tego w sposób przejrzysty „bawi się” chronologią. Biografia, więcej niż udana, a i spotkanie ciekawe. To było w czwartek, 8 czerwca, potem miałem kilka dni wolnego od festiwalowych emocji, ale pojawiły się inne, związane z wycieczką do Bobrownik i rejsem do Torunia.
Mirosław Wlekły w Ratuszu Staromiejskim
Tematem przewodnim tegorocznego Toruńskiego Festiwalu Książki, była historia. Historia w takim mieście, jak Toruń, jest dosłownie wszędzie: w bramach kamienic, pod pomnikami, na kocich łbach... W Toruniu historii jest tyle, że można się o nią potknąć. Jako miłośnik swojej małej ojczyzny, nie mogło mnie zabraknąć na wtorkowym panelu dyskusyjnym w czytelni Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie Katarzyna Kluczwajd – autorka m.in. „Torunia między wojnami”, Mieczysław Wilczewski („Mój Toruń”) i Tomasz Stochmal, z pasją opowiadali o historii naszego miasta, jego dawnych mieszkańcach i architekturze. Dzień później również uczestniczyłem w spotkaniu o tematyce toruńskiej, a to dzięki Ryszardowi Kowalskiemu i Małgorzacie Iwanowskiej-Ludwińskiej – autorom książki „Cztery pory życia na Chełmionce”. Książki, którą serdecznie polecam.
Katarzyna Kluczwajd, Szymon Spandowski, Mieczysław Wilczewski i Tomasz Stochmal
Ryszard Kowalski i Małgorzata Iwanowska-Ludwińska
pamiątki zebrane przez Pana Ryszarda i piękne szkice Pani Małgorzaty
W czwartek wreszcie wszedłem do ukochanego Dworu Artusa. Nawet wnętrza Ratusza Staromiejskiego, nie mówiąc już o nijakości CSW i salki w Domu Muz, nie wzbudzają takiego zachwytu jak Artusowa Sala Wielka i poprzedzająca ją Sala Lustrzana. Również autorzy będą wpadać w zachwyt na widok detali zdobiących Wielką: najpierw Jakub Żulczyk, a dzień później Wojciech Kuczok, który przez kilka minut błądził wzrokiem dookoła, by w końcu stwierdzić: „Co za sala!”. Te reakcje w ogóle mnie nie dziwią – są jak najbardziej uzasadnione, bo i Dwór Artusa, jak mało który gmach, potrafi oszałamiać widzów, tym bardziej, jeśli ci, są tu po raz pierwszy. No, więc 15 czerwca byłem na spotkaniu z Żulczykiem, który ma na swoim koncie kilka świetnych powieści i wszystko na to wskazuje, że do tej świetności dołączyła kolejna – „Wzgórze psów”. Autor pisze też scenariusze, m.in. do „Belfra”, którego pierwszy sezon był kręcono po sąsiedzku, bo w Chełmży i Chełmnie, a ekranizacja jego powieści „Ślepnąc od świateł” już jest na finiszu produkcji. Kto czytał, którąś z książek Kuby, ten wie, że to twórca wysokich lotów, którego nie dotyczą gatunkowe ograniczenia. Lubię jego powieści, za ich mroczność, brutalność, za styl, jakim są napisane, za język, za przetrąconych przez życie bohaterów. Tego samego dnia, w tym samym miejscu, odbyło się jeszcze jedno spotkanie z Autorami wielkiego kalibru, Autorami, których nazwiska zna każdy miłośnik kryminałów. Ryszard Ćwirlej i Marcin Wroński stoczyli pojedynek dżentelmenów. Każdy z nich cytował najsmaczniejsze kawałki z powieści tego drugiego. Bardzo szybko zapanowała luźna atmosfera, a publiczność wielokrotnie wybuchała śmiechem. To było zdecydowanie najlepsze ze spotkań tegorocznego Festiwalu. Na sam koniec panowie wymienili się wierszami, napisanymi ku chwale „przeciwnika”. Pojedynek zakończył się bezkrwawym remisem, a i na rozdawanie autografów starczyło sił.
Jakub Żulczyk
Ryszard Ćwirlej i Marcin Wroński
Piątek był dla mnie zamknięciem Festiwalu Książki. Po raz ostatni ruszyłem „na miasto” i po raz kolejny do Dworu Artusa. Tym razem na spotkanie autorskie z Wojciechem Kuczokiem, o którym ostatnio zrobiło się głośno za sprawą powieści „Czarna” – dramatu psychologicznego opartego na prawdziwej historii zbrodni w Czarnej Białostockiej z 2001 roku.
Wojciech Kuczok
Od środy imprezą towarzyszącą był Jarmark Książki. Księgarze i wydawcy wystawiali się na parterze Dworu, ale zapowiadane wielkie rabaty, w rzeczywistości nie były wcale tak wielkie – zazwyczaj około 20%, a tyle to daje nawet Empik, nie mówiąc już o ofercie Świata Książki, czy dyskontu Bonito/Aros, u których 30/35%, to standard. Ale nie było aż tak źle, żeby czegoś dla siebie nie wybrać. Dobre ceny miały książki z wydawnictwa Od Deski Do Deski (około -40% od ceny okładkowej), tak więc uzupełniłem serię Na F/Aktach o „Bestię” i „Smutek cinkciarza”.
Już na sam koniec chciałbym wspomnieć o fantastycznym folderze, poświęconym 23. Toruńskiemu Festiwalowi Książki – to też nowość, bo we wcześniejszych latach były tylko ulotki z programem. W tym roku też były, ale oprócz tego, Dwór Artusa zaszalał i wydał piękny biuletyn z opisem każdego wydarzenia. Widziałem, że niektórym posłużył do zdobywania autografów, ja jednak wolę mieć podpis Autora na książce, a folder i ulotkę złożyć w swoim archiwum.

To było udanych 11 dni. Frekwencja – patrząc po tych spotkaniach, na których byłem – więcej, niż zadowalająca. Szczerze, ostatnio nie widziałem nigdzie tego upadłego czytelnictwa – nie jest martwe, nie leży, nie czołga się, nie pełznie, nie wyje z bólu, ani nie błaga o ratunek. W sumie ma się całkiem nieźle… A te statystyki? Jak każde inne: o kant dupy potłuc i jedyne, co może martwić, to tylko ta jednolita cena książki, która roi się w ograniczonych umysłach dziadów z Polskiej Izby Książki. Organizacji, którą, notabene, trzeba byłoby zlikwidować, jako twór – o ironio – szkodliwy książkom, ich twórcom i czytelnikom.

I tym książkowym manifestem kończę, licząc jednocześnie, że TFK na stałe przeskoczy z później jesieni, na późną wiosnę.
folder i ulotka 23. TFK

14 czerwca 2017

📘#19: „Cztery pory życia na Chełmionce” – Ryszard Kowalski i Małgorzata Iwanowska-Ludwińska

W Toruniu mamy nowy trend literacki – wspomnienia. Wspominano już dawne Stawki, Podgórz i Mokre, teraz przyszła kolej na Chełmińskie Przedmieście. O Chełmionce (i nie tylko o niej) wspomina Ryszard Kowalski, który bardzo obrazowo, a wręcz malowniczo kreśli obrazy z dzieciństwa i lat młodości. To podróż w dużej mierze sentymentalna, ale właśnie takie mają być wspomnienia i takie są „Cztery pory życia na Chełmionce”.

Na, nieco ponad, 120 stronach, Czytelnik poznaje świat sprzed kilkudziesięciu lat; świat, którego już nie ma, który przepadł zjedzony przez buldożery i czas, strawiony przez urzędniczą niewiedzę i ignorancję. Kawał namacalnej historii miasta przepadł bezpowrotnie, pozostając jedynie w pamięci ludzi mieszkających niegdyś na Chełmionce, na nielicznych archiwalnych zdjęciach i na kartkach prezentowanej przeze mnie książki.

Jedno jest bezsprzeczne: historię Pana Kowalskiego, spisaną przez Małgorzatę Iwanowską-Ludwińską czyta się jednym tchem; została spisana przystępnym, obrazowym językiem, a całość - prócz zdjęć - uzupełniają przepiękne szkice Małgorzaty Iwanowskiej-Ludwińskiej. „Cztery pory życia na Chełmionce”, to lektura ciekawa i wciągająca, a Pan Kowalski w swych wspomnieniach bynajmniej nie ogranicza się tylko do tytułowej Chełmionki, na której mieszkał, ale również opisuje miejsce swojej pracy – parowozownię na Kluczykach. Kluczyki były wtedy takim miastem w mieście, miejscem trochę niezwykłym, na pewno z urokiem, z wszechobecnymi parowozami i niesamowitymi ludźmi – tego miasta również nie ma.

W opowieści snutą przez Autorów widać pasję i zaangażowanie, i jedyne do czego tak naprawdę mogę się przyczepić, to ta nieszczęsna okładka projektu Krzysztofa Galusa. Czy to się podoba czy nie, obwoluta jest tą częścią książki, którą Czytelnik widzi w pierwszej kolejności. Okładka, nie jest tylko kurteczką osłaniającą przed wiatrem; okładka ma zachęcać, wzbudzić zaciekawienie... I tak się zastanawiam: jak bardzo trzeba nie lubić swojej pracy lub jak mało zdolności trzeba mieć, aby stworzyć to coś, co jest pierwszą stroną „Czterech pór życia na Chełmionce”, tym bardziej, że "grafik" miał do dyspozycji cudowne rysunki Pani Małgorzaty, wystarczyło wybrać jeden i zrobić z niego okładkę... Jednak ok, niech będzie, obwoluta to nie wszystko, to tylko estetyczny (lub – jak w tym przypadku – zupełnie nieestetyczny) dodatek, najważniejsza jest przecież treść, a ta stoi na wysokim poziomie literackim.

„Cztery pory życia na Chełmiance”, to historia nie tylko Autora, ale i Torunia, a Pan Kowalski - przy pomocy Pani Iwanowskiej-Ludwińskiej - i o życiu, i o swoim umiłowanym mieście potrafi opowiadać ciekawie i poruszająco.

ISBN: 978-83-8019-678-0
wydawnictwo: Adam Marszałek
liczba stron: 122
rok wydania: 2017
typ okładki: miękka

12 czerwca 2017

👣 Śladami Wisły 2017: Bobrowniki-Nieszawa-Ciechocinek-Złotoria-Toruń

Blog „Po Toruniu” już dawno nie miał pozatoruńskiego wpisu, a przecież od czasu do czasu trzeba odetchnąć od dobrze znanych kątów i odkryć inne ciekawe miejsca. Tym bardziej, że nie trzeba daleko jechać, aby zobaczyć coś wyjątkowego. Kujawsko-pomorskie ma do zaoferowania wiele pięknych widoków. W miastach, miasteczkach i wsiach regionu nie brakuje urokliwej architektury, cennych zabytków i miejsc, gdzie można odpocząć na łonie przyrody. Tylko jak to wszystko pogodzić? Jak w ciągu kilku godzin zobaczyć zarówno zabytki, ale i wypocząć pod chmurką? Odpowiedź podsuwa nam Wisła, będąca Królową Rzek – i owszem, ale też wodną autostradą przecinającą całą Polskę. Wisłą dopłyniemy do wszystkich ważniejszych i najpiękniejszych miast; dotrzemy zarówno w góry jak i nad morze… jednak my nie mamy aż tak ambitnych planów. Wystarczy nam jednodniowy rejs obejmujący swym zasięgiem 40 km. Niby niewiele, a jednak wiele. Samochodem, to koci skok – pół godzinki, może nawet nie. Łodzią (to też zależy jaką), godzin – powiedzmy – kilka. Z tym, że jaka jest przyjemność z jazdy samochodem? Niewielka. Może w latach ’20 XX wieku, to była frajda, ale teraz? Przyjemność daje nam to, co niepowszednie, co zdarza się raz od wielkiego święta – jak ryba po grecku w okresie świąt Bożego Narodzenia, czy wejście raz do roku na wieżę naszego Ratusza Staromiejskiego.

W sobotę, 10 czerwca, Fundacja „Zamek Dybów i Gród Nieszawa” wspólnie z Basonianką zorganizowały pierwszy z trzech rejsów pod wspólnym tytułem „Śladami Wisły”. A wszystko zaczęło się przed godziną 9 w murach toruńskiego Zamku Dybowskiego. Tam była zbiórka i odbiór pamiątkowych koszulek, i czerpanie energii z murów warowni Jagiełły. Energii potrzebnej na cały dzień. Pogoda jeszcze wtedy była niczego sobie: niebo w miarę czyste, słońce świeciło i grzało, ale prognozy, które śledziłem od kilku dni, nie napawały optymizmem, a wręcz sprawiały, że człowiek zastanawiał się, czy w ogóle ruszać się z domu. Ale jak się powiedziało "A"… 

Na terenie campingu Tramp czekał na nas autokar, którym kilka minut po 9 ruszyliśmy ku Bobrowikom. Lubię autobusy, czego nie mogę powiedzieć o pociągach. Te mogę jedynie fotografować, ale podróżować nimi… tylko w ostateczności. Podróż autobusem kojarzy mi się z najlepszymi wycieczkami w życiu, z motywem drogi, jak u Davida Lyncha, ze swego rodzaju wolnością. W drodze czytam „Czarną” Wojciecha Kuczoka. Autor już za kilka dni będzie w Toruniu na Festiwalu Książki, więc jak dziś nie utonę, to pojadę po autograf. Kuczok ma oryginalny styl i swój rytm, w który trzeba się wbić. „Czarna”, to mocna literatura oparta na faktach. Gdy odrywam nos od książki, przejeżdżamy przez jakąś mieścinę, może Lipno, ale nie jestem pewny. Mijamy budynek poczty, jest też mały paczkomat, a po chwili już las. Leśna droga wije się przez kilka kilometrów, słońce coraz bardziej kryje się za chmurami i jest już niemal pewne, że Karaibów, to dziś nie będzie.
Autokar dojeżdża pod same ruiny zamku w Bobrownikach. Jest godzina 10:30 i 40-osobowa grupa właśnie rozpoczyna swoją przygodę. Przewodnik na dawnym zamkowym dziedzińcu rozpoczyna opowieść o historii warowni. Nie mam czasu słuchać. Zresztą nie lubię słuchać. Słuchanie historii mnie męczy. O historii wolę czytać, choć i to bywa męczące lub wręcz bolesne, zwłaszcza gdy za pisanie bierze się historyk-grafoman, co jest – niestety – bardzo częstym zjawiskiem. Więc nie słucham, tylko idę połazić po ruinach i robię zdjęcia. Bardzo dużo zdjęć, bo w końcu po to tu jestem. Karta pamięci pomieści ponad dwa tysiące fotek, mam też dwa rezerwowe komplety akumulatorów, no i wziąłem ze sobą drugi aparat – tak na wszelki wypadek.
spojrzenie na Wisłę w kierunku Włocławka
Zamek (a właściwie jego resztki), po którym łażę i fotografuję, zbudowano na polecenie księcia Władysława Garbatego, zwanego też Włodkiem Garbaczem (mieli wtedy niezłe ksywki, nawet lepsze od chłopaków z Pruszkowa) – to jedna wersja. Druga mówi, że zamczysko zbudowali Krzyżacy. A może obie są prawdziwe? Może Piastowie zaczęli budowę, a braciszkowie z mieczami ją dokończyli? Tak czy inaczej, warownia pochodzi z drugiej połowy XIV wieku i w swej historii kilkakrotnie przechodziła z rąk polskich w niemieckie, potem znowu w polskie… Po śmierci Garbatego, władzę na zamku przejął Kazimierz Wielki, a po nim Ludwik Węgierski, który przekazał zamek w Bobrownikach Władysławowi Opolczykowi. I to był błąd, bo skubaniec opchnął go razem z całym terenem Krzyżakom, którzy od końca XIV wieku władali stąd całą Ziemią Dobrzyńską. Zamek wrócił pod Koronę Królestwa Polskiego dopiero w 1410, kiedy pod Grunwaldem Jagiełło i spółka spuścili łomot von Jungingenowi. Na początku XV wieku, na polecenie króla Władka drugiego, warownię rozbudowano. Potem było już tylko gorzej. W latach 1626-1629 w trakcie wojny o ujście Wisły, Szwedzi mocno uszkodzili zamek, potem zrobili dogrywkę w czasie „Potopu” w latach 1655-1660. Na początku XVII wieku władze polskie pozwoliły na rozbiórkę resztek warowni w celu pozyskania cegieł. Jak widać na zdjęciach, na szczęście, nie wszystko zabrano. A to, co zostało, posłużyło jeszcze bolszewikom, którzy w 1920 r. z ruin ostrzeliwali polskie statki, m.in. ORP „Moniuszko”, czy holownik „Lubecki”, z którego ukradli żywność. Ruskie wtedy tak się nażarli, że aż dostali biegunki. I dobrze im tak! Do dziś niewiele zostało z zamku w Bobrownikach, ale to, co jest, na tle otoczenia, wygląda malowniczo. Ta najwyższa część, którą widzicie na zdjęciach, to pozostałości po zamkowej wieży; są też jakieś resztki piwnic, do których z chęcią wchodzę. Czas jednak goni i trzeba się streszczać. 
O 11:24 wypływamy. Cztery łodzie dominują na Wiśle, która robi się niespokojna, a złowrogie chmury kłębią się aż po horyzont. Jeśli jeszcze pół godziny temu ktoś miał złudzenia i liczył na ładną pogodę, teraz stracił nadzieję. Wszyscy ubierają długi rękaw… No, prawie wszyscy – tylko jeden bloger pozostaje w wersji letniej, dumnie prezentując pamiątkową koszulkę z panoramą Torunia, bo przecież być torunianinem, to nie wstyd, to powód do dumy.
Kościół św. Jadwigi Śląskiej w Nieszawie
a tu urodził się Noakowski
Pierwszy etap rejsu trwał około 40 minut i zakończył się w Nieszawie – wędrującym mieście. Zamek Dybów zbudowano w Nowej Nieszawie. Po tym, jak mieszczanie toruńscy pogonili Krzyżaków, król Polski Kazimierz Jagiellończyk zobowiązał się przenieść, konkurencyjne dla toruńskich kupców, miasto. Dziś, charakterystycznym dla miasta obiektem, jest przepiękny kościół św. Jadwigi Śląskiej, zbudowany w latach 1460-1468, z widzianą z daleka wieżą z roku 1592. Na zwiedzanie nie ma wiele czasu, ale zachęcony tą krótką wizytą, pewnie niedługo tu wrócę. Byliśmy tam jedynie 40 minut, ale moją uwagę przykuło kilka obiektów, oprócz kościoła, m.in. sąsiadującą z nim plebanię, która w 1867 roku była świadkiem narodzin artysty Stanisława Noakowskiego. Zresztą miasto bardzo się szczyci swoim vipem, czego dowodem jest chociażby poświęcone mu muzeum. Atrakcją miasteczka jest też, zastępujący most, prom kursujący między brzegami.
przystań w Ciechocinku
spojrzenie na Wisłę w kierunku Nieszawy
Za piętnaście pierwsza znów jesteśmy na łodziach. Pogoda coraz bardziej się kiepści. Zaczyna padać. Deszcz, na szczęście, jest tylko przelotny. Gdy po kolejnych 40 minutach docieramy do Ciechocinka, woda przestaje kapać z nieba. W Ciechu mamy przystanek "gastronomiczny". Stąd do centrum jest kawałek drogi, zresztą nie ma czasu na zwiedzanie. W przybrzeżnej knajpce można kupić kawę, herbatę, jakieś przekąski.
Przerwa w rejsie trwa godzinę. O 14:30 pod eskortą toruńskiej policji rzecznej, ruszamy dalej. Jednego z policjantów rozpoznaję – m.in. to On 29 kwietnia holował mnie i kilku dziennikarzy do przystani AZS, o czym pisałem w relacji z II Majówki z historią. I tym razem przychodzą nam z pomocą, bo Wisła miejscami potrafi być wredna i zdradliwa, a wodniacy, jak nikt inny, znają jej zagrywki i potrafią przechytrzyć. Pilotują więc nas do samego Torunia. Cały czas jest pochmurnie i chłodno. Chłodno, ale nie zimno, zresztą nie lubię wysokich temperatur. Nie jestem typem ciepłolubnych. Pamiętam, w podstawówce miałem kolegę, który był mocno zahartowany, potrafił – w kilkunastostopniowym mrozie – przyjść do szkoły w samym sweterku. Inna rzecz, że daleko nie miał – może 100, może 150 m; jesienią z kolei latał w najlepsze w koszulce i krótkich gaciach, i nigdy nie chorował. W odróżnieniu od niego, nie jestem takim hardcorowcem, ale sobotnia temperatura była – powiedzmy – znośna, zresztą kapok ogrzewał tam, gdzie trzeba.
most autostradowy im. Armii Krajowej
j.w.
Trzeci etap rejsu trwał blisko półtorej godziny, ale gdy na horyzoncie pojawił się most autostradowy, poczułem się prawie jak w domu. Most im. Armii Krajowej w ½ jest toruński. Po lewej stronie zaczynają się już Czerniewice, po prawej – bodajże – Kopanino. 
ekipa dobija do Złotorii
ruiny zamku Kazimierza Wielkiego w Złotorii
j.w.
j.w.
po prawej Drwęca wpada do Wisły
widok z Wisły na osiedle Na Skarpie
Cumujemy w Złotorii, aby zobaczyć zamek Kazimierza Wielkiego, a raczej resztki resztek, które zamkiem niegdyś były. W 1411 wymieniono się tu opieczętowanymi dokumentami I pokoju toruńskiego, a po II pokoju warownia straciła na znaczeniu. Dziś nikt się nie pokusi o próbę rekonstrukcji zamczyska. Nie wiadomo jak wyglądało. To, co zostało, nie wiadomo nawet, czym było: basztą, czy czymś innym. Pierwszy raz byłem tu z rodzicami 4 sierpnia 1995 roku. Data zapadła w pamięć, bo tego dnia wieczorem zmarła moja babcia. Zdążyła jeszcze obejrzeć film z wycieczki do Złotorii nagrany na VHS. Wiele lat później wróciłem tu rowerem, no i teraz – po raz trzeci. Korzystając z okazji, że tu jestem, poszedłem zobaczyć miejsce, gdzie Drwęca wpada do Wisły. Stąd też widać toruńską Skarpę. Na tym etapie podróży ma się już tę komfortową świadomość, że nawet na pieszo można dojść do domu i nie byłaby to specjalnie długa i męcząca przechadzka, ale najlepsze było dopiero przed nami – trzy toruńskie mosty już czekały, aby pod nimi przepłynąć, zatem... na łodzie i w drogę ku sercu Torunia.
jest i most gen. Zawackiej
Młyn Trzeposz
most kolejowy Ernesta Malinowskiego
j.w.
Most generał Zawackiej był bodajże bohaterem drugiego wpisu na „Po Toruniu”. Teraz, po przeszło trzech latach, może warto pomyśleć o jakimś nowym artykule o najnowszej toruńskiej przeprawie: z nowymi zdjęciami i tekstem, bo początki bloga, skądinąd, nie były wcale ambitne. Kawałek dalej, na Winnicy, Młyn Trzeposz – kolejny z pierwszych bohaterów na „Po Toruniu”. To trochę, jak podróż sentymentalna, ale ze środka Wisły, te dobrze mi znane miejsca, wyglądają jakby inaczej. Po kilku minutach, kolejny most – ten najstarszy, bo jeszcze z czasów pruskich. Most Żelazny pierwotnie był mostem kolejowo-drogowym, a dziś tylko kolejowym. Sam nie wiem, czemu o nim jeszcze nie pisałem. W najbliższym czasie trzeba to nadrobić. Zdjęcia są, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony Wisły, wystarczy tylko napisać tekst. Podobne plany mam względem czwartego z mijanych mostów – mostu Piłsudskiego, a pierwotnie Kopernika; został przeniesiony z Opalenia, zresztą nawet nie cały, bo tylko większe elementy; te mniejsze wykorzystano do budowy mostu w Koninie. Taka ciekawostka: w Opaleniu do dziś stoją fundamenty.
Dyboś przebijający zza Piłsudskiego
TU parkować! :)
Jest już po 17. Nasza podróż dobiega końca. Podziwiamy jeszcze panoramę starówki – to po prawej stronie. Po lewej zaś, zza filarów mostu Piłsudskiego, zaczyna wyłaniać się Zamek Dybów. Stąd zaczęliśmy i tu skończymy. Łodzie przybijają do brzegu, jeszcze tylko krótki spacer przez las i biesiada na dziedzińcu Dybosia. Z ust dzieci, które licznie wzięły udział w tym wyjątkowym rejsie, słyszę: „Ale było super.”, „Było fajnie, mamo.”. Dorośli też wyglądają na zadowolonych i nie dziwie im się, bo i ja, pod tą ogólną szczęśliwością, mogę się podpisać.
ostatnie przygotowania do uczty
Starosta dybowski i przyjaciele, po raz kolejny zafundowali torunianom wyśmienitą zabawę, która na długo pozostanie nam w pamięć.