niedziela, 31 lipca 2016

Miejsce Kaźni Ofiar Hitleryzmu

UWAGA!!!
Materiał zawiera archiwalne zdjęcia z egzekucji i ekshumacji ofiar hitleryzmu na Barbarce i jest przeznaczony tylko dla Czytelników pełnoletnich.
Nie zalecam również oglądania fotografii osobom szczególnie wrażliwym.

🔹Barbarka.
Poniższy tekst stanowi bezpośrednią kontynuację losów Antoniego Pasternackiego z wpisu Fort VII im. Tadeusza Kościuszki. Ponownie Jego życie staje się kanwą do przedstawienia najtragiczniejszych kart historii Torunia – kart zapisanych krwią Polaków przez niemieckich najeźdźców.

Z chwilą zaciągnięcia brezentowej plandeki, siedzących na pace ciężarówki więźniów, ogarnął półmrok. Gdy kierowca i jego towarzysz wsiadali do kabiny – cały samochód lekko się zakołysał. Po chwili trzasnęły drzwi. Najpierw jedne, sekundę później drugie. Silnik zakasłał dwa razy, nim zaskoczył. Więźniowie przez szpary w brezencie widzieli, że opuszczają teren Fortu VII. Przed bramą tłoczyła się niewielka grupka kobiet i dzieci. Teraz albo nigdy – pomyśleli, wyrzucając grypsy przez niewielką szparę między plandeką a drewnianą burtą. Na ulicę posypały się niewielkie karteczki, które kobiety zaczęły pospiesznie zbierać. Było pochmurne poniedziałkowe popołudnie, 27 listopada 1939 r.

Jednym z więźniów siedzących w ciężarówce należącej przed wojną do firmy Jaugsch-Bacon Export, był Antoni Pasternacki – były podoficer Wojska Polskiego, a ostatnio pracownik Zarządu Dróg Wodnych. Ostatnio, to znaczy przed tym, jak ta dzika germańska hałastra wtargnęła do jego miasta, siejąc terror i zbrodnię. Razem z nim jechało jeszcze pięciu innych mężczyzn. Nie znał ich, ale teraz jakby czuł z nimi więź. Cała szóstka pozbawiona płaszczy, kurtek i butów, które poprzedniego dnia musieli oddać, drżała z zimna. Ktoś szczękał zębami, ktoś inny przytupywał nogami.

To był ich koniec. Antoni doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Niemcy nie przewozili ich do innego obozu, nie mieli też zamiaru ich uwolnić. Już wcześniej zdarzały się wywózki. Niekiedy samochody przyjeżdżały i odjeżdżały przez cały dzień. Nikt, kto wsiadał na pakę furgonetek Jaugscha, już nie wracał do Fortu. Gdzie wywożono więźniów? Antoni czuł, że za chwilę się tego dowie.

Światło wpadające przez niewielkie szczeliny między deskami burty a brezentem, odrobinę rozświetlało twarze towarzyszy niedoli Antoniego. Wszystkie wyrażały te same emocje: strach, ale i pewien rodzaj spokoju. Tak, jakby wiedzieli, że za kilka chwil, koszmar się skończy i jedyne, co im pozostaje – to pogodzić się z tym. Pasternacki spojrzał jeszcze w górę. W suficie dostrzegł niewielką dziurę, najwyżej pięć na pięć centymetrów, przez którą widać było szare listopadowe niebo – kolejny zły omen zwiastujący ich bliski koniec.

Antoni stracił poczucie czasu. Nie wiedział, ile minut jechali, ale coś się zmieniło. Ciężarówka zaczęła podskakiwać. Na pace bujało, jak na łodzi. Domyślił się, że wjechali do lasu, co potwierdziło się, gdy ponownie zerknął w górę. Przez otwór widać było pojedyncze, pozbawione liści, gałęzie drzew. 

Samochód zagłębiał się w lasach Barbarki. Siedzący za kierownicą gestapowiec, trzymał ją kurczowo. Znał drogę na pamięć – pokonywał ją już nie raz, ani nie dwa. Widział, jak jego kamraci mordują tych polskich nieszczęśników. Nie, żeby jakoś specjalnie przejmował się ich losem. Była wojna, a ci, których woził, stali po przeciwnej stronie szachownicy. Zresztą, Führer wiedział, co robi – cały naród niemiecki mu ufał. Trzeba było zrobić czystkę, aby wprowadzić nowy ład w Europie. Gestapowiec cieszył się, że może uczestniczyć w tworzeniu potęgi III Rzeszy. Gdyby jeszcze w kabinie nie było tak cholernie zimno… Kierowca i siedzący obok niego towarzysz, mimo grubych płaszczy, skórzanych rękawiczek i wysokich butów, czuli przenikający ich chłód. Prowadzący samochód pocieszał się tym, że jego pasażerowie z tyłu mieli znacznie gorzej.

Faktycznie – mieli znacznie gorzej. Antoni już tracił czucie w kończynach, mimo iż przez cały czas przydeptywał stopami, aby wspomóc krążenie. Właściwie, to już do samochodu wsiadał przemarznięty. W celi panował przeszywający chłód, ale tutaj było jeszcze gorzej.

Samotna ciężarówka toczyła się z wolna po wytartym szlaku. Pozostał jeszcze niespełna kilometr do celu. Minęli fundamenty pomnika Dzieci Polskie Matce Polski, który Niemcy kazali rozebrać mieszkańcom Wrzosów niespełna dwa miesiące temu. Bojąc się konsekwencji i restrykcji, Polacy faktycznie rozebrali pomnik, ale najważniejszą jego część, tj. płaskorzeźbę przedstawiającą Matkę Boską z Dzieciątkiem, dobrze ukryli przed okupantem. Siedzący obok kierowcy gestapowiec, widząc przez okno kupkę kamieni, prychnął wzgardliwie. W tej chwili pomyślał o tym, że przyszło im walczyć z wyjątkowo słabym przeciwnikiem. Kolejne tygodnie, miesiące i lata pokażą, jak bardzo niedoceniał Polaków i ich determinacji w walce o wolność.

Wincentemu Śmiesznemu, tego popołudnia, wcale do śmiechu nie było. Cały ociekał potem, podobnie jak dziewięcioro innych więźniów, którzy przez ostatnich kilkadziesiąt minut, kopali dół w ziemi. Zresztą nie wiedział, ile czasu kopali. Nie miał zegarka, a i czas w lasach Barbarki, jakby płynął innym rytmem. Wincenty doskonale zdawał sobie sprawę z tego, po co Niemcy kazali wykopać dół. Teraz, patrząc w jego otchłań, aż ciarki mu przeszły po plecach, bowiem spoglądał na grób swoich rodaków. Wykop miał długość około 6 m, 2 m szerokości i niespełna półtora metra głębokości. Śmieszny po chwili usłyszał ryk silnika. Samochód był kilkaset metrów stąd, ale z każdą sekundą przybliżał się w jego stronę. Pilnujący więźniów gestapowcy, również musieli usłyszeć ten charakterystyczny dźwięk, dobywający się z leśnej głuszy, gdyż zapanowało wśród nich poruszenie – swego rodzaju chore podniecenie tym, co za chwilę mieli zrobić.

Nie minęły dwie minuty, jak ciężarówka Jaugscha wtoczyła się na leśną polanę. Niemcy szturchając lufami karabinów ubabranych ziemią więźniów, przepchnęli ich na bok z dala od przybyłej ciężarówki. Wincentemu i jego towarzyszom rozkazano odwrócić się plecami do dołu i pod żadnym pozorem nie patrzeć za siebie. Przerażeni, że mogą podzielić los tych nieszczęśników przywiezionych ciężarówką – posłuchali.

Nie było dużo czasu. Za około godzinę, zapadnie zmrok, trzeba było się zatem spieszyć. Gestapowcy odpięli tylną część plandeki i podnieśli ją. Antoni Pasternacki spostrzegł ich zacięte twarze wydające rozkaz, aby opuścili pojazd. Antoni z wielkim trudem poruszał nogami. Miał wrażenie, jakby kończyny nie należały do niego.

Po dłuższej chwili, cała szóstka stała już tyłem nad wykopanym dołem. Kilku żołnierzy gestapo zaczęło przygotowywać broń. Już za chwilę wszystko się skończy – pomyślał Antoni, klękając do ostatniego pacierza w życiu. Stojący obok niego mężczyzna, mniej więcej w jego wieku, zrobił to samo. Pozostała czwórka stała jak zamurowana, zbyt przerażona perspektywą rychłej śmierci, aby się ruszyć. Pasternacki zerknął jeszcze w bok i zobaczył dziesięciu mężczyzn stojących do niego plecami. Ubrani w brudne łachmany, ledwo trzymali się na nogach, a Antoni, myśląc, że są następni w kolejce do odstrzału, i za nich postanowił się pomodlić.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie – Antoni zaczął szeptać z rękoma złożonymi na wysokości piersi – święć się imię Twoje…
Rozległ się chór przeładowywanej broni.
- Przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi.
Dowódca plutonu egzekucyjnego dał komendę „cel”. Antoni, chcąc dokończyć modlitwę, przyspieszył:
- Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my…
Jeden z dziesięciu więźniów, stojących piętnaście metrów dalej, próbował odwrócić głowę i spojrzeć za siebie, ale nim dokonał obrotu, poczuł kolbę karabinu na prawej kości policzkowej, a następnie silne kopnięcie w brzuch. Niemiec, który wymierzył więźniowi karę za nieposłuszeństwo, wrzasnął jeszcze coś po swojemu, a następnie skinął głową na dowódcę plutonu, aby ten kontynuował. 
- I nie wódź nas na pokuszenie – szeptał dalej Antoni – ale nas zbaw ode złego…
- Pal! – krzyknął dowódca i w jednej sekundzie wszystkie karabiny wypaliły. Wincenty aż się wzdrygnął słysząc huk. Z luf buchnął ogień i dym, powietrze wypełnił zapach prochu. Sześć ludzkich sylwetek osunęło się na ziemię. Niemieccy żołnierze poczekali chwilę patrząc i nasłuchując oznak życia, jednak cała szóstka była martwa.
Więźniowie, wśród których stał Wincenty Śmieszny, tego popołudnia dostali jeszcze jedno zadanie. Mieli wrzucić ciała do wykopanego wcześniej grobu i zakopać go. Wincenty podchodząc do trupów, rozpoznał jedną znajomą twarz. Ta twarz należała do plutonowego Pasternackiego, z którym – po mobilizacji – służyli w żandarmerii. Wincenty przeżegnał się nad ciałem towarzysza broni i przystąpił do pracy.
egzekucja na Barbarce (źródło: książka "Niemy świadek")
egzekucja na Barbarce (źródło: książka "Niemy świadek")
egzekucja na Barbarce (źródło: książka "Niemy świadek")
Egzekucja 27 listopada 1939 r. nie była pierwszą ani ostatnią dokonaną w lasach Barbarki. Masowe morderstwa rozpoczęły się miesiąc wcześniej, 28 października. Tego dnia rozstrzelano 130 osób, kolejne wywózki powtarzały się co tydzień, a niekiedy nawet dwa razy w tygodniu. Ostatnie egzekucje odbyły się na początku grudnia 1939, natomiast 10 stycznia 1940 r. rozpoczęła się likwidacja więzienia w Forcie VII. 

Do dziś nie ustalono dokładniej liczby zamordowanych. Szacunki historyków są różne. Jedni twierdzą, że ofiar było około 600; inni – że aż 1200. Ostatecznie potwierdzono 298 nazwisk, które wyryto zarówno na podstawie pomnika Ku Czci Pomordowanych, jak również na marmurowej tablicy przy wejściu na teren Miejsca Pamięci.

Pierwszej ekshumacji dokonali sami Niemcy rękami Żydów z prowizorycznego obozu zlokalizowanego na Barbarce. W roku 1944, kiedy naziści czuli już na karku nieświeży oddech Armii Czerwonej, postanowili pozbyć się dowodów swych zbrodni. Wygrzebane ze zbiorowych mogił ludzkie szczątki – spalono. Jesienią 1945 roku, nowe Polskie władze, zleciły odszukanie zbiorowych mogił. Poznano siedem lokalizacji, jednak okazało się, że groby są puste. Po roku odnaleziono miejsce, gdzie Niemcy palili ciała. W jednej z mogił nadal były ciała z przestrzelonymi czaszkami i klatkami piersiowymi. Wydobyto wówczas 78 zwłok, które przewieziono i pochowano na Cmentarzu Komunalnym nr 2 im. Ofiar II Wojny Światowej. 
ekshumacja ciał pomordowanych (źródło: książka "Barbarka")
ekshumacja ciał pomordowanych (źródło: książka "Barbarka")
Dopiero kolejne lata i żmudne badania historyków, doprowadziły do ustalenia niespełna 300 nazwisk osób zamordowanych na Barbarce. Po wojnie, sprawą masowych morderstw, zajęła się toruńska delegatura Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskiej w Bydgoszczy.

Dziś, Miejsce Kaźni Ofiar Hitleryzmu, to miejsce szczególne. Tu, gdzie przed laty dokonywano egzekucji i grzebano ciała, powstał zespół pomnikowo-cmentarny. Kolejne pomniki wskazują nam miejsca zbiorowych mogił, upamiętniają poszczególne grupy ofiar – jak chociażby pomnik ku czci pomordowanych nauczycieli; można też tu spotkać symboliczne groby konkretnych ludzi, niektórych bardzo młodych. Najnowszą częścią zespołu jest jednak odsłonięty w 2009 roku Pomnik Ku Czci Pomordowanych, któremu został poświęcony osobny artykuł.

Miejsce Pamięci Narodowej na Barbarce, to szczególny punkt na mapie Torunia – miejsce, które powinni odwiedzić zarówno torunianie, jak i turyści.

Archiwalne zdjęcia pochodzą z książek:
  • Niemy świadek - Tadeusz Jaszowski, Czesław Sobecki (Kujawsko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalne, 1971);
  • Barbarka. Miejsce niemieckich egzekucji Polaków z Torunia i okolic - Sylwia Grochowina, Jan Sziling (Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej, 2009 / ISBN 978-83-88693-22-9)

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz