sobota, 29 marca 2014

Młyn Trzeposz

 
#Winnica. I znów jesteśmy na Winnicy. Idąc brzegiem Wisły, przez gęste i dzikie tereny pełne rozlewisk, finezyjnie rosnących drzew i konarów wyrzuconych przez rzekę, w odległości ponad kilometra od mostu Zawackiej, natrafiamy na tajemniczą budowlę. To młyn Trzeposz, będący pozostałością po starej osadzie rybackiej. Historia tego miejsca jest niezwykle interesująca, otóż pierwsze wzmianki o młynie miejskim zlokalizowanym właśnie w tym miejscu pochodzą z roku 1259, to właśnie wtedy Rada Miasta Torunia miała go przekazać Krzyżakom, którzy z kolei w rewanżu wyrazili zgodę na pobudowanie domu targowego na Rynku Staromiejskim. Oczywiście wtedy wyglądał inaczej. Obecny kształt zawdzięcza przebudowie z XIX wieku, ale podobno piwnice wciąż kryją oryginalne fundamenty i półkoliste-gotyckie sklepienia. Ciekawostką jest również to, że w roku 2013 minęło 110 lat odkąd budynek przestał być młynem.
Z młynem Trzeposz łączy się też legenda "O siostrze Katarzynie". To właśnie tam urodziła się i wychowała córka młynarza - Katarzyna. Pewnego dnia matka dziewczynki zachorowała i zmarła, a jej ojciec postanowił powtórnie się ożenić. Pech chciał, że wybrał sobie straszną jędzę, która była podła dla pasierbicy. Pewnej nocy Kasia usłyszała wołanie o pomoc. Wybiegła z domu i dostrzegła ukochanego kocura macochy, który miał zamiar pożreć malutką muszkę. I to właśnie myszka - ludzkim głosem - wzywała o zmiłowanie. Dziewczynka nie zastanawiając się chwili dobiegła do kocura i uwolniła zwierzątko z jego łap. Pech chciał, że całą tę scenę z okna młyna widziała macocha, która za to wygnała dziewczynkę z domu. Mała Kasia postanowiła udać się do Torunia, gdzie znalazła schronienie w klasztorze Panien Benedyktynek. Życzliwie przyjęta zaczęła pracować w kuchni.

Minęło wiele lat. Miasto nawiedziły wojny, zarazy i głód. Głodni mieszkańcy przychodzili do sióstr po jedzenie, jednak zapasy klasztoru szybko się skończyły. Którejś nocy coś zbudziło Katarzynę. W ciemności dostrzegła małą myszkę - tę samą, którą ocaliła z rąk kocura. Gryzoń okazał się być mysim królem, który teraz postanowił się odwdzięczyć za uratowanie życia. Zaprowadził Katarzynę do zapomnianych podziemi klasztoru, w których znalazła wiele skrzyń wypełnionych po brzegi piernikowym ciastem. Obudziła wszystkie siostry i wspólnie przez całą noc wypiekały pierniki. Rano bramy klasztoru otworzyły ponownie i zaczęto rozdawać wypieki. Wdzięczni mieszkańcy w podzięce za dary nazwali pierniki "Katarzynkami", a ich kształt przypominający sześć złączonych ze sobą medalionów, pozostaje niezmienny aż po dziś dzień.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz