piątek, 21 października 2016

Zamek Dybowski (Dybów)

🔹Piaski.
Ponad 580 lat temu Władysław Jegiełło zapragnął mieć na nowo odzyskanych ziemiach swoją rezydencję. Miejsce, w którym mógł wypocząć i się wyspać, bo Jagiełło lubił sen niemal w równym stopniu, jak polowania. Przez wieki zmieniali się królowie, toczono bitwy o zamek i z zamku. Współcześnie Dybów też był świadkiem i niemym uczestnikiem mniej i bardziej znaczących momentów. Miejsce to upodobali sobie zarówno zakochani, amatorzy wspinaczki, jak i gangsterzy. Tutaj też był katowany ksiądz Jerzy Popiełuszko. Poznajcie historię budowli, której dzieje są równie pasjonujące, co losy bohaterów „Trylogii” Sienkiewicza, a szczęśliwe zakończenie ostatniego rozdziału, przypomina finał seriali TVN.

Trwał 36 rok panowania Władysława Jagiełły na tronie króla Polski, kiedy 27 września 1422 roku nad jeziorem Mełno (dzisiejszy powiat grudziądzki) Polska i Litwa zawarły pokój z Zakonem Krzyżackim, kończąc tym samym, trwającą od ponad dwóch miesięcy wojnę. W ciągu tego czasu Krzyżacy głównie ukrywali się w swoich zamkach, unikając jak ognia, otwartej bitwy, ale właściwie germańscy zakonnicy z tego słynęli, więc nie ma się czemu dziwić, że: po pierwsze tym razem robili to samo, a po drugie, że tak szybko przystąpili do pokojowych rokowań. Dla naszego regionu pokój mełneński oznaczał powrót Nieszawy do Polski, a jeden z punktów porozumienia mówił o tym, że Krzyżacy muszą zburzyć tamtejszy zamek komturski, którego gruzy przetrwały do naszych czasów i znaleźć je można nieopodal Wisły na terenie Wielkiej Nieszawki. Najprawdopodobniej właśnie wtedy w głowie Jagiełły narodziła się myśl, czy raczej pomysł, że może warto byłoby zbudować na tym terenie swoją warownię. Początkowo polski zamek miał powstać w miejscu komturskiego, za czym przemawiał chociażby fakt, że gdy Krzyżacy ociągali się z rozbiórką, król Polski w zamian za przedłużenie im terminu, chciał, aby zakon zostawił mu m.in. budynek komtura i stajnie. Krzyżacy, czując co planuje Jagiełło, nie mieli zamiaru ułatwiać mu życia i zdecydowali, że przyspieszą prace i wyburzą cały kompleks. Tak też się stało. Mimo to, bracia zakonni byli świadomi tego, że budowa polskiego zamku naprzeciw krzyżackiego Torunia, jest kwestią czasu, a oni – Krzyżacy – nie są w stanie tego powstrzymać. Jagiełło, choć niepozornego wyglądu i nadzwyczaj łagodny i szczodry dla swych poddanych, u Krzyżaków budził respekt. Uważali go za potężnego władcę i obawiali się takiego sąsiada.

W 1424 roku Władysław Jagiełło ustanowił lokację dla Nowej Nieszawy. Położona vis-à-vis Torunia, pod względem ekonomicznym, szybko stała się realnym zagrożeniem dla krzyżackiego miasta, a ciśnienie toruńskim mieszczanom skoczyło jeszcze bardziej, gdy dostrzegli budowę polskiej warowni po drugiej stronie Wisły. Nie znamy dokładnej daty, kiedy oddano zamek do użytku, ale w 42 tomie „Rocznika toruńskiego” w artykule Zamek w Nowej Nieszawie (Dybowie) w świetle średniowiecznych źródeł pisanych historycy dotarli do interesujących dokumentów, z których wynika, że w połowie 1430 roku budowa zamku była na ukończeniu. Jednak Zamek Dybów, co tu dużo mówić, nie był twierdzą z prawdziwego zdarzenia. Przypominał raczej wypadową rezydencję króla, która bynajmniej nie była przygotowana na długotrwałe oblężenia, co zresztą wkrótce miało się potwierdzić. Jagiełło, jako człowiek pragmatyczny, ale i ceniący swoją wygodę, chciał mieć w Nowej Nieszawie cichą przystań, co było dość logiczne, biorąc pod uwagę, że bywał na tych ziemiach dość regularnie. Na co dzień jednak, miał tu rezydować starosta Nowej Nieszawy, którym był wówczas Mikołaj Tumigrała.

Nastał rok 1431 i wielki książę litewski Świdrygiełło zaczął knuć przeciwko Polsce z wielkim mistrzem krzyżackim Russdorfem. Tak rozpoczęła się kolejna wojna polsko-krzyżacka, która swój finał będzie mieć cztery lata później w Brześciu Kujawskim, gdzie zostanie zawarty pokój. Najpierw jednak, na przełomie sierpnia i września 1431 r. Zamek Dybowski został opanowany przez toruńskich mieszczan. Akcja przeszła bardzo sprawnie i bez rozlewu krwi, a to dlatego, że zamek w ogóle nie był broniony. Jan Długosz wspominał nawet o zdradzie Tumigrały. Tak czy inaczej, torunianie weszli tam, jak do siebie, grabiąc po drodze łupy w postaci miedzi, zboża i soli. Co ciekawe, mieszczanie toruńscy dokonali tego napadu za plecami Krzyżaków i nie mieli zamiaru się dzielić tym, co zrabowali z Nieszawy. Faktem jednak jest, że od tego momentu Zamek Dybów na prawie pięć lat stał się siedzibą reaktywowanego komturstwa nieszawskiego. Krzyżacy bardzo szybko przystąpili do przebudowy warowni. Modernizacja miała na celu, przede wszystkim, podniesienie poziomu obronności. Sprowadzono armaty i dodatkowych ludzi, a źródła wspominają też o budowie muru obronnego i drugiej wieży. Dziś ciężko odtworzyć dokładny wygląd zamku, zarówno ten pierwotny, jak i po pierwszej przebudowie. Wiadomo, że do południowej ściany zamku (od strony Wisły) był "przyklejony" budynek mieszkalny, którego piwnice przetrwały do naszych czasów, choć są zasypane ziemią; wiadomo też, że zamek – przynajmniej częściowo – otaczała fosa, a główna brama od strony północnej miała most zwodzony. Niestety, nie zachowały się żadne rysunki przybliżające nam wygląd warowni, a dostępne opisy są zgoła niekompletne.

Ostatni dzień 1435 roku przyniósł nie tylko długo oczekiwany pokój między zwaśnionymi Polakami a Zakonem Krzyżackim, ale i powrót Zamku Dybowskiego pod polską koronę, którą od 25 lipca 1434 r. nosił nowy król – Władysław III Warneńczyk, starszy syn Jagiełły. To właśnie za czasów i na rozkaz Warneńczyka, przeprowadzano kolejne przebudowy i umocnienia nieszawskiego zamku, który stał się siedzibą burgrabich.

Przez kolejne lata panował względny spokój, chociaż stosunki między Toruniem a Nieszawą cały czas były napięte. W latach ’40 XV w. chodziły pogłoski, że toruńscy mieszczanie znowu szykują pochodnie na polskich sąsiadów zza Wisły, jednak do ataku nigdy nie doszło, a zamek przetrwał kolejnego króla, a nawet panujące po Warneńczyku trzyletnie bezkrólewie.

Druga połowa XV wieku przyniosła kolejne zawirowania w postaci wojny, nazwanej potem „trzynastoletnią”. Jej wybuch był kulminacją antykrzyżackich nastrojów, które rosły w mieszczanach pruskich miast już od wielu lat. Torunianie swój stosunek do zakonu wyrazili 4 lutego 1454 roku szturmując Zamek Krzyżacki. Wprawdzie szturm był nieudany, ale oblężenie sprawiło, że już następnego dnia komtur Albrecht Kelb poddał warownię. A co zrobili mieszczanie? Idźcie na Przedzamcze i zobaczcie sami. Przejęcie toruńskiej warowni było końcem pewnej epoki, ale wtedy nikt się nad tym nie zastanawiał, bowiem już 22 lutego Kazimierz IV Jagiellończyk wypowiedział Krzyżakom wojnę, a 6 marca przyniósł zakonowi kolejną złą wiadomość w postaci aktu inkorporacji Prus, podpisanego najprawdopodobniej na Zamku Dybowskim. 22 lutego i 6 marca były konsekwencją prośby Związku Pruskiego, aby Jagiellończyk włączył pruskie ziemie do Korony Polskiej. Choć de facto wojna trzynastoletnia zaczęła się na Zamku Krzyżackim w Toruniu, już kolejne wydarzenia rozgrywały się po drugiej stronie Wisły, wśród chłodnych murów Zamku Dybów. Już w listopadzie 1454 r. Kazimierz Jagiellończyk, szantażowany przez szlachtę wielkopolską, wydał na Zamku Dybowskim przywileje nazwane cerekwicko-nieszawskimi, jednak nie to było najważniejsze z punktu widzenia mieszkańców Torunia i Nieszawy. Kazimierz IV biorąc pod orle skrzydła Związek Pruski, zobowiązał się przenieść Nową Nieszawę o 4 mile w górę biegu Wisły. 24 września 1460 roku król wydał odpowiedni dokument lokacyjny, a dwa lata później po Nowej Nieszawie został już tylko Zamek Dybów i jedna droga prowadząca nad Wisłę. Otaczające go pustkowie nie przeszkadzało Jagiellończykowi, który w trakcie trwania wojny trzynastoletniej często bywał w nieszawskiej warowni, zresztą tu były też negocjowane warunki pokoju, który ostatecznie zawarto 19 października 1466 roku w toruńskim Dworze Artusa.

Mamy zatem koniec wojny, w której Krzyżacy mocno dostali po grzbiecie, Toruń otrzymał liczne królewskie przywileje, a Zamek Dybów znalazł się pośrodku pustkowia. Jakby powiedział Kononowicz: „Nie było już niczego”, z wyjątkiem królewskiej warowni, z którą coś trzeba było zrobić, a jako, że już wcześniej pełniła funkcję ośrodka administracyjnego, postanowiono, że nadal będzie siedzibą starosty. Zyskała też nową rolę – komory celnej, a od czasu do czasu nadal gościła króla ze świtą. Mury zamku były nawet świadkiem królewskich narodzin – 12 marca 1476 roku urodziła się tu Anna Jagiellonka, córka Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki.
Oblężenie Torunia w 1703 r., rys. Steinera z I poł. XVIII w.
Na kilkadziesiąt lat zapanował względny spokój, zakłócony dopiero przez wojny szwedzkie. Dla naszego zamku najgorsza okazała się ta ostatnia, nazwana „potopem”. Szwedzi w 1655 rozpoczynają okupację Torunia, zajmują też Zamek Dybowski, ale obawiają się, że uzbrojona warownia naprzeciwko miasta może, w przyszłości zagrozić jego murom. W 1656 r. zapada decyzja na szczeblu komendanta garnizonu: Zamek Dybów ma zostać wysadzony. „Puśćcie go z dymem, chłopaki!” – mógłby krzyknąć do swoich podkomendnych, ale pewnie tego nie zrobił. Chłopaki – nie chcąc zawieść dowódcy, choć sądząc po efekcie końcowym, o pirotechnice nie mieli dużego pojęcia – wzięli cztery beczki prochu i zataszczyli je na zamek. Było „bum”, może nawet „duże bum”, posypało się trochę cegieł, ale warownia w znaczącym stopniu ocalała. Mimo to dowódca garnizonu, którym najprawdopodobniej był już wówczas gen. Bartold Hartwig von Bülow, musiał uznać, że zamek został wyłączony z wojennej gry, ponieważ nie ponowił prób jego zniszczenia.

Jego obawy związane z zagrożeniem, jakie stwarzał zamek, nie były nieuzasadnione. W tej kwestii generał okazał się lepszy od wróżbity Macieja, bowiem dwa lata później, w czasie oblężenia Torunia, wojska polsko-austriackie w okolicach Zamku Dybów, zbudowały baterię, z której ostrzeliwali toruńskie mury; w 1703 r. to samo zrobili Szwedzi, siejąc w Grodzie Kopernika największe w dziejach spustoszenie, co zostało nawet udokumentowane na rysunku Georga Friedricha Steinera. Co ciekawe, mimo tych wszystkich wojennych zawirowań, mimo iż Dyboś parę razy oberwał, komora celna działała tu aż do 1793 r. czyli II rozbioru Polski. Mniej więcej z tego okresu pochodzą dwa szkice Karola Albertiego, które jednoznacznie pokazują, że już wtedy warownia była ruiną, ale nie aż taką, aby za czasów pruskich, komory celnej nie przekształcić w gorzelnię.
obraz Karola Albertiego z końca XVIII w.
szkic z 1842 r., widok na zamek z wieży kościoła św. Janów
szkic z 1842 r., widok na zachodnią ścianę
szkic z 1842 r., widok od południowej strony
szkic z 1842 r., widok na główną bramę od strony północnej
Zamek Dybów w swoich dziejach miał jeszcze jedną próbę ognia. W 1813 r., gdy Toruń otoczyli Rosjanie, czterdziestu Francuzów pod dowództwem porucznika Savary znalazło schronienie w ruinach polskiej warowni, w której wytrwali trzymiesięczne oblężenie kacapskiej hordy. Dopiero kapitulacja Grodu Kopernika sprawiła, że oni również się poddali. Najprawdopodobniej, to właśnie wtedy ostatecznie zniknął, przylepiony do zamku, budynek mieszkalny, ale mury zewnętrzne zamczyska przetrwały i okazały się na tyle silne, iż w 1829 Prusacy włączyli warownię do miejskiej fortyfikacji, a w czasie budowy zewnętrznego pierścienia fortów, powstał plan przekształcenia Zamku Dybowskiego w fort. Do całkowitej przebudowy nigdy jednak nie doszło, chociaż w 1848 r. budowlę otoczono wałami, a w murach wybito otwory strzeleckie. Tyle zdążyli zrobić przed wybuchem I wojny światowej, a może ktoś wcześniej doszedł do wniosku, że jednak pomysł przekształcenia zamku w fort nie jest do końca trafiony?
pocztówka z 1902 r. (źródło: http://kpbc.umk.pl)
zdjęcie lotnicze z lat '20 XX w.
fragment pocztówki z lat '30 XX w. (źródło: http://kpbc.umk.pl)
Przez kolejne lata zamek formalnie nadal należał do wojska – ponownie polskiego, ale pozostawał opuszczony. Dopiero w 1935 roku Dybowem zajęło się miasto. Zabezpieczono mury, a w nowo pobudowanym domu, zamieszkał dozorca. Rok później przeprowadzono najpilniejsze prace konserwatorskie, ale ruiny wciąż były niewykorzystane. I w tym marazmie warownia Jagiełły trwała do końca II Rzeczypospolitej, przetrwała II wojnę światową i początek nowej – gorszej – Polski Ludowej. Dopiero na przełomie lat ’60 i ’70 zrekonstruowano wieżę bramną (na zdjęciach z okresu międzywojennego widać wyraźnie, że nie miała się najlepiej), a także przeprowadzono szereg innych prac konserwatorskich. W latach ’70 zamkiem zaopiekowali się harcerze, ale był to jedynie krótki epizod, po którym mury znów stały się zapomniane.
widok na Bramę Wiślaną, zdjęcie z lat '50 XX w.
wieża bramna, zdjęcie z lat '80 XX w.

główna brama zamku, lata '80 XX w.
Kolejne trzy dekady nie przyniosły żadnych zmian. Opuszczona ruina niszczała narażona nie tylko na matkę naturę i wandali, ale i na amatorów poszukujących legendarnego tunelu pod Wisłą, łączącego Zamek Dybów z kościołem św. Janów.

I tak doszliśmy to mitycznej tajemnicy zamku, która wciąż rozbudza wyobraźnię. Właściwie nie wiadomo, kiedy narodziła się legenda, ale w pierwszej połowie lat ’90 była na tyle żywa, że uzbrojeni w georadar naukowcy, postanowili ją zweryfikować. Był lipiec 1995 roku – pod względem technicznym, niemal prehistoria. Naukowcy dysponowali wtedy – patrząc z dzisiejszej perspektywy – prymitywnym SIR-3 – amerykańskim georadarem, produkowanym przez firmę Geophysical Survey Systems Inc. Był to wówczas – najprawdopodobniej – jedyny egzemplarz w Polsce, a posiadał go toruński Instytut Geografii Polskiej Akademii Nauk. Georadar faktycznie na coś natrafił. Podziemna konstrukcja miała mieć łukową strukturę z pustą przestrzenią w środku, ale nigdy nie potwierdzono, czy faktycznie jest to tunel. Zwolennicy legendy przytaczają jednak relacje świadków: budowniczych mostu Piłsudskiego, którzy w trakcie wznoszenia trzeciego filaru (patrząc od strony Starego Miasta), natrafili na gotyckie sklepienia pod dnem Wisły oraz człowieka, który twierdził, że w czasie II wojny światowej, był zmuszany przez Niemców do pracy w tunelu, w którym naziści ukryli zrabowane kosztowności. Podobno kluczem do znalezienia podziemnego przejścia jest pięć kielichów Wellnera z Hotelu „Pod Trzema Koronami” (Hotel 3 Kronen THORN), na/w których zamieszczono dokładne dane dotyczące lokalizacji tunelu. Plotka głosi, że jeden z tych kielichów został sprzedany w grudziądzkim antykwariacie. Historia rodem z Indiany Jonesa jest jednak kolejną niepotwierdzoną legendą związaną z tunelem. Oczywiście, gdyby przejście pod Wisłą rzeczywiście istniało, byłoby to odkrycie na skalę światową, chociaż wciąż mnie zastanawia, kiedy tunel miałby zostać wybudowany? Przecież, gdy wznoszono zamek, Toruń był krzyżacki. A może tunel powstał w latach 1431-1435, kiedy warownię przejęli bracia zakonni? Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby w tamtych czasach w ciągu niespełna czterech lat zaprojektować i zrealizować tak wielki i kosztowny projekt. Mimo to, tunel wciąż rozbudza wyobraźnię i mógłby być podwaliną całkiem niezłego filmu przygodowego lub książki.

Pewne jest natomiast, że zachowały się piwnice domu mieszkalnego, który przylegał do zamku. W latach 1998-2001 archeolodzy przeprowadzili wykopaliska, odkrywając te niedostępne dotąd zakamarki. Pamiętam je. Miałem wtedy około 13 lat i co sobotę jeździliśmy z tatą na Zamek Dybowski (miałem wtedy „jazdę” na Dybosia i sobotnie wypady stały się wręcz rytuałem). Dzięki temu byłem – przynajmniej wizualnie – na bieżąco w pracach archeologicznych i miałem tę przyjemność łażenia po zasypanych dziś piwnicach. Jednak wykopów było znacznie więcej. Na przykład na dziedzińcu znaleziono ślady późnośredniowiecznego bruku, a także pozostałości po nowożytnych kanałach i studni; zlokalizowano też dokładne miejsce fosy zamkowej, a w południowo-wschodnim narożniku po zewnętrznej stronie muru, natrafiono na ślady pomieszczenia, które mogło pełnić funkcję suszarni dla zbóż. Więcej na temat wykopalisk przeczytacie w artykule Lidii Grzeszkiewicz-Kotlewskiej „Zamek Władysława Jagiełły w Dybowie w świetle badań archeologicznych w latach 1998-2001” („Rocznik toruński”, tom 29).

Zamek Dybowski, chociaż przez ostatnie lata był zapomniany przez miejskich włodarz, wciąż pozostawał w świadomości torunian. Stał się azylem zarówno dla zakochanych, smakoszy piwa oraz trunków mniej (znaczniej mniej) wyszukanych, jak i amatorów wspinaczki. Na przełomie lat ’90 i 2000, dziedziniec zamku był areną porachunków gangsterskich. To właśnie tu został pobity Paweł S., który 7 sierpnia 2000 r. padł ofiarą ulicznej egzekucji pod Hotelem „Filmar”. Z warownią Jagiełły wiąże się jeszcze jedna ponura historia. Według najnowszych ustaleń prokuratorów IPN zajmujących się sprawą zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, 19 października 1984 roku, trzej funkcjonariusze SB: Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, po tym, jak uprowadzili księdza w Górsku, przewieźli go w okolice Zamku Dybów. To właśnie tutaj – w trakcie katowania przez esbeków – kapelan „Solidarności” zgubił swój różaniec. Tu też Popiełuszko został przekazany drugiej ekipie, która wywiozła go najprawdopodobniej do podwłocławskiej bazy wojsk radzieckich.
rok 2013, ekspozycja starych aut na zamkowym dziedzińcu
j.w.
Przez ostatnich dwadzieścia lat, co jakiś czas pojawiały się mniej lub bardziej poważne pomysły na adaptację zamku Jagiełły. Jednego roku ktoś wyskoczył z pomysłem pobudowania przy ruinach hotelu. Dopiero w 2013 roku coś się ruszyło. Wraz z początkiem sezonu turystycznego, na zamkowym dziedzińcu pojawiły się stare samochody. Właściciel Prywatnego Muzeum Motoryzacji i Techniki w podwarszawskich Otrębusach, planował otworzyć tu filię swojego muzeum. Okazało się, że była to przygoda na jeden sezon. Stare samochody, otoczone średniowiecznymi murami, były frekwencyjnym niewypałem. Nie wiadomo, co przyczyniło się do tak znikomego zainteresowania wystawą. Być może słaba reklama (na stronie muzeum w Otrębusach nie wspomniano nawet słowem o toruńskiej ekspozycji), a może brak pomysłu na to, co dalej? Koniec był tego taki, że we wrześniu 2013 r. samochody zniknęły, a teren ponownie zarósł trawą. Miasto rozpisało więc przetarg na kolejną dzierżawę. W 2015 roku, jedyną zainteresowaną firmą, była spółka Dream Projects. To właśnie jej zarząd założył Fundację „Zamek Dybów i Gród Nieszawa”, która stała się sprawcą odrodzenia warowni Jagiełły. Pierwsza impreza na zamku odbyła się w maju 2016 roku. Było to największe wydarzenie majówki. Miło było zobaczyć tłumy wśród murów, które przez ostatnie dziesięciolecia świeciły pustkami. Na południowej ścianie spuszczono – pierwszy raz od wieków – wielkie biało-czerwone proporce, a prezes fundacji Aleksander Zmuda Trzebiatowski i jego skromna ekipa udowodnili, że Zamek Dybów wcale nie był trupem, a jedynie pozostawał w stanie hibernacji, czekając na bodziec.

W tej chwili mamy za sobą dwie duże imprezy na zamku [zobacz relację] i zapewne na tym nie koniec. To jedna z tych opowieści, które po wiekach burzliwej historii, kończą się happy endem. Zamek Dybów wciąż jednak pozostaje otwartym miejscem, tak więc nie ma problemu, aby go zwiedzić. Tylko (zwracam się do tych, którzy nie do końca orientują się w istnieniu takiego wynalazku jak publiczny kosz na śmieci) – na Boga – nie zostawiajcie po sobie chlewu. Doniesienie butelki czy papierka do kosza na śmieci, naprawdę nie wywoła u Was przepukliny. 

I tym ekologicznym przesłaniem chciałbym zamknąć niniejszy tekst, mając jednocześnie nadzieję, że kolejne lata przyniosą już tylko dobre wieści i zapowiedzi kolejnych pasjonujących wydarzeń, mających miejsce wśród murów dybowskiego zamczyska.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz