poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Torunianin zwiedza... Ciechocinek

Ciechocinek jest, z pewnością, dobrze Wam znany. To liczące nieco ponad 15 km2 miasteczko jest oddalone od Torunia o niespełna 20 km. Nie byłoby problemu pokonanie takiego dystansu na rowerze, wszak często jeżdżąc po mieście osiąga się większe dystanse. Jednakże ta wycieczka nie będzie wyprawą rowerową, a - tradycyjnie - autokarową. Dogodne i w miarę szybkie połączenie między Toruniem a Ciechocinkiem zapewnia Arriva Bus. Autobusy jeżdżą wahadłowo, tylko niektóre kończą kurs w sąsiednim Aleksandrowie Kujawskim.

Na Dworcu Autobusowym przy ul. gen. Dąbrowskiego jak zawsze panuje spory ruch. Właśnie podjechał PolskiBus, który zmierza w kierunku Berlina, co chwila pojawiają się też lokalni przewoźnicy z różnych miast. Jeden jedzie do Koszalina, inny do Górska. Kółka walizek turkoczą po kostce chodnikowej. Nie ma jeszcze 10, a termometr już pokazuje ponad 25ºC w cieniu. Lazurowe niebo wynagradza niedogodności związane z wysoką temperaturą, bo i nie ma piękniejszego tła do zdjęć, jak idealny błękit (pod warunkiem, że fotek nie trzaska się pod światło).
Dwie minuty przed 10 podjeżdża nasz autobus - stara setra, ale zadbana i czysta. Kierowca nie przywiązuje wagi do okazanego biletu - równie dobrze mógłbym pojechać na paragon z Biedronki czy innego Polo Marketu. Oszałamiająca jest też ilość pasażerów - czworo, wliczając w to mojego towarzysza podróży i mnie. Kilka minut po 10 ruszamy.
W tym składzie, o 10:35 docieramy do Ciechocinka. Po drodze - mimo kilku przystanków - nikt się nie dosiadł, ani nikogo nie ubyło. Autobus zatrzymuje się pod pierwszym kolejowym dworcem z 1870 roku. Dziś to budynek mieszkalny, a w Ciechocinku nie zatrzymują się już pociągi.
Tuż obok stoi nowszy dworzec, oddany do użytku w 1902 roku. I chociaż wygląda nie najgorzej, to czasy świetności ma już za sobą. Zamiast podróżnych oczekujących na pociąg, przychodzą tu teraz głodni turyści i miejscowi poszukujący starych bibelotów, ponieważ w budynku dworca mieści się restauracja oraz sklep ze starociami. W zeszłym roku Arriva próbowała wskrzesić połączenia kolejowe. Przez całe lato, w każdy weekend między Toruniem a Ciechocinkiem kursowały szynobusy, a na odcinku Aleksandrów Kujawski-Ciechocinek bilet w dwie strony kosztował tylko złotówkę, ale najwyraźniej frekwencja nie dopisała na tyle, aby wznowić kursy w tym roku. Upadkowi kolejnictwa w Ciechocinku biernie przygląda się rzeźba pomnikowa Jerzego Waldorffa.
Pomnik zmarłego w 1999 krytyka muzycznego, publicysty i pisarza, odsłonięto w 2013 roku, aby upamiętnić jego wkład w renowację zabytkowego Teatru Letniego powstałego w 1891 roku. Piękny drewniany budynek robi bardzo pozytywne wrażenie, a główne drzwi kojarzą się z wrotami do Narnii czy innego fantastycznego świata.
Idziemy dalej. Za Teatrem Letnim rozpościera się niewielki parczek. Specjalnie na lato ustawiono kurtyny wodne, jest też dizajnerska ławka, a po drugiej stronie przepiękny budynek z pruskiego muru, ozdobiony wieżyczkami. Ostatni raz w Ciechocinku byłem kilkanaście lat temu i niewiele z tego pamiętam: grzybek, Jaś i Małgosia, muszla koncertowa, no i - oczywiście - tężnie, ale nic poza tym. Tak więc odkrywałem na nowo to urokliwe miasteczko, zaliczając kolejne punkty z mapki jaką znalazłem na oficjalnej stronie Ciechocinka, a którą znajdziecie na samym końcu wpisu.
Po drodze mijamy sklep firmowy Kopernika. Przez moment można się poczuć jak u siebie. :) Sklep mieści się w dawnym Kompleksie "Europa", który powstał w okresie międzywojennym. Dziś mieszczą się tam różnego rodzaju punkty handlowe, mieszkania oraz restauracja "Zdrojowa".
Tuż obok kompleksu znajduje się ogród zwany Parterami Hellwiga. Cudownie ukwiecony ciąg spacerowy, z fontanną, rzeźbami i ławkami został zaprojektowany w 1934 roku przez Zygmunta Hellwiga. Podobno otoczenie fontanny cieszy się dużą popularnością, ale w to wtorkowe przedpołudnie, gdy żar bił z nieba, na odpoczynek w tym miejscu zdecydowały się tylko dwie starsze osoby.
Mniej więcej po środku ogrodu, po drugiej stronie kwiatowego dywanu dostrzegłem kolejny zabytkowy budynek łączący w sobie styl klasycystyczny i eklektyczny - to Łazienki nr 3 z 1898 roku.
Kolejnym przystankiem miał być Dworek Prezydenta RP, ale chwilę zajęło nim wpadliśmy na jego trop.
Dworek zbudowano w połowie lat '30 dla prezydenta Ignacego Mościckiego, który przebywał w Ciechocinku od czerwca do lipca 1932 roku. Podobno po jego wyjeździe zrodził się pomysł budowy dla niego rezydencji. Plan został zrealizowany, z tym że Mościcki już nigdy do Ciechocinka nie wrócił. Kilka razy służył urzędnikom państwowym wyższego szczebla, w czasie wojny przejęło go gestapo, a po '45 ekipa Bieruta. Bierut nigdy tu jednak nie był, chociaż może, gdyby wybrał Ciechocinek, a nie Moskwę, pożyłby jeszcze parę lat ;) Tak czy inaczej, po zniesieniu Urzędu Prezydenta, dworek do 1956 należał do Kancelarii Rady Państwa. Potem przekazano go uzdrowisku, które z kolei zaadoptowało go na (uwaga, będzie długa nazwa) Ośrodek Badawczo-Naukowy Kliniki Laryngologii Akademii Medycznej w Warszawie. Dom, jeszcze kilkukrotnie, przechodził z rąk do rąk, by w 2001 roku powrócić pod pierwotną kuratelę czyli Kancelarię Prezydenta. Neoklasycystyczny dworek bardzo rzadko widuje oficjeli, toteż urządzono w nim małe muzeum poświęcone prezydentowi Mościckiemu oraz historii samego dworka.
Mniej więcej połowę wycieczki mamy za sobą. Wracamy do ścisłego centrum Ciechocinka. Z alei Armii Krajowej odbijamy w Zdrojową, by po niespełna 100 m znaleźć się przy Grzybku - fontannie, która jest jednym ze znaków rozpoznawczych miasteczka.
Grzybek zaprojektowano w 1926 roku. Do dnia dzisiejszego przeszedł kilka mniej lub bardziej poważnych renowacji. Fontanna pełni funkcję leczniczą, ponieważ przelewająca się woda jest bogata w cząsteczki jodu. Solanka wypływa tu z głębokości 414 m.
Nieopodal Grzybka jest wejście do Parku Zdrojowego. Rozciągający się na 19 ha został utworzony w latach 1872-1875. Głównym projektantem parku był Hipolit Cybulski, a późniejsze zmiany wdrożył Franciszek Szanior. Park Zdrojowy to również bezpieczna przystań dla kaczek, które wygrzewają się na kamieniach, nie brakuje też fontann, ławek i kwietników. To w Parku Zdrojowym znajdziecie Pijalnię Wód Mineralnych i kultową Muszlę Koncertową. Tu też spotkać można Jasia i Małgosię. Centralny park Ciechocinka, to jednocześnie jego wizytówka, a do tego piękne i spokojne miejsce, chociaż z tym spokojem, odnoszę wrażenie, że miałem po prostu szczęście. Upał nie sprzyjał spacerom, a ci co się zdecydowali najczęściej rezygnowali z górnej części garderoby. Tak na marginesie: w całym swoim życiu nie widziałem tylu nagich męskich torsów z piwnymi bębnami, co w czasie tych kilku godzin spędzonych w Ciechocinku. Należy zaznaczyć, że było to przeżycie tyleż samo traumatyczne, co zwyczajnie niesmaczne, a wręcz obrzydliwe. Żadna przyjemność, jak co chwila, przed oczami przewija się jakiś owłosiony, nadmuchany niczym piłka plażowa, bebech. No i znów mam przed oczami te obrazy... :P Ok., idźmy dalej...
Pijalnia Wód Mineralnych zachwyca swą drewnianą elewacją z licznymi zdobieniami. Powstanie gmachu, utrzymanego w stylu "szwajcarskim", datuje się na lata 1880-1881. Jest to jeden z najpiękniejszych drewnianych budynków w regionie. Tuż obok można wypocząć przy fontannie "Żabka". Tak przy okazji: ilość fontann zwraca uwagę. Właściwie co kawałek wpadamy na jakąś. "Żabka" szczególnie urokliwie wygląda po zmroku, ale tak długo siedzieć tu nie będziemy.
Na tyłach pijani wód znajdziemy kolejną ciechocińską perełkę - Muszlę Koncertową z 1909 roku zbudowaną w stylu zakopiańskim. Obiekt wciąż służy mieszkańcom jago główna estrada dla najważniejszych koncertów i festiwali w miasteczku. Muszla, to miejsce z duszą i niepowtarzalnym klimatem.
A obok muszli, takie oto cudo z kwiatów.
Przedostatni punkt wycieczki - fontanna "Jaś i Małgosia". Mimo utrzymującej się od dłuższego czasu pięknej, słonecznej pogody, ta dwójka pod parasolem, przypomina rezydentów prosektorium. Być może to wina właśnie tego nieszczęsnego parasola? A może Jaś i Małgosia są albinosami? W tym miejscu rozwiązała się też zagadka starszych panów i ich nagich torsów - najwyraźniej biorą przykład z Jasia. ;) Niestety, fontanna, mimo iż znana w całym kraju, sprawia nie najlepsze wrażenie.
Do tężni idziemy okrężną drogą. Najpierw ulicą Solną, a potem wałem, który stanowi szlak turystyczny. Po drodze, na jednej z łąk dostrzegam dwa bociany - dla mieszczucha widok nietypowy.

Temperatura coraz bardziej daje się we znaki, woda w butelce zdążyła się nagrzać, a człowiek - w takich momentach - zaczyna tęsknić za domem i wentylatorem, który w tym domu jest i tylko czeka żeby ci służyć chłodnym powietrzem. Na wale upał szczególnie dawał po głowie, a wnętrze gęby (pomimo uzupełnianych płynów) przypominało piaskownicę lub - jak kto woli - kocią kuwetę, chociaż czystą, z dopiero co wymienionym żwirkiem ;). W oddali widać już tężnie. Trochę żałuję, że od nich nie zaczęliśmy, bo wiem, że sił nie wystarczy na dokładne obejście każdej z osobna.
Na zdjęciu powyżej Tężnia nr III z 1859 roku - jest najnowszą i jednocześnie najkrótszą ze wszystkich trzech. Liczy zaledwie 333 metry. W tle widać też Tężnię nr II (najdłuższą) o długości 719 m.
Tężnia nr I ma długość 648 m. Pierwsze dwa obiekty powstawały w latach 1824-1828. Ciechocińskie tężnie, to jednocześnie największe w Europie konstrukcje drewniane do odparowywania wody solankowej.
Chwila odpoczynku pod Tężnią nr I i w dalszą drogę. Chociaż skoczyliśmy zwiedzanie Ciechocinka nie oznaczało to końca wycieczki. Ta miała mieć swój finał następnego dnia. Zbliżała się godz. 14. O tej godzinie odjeżdżał PKS do Aleksandrowa Kujawskiego. Tam mieliśmy zebrać siły i przespać nockę, by następnego dnia zwiedzić kolejne miasteczko na Kujawach. Ale, to już całkiem inna historia...
mapka ułatwiająca zwiedzanie Ciechocinka (źródło: www.ciechocinek.pl)

sobota, 29 sierpnia 2015

JAR - Dawny skład amunicji i materiałów wybuchowych

#Wrzosy. JAR, czyli dawną Jednostkę Armii Radzieckiej w Toruniu, mimo upływu lat i znaczących zmian jakie zaszły ostatnimi czasy na tym terenie, wciąż spowija mgła tajemnicy i legend. Przez blisko 46 lat niewielu Polaków przekroczyło bramę jednostki, którą radzieccy towarzysze pilnowali niczym amerykanie Fort Knox. Zdarzało się, że uzbrojeni po zęby strażnicy, pod byle pretekstem otwierali ogień do Polaków. Jedna z legend głosi, że pod ogrodzeniem, po polskiej stronie, wartownik zastrzelił grzybiarza (nie udało mi się zweryfikować tej historii). Dużo bardziej pewniejsza wydaje się być opowieść kolejarzy ze stacji Toruń Północny, którzy obsługiwali transport tajemniczych ładunków na teren JAR-u.
Lokomotywa z kilkoma wagonami towarowymi kilka minut temu wyjechała z bocznicy Dworca Północnego i ospale toczyła się po torze. Powoli zbliżali się do "czerwonej strefy", którą w 1945 roku ustanowili Rosjanie - wiedział o tym zarówno maszynista, jak i jego pomocnicy; wiedziało o tym całe miasto, dlatego mało kto zapuszczał się w te rejony. Drut kolczasty, kilka wartowni, punkty obserwacyjne i piesze patrole pilnujące, aby nikt nie przedarł się na teren Jednostki Armii Radzieckiej, ani z niej nie wyszedł, działały odstraszająco i zniechęcająco.

Pociąg jechał wzdłuż ogrodzenia. Maszynista dostrzegł wartownika spacerującego przy płocie. Na pierwszy rzut oka było widać, że to człowiek ściągnięty tu z dalekiego wchodu Związku Radzieckiego. Jego tępy wyraz przylepiony do płaskiej twarzy, małe rozbiegane oczka doskonale ilustrował osobnika, najprawdopodobniej, mongolskiego pochodzenia. Był to obraz człowieka prymitywnego i okrutnego. On i jemu podobni kamraci nie byli w stanie rozróżnić dobra od zła. Liczyła się tylko dominacja, dzika chęć mordu i gwałtu powstrzymywana tylko i wyłącznie ogrodzeniem z drutu kolczastego oraz strachem przed oficerami radzieckimi.

Jeden z pomocników maszynisty wychylił się z lokomotywy i krzyknął coś do wartownika. Hałas jaki panował w maszynie zagłuszył jego słowa, tak więc maszynista nie dosłyszał, co jego współpracownik powiedział. Dostrzegł jednak mongoła ściągającego karabin z ramienia. Dobrze wiedział co to oznacza. Zdążył jeszcze krzyknąć "padnijcie!", sam też zdążył się schylić, gdy lokomotywa została ostrzelana jedną krótką serią. Jakaś zabłąkana kula rykoszetem przeleciała nad głową pomocnika i utkwiła w suficie. Dzwoniło im w uszach, serca waliły jak oszalałe, a lokomotywa, chwilowo, prowadziła się sama. Odjechali spory kawałek nim maszynista zdobył się na odwagę i wstał z podłogi. Zerknął na pozostałych - wszyscy byli cali. Głupi mają szczęście - pomyślał i z wciąż trzęsącymi się dłońmi wrócił za stery swojej lokomotywy.
Teren, gdzie teraz powstaje nowe osiedle na Wrzosach, a być może - w przyszłości - całkowicie nowa dzielnica, już przed I wojną światową należał do wojska. W 1909 powstała tu fabryka amunicji i magazyny zakładów zbrojeniowych, które w 1920 r. przejęło Wojsko Polskie. Wtedy, zajmowany teren był nieco szczuplejszy. Dopiero po II wojnie światowej, gdy do Torunia weszli Rosjanie, na ich potrzeby, poszerzono obszar. 

Dawny radziecki skład amunicji został opublikowany w cyklu Miejsca, których już nie ma, nieco na wyrost. Pozostałości po JARze można jeszcze znaleźć, ale jest kwestią czasu nim znikną na dobre. Najbardziej charakterystyczny jest z pewnością bunkier przypominający hangar, z którym wiąże się kilka legend lub - wręcz - bajek. Jedna z nich mówi o samolocie odrzutowym, z tym, że na terenie jednostki nigdy nie było pasa startowego, a najbliższe lotnisko znajdowało się na terenie dzisiejszego Centralnego Cmentarza Komunalnego. Z innej legendy dowiemy się, że, skoro nie było pasa startowego, to w "hangarze" stała maszyna do pionowego startu. Helikopter? A może ruscy ukradli nazistom V7? ;) Kolejna miejska legenda mówi o pojazdach z głowicami atomowymi... No niestety, Toruń to nie Borne Sulinowo, ruscy nie zbudowali tu tajnego kompleksu podziemnego, a owy "hangar" był najprawdopodobniej remizą dla wozu strażackiego, który w bomboskładzie musiał być pod ręką.
Bunkier z racji swojego nietypowego, jak na toruńskie warunki, kształtu, siłą rzeczy pobudza wyobraźnię, prawda jednak bywa zaskakująco prozaiczna i mało atrakcyjna.
Tuż obok "hangaru" jest jeszcze jeden bunkier. Składa się z dwóch długich komór i jednego małego pomieszczonka, który równie dobrze mógł być wartownią co wychodkiem. Nie znalazłem informacji, co do konkretnego przeznaczenia powyższej nieruchomości.
Z uwagi na bardzo ubogą wiedzę nt. tego miejsca, mile widziane będą komentarze i maila, dzięki którym wspólnie może uda się uzupełnić wiedzę.

Cofnijmy się teraz do lat 2009-2010. Poniższe zdjęcia pochodzą właśnie z tego okresu. Wtedy teren wyglądał zgoła inaczej. Mniej więcej przy dzisiejszej ul. Watzenrodego stały trzy koszarowce, za drogę robiła betonowa wylewka, a bardziej na północy znaleźć można było kolejowe rampy rozładunkowe. W czasach sowieckiej prosperity po terenie jednostki kursowała kolejka wąskotorowa, a co się tyczy zabudowy: był podział na część administracyjną i stricte wojskową. Dziś, bez starych planów, trudno znaleźć wszystkie miejsca, zresztą większość i tak nie istnieje. Te resztki, które widzicie na zdjęciach powyżej również - lada chwila - przejdą do historii. Gdy w 1991 roku Toruń opuszczali Rosjanie, zabrali ze sobą wszystko co wartościowsze. Część wywieźli pociągami, część odleciała śmigłowcami, a resztę rozkradli Polacy. Należy zaznaczyć, że proces grabieży był bardzo szybki i zorganizowany. Gdy w 2009 roku przyjechałem tu po raz pierwszy zastałem jedynie wartownię przed bramą wjazdową, trzy koszarowce i sąsiadujące z nimi bunkry. Przy dawnym głównym wejściu na teren jednostki straszyła tablica zakazująca wstępu i ostrzegająca przed niewybuchami. Faktycznie takowe były na tym terenie i to nie mało. Tylko na pasie drogowym drogowcy wykopali ponad 600 różnego rodzaju granatów, pocisków artyleryjskich i innych niewybuchów.
Prace budowlane na JARze idą pełną parą, chociaż terenu do zabudowy wciąż jest wiele. Łącznie cały obszar liczy 417 ha. Plan zagospodarowanie przestrzennego przewiduje, że na 50 ha powstanie zabudowa wielorodzinna, z kolei na 39 ha jednorodzinna, następne 22 ha przeznaczono na działalność komercyjną i publiczną czyli m.in. sklepy, szkoła, przedszkole i kościół. Będzie również część przemysłowa, na ten cel zarezerwowano 57 ha od strony ul. Grudziądzkiej. Na pewno nie zabraknie terenów zielonych. Na 90 ha pozostanie las, 78 ha to zieleń parkowa wewnątrz osiedla i tereny sportowe. Zostało nam jeszcze 81 ha - tyle zajmą wszystkie drogi, chodniki i ścieżki rowerowe. W planach jest również pociągnięcie linii tramwajowej, ale na to przyjdzie pewnie trochę poczekać.
To co zostało po Jednostce Armii Radzieckiej nie ma znaczącej wartości historycznej, ani (tym bardziej) architektonicznej, toteż nikt nie wychyla się, aby bronić tego miejsca. Ja też nie mam zamiaru. Liczę na to, że dzięki planom zagospodarowania północnych rubieży Wrzosów miasto zyska na atrakcyjności i przyciągnie nowych inwestorów, a powyższe obrazy przejdą do historii (część już przeszła).
Pamiętam jak sześć lat temu byłem tu po raz pierwszy... było to dwa rowery i trzy aparaty temu. Mały kieszonkowy "soniacz" służył mi przez kilka lat i był świadkiem niejednego spotkania, kilku gróźb typu: "jak pan nie przestanie fotografować, to zadzwonię po policję" (a to sobie dzwoń, ciulu jeden z drugim - 997 albo 112, jakbyś zapomniał) oraz kilku zabawnych sytuacji, o których może kiedyś opowiem. Tak czy inaczej... W trakcie pierwszej sesji zdjęciowej na JARze, gdy wydawało mi się, że jestem zupełnie sam, nie wiadomo skąd i kiedy zjawił się starszy jegomość na składaku (patrz zdjęcie powyżej). Zatrzymał się obok. Błotnik zatrzeszczał, kierownica zaskrzypiała. Mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Spojrzał najpierw na mnie dzierżącego w dłoni aparat, a potem na jeden z koszarowców, który przed chwilą fotografowałem. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie z domieszką ironii.
- Po co pan fotografuje to ruskie ustrojstwo? Przecie to brzydkie jest - wypalił w końcu.
- No brzydkie - zgodziłem się z jego jednoznaczną oceną - ale w tej brzydocie jest coś interesującego.
- Etem - zbył mnie ręką i odjechał.
Sześć lat później pokazuję Wam te zdjęcia jako historyczne. Baraków nie ma, podobnie jak drogi, po której sunie starszy pan na swoim jednośladzie. Od tamtego czasu otoczenie zmieniło się nie do poznania, do tego stopnia, że gdy na początku lipca br. przyjechałem tu po pięciu latach przerwy, przez dłuższą chwilę nie mogłem znaleźć hangaru. Nie wiedziałem jak do niego dojechać, ponieważ układ ulic się zmienił, powstały nowe, a fragment Polnej został przebudowany.

Już na sam koniec chciałbym polecić Wam wpis na blogu Immigration in Reverse, który zahacza zarówno o JAR jak i Dworzec Północny, a konkretnie traktuje o relacjach jakie panowały pomiędzy oficerami AR, a polskimi kolejarzami.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R