sobota, 27 maja 2017

Dawne Kino „Flisak”

Stawki.
Gdy Stare Miasto miało kina „Kopernik”, „Grunwald”, „Orzeł” i inne, na Stawkach był „Flisak” – największe kino na lewobrzeżu, świetnie wyposażone, ale już od samego początku skazane na klęskę. Dlaczego? 

Sobota była mroźna, ale zgromadzeni na rogu ulic Idzikowskiego i Armii Ludowej torunianie, w ogóle nie czuli chłodu. Owszem, zacierali ręce, niektórzy nawet podskakiwali, ale robili to bardziej ze zniecierpliwienia, niż z autentycznej potrzeby rozgrzania się. Ich wewnętrznym piecykiem było podniecenie, spowodowane otwarciem nowej świątyni X Muzy. Zebrani czekali przed kinem, aż drzwi się otworzą i będą mogli wejść do środka na inauguracyjny seans.

To było 4 stycznia 1969 roku – dzień otwarcia Kina „Flisak”, wówczas najnowocześniejszego kina w Toruniu, a jednocześnie największego na lewobrzeżu, z widownią na 420 miejsc. Radość mieszkańców Stawek, ale i Podgórza, Rudaka, a nawet oddalonych nieco bardziej Czerniewic, była zrozumiała, lecz szybko zgasła.
kino "Flisak", lata 60/70 (źródło: Facebook)
Projekcja brytyjskiej komedii przygodowej z 1965 roku „Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach”, zainaugurowała działalność „Flisaka”. Niestaty, pierwszy seans okazał się klapą i to – bynajmniej – nie z uwagi na niską frekwecję (ta przyszła dopiero później), a z powodu kłopotów technicznych. Podobno taśma z filmem rwała się około ośmiu razy, przez co trzeba było przerywać seans. Film – o ile go cenzura nie okroiła – powinien trwać blisko 140 minut, w tym było co najmniej osiem pauz technicznych… Nie, no bez jaj, tak często to nawet Polsat nie przerywa filmów reklamami. Nic więc dziwnego, że niektórzy widzowie dopominali się o zwrot pieniędzy za bilet.

Jak już wspominałem „Flisak” był całkiem nieźle wyposażony: duża sala, nowoczesny projektor, przestronny festybul ze stolikami i miękkimy fotelami. Wszystko pachniało nowością i – jak na tamte czasy – było ładne. Mieszkańcy Torunia szybko jednak przekonali się, że nowe kino, nie będzie oferowało ani premier, ani nowości. Wszystko przez decydentów, którzy zakwalifikowali „Flisaka” do kin drugiej kategorii. Czy było to podyktowane lokalizacją, niewiedzą, czy złą wolą urzędników odpowiedzialnych za kinematografię, ciężko stwierdzić. W efekcie, do kina na Stawkach trafiały filmy już ograne i przejedzone przez publiczność w innych kinach. Nic więc dziwnego, że rzadko kiedy na sali był komplet publiczności.
poczekalnia kina "Flisak", lata 60/70
(źródło: "filMOWO-kiNOWA orbita" K. Kluczwajd)
Mimo problemów z frekwencją, seanse we „Flisaku” odbywały się dwa razy dziennie: o 17 i 19:30, dodatkowo w każdą niedzielę o 11 wyświetlano filmy dla dzieci. Co ciekawe: w poniedziałki i czwartki załoga miała wolne, a budynek był zamknięty na cztery spusty. I tak to się kręciło do 1993 roku. Później miasto stwierdziło, że nie będzie dokładać do nierentownego interesu i budynek przekazało Archiwum Państwowemu, które wprowadziło się już na początku 1994 r. Pracownicy archiwum niezbyt cieszyli się z takiej miejscówki. Trzeba było poświęcić sporo czasu i środków, aby dostosować gmach do nowego celu. Dziś w dawnej sali kinowej stoją regały z archiwaliami, kasy biletowe zniknęły, podobnie jak przeszklona część parteru i pierwszego piętra.

„Flisak” nie jest jedynym kinem, które zniknęło z mapy Torunia. W historii miasta było ich całkiem sporo, a pisze o nich Katarzyna Kluczwajd w książce „kiNOWO-filMOWA orbita” (4 część serii „Toruń SPACErkiem"). O publikacji już niebawem przeczytacie na blogu „Po Toruniu”. Na Stawkach jest dużo więcej ciekawych adresów do odkrycia, o niektórych z nich napiszę w najbliższej przyszłości, a tymczasem polecam Wam spacery po lewobrzeżu. Oczywiście w realu, bo to największa frajda.
moja autorska landrynkowa foto-wariacja

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

poniedziałek, 22 maja 2017

Teatr im. Wilama Horzycy

Teatr Horzycy zna każdy i każdy też wie, że wystawiane w nim sztuki, stoją na wysokim poziomie artystycznym. Ale czy znacie historię tego gmachu? Nie, nie znacie? Pora więc to zmienić. Zabieram Was w podróż do przeszłości, a punktem wyjścia będą lata zaboru pruskiego. Gotowi? Zapnijcie pasy – jedziemy.

Wszystko zaczęło się od Dworu Artusa… Nie, nie tego z 1891 r., który stoi do dziś, a tego wcześniejszego z 1829. To właśnie tam, w tej prostej piętrowej kamienicy, mieścił się pierwszy Teatr Miejski z widownią na około 500 miejsc. Popularność toruńskiego teatru rosła bardzo szybko, ten rodzaj rozrywki szczególnie upodobali sobie kupcy (których w Toruniu było całkiem sporo), urzędnicy oraz wojsko (kolejna liczna społeczność lubiąca się zabawić), czyli taka nasza dzisiejsza klasa średnia. 

Po raz pierwszy z pomysłem budowy nowego teatralnego gmachu, wyszło kilku członków Rady Miejskiej już w marcu 1865 roku. Pomysł nie spotkał się z przychylnością magistratu i temat został zawieszony na kilka lat. Odżył dopiero w październiku 1869, kiedy to toruńscy rajcy powołali komisję, która miała się zająć przygotowaniem budowy Teatru Miejskiego. Okej, komisja komisją, ale przez całe lata ’70 XIX wieku nie zrobiono choćby małego kroku naprzód. Komisja – podobnie jak państwo pod wezwaniem ministra Sienkiewicza – działała tylko teoretycznie. Kilku smutnych panów spotykało się od czasu do czasu, snując dalekosiężne, może nawet ambitne plany budowy gmachu ponadczasowego. Prawda jest taka, że marazm w temacie budowy teatru nie wynikał z dobrych lub złych intencji ww. komisji. To radni blokowali wszelkie pomysły, kręcąc nosem, że za drogo, że to nie jest dobry czas, a w ogóle komu potrzebny nowy teatr. Temat więc został uśpiony na kolejną dekadę, a właściwie, to na prawie dwie. Został obudzony dopiero w 1887 roku przez faceta, którzy zarządzał Dworem Artusa. R. Steinicke w swoim piśmie do magistratu powołał się na głosy widzów domagających się nowego budynku. Wskazał nawet możliwą lokalizację, gdzie ów nowy gmach mógłby wyrosnąć. Tak się złożyło, że wybrał plac nieopodal Bramy Chełmińskiej, na terenach zasypanej fosy miejskiej, czyli de facto wskazał miejsce, w którym teatr faktycznie stanął, choć od 1887 do rozpoczęcia prac budowlanych miało minąć kolejnych 16 lat.

Wtedy, w tym 1887 roku, Steinicke nie uzyskał aprobaty magistratu. Kwota 300 tyś. marek, na jakie dyrektor Teatru wycenił inwestycję, skutecznie odstraszyła rajców. Postanowili, że z decyzją wstrzymają się przez rok. Trwało to jednak nieco dłużej…

W 1889 roku po starym Teatrze Miejskim zostaje kupa gruzu i rozpoczyna się budowa trzeciego w historii Torunia Dworu Artusa. Tymczasem decyzje w sprawie nowego teatru wciąż nie zapadają. Upływa kolejnych kilka lat… Co, mamy już rok 1896? Czas szybko leci, a germańscy mieszczanie chcą rozrywki, podobnie jak powiększający się z każdym rokiem toruński garnizon i obsada piętnastu fortów otaczających miasto. Pewnego dnia – powiedzmy, że słonecznego, acz wietrznego – do Ratusza przychodzi niepozorny facecik z głową pełną pomysłów.
– Nazywam się Uebrick… Reinhard Uebrick i jestem architektem – przedstawia się i w lekkim ukłonie unosi melonik.
Uebrick, to swój chłop, znaczy się… chłop z Torunia, który ma pomysł, może nawet wizję nowego Teatru Miejskiego z widownią na 600 miejsc. Mówi: moje dzieło najlepiej będzie prezentowało się przed Bramą Bydgoską, ale radni znów kręcą nosem, mówiąc, że muszą się zastanowić, przeanalizować, a w ogóle, jak się namyślą, to oddzwonią… Nie, nie oddzwonią? No, racja, wtedy nie było telefonów. No, dobra, to wyślą gołębia pocztowego. Gołębie pocztowe wyszły już z użycia? Ok, to wyślą gońca. Gońca chyba jakiegoś mieli, nie? W każdym razie, radni chyba zaczęli dostrzegać, że tej sprawy nie mogą przeciągać w nieskończoność, więc przedłużyli mandat komisji ds. budowy teatru i… i w sumie w tamtym czasie nic więcej nie zrobili.

Zastanawiacie się pewnie, kiedy wreszcie ruszy ta budowa? Za chwilę, obiecuję. W 1899 roku coś drgnęło – wybrano plac pod zabudowę. Szanowna komisja większością głosów postanowiła, że najlepszą lokalizacją będzie parcela przed Bramą Bydgoską, czyli dzisiejszy Plac Rapackiego. Ta sama komisja podjęła też drugą ważną decyzję, chociaż mniej korzystną dla Uebricka. Owszem, cały czas rozważano jego propozycję, ale postanowiono, że miasto zwróci się też do wiedeńskiej pracowni „Fellner & Helmer”. Panowie architekci Ferdynand Fellner i Herman Helmer współpracowali ze sobą od 1870 roku i mieli bogate doświadczenie w projektowaniu teatrów i sal koncertowych. W ówczesnej Europie Południowej i Środkowej nie mieli sobie równych. W swoim portfolio mogli pochwalić się kilkudziesięcioma realizacjami, zatem decyzja toruńskiej komisji była zrozumiała. Jednak ich zrozumienie miało swoje granice, szlaban pojawił się, gdy usłyszeli wycenę wiedeńskich gwiazd architektury. Między 420 a 450 tyś. marek – tyle według atelier „Fellner & Helmer” miała kosztować budowa teatru. Dla porównania: koszt jednego fortu głównego to około 2 mln marek, a pośredniego to jakieś 1,5-1,6 mln. Z perspektywy czasu, można powiedzieć, że kupę baniek wyrzucono do suchej fosy (w jednym przypadku mokrej, w drugim częściowo mokrej), bowiem Twierdza Toruń nigdy nie spełniła swego militarnego przeznaczenia, natomiast teatr pozostaje teatrem i wciąż służy torunianom. Więc ta komisja od teatru, wiedząc, że rajcy to kutwy i sknery, mówi: wiedeńczycy za drodzy, bierzemy ofertę starego poczciwego „Uebiego". Tymczasem magistrat odpowiada: Chwila, moment, rozpiszmy konkurs, niech wygra lepszy. No i ta Brama Bydgoska… To też nie najlepsza miejscówka, lepiej będzie przed Bramą Chełmińską.
projekt "Fellner & Helmer" (źródło: "Rocznik toruński, tom 11")
Uebrick oraz „Fellner & Helmer” przystąpili do konkursu. Wynik, jeśli pominiemy kwestie finansowe, był z góry przesądzony, bo i co nasz Reinhard mógł wiedzieć o budowie teatrów? Niewiele. Zapadła więc ostateczna decyzja: Teatr Miejski na 800 miejsc za 450 tyś. marek zaprojektują i pokierują jego budową wiedeńczycy.

Miasto zaciągnęło więc kredyt na 300 tyś., a resztę – w formie dotacji – wyciągnęli od władz państwowych. Wreszcie 4 lipca 1903 roku rozpoczęła się budowa. Do prac zaangażowano kilka toruńskich firm, m.in. fabrykę „Born & Schütze”, która odpowiadała za wykonanie elementów stalowych. Prace szły w ekspresowym tempie. Po nieco ponad roku, a dokładnie 21 września 1904 roku, gmach był już ukończony, a kilka dni później – 30 września nastąpiło uroczyste otwarcie. Ostateczny kosztorys zamknął się w kwocie 455 266 marek. Pamiętajcie, że wtedy, podobnie jak teraz teatr, składał się z dwóch budynków: głównego z wielką sceną, widownią, garderobami itp. oraz magazynu dekoracji, stojącego między teatrem a dzisiejszym gmachem Collegium Maius, który powstał nieco później, bo w latach 1905-1907. Na marginesie: tak właśnie rodził się toruński Ring, czyli zespół reprezentatywnych gmachów, zbudowanych na obrzeżach starówki. W skład „kręgu” wchodziły budynki Starostwa (1901) ob. Urzędu Miasta, Kościoła św. Szczepana (1904), Teatru Miejskiego (1904) ob. Teatru Horzycy, Banku Rzeszy (1904) ob. Collegium Maximum oraz Szkoły Rzemieślniczej (1907) ob. Collegium Maius.
budowa teatru, w tle Brama Chełmiński
(źródło: "50 lat sceny toruńskiej")
Pierwszym dyrektorem Teatru Miejskiego został Karl Schröder. To właśnie za jego kadencji powstały dwie rzeźby stojące przed teatrem. Nie były ona w planach atelier „Fellner & Helmer”, powstały kilka lat później, wykute przez berlińskiego artystę Ernesta Hertera, który – gdy kończono budowę Teatru Miejskiego – ustawiał właśnie pod zachodnią ścianą Ratusza Staromiejskiego inne swoje dzieło – pomnik Wilhelma I. Magistratowi przypadł do gustu monument wielkiego pruskiego wodza, dlatego też zlecono Herterowi stworzenie tych przed nowym Teatrem Miejskim. Pierwotna wizja artysty była dość ambitna: przed wejściem stylizowana studnia, po bokach dwie grupy rzeźb, pomysł ten został jednak przystopowany i skończyło się na dwóch kamiennych postaciach – personifikacjach Dramatu i Muzyki. Rzeźby ustawiono 6 lipca 1909 roku. Odtąd torunianie mogli cieszyć się nie tylko pięknym gmachem, ale i ciekawym otoczeniem.
prawdopodobnie najstarsze zdjęcie teatru, cokoły już zostały ustawione,
ale posągów jeszcze nie ma (źródło: fotopolska)
Tej powszechnej radości nie podzielali Polacy. Na pierwszej stronie „Gazety Toruńskiej” z 1 października 1904 r. czytamy m.in.: 
"W mieście Toruniu ludność polska tworzy co najmniej dwie piąte, a w państwie pruskim także znaczny procent. Podatki gminne i państwowe płacą Polacy na równi z Niemcami, a w stosunku do swoich dochodów nawet wyżej są opodatkowani od Niemców. Znaczna część kroci, użyta na teatr miejski pochodzi więc z kieszeni Polaków. Sprawiedliwość nakazywałaby wobec tego, żeby gmach teatralny służył nie tylko na niemieckie, lecz także na polskie przedstawienia. Tymczasem język polski został z teatru, zbudowanego w znacznej części za pieniądze Polaków, stanowczo i bezwarunkowo wykluczony. Temsamem świątynię sztuki zepchnięto na poziom zakładu germanizacyjnego, z przybytku muz, powołanego, aby łagodził przeciwieństwa narodowe, polityczne i spółeczne, uczyniono coś w rodzaju Gesslerowskiego zamku, mającego Polakom przypominać ich niedolę a wśród ludności niemieckiej budzić butę i zarozumiałość.
(pisownia oryginalna)
Mimo zapewnieniom Niemców, że słowo polskie nigdy nie padnie ze sceny Teatru Miejskiego, stało się inaczej i to już 16 lat później…
piękna koloryzowana pocztówka z roku ok. 1914 (źródło: KPBC)
Po tym, jak w 1920 roku Toruń ponownie stał się polskim miastem, a sama Polska wróciła na mapę Europy, nazwę teatru zmieniono na Teatr Narodowy na Pomorzu. Wraz ze zmianą nazwy ucichł również nieprzyjemny dla ucha niemiecki szwargot, zastąpiony teraz przez piękną i dźwięczną polszczyznę. Pierwszym polskim dyrektorem został Franciszek Frączkowski, mianowany na to stanowisko przez samego premiera Wincentego Witosa, co nie było wcale praktyką powszechną. Frączkowski zainaugurował działalność premierą „Zemsty” Fredry, na której pojawił się sam premier
Teatr w międzywojniu (źródło: NAC/sygn.1-K-10719)
międzywojnie, na zdj. sekretarz
Zjednoczonych Teatrów Pomorskich
Władysław Ilcewicz (źródło: NAC/sygn.1-K-10714)
Przez kolejne lata dyrektorzy zmieniali się parokrotnie, aż wreszcie w sezonie 1925/26 doszło do prawdziwej rewolucji. Sceny Torunia, Bydgoszczy i Grudziądza połączyły się tworząc Zjednoczone Teatry Pomorskie pod kierownictwem dyrektora Karola Bendy. Opiekunem toruńskiej sceny, przekształconej w operę, został Jerzy Bojanowski.

Zamiana urozmaiconego gatunkowo teatru w monotematyczną operę, nie była najlepszym pomysłem. Nawet wystawianie mało ambitnych, choć przyjemnych w odbiorze, operetek, nie pomogło i toruńska scena szybko znalazła się w finansowym dołku. Na tyle głębokim, że instytucji groziło bankructwo. W kolejnych latach powróciły więc na deski zarówno dramaty, jak i komedie, a w 1934 roku nasz teatr otrzymał nową nazwę: Teatr Ziemi Pomorskiej.
afisz spektaklu Teatru Ziemi Pomorskiej
(źródło: KPBC)
Przez całe dwudziestolecie odbyło się około 700 premier. Wystawiano klasyków takich, jak Fredro czy Szekspir, ale swoje premiery miał też chociażby Witkacy, który – kiedy bywał w Toruniu – zatrzymywał się w „Zofiówce” na Bydgoskim Przedmieściu. 10 maja 1936 roku za kulisami doszło do tragedii. Aktor Sergiusz Niłus, znany bardziej pod pseudonimem Jerzy Allan, zastrzelił się z rewolweru podczas premiery spektaklu „Hurra, jest chłopczyk”. Bynajmniej nie było to samobójstwo, a przynajmniej nie umyślne. Artysta bawił się bronią, która miała być scenicznym rekwizytem, jednak ta była nabita i… pif-paf, i jest trup.

Teatr Ziemi Pomorskiej ostatnie dwa spektakle dał 27 sierpnia 1939 roku, były to: „Egzotyczna kuzynka” oraz „Tajny agent”. Oczywiście, po tym, jak 6 września Niemcy zajęli Toruń, przejęli również teatr. Szwargot znów popłynął ze sceny, ale to nie wystarczyło. W czasie wizytowania miasta, Joseph Goebbels – hitlerowski minister propagandy, stwierdził, że gmach teatru jest… zbyt mało nazistowski. W latach ’40 usunięto więc to i owo z fasady, zniknęły m.in. cokoły z orłami, maski tragedii i komedii, a także szereg innych detali, nadających budynkowi neobarokowego i secesyjnego charakteru. W 1941 rozebrano również magazyn dekoracji, który został zrekonstruowany dopiero w latach ’90.

1 grudnia 1945 roku teatr przejmuje Wilam Horzyca, który wkrótce potem ściąga do Torunia nową gwardię aktorów, m.in. Tadeusza Fijewskiego. Fijewski podejmie później współpracę także z Bajem Pomorskim, a potem zrobi karierę filmową. Pierwszym spektaklem wystawionym w powojennej rzeczywistości była „Szkoła żon” Moliera.

W 1960 roku Państwowy Teatr Ziemi Pomorskiej zostaje połączony ze sceną bydgoską, tworząc „Teatry Dramatyczne Bydgoszczy i Torunia”. Rok wcześniej zmarł Horzyca, jego śmierć zamknęła pewien rozdział w historii polskiego teatru. Jak wiemy, współpraca z naszym sąsiadem nigdy nie układała się zbyt dobrze i wówczas nie było inaczej. 1 lipca 1961 roku nastąpił definitywny rozłam obu scen. Tak narodził się Teatr im. Wilama Horzycy.

W przepięknych wnętrzach toruńskiego teatru wystawiono setki wspaniałych spektakli. Oprócz zupełnie nowych sztuk, nigdy nie zapomniano o klasyce. Torunianie mogli więc obejrzeć m.in. „Dziady”, „Hamleta”, „Kordiana” i wiele, wiele innych spektakli, które na stałe zapisały się w naszej historii.

Dziś toruńska świątynia Melpomeny, to wciąż miejsce niezwykłe i pełne magii. Ten niepowtarzalny klimat, teatr zawdzięcza przepięknym wnętrzom z wielką salą na czele. Chyba nie ma torunianina, który nie odwiedziłby tego miejsca przynajmniej raz w życiu. Chociaż raz, to stanowczo zbyt mało, dlatego zachęcam Was do jak najczęstszych wizyt w teatrze, tym bardziej, że toruński zespół aktorów, to klasa w sama w sobie i pewnik na miło spędzony czas.
zrekonstruowany magazyn rekwizytów
za kulisami
piwnica, miejsce dla aktorów
pokój wypoczynkowy dla aktorów w podziemiach teatru
artyści też ludzie i swoje słabości mają -
nowoczesna palarnia to dowód na to, że nawet
zabytkowy gmach idzie z duchem czasu

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>