wtorek, 16 sierpnia 2016

Torunian zwiedza... Sztutowo

Z zamiarem wyjazdu do Sztutowa nosiłem się od ponad roku. Takie podróże nie należą do najłatwiejszych i nie mam tu na myśli odległości czy fizycznego dyskomfortu, jakim jest jazda po wiejskich drogach rozklekotanym PKS-em. To raczej kwestie psychiczne, duchowe, czy jakkolwiek to nazwiemy. Do tego trzeba się po prostu przygotować: odpowiednio wcześniej przejrzeć trochę zdjęć, poczytać, a przede wszystkim nastawić się wewnętrznie. Wszystko po to, aby sama wizyta nie była zbyt wielkim szokiem. Potem już tylko kwestie logistyczne i organizacyjne, i można jechać.

W Sztutowie chciałem być możliwie jak najwcześniej. Nadchodzące Światowe Dni Młodzieży oznaczały, że wszędzie ludzi będzie więcej, niż zwykle, w dodatku do takiego miejsca, jak KL Stutthof, będą przyjeżdżać w większych grupach, a w większych grupach nigdy nie ma niczego dobrego. Większe grupy oznaczają tłok i zatory w dość wąskich barakach, już nie wspominając o tym, że zawsze jakieś plecy zwieńczone głową wlezą w kadr. Tego chciałem uniknąć, więc z Torunia trzeba było wyjechać późną nocą, a właściwie wczesnym rankiem, bo idąc na Dworzec Autobusowy, na wschodzie widać już było nieśmiały brzask nadchodzącego dnia.

PolskiBus relacji Berlin-Gdańsk, wyjechał z Torunia parę minut po wpół do czwartej. Jako, że tej nocy w ogóle nie kładłem się spać, postanowiłem ukraść, chociaż godzinkę, aby w ciągu dnia, jako tako funkcjonować. Organizm człowieka – to dziwna maszyna, można wycisnąć z siebie więcej, gdy jest się na pełnych obrotach; gorzej, jak się trochę zwolni – wtedy bardzo szybko dopada kryzys w postaci bezwiednie opadających powiek, o czym miałem się przekonać w drodze powrotnej ze Sztutowa. Tymczasem teraz pozwoliłem sobie na godzinną drzemkę w myśl jednej z zasad Jacka Reachera: Śpij, kiedy możesz, bo nigdy nie wiesz, kiedy będziesz miał następną okazję – czy jakoś tak.
Pobudka była równie wczesna, co naturalna. Parę minut po wpół do piątej, ostre promienie porannego słońca, zadziałały jak budzik. Dawno nie widziałem tak pięknego poranka. Gdzieniegdzie tuż nad polami, unosiła się gęsta mgła, a wciąż jeszcze nisko wiszące słońce – to znikało za ścianą drzew, to znów się pojawiało w miejscach, gdzie były prześwity. Zapowiadał się piękny, letni dzień, choć nie przesadnie upalny.
Autokar dojechał do Gdańska zgodnie z planem, około godz. 5:50. PKS do Sztutowa miał odjechać o 6:15, była więc chwila, aby rozwikłać tajemnicę: „na którym stanowisku szukać autobusu”. Poranek w stolicy Trójmiasta był spokojny i lekko senny. Ludzi, na dworcu PKS, niewielu, a gdy wreszcie dotarliśmy na właściwy peron, okazało się, że autobus już czeka. Stary, rozklekotany mercedes, nie wyglądał zachęcająco. Przypominał raczej autobus miejski z lat ’90, aniżeli PKS z prawdziwego zdarzenia. Podejrzewam nawet, że przed laty był autobusem miejskim. Tak, czy inaczej, ten nie pierwszej świeżości powóz, miał nas zawieść na Wschodnie Wybrzeże, do miejsca, które widziało dużo gorsze warunki, niż jazda starym gratem po wiejskich drogach.
Kościół św. Wojciecha w Sztutowie
wnętrze kościoła
Sztutowo i Gdańsk dzieli jakiś 50 km. Ten odcinek pokonujemy w godzinę i piętnaście minut. Jest 7:30, zatem do otwarcia muzeum pozostało półtorej godziny. Specjalnie wysiedliśmy przystanek za obozem, żeby po drodze zahaczyć o uroczy kościółek pw. Św. Wojciecha. W czasie zaborów, Sztutowo – podobnie jak Gdańsk czy Toruń – pozostawało pod zaborem pruskim. Zatem pierwotnie w świątyni wzniesionej w latach 1860-1878 działał niemiecki zbór baptystyczny. Przetrwał do roku 1945, by dwa lata później stać się kościołem katolickim. Jako, że Sztutowo po I wojnie światowej leżało na terenie Wolnego Miasta Gdańska, sporo tu było Niemców. Czystki po II wojnie światowej sprawiły, że ta – licząca obecnie prawie 3 tyś. mieszkańców – wieś, stała się wreszcie Polska. Do dziś jednak w Sztutowie można znaleźć domki pamiętające czasy germańskich kolonistów, co tylko dodaje uroku tej miejscowości.

Odcinek od przystanku PKS „Sztutowo Muzeum” do drogi prowadzącej bezpośrednio pod bramę muzeum, to prawdziwa piesza partyzantka. Brak chodnika czy choćby utwardzonego pobocza sprawia, że trzeba iść blisko torów kolejki wąskotorowej. Pociągi, choć sporadycznie, nadal kursują między Nowym Dworem Gdańskim a Mikoszewem. Udaje nam się jednak przemknąć bezpiecznie i zrobić pierwszy przystanek.
przystanek kolejki wąskotorowej
Willa Komendanta
Tuż za przystankiem Żuławskiej Kolei Dojazdowej, spomiędzy zarośli, wyłania się okazały stary dom. Po werandzie kręci się jakaś starsza pani i dogląda swoich kwiatów, a ja właśnie zdałem sobie sprawę, że patrzę na Willę Komendanta. Zbudowana przez więźniów w 1941 roku posiadłość, była domem dla dwóch kolejnych komendantów KL Stutthof i ich rodzin. Do 1942 roku obozem zarządzał niejaki Max Pauly, a do końca wojny Paul Werner Hoppe. To właśnie tego drugiego wspominały pracujące w domu więźniarki, pełniące rolę pomocy domowej, jako człowieka o dwóch twarzach. Na łonie rodziny bowiem był zupełnie innym człowiekiem i dobrze traktował zarówno bliskich, jak i służbę. To jednak mu nie przeszkadzało zarządzać jedną z największych niemieckich fabryk śmierci na terenie okupowanej Polski.
pomnik wjazdowy
Nowa Kuchnia
Po drodze mijamy pomnik wjazdowy. Jest parę minut po 8, więc została jeszcze niecała godzina do otwarcia muzeum. Nic nie szkodzi, jest czas, aby pokręcić się po okolicy i zrobić kilka ujęć z zewnątrz. Zaglądamy też do zbudowanej w 1944 r. Nowej Kuchni, która nie należy do muzeum. W założeniu, Nowa Kuchnia miała wydawać około 100 tyś. posiłków dziennie, ale w rzeczywistości budynek nigdy nie został kuchnią. Najpierw Niemcy zaadoptowali halę na magazyn, a pod koniec lata ’44 r. zakwaterowano tu grupę żydowskich więźniów.
Wartownia SS (obecnie Biuro Obsługi Zwiedzających)
Czas szybko leci. Właśnie minęła 9, więc wracamy do głównej bramy. W dawnej wartowni SS jest dziś Biuro Obsługi Zwiedzających. Można tu też kupić wydawnictwa, wśród których znaleźć można i te wydane przez Fundację Generał Elżbiety Zawackiej – to taki toruński akcent w Muzeum Stutthof. Ja jednak wybieram kilka pozycji wydanych tu, na miejscu, wśród nich Nr 20998 opowiada ks. Wojciecha Gajdusa – więźnia Stutthofu, a wcześniej toruńskiego Fortu VII. Co mnie zdziwiło? Możliwość płatności kartą.
Patrząc od strony Komendantury, przed którym rozpościera się duże oczko wodne z kamiennym domkiem pośrodku, trudno sobie wyobrazić koszmar, jaki zaczynał się kilkadziesiąt metrów dalej. Z przedpiekla, które usypia czujność zwiedzających, niebezpiecznie zbliżamy się do jądra ciemności – do prawdziwej Doliny Cieni.
po prawej fragment stosu ok. pół miliona butów
wystawa "Błogosławieni męczennicy obozu Stutthof"
jw.
Zwiedzanie zaczynamy od baraku, w którym mieściła się kantyna dla więźniów. Więźniowie nie mieli pieniędzy. Odbierano im przy rejestracji i wpisywano „na konto”, jednak w zamian za dobrą pracę, wypłacano premię w postaci kartoników lub bonów towarowych, które mogli wymienić na produkty z kantyny. Wartość kartoników/bonów odejmowano od kwoty „na koncie”. Dziś w – podzielonym na dwie części – baraku, znajduje się ekspozycja, składająca się ze stosu około pół miliona butów, zabranych więźniom, zarówno obozu Stutthof, jak i Auschwitz. W drugiej części zaś, obejrzeć można wystawę „Błogosławieni męczennicy obozu Stutthof”.
kozioł, przy którym wykonywano 25 powitalnych batów
wejścia do "bunkrów"
wnętrze jednego z "bunkrów"
Po drugiej stronie drogi prowadzącej do Bramy Śmierci, stoi Barak Administracyjny. Tutaj od 1940 r. rejestrowano więźniów. Przy czym nie robiono tego pospiesznie. Ludzie często po kilka godzin musieli stać przed barakiem i czekać na swoją kolej. Często w deszczu, mrozie czy upale. Na „dzień dobry” wymierzano im 25 uderzeń batem, do czego służył specjalny „kozioł”. W baraku znajdowały się też karcery dla niepokornych więźniów. Nazwane bunkrami sześć małych pomieszczeń, z których dwa były zupełnie ciemne, a cztery posiadały niewielkie podsufitowe okienka; służyły m.in. do karania za przemyt żywności, zbyt wolną pracę, czy próbę ucieczki. Wikt ograniczał się do chleba i wody. Kara „bunkra” trwała od kilku do kilkunastu dni i dla wielu kończyła się śmiercią.
Brama Śmierci widziana od strony Starego Obozu
Zresztą, w KL Stutthof można było umrzeć na wiele sposobów, o czym świadczą liczby. Przez Bramę Śmierci w latach 1939-1945 przeszło około 110 tysięcy więźniów. Dla 65 tyś. była to droga w jedną stronę. 65 tyś. ludzi zginęło we wsi, która teraz liczy ok. 3 tyś. mieszkańców! Stalin powiedziałby, że śmierć tylu ludzi, to statystyka, ale ten gruziński sadysta w większości mówił bzdury, więc raczej nie ma co się powoływać na jego „złote myśli”. Dla nas wszystkich powinna to być historia 65 tyś. ludzkich tragedii i – chciałoby się powiedzieć: zezwierzęcenia narodu niemieckiego, ale nawet zwierzęta nie dopuszczają się takiego bestialstwa. Dziś trudno sobie wyobrazić, co siedziało w głowach germańskich najeźdźców, odpowiedzialnych za masowe i pojedyncze morderstwa polskiej i żydowskiej ludności cywilnej.
jeden z baraków Starego Obozu
makieta KL Stutthof
Warunki w obozie, jak zapewne wszyscy się domyślacie, nie były najlepsze. Bestialstwo strażników, ciężka wielogodzinna praca, jedna latryna, małe racje fatalnego jedzenia, specyficzny nadmorski klimat i jeden komplet odzieży, który więźniowie mieli na sobie przez całą dobę, sprawiały, że często dochodziło do chorób. Trzeba było koegzystować z gryzącymi ciało wszami, a przeziębienie, czy jakakolwiek inna infekcja – na ogół – kończyła się śmiercią. Jeżeli więźnia nie zdążyła wykończyć sama choroba, robili to Niemcy w komorze gazowej.
komora gazowa
wnętrze komory gazowej
wagony kolejki wąskotorowej
piece w krematorium
Komorę gazową postawiono dopiero w połowie 1943, ale początkowo służyła do odkażania odzieży więźniów. Rok później ktoś wpadł na przerażający pomysł przerobienia niepozornego domku na miejsce kaźni. W komorze kończyli życie niezdolni do pracy i chorzy Żydzi, a także polscy partyzanci z białostocczyzny. W tym samym czasie uruchomiono także mobilne komory gazowe w wagonach kolejki wąskotorowej, która kursowała po całym obozie. Mordowano w nich głównie chore i starsze Żydówki. Wagony robiły kurs wokół obozu, a gdy dojeżdżały pod krematorium, wszyscy w środku byli już martwi. Ciała oczywiście palono w specjalnych piecach, a prochy wysypywano do pobliskiego dołu. Wszędzie wykorzystywano gaz cyklon B, który dobrze znano również w Auschwitz.

Zagazowywanie więźniów było tylko jednym z wielu sposobów mordowania. W samym krematorium również dokonywano egzekucji na niezdolnych do pracy nieszczęśnikach, strzelając im w potylicę, a tuż obok budynku krematorium i komory gazowej, stoi do dziś szubienica, na której wieszano więźniów.
Pomnik Walki i Męczeństwa
jw.
Idąc w stronę Nowego Obozu, mijamy Pomnik Walki i Męczeństwa autorstwa Wiktora Tołkina – więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych. Odsłonięty w 1968 roku monument jest imponujących rozmiarów. Składa się z dwóch części: pionowa, licząca 11 m wysokości, symbolizuje opór, pragnienie przetrwania i zwycięstwa, z kolei pozioma ma 48 m długości i oznacza męczeństwo. Tutaj też umieszczono relikwiarz z prochami zamordowanych więźniów, które znaleziono na stosie całopalnym.
w tle widać gmach Komendantury
Dochodzimy do Nowego Obozu, zbudowanego w latach 1942-1943. W założeniach miał pomieścić 100 tyś. więźniów, nigdy jednak nie rozrósł się do takich rozmiarów. Ostatecznie w Nowym Obozie zamieszkało 10 tyś. osób, które rozlokowano w 20 barakach.
teren Nowego Obozu
Tak naprawdę jednak, Nowy Obóz składał się z 30 baraków. W 10 urządzono warsztaty, w których więźniowie m.in. naprawiając rowery, wykonywali prace szewskie, krawieckie, tkackie, a nawet ślusarskie. Nowa część Stutthofu była ogrodzona podwójnym drutem kolczastym pod napięciem. Do dziś nie zachował się żaden barak Nowego Obozu, ale upamiętniają je kamienne murki.
Powoli zbliżamy się do końca wizyty w KL Stutthof. Po drodze zahaczamy o szklarnie, w których już od roku 1940 więźniowie uprawiali warzywa, owoce i kwiaty. Niestety, nie dla siebie. Plony warzywno-owocowe lądowały w kuchni SS, a kwiaty sprzedawano w Gdańsku i okolicznych miejscowościach. Dziś (odnowione dwa lata temu) cieplarnie, służą jako powierzchnia dla wystaw czasowych. W jednej z nich, w tym sezonie, można zobaczyć ekspozycję rysunków i szkiców wykonanych przez więźniów. Powiększone do rozmiarów wielkoformatowych plakatów, nie tylko robią wrażenie, ale i zachwycają łagodną kreską i dbałością o szczegóły. Pokazują też, że nawet w takim piekle, jakim niewątpliwie był niemiecki obóz w Sztutowie, więźniowie próbowali zachować resztki normalności (choć tak naprawdę, ta normalność była jedynie iluzoryczna), czego dowodem są przepiękne kartki świąteczne, wykonane przez więźniów dla współtowarzyszy niedoli. Wystawa ma też część wydzieloną. Pod wschodnią ścianą szklarni ustawiono bowiem domek, będący swoistą ciemnicą zadumy i refleksji. Wrażenie, jakie robią czarne ściany i panujący tu mrok, tylko potęguje widok najbardziej przejmującym rysunkiem całej wystawy. Autorem szkicu jest Nikołaj Kuzniecow; widzimy na nim szubienicę, pod którą stoją dwaj mali chłopcy w pasiakach. Niechybnej egzekucji przyglądają się więźniowie z zatrwożonymi minami, oraz zacięte gęby Niemców. Jeden z żołdaków szykuje pętlę, aby założyć ją na szyję większemu z chłopców, który coś wykrzykuje; mniejszy czuje już na gardle gryzący sznur i spogląda na stojącego obok starszego brata. Rysunek jest bowiem zapisem prawdziwego wydarzenia. Dwaj chłopcy, to bracia Gajewscy – Rosjanie, którzy zostali powieszeni za próbę ucieczki z obozu i zranienie Niemca, który ich zatrzymał. Mieli ledwie po kilkanaście lat, kiedy drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, stanęli pod stryczkiem. Według relacji świadków, starszy z braci pocieszał młodszego, który zaczął płakać, a tuż przed śmiercią miał krzyknąć: Czerwona Armia pomści naszą śmierć! Niech żyje komunizm!.
umywalnie
szpital obozowy
Do zwiedzenia został jeszcze jeden barak, w którym od 1940 roku funkcjonował szpital. Nie muszą pisać, że warunki były – delikatnie mówiąc – fatalne. Niewystarczająca ilość łóżek, zbyt mało lekarzy i brak podstawowych leków czy materiałów opatrunkowych sprawiała, że obozowy szpital cieszył się wśród więźniów złą sławą. Nawet najbardziej skomplikowane operacje wykonywano bez znieczulenia, a metody leczenia były – co tu dużo mówić – prymitywne. W baraku możemy zobaczyć, jak wyglądała sala operacyjna; są też umywalnie, stołówka, piętrowe łóżka, na których spali więźniowie, a także ekspozycja odzieży więziennej.
To koniec wizyty w Sztutowie. Zaplanowane na trzy godziny zwiedzanie obozu, trwało dwie, przy czym nie było pośpiechu. Dobry czas, tym bardziej, że w ostatnim z baraków już zaczęło robić się tłoczno, a w okolicach Bramy Śmierci, zbierały się tłumy turystów, głównie młodzieży, która przyjechała z całego świata na ŚDM.
Udało się złapać wcześniejszy PKS (również przetrącony czasem, stary mercedes) do Gdańska i nieco wcześniej być w Sopocie, o którym w następnej pozatoruńskiej relacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz