ZOBACZ DRUGĄ ODSŁONĘ "Po Toruniu"

31 lipca 2018

ROWEREM | Olenderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce

Od maja 2018 roku zyskaliśmy nowy cel rowerowych wypraw. To Olenderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce będący oddziałem toruńskiego Parku Etnograficznego. Miejsce wyjątkowe i warte odwiedzenia. Tym bardziej, jeśli parki w Toruniu przypadły Wam do gustu. Przed nami trochę kilometrów, więc nie przedłużając, ruszamy! 
Na potrzeby tej relacji wyprawę zaczynamy na prawym brzegu Wisły, tuż przy wjeździe na most Piłsudskiego. Stąd do Parku w Wielkiej Nieszawce jest 10 km. Niedużo, prawda? Ale trzeba wziąć pod uwagę powrót, czyli drugą dychę i dojazd do tego mostu. Mieszkańcy Podgórza mają jeszcze bliżej, ale jeśli mieszkacie we wschodnich czy północnych częściach miasta, to do tych 20 km musicie doliczyć jeszcze jakieś 10-15 km. Endomondo wyliczył mi ponad 33 km, czyli nie tak źle, tym bardziej, że droga była w większości płaska, a z tymi nielicznymi, niewielkimi wzniesieniami, poradzi sobie każdy góral.
Po przejeździe przez most, odbijam w ulicę Nieszawską. Jest tu ścieżka rowerowa, która ciągnie się aż do granic miasta. Po drodze zauważycie pewnie mały krzyż i znicze. Upamiętniają 60-letniego rowerzystę, który kilka miesięcy temu został rozjechany właśnie na ścieżce rowerowej przez kretyna w BMW. Kretyn w BMW potrąciwszy faceta, wjechał do rowu i przeżył (szkoda), teraz grozi mu do 8 lat odsiadki (mało). Wspominam o tym, abyście uważali. Oczywiście, nie na wszystko mamy wpływ, nie wszystko, co dzieje się na drodze zależy od nas, ale mimo to pamiętajcie o zasadzie ograniczonego zaufania. W starciu z samochodem nie mamy wielkich szans. Iron Man – miałby (chociaż w blaszaku ciężko się pedałuje), ale nie – my. Tyle moralizatorstwa. Jedziemy dalej. No dobra, a więc mamy ścieżkę, która kończy się tam, gdzie zaczyna Mała Nieszawka. I co dalej?
W Małej Nieszawce zjeżdżamy na ulicę Toruńską. Przed południem nie ma wielkiego ruchu. Słoneczko ładnie grzeje. Po drodze można odbić w prawo i zahaczyć o ruiny zamku krzyżackiego. Są nawet oznakowania, gdzie skręcić, ale nie warto nadkładać drogi z powodu kupy cegieł. Zresztą, o tej porze roku pewnie tak zarośniętej, że ledwo, albo i wcale niewidocznej. Ja nigdzie nie skręcam, jadę dalej, cały czas trzymając się ulicy Toruńskiej.
Pierwszy przystanek robię dopiero przy drewnianym kościółku. To wciąż Mała Nieszawka – Wielka nie ma swojej świątyni. Kościół został zbudowany w 1890 roku jako kaplica dla olendrów. Tak, tak, cały czas temat wycieczki nie zmienia się i kręci się wokół mennonitów. Zresztą ten urokliwy drewniany kościółek pozostawał zborem mennonickim aż do końca II wojny światowej. Potem został przejęty przez kościół rzymskokatolicki i początkowo podlegał parafii na Podgórzu (czyli mamy wątek toruński). Oczywiście, drzwi były zamknięte, więc jedyne co mi zostało, to obejść budynek dookoła, zrobić kilka zdjęć (no, może więcej niż kilka) i ruszyć dalej.
Wielka Nieszawka. Jesteśmy coraz bliżej celu. Architektura raczej nie zachwyca. Proste domy, trochę starszej zabudowy z czerwonej cegły. Na ich tle wyróżnia się budynek, w którym dziś jest pizzeria, ale został wzniesiony z myślą o mleczarni. To kolejny pomennonicki ślad w Nieszawkach. Na pizze chętnie bym wszedł, ale wiem jak wygląda jazda na rowerze po pizzy. Mając do wyboru ciężkie serce lub brzuch, wybrałem to pierwsze i pojechałem dalej. Vis-à-vis pizzerii wznosi się kompleks Centrum Sportu i Rekreacji OLENDER. Przed kompleksem jest nawet ścieżka rowerowa. Całe 300 m, normalnie wypas. Tak, to ironia, bo ścieżka równie szybko zaczyna się, jak i kończy.
OLENDRA od Parku Etnograficznego dzielą niespełna dwa kilometry. Widzę z daleka zagrody, które już za kilka minut przyjdzie mi zwiedzać. Park nie stoi przy ulicy Toruńskiej. Trzeba skręcić w ul. Mennonitów. Wszystko jest dobrze oznakowane, więc spokojnie, nie zabłądzicie. 
Przed Parkiem rozciąga się spory plac będący parkingiem. Jest też drewniana wiata, pod którą można odpocząć, bądź – w razie potrzeby – schować się przed deszczem. Pomyślano także o rowerzystach. Są tu porządne stojaki, a cały teren jest monitorowany.
No dobra, to wypadałoby zacząć zwiedzać. Park składa się z trzech zagród i cmentarza. Pierwsza zagroda pochodzi z przełomu XVIII i XIX wieku i przyjechała do Wielkiej Nieszawki z Gutowa. W chałupie znajduje się kasa biletowa i sklepik z pamiątkami. Znajdziecie tu również piec kaflowy, a deski podsufitowe zdobią cytaty z Biblii luterańskiej.
Na niewielkim wzniesieniu rozciąga się cmentarz mennonicki. Nie został tu znikąd przeniesiony. Był tu co najmniej od początku XIX wieku. W trakcie prac na nekropolii odkryto kilka całkiem dobrze zachowanych nagrobków, żeliwne krzyże i fragmenty ogrodzenia. To wszystko można obejrzeć. W przyszłości planowane jest stworzenie osobnego lapidarium, zatem będzie pretekst, aby tu wrócić.
Druga zagroda pochodzi z Niedźwiedzia i została zbudowana pod koniec XVIII wieku. Jest przykładem drewnianej zagrody liniowej. W jednym budynku znajduje się część mieszkalna, inwentarska oraz stodoła. W części mieszkalnej jest m. in. salon i kuchnia, a na poddaszu sypialnia gospodarzy. W stodole znajdziecie trochę sprzętu rolniczego. Część środkowa, czyli inwentarska jest pusta i bardzo niska, dlatego, jeśli zobaczycie nagle gwiazdy, to wcale nie oznacza, że zapadła noc, ale najprawdopodobniej przydzwoniliście w belkę stropową.
Najlepsze zostawiłem na końcu. Zresztą idziemy tak, jak wiedzie szlak dla zwiedzających. Wchodzimy więc na teren trzeciej zagrody, która przybyła do Wielkiej Nieszawki z Kaniczek,  Mątowskich Pastwisk, Wielkiego Wełcza oraz Wielkiego Zajączkowa. Tak, każdy element zagrody pochodzi skądinąd, ale właśnie ta zagroda zrobiła na mnie największe wrażenie.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to reprezentacyjna dom z wystawką wspartą na czterech drewnianych słupach. Dom zbudowano w 1757 roku i składa się z dwóch części: mieszkalna jest w konstrukcji wieńcowej, natomiast inwentarska została wymurowana. Ciekawy jest też łącznik między obiema częściami. Tutaj, podobnie jak w chałupie z Niedźwiedzia, mamy do dyspozycji parter i poddasze. Dół jako część codzienna, rekreacyjna; góra – sypialnia, pralnia, suszarnia. Do szczytowej ściany dostawiona została przeszklona altanka, natomiast za domem znajdziecie studnię, wychodek z obowiązkowym serduszkiem i ogródek warzywny.
Dom z Kaniczek już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wiejskiej rezydencji. I faktycznie cały kompleks ma nam pokazać, jak żył bogaty chłop z rejonów nadwiślańskich na początku XX wieku. Obok domu, stoi mniejszy należący do robotników. Nie pochodzi jednak z Kaniczek, a z Mątowskich Pastwisk. Jest jeszcze niedostępny dla zwiedzających, ale mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni (kolejny powód, aby tu wrócić). 
Jest też stodoła z Wielkiego Wełcza (widać ją na pierwszym zdjęciu tej zagrody) oraz spichrz z Wielkiego Zajączkowa. Z okien u góry rozciąga się fantastyczny widok na cały Park Etnograficzny. 
Całość sprawia wrażenie takiej malutkiej sielskiej wioski, w której czas się zatrzymał. Brakuje tylko mieszkańców. Ci, jakby nagle zniknęli, wyparowali. Na stole nadal leży gazeta, na innym zostaw do haftowania, na poddaszu wisi pościel, w ogródku warzywnym stoi konewka. To właściwie gotowy plan zdjęciowy do filmu. Muzeum Etnograficzne w Toruniu włożyło wiele pracy, aby stworzyć klimat rodem z minionych wieków. Moim zdaniem, to się udało. Nie bez znaczenia jest tu też otoczenie Parku. Tutaj, w przeciwieństwie do Torunia, nigdzie nie przebijają bloki z wielkiej płyty, nie słychać metalicznych dźwięków przejeżdżających tramwajów, ani szumu ulicy. Park w Wielkiej Nieszawce otaczają lasy i pola – prawdziwa wieś, która zachwyci niejednego mieszczucha.

To co, jeśli jeszcze nie byliście w Olenderskim Parku Etnograficznym, to najwyższy czas to nadrobić. A więc na rowery i w drogę!

Informacje dla zwiedzających dostępne na stronie: http://etnomuzeum.pl/

Parki Etnograficzne Torunia:
 

16 lipca 2018

📘#39: „Dziennik młodego Niemca. Wspomnienia 1939-1940” - Walter Neumann

7 września 1939 roku, około godziny 2, nocną ciszę rozrywają eksplozje. Dwa toruńskie mosty zostają wysadzone przez oddział saperów Armii „Pomorze”. Władze miasta zostały wcześniej ewakuowane do Lublina, sami żołnierze również się wycofali. To koniec, przegraliśmy. Torunia zostaje zajęty przez Niemców. Rozpoczyna się okupacja, a wraz z nią nazistowski terror. Dla Polaków i nielicznych toruńskich Żydów, to czas walki o przetrwanie; o to żeby, nie dać się zabić, aby uniknąć łapanek i wywózki do Auschwitz, Stutthof czy jeszcze innej niemieckiej fabryki śmierci. To czas głodu, chłodu i biedy. Czas prześladowań. Czas śmierci. O koszmarze wojny, o okupacyjnej rzeczywistości opowiadało wielu. Obraz Torunia z lat 1939-1945 został już dokładnie nakreślony. Mamy przecież wspomnienia Tadeusza Zakrzewskiego, księdza Gajdusa czy Alojzego Liegmanna, ale to są głosy tylko jednej strony. Dziennik młodego Niemca, to historia okupacji Torunia, opisana z punktu widzenia młodego człowieka, który był po drugiej stronie wojennej barykady.
Ale zacznijmy od początku. Ta historia zaczyna się jeszcze przed wojną, w październiku 1939 roku, w Rydze. To właśnie tam urodził się i mieszkał przez pierwszych kilkanaście lat Autor dziennika. Swoją opowieść zaczyna, gdy zapada decyzja o przesiedleniu Niemców z krajów bałtyckich na teren Niemiec oraz tereny przez Niemców okupowane. Tak właśnie rodzina Neumannów trafia na statek do Gdyni, a stamtąd pociągiem do Stargardu. To ich pierwszy przystanek. Właśnie w Stargardzie młody Walter zaczyna pisać swój dziennik. Opisuje codzienne życie, to co robi, z kim się spotka, na czym był w kinie. Mimo wojny, jego dzieciństwo było prawie normalne: chodził do szkoły, wypożyczał książki z biblioteki, zbierał odznaki i figurki, lepił U-Booty z plasteliny, czytał powieści Karola Maya i grał w gry... Wojna była gdzieś w tle, nie dotykała go bezpośrednio.
Po czterech miesiącach Neumannowie przeprowadzają się do Torunia. Ta część książki – naturalnie – interesowała mnie najbardziej. Walter, ma już wtedy prawie czternaście lat i opisuje swoją codzienność. Z reguły nie jest ona ciekawa, bo i co interesującego może robić nastolatek? Ale czytając między wierszami, możemy zobaczyć okupowany Toruń taki, jakim go widzieli Niemcy. Bez strachu, bez ciągłego poczucia zagrożenia, w dostatku, ale bez przepychu. Młody Walter dzielił czas między szkołą a służbą w Hitlerjugend. Przy okazji opisuje swoje wycieczki po Toruniu i zafascynowanie naszym miastem i... tramwajami (chyba miał do nich słabość). Wraz z rodzicami wprowadza się do mieszkania na Bydgoskim Przedmieściu. Oczywiście mieszkanie należało wcześniej do Polaków, którzy dzień po eksmisji wrócili, aby zabrać trochę swoich rzeczy. Zostali jednak zrzuceni ze schodów przez działaczy partyjnych. Na dalszych stronach dziennika przeczytacie o masowych aresztowaniach polskich konspiratorów, o nieistniejącym dzisiaj dworcu Mocker (przy ul. Dworcowej), o restauracji Tivoli, o parowcu „Graudenz”, który kursował z Torunia do Ciechocinka i dalej aż do Płocka, o kąpielach w Porcie Zimowym, o słuchaniu radia w Dworze Artusa itd. W większości jednak, Walter opisuje codzienną rutynę: naukę w szkole, wizyty w sklepie czy służbę w Hitlerjugend. Jak sam wspomina, pisał ten dziennik dla siebie, aby pamiętać, co robił każdego dnia. Nie znajdziecie tu głębszych przemyśleń w duchu Ann Frank (gdy Ann zaczęła pisać swój dziennik również miała 13 lat), bo i skala przeżyć tych dwojga jest nieporównywalna. Walter ekscytował się wizytą Hansa Franka w Toruniu, a Ann zastanawiała nad przyczynami wojny. Pisała 
„Nigdy nie uwierzę, że wojna jest dziełem jedynie wielkich ludzi, rządu i kapitalistów. O nie, mały człowiek robi to równie chętnie, inaczej narody już dawno by się przeciwko temu zbuntowały! W ludziach jest teraz żądza niszczenia, żądza zabijania, mordowania i wściekłości i tak długo, jak długo cała ludzkość, bez wyjątku, nie przejdzie wielkiej metamorfozy, wojna będzie szaleć, wszystko, co zostało zbudowane, zasadzone i co urosło, zostanie ścięte i zniszczone, żeby potem zacząć od nowa!”. 
Dziennik Ann Frank, w przekładzie Alicji Oczko, Wydawnictwo Znak 2015
W Dzienniku młodego Niemca nie znajdziecie takich fragmentów. Do niektórych, refleksja przychodzi po latach, dlatego dobrze, że książkę zamykają wspomnienia dorosłego już Waltera Neumanna, spisane w 2016 roku. Sam dziennik kończy się na 24 czerwca 1940 roku. To, co działo się po tej dacie, opowiada już 90-letni Walter. Jego głos po latach stanowi dopełnienie opowieści i zgrabne zamknięcie całej historii.
Podobało mi się tłumaczenie tej publikacji. Odpowiedzialna za przekład Liliana Lewandowska, świetnie oddała surowy styl młodego Waltera. Zadbano także o przypisy, które wyjaśnią Czytelnikom, gdzie, co było w czasie wojny, tj. sklepy, instytucje, itp. Czego mi zabrakło? Wolałbym, aby w przypisach zawarto też polskie nazwy ulic. Zdecydowano się zachować niemieckie nazwy – i bardzo dobrze – ale w przypisach powinny trafić ich dzisiejsze odpowiedniki, bo o ile Bromberger Vorstadt, większość pewnie ogarnie (tak, to Bydgoskie Przedmieście), o tyle Horst-Vessel-Platz nie wszyscy połączą z placem Bankowym (obecnie Rapackiego), a Mellienstrasse z ul. Mickiewicza.
Warto też dodać, że część toruńską Dziennika młodego Niemca, ilustrują zdjęcia Grimma i Spychalskiego. To świetny pomysł i uzupełnienie publikacji, tym bardziej, że większość opublikowanych w książce fotografii Grimma pochodzi z okresu, kiedy Neumann pisał swój dziennik.
Dziennik młodego Niemca, to na swój sposób książka wyjątkowa. Tej wyjątkowości nie należy jednak szukać po stronie literackiej. Książkę pisało dziecko i to widać, ale nie w tym rzecz. Ta książka powinna być gratką przede wszystkim dla miłośników historii Torunia, bo oto po raz pierwszy możemy ujrzeć nasze miasto z lat okupacji oczami... samego okupanta. Owszem – dziecka, ale zindoktrynowanego przez nazistowską propagandę. On mógł nie interesować się polityką, ale myślał tak, jak chciał tego wódz III Rzeszy, jak myślało większość Niemców. To wypływa z tego dziennika, ale jednocześnie pokazuje spojrzenie drugiej strony, zarówno na nasze miasto, jak i na rzeczywistość z tamtych lat. Bo te rzeczywistości – dla Polaków i dla Niemców – bardzo się od siebie różniły. I właśnie to pokazuje ta publikacja. Publikacja, której lekturę Wam polecam.

ISBN: 978-83-231-3947-8
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 144
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka z obwolutą

Dziękuję Wydawnictwu Naukowemu UMK
za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

12 lipca 2018

📘#38: „Niemy świadek. Zbrodnie hitlerowskie w toruńskim Forcie VII i w lesie Barbarka” - Tadeusz Jaszowski i Czesław Sobecki

Już nie pamiętam ile dokładnie miałem lat – osiemnaście, może dziewiętnaście – w każdym razie bardzo późno poznałem historię Barbarki i popełnionych tam zbrodni. W pierwszym miesiącach II wojny światowej, to właśnie lasy Barbarki stały się „niemym świadkiem” zbiorowych morderstw, jakich dopuścili się Niemcy na  Polakach z Torunia i okolic. Tej wiedzy, bynajmniej, nie zdobyłem w szkole. W podstawówce, gimnazjum czy liceum nie ma lekcji związanej z historią miast, w których żyjemy, a jeśli już, to są tak ogólnikowe, że po skończeniu szkół więcej wiemy o starożytnym Rzymie czy Atenach, niż o własnej małej ojczyźnie. Tak więc nie, o Barbarce nie dowiedziałem się w szkole, lecz z internetu. Najpierw z wikipedii, potem trafiłem na jakiś portal historyczny, wreszcie pojechałem tam, aby zobaczyć to miejsce na własne oczy. 
Wiele lat później, po dłuższym polowaniu, udało mi się kupić książkę Niemy świadek. Dorwałem ją na Allegro, nawet w przyzwoitej cenie. Gdy do mnie dotarła, zobaczyłem cienką książeczkę: sto czterdzieści pożółkłych stron, w środku kiepskiej jakości fotografie, grzbiet poprzecierany, a wyschnięty klej wypuścił kilka kartek. Nie ma co się dziwić, książkę wydano w 1971 roku, ale nie wyglądała, jakby ją często czytano. A szkoda.
Z wielkim zaciekawieniem zanurzyłem się w lekturze Niemego świadka. Po raz pierwszy miałem okazję poznać szczegóły dotyczące zarówno zbrodni na Barbarce, zasad jakie panowały w niemieckich więzieniach w Forcie VII i Okrąglaku, czy wreszcie, jak wyglądało przejęcie władzy przez Niemców po tym, jak na początku września 1939 roku, rozpoczęli okupację Torunia. Pierwsza część książki, to typowa opowieść historyków, ale napisana bardzo przystępnym językiem, co było miłym zaskoczeniem. W części drugiej głos zabierają Ci, którzy przeżyli koszmar niemieckich obozów. Przygotujcie się więc na wstrząsające relacje, wspomnienia pełne bólu i cierpienia. Wśród tych, co zabrali głos jest m.in. ks. Wojciech Gajdus, którego wojenne pamiętniki doczekały się osobnej książki (patrz Nr 20998 opowiada).

Część trzecia „Niemego świadka”, to zapis procesu zbrodniarza Karla Friedricha Straussa – jednego z najkrwawszych oprawców z Fortu VII. Tutaj też bliżej poznacie jego sylwetkę. 

Książkę zamyka tekst poświęcony sprawie kapitana Jana Drzewieckiego, który w 1942 roku razem z trzydziestoma siedmioma innymi Polakami został oskarżony o zamordowanie 150 Niemców. Proces był poszlakowy, ale to i tak nie przeszkodziło skazać go i dwudziestu innych Polaków na śmierć. Drzewieckiego powieszono w garażu na tyłach siedziby Gestapo przy ul. Bydgoskiej w Toruniu.
W książce znajdziecie też sporo zdjęć wykonanych przez samych Niemców. Na fotografiach można zobaczyć m.in. więźniów na tle Fortu VII czy moment egzekucji w lasach Barbarki. Minusem jest ich jakość, ale na to wpływa przede wszystkim kiepski papier, no i sam druk.

Zdaję sobie sprawę, że wspominam Wam o książce starej i trudno dostępnej. W dniu, kiedy piszę ten tekst (11.07.2018), na allegro są trzy egzemplarze. Niewiele, ale są. Dla tych, co nie chcą kupować staroci za 30 zł, jest inne wyjście. Dziewięć lat temu Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej wydała książkę Barbarka. Miejsce niemieckiej egzekucji Polaków z Torunia i okolic (październik-grudzień 1939). Wiem, tytuł prawie tak długi, jak Pałac Kultury wysoki, a skoro długi tytuł, to musi być książka naukowa. W dużej mierze tak właśnie jest, ale to temat na osobny wpis. W każdym razie, książka nadal jest dostępna i kosztuje 15 zł. Osobiście jednak bardziej polecam Niemego świadka – publikację nie tylko wartą przeczytania, ale i zatrzymania na dłużej. Dla mnie, właśnie ta pozycja okazała się kopalnią wiedzy i punktem wyjścia do napisania tekstu o Forcie VII, do którego lektury również zachęcam.

ISBN: -
wydawca: Kujawsko-pomorskie Towarzystwo Kulturalne
ilość stron: 140
rok wydania: 1971
typ okładki: miękka