środa, 21 grudnia 2016

KSIĄŻKA | „Mój Toruń. Wspomnienia chłopaka z Mokrego” – Mieczysław Wilczewski

Oglądając stare fotografie, widzimy zatrzymane w czasie pojedyncze sekundy z życia poprzednich pokoleń. Obraz w swym bezpośrednim przekazie jest jednak w pewnym stopniu ułomny i bardzo ograniczony, a często wyreżyserowany, czy też wyrwany z kontekstu. Tym niemniej uwielbiamy stare zdjęcia, prawda? Pokazują nam świat zupełnie odmienny od naszego, a znane nam kąty wyglądają często zgoła inaczej, ludzie wydają się być bardziej eleganccy, a otoczenie barwniejsze, co jest swego rodzaju paradoksem, bo najczęściej patrzymy na fotografie czarno-białe. Jednak wciąż widzimy tylko jedną krótką sekundę, skrawek miasta czy uśmiechniętych ludzi sfotografowanych w atelier, o których nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic więcej poza tym, jak są ubrani. 

O historii Torunia powstało dziesiątki książek, a wielu doktorów i magistrów wysiedziało setki dupogodzin tworząc w pocie czoła publikacje, których czytanie powinno być opatentowaną torturą CIA. Gdy wpada w ręce taka „Historia Torunia”, gdy z zapałem zabierasz się za jej czytanie i po kilku zdaniach odkrywasz, że tekst wyszedł spod pióra grafomana, którego jedyną zdolnością jest przekopywanie archiwów, budzą się w człowieku najgorsze – pierwotne instynkty. W przypadku wspomnień, rzecz jest zupełnie inna. Historia nagle ożywa, a do głosu dochodzą zwykli ludzie i ich emocje. Taki właśnie jest „Mój Toruń. Wspomnienia chłopaka z Mokrego” Mieczysława Wilczewskiego, który opisuje dzieciństwo i młodość na tle Torunia lat ’50 i ’60.

Pan Mieczysław sugestywnie i barwnie opowiada o latach spędzonych na ulicy Podgórnej, opowiada też o swojej rodzinie, przyjaciołach i nauczycielach oraz o Toruniu tamtych lat; Toruniu, który w dużej mierze już nie istnieje, ponieważ z każdym rokiem ubywa dawnych robotniczych zabudowań z muru pruskiego, powstają za to nowe ulice, a deweloperzy wznoszą kolejne odcięte od świata, ogrodzone płotem i monitorowane zony. W opowieści Wilczewskiego, Mokre ma swój niepowtarzalny klimat i duszę zamkniętą na podwórkach domostw. Z tej książki dowiecie się m.in. w co bawiły się ówczesne dzieci, ile kosztowała lemoniada, bilet do kina czy na tramwaj; gdzie znajdował się magiel i gdzie na Mokrem pachniało świeżym chlebem oraz jak to się stało, że ciasto stryjka Kazika wylądowało na chodniku. „Mój Toruń”, to również obraz torunian z przełomu lat ’50 i ’60, jakże odmienny od tego współczesnego.

Autor w swej opowieści wychodzi (a właściwie wyjeżdża) również poza granice swojej dzielnicy, opisując rowerowe wycieczki po mieście (zupełnie jakbym widział siebie J). Znakomitym uzupełnieniem całości jest słownik gwary toruńskiej, wśród licznych dobrze mi znanych słówek, znalazło się kilka zupełnie mi obcych, jak chociażby „czarna myna” określająca jędzy czy też czarownicę, która od razu mi się spodobała i zacząłem szukać takich „czarnych myn” w najbliższym otoczeniu (pozdrawiam byłą sąsiadkę z 2. piętra).

Niestety, zdarzyło się kilka merytorycznych wpadek; ta największa to powielanie „miejskiej bzdury”, jakoby kaponiera Fortu VII była ścianą straceń. Otóż nie była! Więźniów Fortu VII mordowano w lasach Barbarki, a jedyną ścianą śmierci był front schronu amunicyjnego M-2 przy Szosie Lubickiej, gdzie rozstrzelano pięcioro mieszkańców wsi Rubinkowo. 

Pomijając te nieścisłości, książka jest ciekawa i zasługuje na uwagę, przede wszystkim ze względu na wartość dokumentalną, bowiem w dużej mierze czytamy opisy Torunia, którego, niestety, nie ma. To też jedna z najciekawszych toruńskich publikacji 2016 roku.

ISBN: 978-83-8019-380-2
wydawnictwo: Adam Marszałek
liczba stron: 290
rok wydania: 2016
typ okładki: miękka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz