środa, 30 grudnia 2015

B-54/M-2 - Schron amunicyjny (miejsce egzekucji z 1939 r.)

#Winnica. Echo ciężkich niemieckich buciorów, uderzających o bruk, wciąż roznosiło się po Toruniu i jego okolicach. Właśnie mijał pierwszy tydzień okupacji miasta, ale obraz wkraczającej do Grodu Kopernika wrogiej armii, nadal był żywy, podobnie jak przyprawiający o ciarki, ryk silników Luftwaffe i bomby spadające na toruńskie lotnisko.

Ostatnio, co – w świetle najnowszych wydarzeń – było czymś zupełnie naturalnym, w rozmowach dominował jeden temat – WOJNA. Wszyscy zastanawiali się, ile potrwa i kiedy państwa sprzymierzone przyjdą nam z odsieczą. Póki co, od 6 września 1939 r., kiedy to wysadzono oba toruńskie mosty, a Armia „Pomorze” opuściła miasto, co ostatecznie zamykało proces ewakuacji władz cywilnych i wojskowych, torunianie byli zdani tylko na siebie. Prezydent Leon Raszeja i jego administracja trafili do Lublina. Dla Raszei był to ostatni przystanek w życiu, bowiem 9 września zginął w zbombardowanym przez Niemców lubelskim ratuszu. Toruń był zatem od tygodnia pozbawiony polskich władz, za to z bezczelnie rozgoszczonym okupantem. 

To czwartkowe popołudnie, 14 września 1939 roku, było dość pogodne, chociaż od tygodnia nawet najbardziej słoneczny dzień, wydawał się dla torunian i mieszkańców okolicznych wsi, pochmurny i przytłaczająco szary. Kolory przemijającego lata wyblakły pod wpływem bezsilności i poczucia bolesnej klęski.

Przed jednym z domów we wsi Rubinkowo stało pięciu chłopców, z których żaden nie skończył jeszcze dwudziestu lat. Bracia Janek i Kazik Lewandowscy zaprosili swoich przyjaciół: Cześka Piątkowskiego, Kazika Winiarskiego i Bronka (imię hipotetyczne, nie udało mi się ustalić prawdziwych danych piątego uczestnika spotkania przed domem Lewandowskich). Prowadząc luźną rozmowę i pomimo trwającej wojny, ciesząc się swoim towarzystwem, nawet przez myśl im nie przeszło, że dla trójki z nich ten dzień będzie ostatnim w ich, jakże krótkim, życiu.
      – Mówię wam, nikt nam nie pomoże, a Hitler za chwilę zabierze się za Francuzów, a potem uderzy na Londyn – perorował Czesław, który mając 19 lat był najstarszy z całego towarzystwa.
      – Bzdury gadasz, Czesiu – odezwał się Bronek. – Hitler nie pokona Francuzów, że o Anglikach nie wspomnę. Może miesiąc, może dwa i szkopy będą czmychać po lasach. Mój ojciec mówi, że Niemce nie wytrzymają na dłuższą metę, a oręż naszych sojuszników jest znacznie silniejsza. A wy, co o tym myślicie? – zwrócił się w stronę braci Lewandowskich.

Zapadła chwila milczenia. Bracia spojrzeli po sobie, potem skierowali wzrok na dobrze im znane, przyjazne twarze. Znali się od lat i każdy liczył się ze zdaniem drugiego. Janek wzruszył tylko ramionami, Kazik był znacznie bardziej wylewny.
      – Nie ma na co czekać, trzeba chwycić za widły i przegonić stąd tych barbarzyńców. Żaden Niemiec nie będzie pluł mi w twarz – zakończył młodszy z braci parafrazą „Roty”.
      – Za jakie widły? Jakie przegonić? – Czesław ponownie zabrał głos. – Chcesz z widłami iść na czołgi? – na jego twarzy wymalowało się szczere zdziwienie. – To tak, jakbyś szklanką wody chciał ugasić płonącą stodołę. Trzeba działać z rozmysłem – popukał się w skroń. – Pamiętacie sklep tego szkopa, co go splądrowali tuż przed wejściem jego kamratów?

Wszyscy przytaknęli głowami.
      – Może, gdybyśmy zaczęli uprzykrzać im życie… – ciągnął wątek, gdy Janek wszedł mu w słowo.
      – Panowie, wywołaliście bestię z lasu. Niemcy idą.

Nie wiedzieli, co robić. Zostać, schować się w domu, czy uciekać? Ale nie zrobili przecież nic złego. Było jeszcze przed godziną policyjną, dopiero dochodziła osiemnasta. Tymczasem patrol niemieckich żołnierzy Wehrmachtu szedł w ich kierunku.
      – Hände hoch! – krzyknął jeden z żołnierzy w trochę za dużym hełmie, który zbyt mocno opadał mu na oczy, co zresztą zauważył sam zainteresowany, bo szybko poprawił nakrycie głowy. – Nicht bewegen!
      – Co on szwargota? – szepnął Janek wprost do ucha Bronka, który znał trochę niemiecki od swojego ojciec, posługującego się nim biegle.
      – Że mamy podnieść ręce do góry i się nie ruszać – wyjaśnił Bronek również szepcząc.
      – Stille! – wrzasnął Niemiec wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – Nehmen ihr – rozkazał reszcie żołnierzy z patrolu.
      – Zabierają nas – zdążył jeszcze powiedzieć Bronek nim poczuł silne ukłucie między żebrami. To jeden z żołnierzy Wehrmachtu próbował go przewiercić lufą karabinu.

Sąsiedzi widząc zamieszanie przed domem Lewandowskich, wyszli na drogę i zobaczyli pięciu chłopców, z których tylko jeden mógł uchodzić za młodego mężczyznę, prowadzonych pod bronią przez kilku niemieckich żołnierzy.
      – I za co ich zabieracie, bandyci! – krzyknęła jakaś kobieta z tłumu.
      – Wypuście ich, bydlaki! – odezwał się inny, tym razem męski głos.

Okupanci nie rozumiejąc obco brzmiących słów, nie zwracali na nie uwagi. Wyprowadzili aresztowanych na główną drogę wiodącą do Lubicza. Po drodze zgarnęli jeszcze trzech mężczyzn. Tego jednego chłopcy w ogóle nie znali. Nie był stąd. Z kolei Tadeusza Drzewuckiego kojarzyli wszyscy w Rubinkowie, w końcu pracował w miejscowym urzędzie pocztowym, a Leon Kurzawa miał swoje gospodarstwo, więc i jego twarz nie była obca.

Tymczasem bocznymi polnymi drogami, gnał jakiś mężczyzna. Biegł ile sił w nogach, a nawet i szybciej, co należy tłumaczyć buzującą w jego żyłach adrenaliną. Pęd sprawił, że po drodze zgubił czapkę, ale ani myślał zatrzymywać się, by ją podnieść. Gdy wpadł do domu przyjaciela, dyszał jak wysłużony parowóz, który cudem pokonał odcinek Kraków-Zakopane. Parę sekund minęło nim złapał oddech i zdołał wysapać:
      – Niemcy zabierają ci dzieciaka.
      – Gdzie?! – poderwał się ojciec Bronka z taboretu.
      – Szli w stronę głównej drogi na Lubicz.

Nie wahając się chwili, mężczyzna pobiegł ratować syna. Złapał ich w ostatnim momencie. Postanowił wykorzystać znajomość języka niemieckiego, tłumacząc dowódcy patrolu, że to jeszcze dziecko, że on nikomu nie zrobił krzywdy. Prośby o litość najwyraźniej poskutkowały, ponieważ po kilku kopniakach i wyzwiskach, wypchnięto Bronka poza grupę.
      – Geh mir aus den Augen, du polnischen Schwein! – warknął na odchodne.

Bronek z kilkoma siniakami i otarciami został z ojcem, tymczasem resztę Niemcy poprowadzili dalej do domu, gdzie stacjonował sztab jednostki wojskowej. 

To właśnie tam zapadł wyrok. Major Wehrmachtu, wykorzystując rozporządzenie o sądach doraźnych, wydane przez feldmarszałka Walthera von Brauchitscha zaledwie przed dwoma dniami, jedną decyzją skazał całą siódemkę na śmierć. Oficjalnie w papierach wszystko musiało się zgadzać, zatem wyrok śmierci był karą za napad na niemiecki sklep, o którym wcześniej, w rozmowie z przyjaciółmi, wspomniał Czesław. W praktyce sądy doraźne miały tylko jeden cel – rozgrzeszać mordy dokonane na polskiej ludności cywilnej. Na podstawie tego samego rozporządzenia, w kolejnych miesiącach wojny będą skazywani na śmierć więźniowie Fortu VII.

Oczywiście nikt nie odczytał im aktu oskarżenia, a o wyroku wiedzieli jedynie ci, co mieli go wykonać, ale mimo to siódemka aresztantów opuszczała dom z poczuciem, że to ich ostatni spacer, po dobrze im znanej okolicy. Kazik Lewandowski nie chciał odchodzić w ciszy. Niech tchórzliwe szkopy wiedzą, że mordują dumnego Polaka. Zanurzył rękę w kieszeni i wyjął harmonijkę, z którą nigdy się nie rozstawał. Bez chwili wahania zaczął grać „Mazurka Dąbrowskiego”, reszta aresztantów zawtórowała mu cicho śpiewając. Na reakcję Niemców nie trzeba było długo czekać. Poszły w ruch kolby karabinów, które ciężko opadały na głowy i plecy aresztowanych.
      – Ruhe! – wrzeszczał Niemiec w za dużym hełmie, ale Kazimierz nic sobie z tego nie robił. Ani z pokrzykiwań szwaba, ani z kolejnych ciosów, które spadały na jego ciało. Po hymnie przyszła pora na kolejne polskie pieśni patriotyczne i dopiero, gdy ich oczom ukazał się schron amunicyjny z 1890 roku, melodia zamilkła. Wszyscy zrozumieli, co za chwilę się wydarzy.

Skazanych ustawiono pod ścianą schronu. Wśród oprawców było dwóch ludzi stąd – z Rubinkowa: rzeźnik Rudolf  Broese i Eryk Stanke, którzy nabrawszy doświadczenia w pierwszych tygodniach wojny, wykorzystają je również w październiku, gdy – już jako członkowie Selstschutzu – będą mordować Polaków na Barbarce. Janek i Kazik słysząc zgrzyt przeładowywanej broni, zdążyli jeszcze spojrzeć sobie w oczy i skinąć głowami. To krótkie braterskie pożegnanie było warte więcej, niż tysiące uścisków. Lufy karabinów zostały wymierzone w mieszkańców Rubinkowa. Niektórzy zamknęli oczy, inni z dumnie podniesioną głową, chcieli do końca widzieć twarze swych zabójców.

Na znak dowódcy otworzono ogień. Salwa poderwała z gałęzi szykujące się do snu ptaki. W absolutnej ciszy, huk przypominał wybuch bomby, a osuwające się na ziemię ciała, były niczym jesienne liście spadające z drzew.

Janek Lewandowski w ostatnich chwili pchnięty przez niewidzialną rękę Opatrzności, upadł na ziemię twarzą do przodu. Nie wprawieni jeszcze zabójcy nie wykonali zadania, jak należy, o czym świadczyły jęki rannych. Janek, którego kula nawet nie drasnęła, leżał cicho, udając martwego. Z twarzą częściowo zanurzoną w ziemi widział, jak jeden z oprawców podszedł do rzężącego Drzewuckiego i z bliska dwukrotnie strzelił mu w głowę. Również Kurzawa, najstarszy z nich wszystkich, liczący 41 wiosen, dawał oznaki życia. Dla niego morderca przeznaczył jedną kulę.

Nagle Janek czuje czyjąś obecność nad sobą. Żołnierz musiał zauważyć, że żyje, chociaż starszy z braci Lewandowskich nie wie, co go zdradziło: może oddech, może nieznaczny ruch w momencie, kiedy dobijano rannych? Tak czy inaczej, teraz przyszła jego kolej. Z twarzą wciąż skierowaną do dołu, oczekiwał strzału. Lecz zamiast tego, poczuł silne uderzenie w tył głowy. Przeszywający ból odebrał mu dech, a obraz zaszedł mgłą. Ktoś chwycił go za ramię i odwrócił na plecy. Pomimo, iż widział niewyraźnie, rozpoznał hełm na pochylającej się nad nim głowie. Oprawca chciał sobie wziąć trofeum. Bagnetem zerwał zegarek z ręki Janka, kalecząc go przy tym w nadgarstek. Potem obraz rozmył się jeszcze bardziej i zapadła ciemność.

Nie wiadomo co sprawiło, że Niemcy pomyśleli, że Janek nie żyje. Być może wklęśnięta, od uderzenia kolbą karabinu, czaszka? Być może utratę przytomności potraktowali jako zgon? Po jakimś czasie świadomość wróciła. Dookoła panował już mrok. Nadal leżał wśród trupów znajomych. Dostrzegł również niemieckich żołnierzy, pilnujących miejsca zbrodni, ale byli w bezpiecznej odległości.

Zaraz… Co to było? Jakieś ciche stęknięcie? Nieznaczny ruch? Ktoś przeżył? – Janek podczołgał się bliżej, gdy zdał sobie sprawę, że wpatrują się w niego żywe oczy. To nieznajomy mężczyzna, którego Niemcy zgarnęli po drodze.
      – Jesteś ranny? – wyszeptał Janek.
      – Tak. Dostałem w klatkę, ale nie jest tak źle – odparł tamten.
      – Dasz radę się czołgać?
      – Chyba tak, ale droga jest obstawiona.
      – Droga odpada. Musimy dostać się nad Wisłę. Będę prowadził.

Z niemałym trudem przeczołgali się w stronę lasu. Noc okazała się ich wielkim sprzymierzeńcem. Janek dobrze znał te tereny. Praktycznie się tu wychował, więc nawet w ciemnościach poruszał się pewnie. Gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości i nie usłyszeli odgłosów pościgu, przystanęli na moment, aby zobaczyć ranę Nieznajomego. Na szczęście kula przeszła na wylot na wysokości obojczyka. Zapewne bolało jak diabli, ale bynajmniej nie była to rana śmiertelna, przynajmniej tak się Jankowi wydawało.

Ruszyli dalej. Skupieni na konkretnym celu, zapomnieli się sobie przedstawić. Na zawsze pozostaną dla siebie nieznajomymi cudem ocalonymi od – wydawałoby się – niechybnej śmierci. Przedzierając się przez drzewa, Janek pomyślał o swoim bracie. On nie miał tyle szczęścia. Pocieszające może być jedynie to, że zginął od razu, nie męczył się. 

Gdy dotarli nad rzekę dostrzegli grupę uchodźców przygotowujących się do przeprawy przez Wisłę.

Nieznajomy podszedł do nich, porozmawiał z nimi chwilę, po czym wrócił do Janka.
      – Możemy zabrać się z nimi.
      – Ja zostaję – oświadczył Janek.
      – Będą cię szukać.
      – Pewnie tak. Dam sobie radę.
      – Zatem powodzenia.
      – Powodzenia.

Uścisnęli sobie dłonie. Nigdy więcej się nie spotkali. Los Nieznajomego do dziś jest tajemnicą.

Tymczasem Jan Lewandowski dostał się do Torunia, gdzie przez jakiś czas ukrywał się u swoich dziadków przy ul. Grudziądzkiej. Zaczął nawet pracę w fabryce kotłów Born & Schütze. Jednak dość szybko Niemcy wpadli na jego ślad. Janek na dziewięć długich miesięcy trafił do toruńskiej katowni gestapo przy ul. Bydgoskiej. Po tym pobycie pozostały mu pamiątki w postaci licznych blizn na plecach. Biczowany w trakcie śledztwa został na koniec wpisany na listę do rozstrzelania na Barbarce. Jednak i z tej opresji przyszło niespodziewane ocalenie, bowiem przez przypadek, zamiast na stracenie, wysłano go na roboty do Austrii, gdzie przeżył wojnę, by potem opowiedzieć o swoich przeżyciach.

Co się stało z ciałami pomordowanych? Gdy mieszkańcy Rubinkowa dowiedzieli się o egzekucji, przyszli po ciała i przenieśli je na stary cmentarz, gdzie pochowano całą piątkę (o cmentarzu na Rubinkowie przeczytacie na blogu „Po Toruniu” na początku 2016 r.).

Dopiero w latach ’70 z inicjatywy Mieszkańców Osiedla Jakubskie Przedmieście, na schronie zawieszono tablicę upamiętniającą jedne z pierwszych ofiar toruńskiej okupacji. Wówczas pojawiła się też propozycja, aby w schronie B-54 utworzyć Izbę Pamięci. Pomysł ten nigdy nie został zrealizowany, a od wielu lat w fortyfikacji mieści się sklep ze śrubkami.

O tym, co wydarzyło się w tym miejscu dowiedziałem się dość wcześnie, bo w wieku 7 lat, kiedy po raz pierwszy przyszedłem tu z klasą. Nasza wychowawczyni każdego roku przyprowadzała w to miejsce swoich podopiecznych. Zawsze w okolicach 14 września przychodziliśmy robić porządek, zapalaliśmy znicze, sadziliśmy kwiatki i tak przez pierwsze trzy lata podstawówki, potem pałeczkę przejmowali kolejni pierwszacy. Ta namiastka wychowania patriotycznego sprawiła, że wciąż powracam pod tę jedyną w Toruniu ścianę śmierci. 

Historycy do dziś zastanawiają się, jaki był powód egzekucji piątki, a w zamyśle siódemki młodych ludzi (bo i mającego 41 lat Leona Kurzawę trudno uznać, za osobę starą). Jedni uważają, że to była zemsta za pobicie niemieckich żołnierzy, inni sądzą, że punktem zapalnym było splądrowanie w Rubinkowie sklepu prowadzonego przez Niemca. Ja bynajmniej, ani w jednym, ani w drugiej hipotezie nie widzę powodu do zabicia siedmiu ludzi, a pretekst… Pretekst zawsze można znaleźć. Jeśli żaden Niemiec nie dostałby po mordzie, nie straciłby szyby w swoim sklepie, znaleziono by inny: krzywe spojrzenie, zbyt wysoko uniesione czoło czy śpiewane pod nosem „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ściana schronu przy Szosie Lubickiej, to miejsce zbrodni wojennej, popełnionej z czystej abominacji, połączonej z agresją do Polaków. I tak doszliśmy do prawdziwego powodu tej i innych egzekucji. Tym powodem była nienawiść – nienawiść w najohydniejszej z form.
fragment grobu Tadeusza Drzewuckiego na rubinkowskim cmentarzu

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

piątek, 18 grudnia 2015

Zajezdnia tramwajowa (Tramwaje Miejskie)

#Bydgoskie Przedmieście. Było sobotnie przedpołudnie, 16 maja 1891 roku. Mimo iż niebo zasłaniała szara kurtyna chmur, nie zanosiło się na deszcz, a w powietrzu czuło się nadchodzące wielkimi krokami lato. Mieszkańcy Torunia, odświętnie ubrani, zmierzali dziś tylko w jedno miejsce – samo serce Grodu Kopernika, tam gdzie o każdej porze dnia i nocy, od prawie 38 lat, można było spotkać wielkiego astronoma. Ten, bacznie obserwował to, co dzieje się wokół niego i rejestrował każdą zmianę w otoczeniu.
16.05.1891 r. - prezentacja taboru przed Ratuszem
Ulicami Kulmerstrasse (Chełmińska) oraz Breitestrasse (Szeroka) nadciągały tłumy torunian. Ci, którzy zmierzali na Altstadtmarkt (Rynek Staromiejski) ulicą Windstrasse (Różana), mijali jeszcze nieukończony Dwór Artusa, który jednak planowano oddać do użytku pod koniec roku. Długie suknie pań zamiatały bruk, panowie we frakach i melonikach spoglądali na nowe torowisko z uznaniem, po Starym Mieście roznosiły się również dziecięce śmiechy. Młodsze pokolenie torunian przyszło tu wraz ze swoimi rodzicami, by zobaczyć coś, co jeszcze dziś jest czymś wyjątkowym i zdumiewającym, a od jutra stanie się zjawiskiem powszechnym.
zajezdnia tramwajowa, lata '50/'60 (źródło: BiT-City)
wnętrze zajezdni tramwajowej, międzywojnie (źródło: BiT-City)
Na torowisku przed Ratuszem Staromiejskim stały nowiusieńkie tramwaje zaprzęgnięte w konie. Wokół taboru, który ciągnął się również ulicą Szeroką, zebrał się już spory tłum. Każdy chciał na żywo zobaczyć ten cud techniki zbiorowego transportu, wielu chciało wsiąść i się przejechać. Im bliżej Ratusza, tym głośniejsza stawała się miejska wrzawa, do której dołączyło rżenie i parskanie koni.

Mimo, iż uruchomienie tramwajów miejskich było sporym wydarzeniem, tego dnia Gazeta toruńska nie poświęciła temu zbyt wiele uwagi. Na trzeciej stronie sobotniego wydania, w kolumnie „Kronika i Rozmaitości” czytamy:
"Tramwaj w Toruniu jest już ukończony; wczoraj w południe odbyto próbną jazdę, w której kilku panów udział wzięło. Właściwa jazda próbna i otwarcie komunikacyi nastąpi jutro [właściwie to powinno być „dziś” – przyp. M.K.] w sobotę z głównego Rynku o godzinie 10 przed południem.
Otwarta wówczas linia liczyła zaledwie 3,5 km długości i łączyła Dworzec Toruń Miasto i Starówkę z Bydgoskim Przedmieściem. Chociaż do dziś nie przetrwał żaden z tamtych konnych wozów, to jednak o początkach toruńskich tramwajów wciąż przypomina nam zajezdnia tramwajowa przy ul. Sienkiewicza, i  chociaż obecne budynki powstały w 1915 r., to jednak lokalizacja od 1891 r. nie uległa zmianie.
fragment pocztówki z 1902 r. - tramwaj na Mokrem
W 2016 roku upłynie 125 lat, od kiedy mamy tramwaje, ale Toruń nie był pierwszym miastem, gdzie wprowadzono ten środek transportu. Pierwszym była bowiem Warszawa, gdzie tramwaje konne uruchomiono już w 1866 roku, potem przyszła kolej na: Gdańsk (1873), Wrocław (1877), Szczecin (1879), Poznań (1880), Kraków i Legnicę (1882), Sopot (1884) oraz Bydgoszcz (1888). Elektryfikacja, która w Toruniu zakończyła się w 1899 okazała się kamieniem milowym, znacząco przyspieszającym czas jazdy. Pierwszym miastem, w którym pojawiły się tramwaje z pantografem był Wrocław i to już w 1893 roku. Co ciekawe –  warszawiacy musieli czekać aż do roku 1908.
fragment pocztówki z 1904 r.,
wschodnia strona Rynku Staromiejskiego
Początek XX wieku, to czas dynamicznego rozwoju sieci tramwajowej w Toruniu. Elektryfikacja bardzo spopularyzowała ten środek transportu. Nic więc dziwnego, że postanowiono uruchomić kolejne linie. W 1902 r. połączono miasto z ówczesną wsią Mokre (dzisiejsza dzielnica Torunia), a w 1907 tory skomunikowały Stare Miasto z Szosą Chełmińską. W tym samym roku odnotowano również pierwszy wypadek tramwajowy – 30 grudnia jeden z pojazdów wyskoczył z szyn.
Zajezdnię, którą widzicie na niniejszych zdjęciach, zaczęto budować w 1914 roku na gruzach tej z 1891. Znaczna część ówczesnego kompleksu była przecież postawiona z myślą o zwierzakach ciągnących wozy. Tych jednak od piętnastu lat już nie było. Stajnie przeznaczone dla trzydziestu koni, wozownię i warsztaty – wszystko to trzeba było zburzyć. W ciągu roku powstał zupełnie nowy zespół budynków, który przetrwał do dziś i jest jednym z najciekawszych miejsc Bydgoskiego Przedmieścia.
pocztówka z 1910, widok z Ratusza
Do końca trwania zaboru pruskiego, właściwie niewiele się już działo. Ot – kupiono kolejny tramwaj czy nowy wagon. W 1917 przedłużono linię nr 2 do Dworca Toruń Mokre, notabene Mokre wtedy już od 11 lat było dzielnicą Torunia. Potem nastąpiła długo oczekiwana wolność i niepodległość. 
międzywojnie, wymiana torowiska na ul. Mickiewicza
Toruń – od wieków uznawany za miasto krzyżackie/niemieckie – wreszcie stał się Polski. Po zaborcy sporo jednak zostało: kamienice, około 200 dzieł fortecznych w tym kilkanaście fortów głównych i pośrednich, piękny most kolejowo-drogowy, dworce, no i oczywiście infrastruktura tramwajowa z całkiem nową zajezdnią na czele. Tymczasem Toruń w latach ’20 przechodził duży kryzys finansowy, w skutek czego modernizację i rozbudową sieci tramwajowej trzeba było wstrzymać aż do lat ‘30. 
rok 1935, tramwaj linii 5 na Jakubskim Przedmieściu,
w tle Rzeźnia Miejska (źródło: NAC)
Nowy most drogowy oddany do użytku w 1934 roku stał się inspiracją, aby tramwaj puścić przez Wisłę. Tak powstała nowa, choć bardzo krótka linia Plac Rapackiego-Dworzec Główny. Wówczas bilet kosztował 25 groszy, a przesiadkowy 5 groszy więcej. Rok później otworzono linię na Jakubskie Przedmieście – do Rzeźni Miejskiej przy ul. Targowej, a na Starym Mieście „przebijano” Łuku Cezara. Zresztą Łuk był tylko częścią większej modernizacji, bowiem z ulic Św. Ducha i Kopernika torowisko całkowicie zniknęło, a na dzisiejszym Placu Rapackiego (wówczas pl. Bankowym) przebudowano układ torów. Również przy zajezdni zanotowano zmiany – dobudowano warsztaty torowe. A wszystko to w latach 1934-1936. Do wybuchu wojny, po Toruniu kursowało 19 wozów silnikowych i 22 przyczepne na 5 trasach. Łączna długość torów wynosiła wówczas 13,5 km.
rok 1935, wnętrze tramwaju linii 5 (źródło: NAC)
Wkroczenie 7 września 1939 r. wojsk Wehrmachtu było jednocześnie początkiem okupacji Torunia i końcem dynamicznego rozwoju miasta. Plany prezydenta Leon Raszeji, jego ekipy i poprzednika Antoniego Bolta związane z tramwajami zostały porzucone, a sam Reszeja musiał uciekać do Lublina, gdzie zdał swój urząd, a następnie, jako żołnierz Wojska Polskiego zginął podczas bombardowania lubelskiego ratusza, 9 września 1939 r. Również Bolta dopadnie śmierć – w grudniu 1941 r. zostanie zamordowany w obozie Auschwitz-Birkenau.
W realiach okupowanego miasta, toruńskie tramwaje nadal funkcjonowały, chociaż okupant ani myślał je modernizować. Dopiero pod koniec 1944 r., całkowicie wstrzymano ich ruch. Na wznowienie przyszło czekać torunianom pół roku.

Rok 1945 przyniósł pokój jedynie iluzoryczny. Dla nas – Polaków – oznaczało to zmianę jednego okupanta na drugiego. Psychopaci z gestapo zostali zastąpieni psychopatami z NKWD i UB. Dla toruńskiej komunikacji oczywiście, nie miało to większego znaczenia, ale konkurencja w postaci autobusów – już tak. Przełom lat ’40 i ’50 był bardzo niekorzystny dla tramwajów i to nie tylko w Toruniu, ale i całej Polsce. Oprócz autobusów pojawiało się coraz więcej samochodów prywatnych. Efekt był taki, że wiele miast zrezygnowało z szynowego transportu miejskiego. Dzięki temu, na początku lat ’60 do Torunia dotarły wozy z Inowrocławia, Olsztyna, Jeleniej Góry czy Słupska. Ten marazm trwał aż do końca lat ’60. Oczywiście w tym czasie sprowadzono kilkanaście wozów, dokonano kilku napraw, wdrożono nawet jeden z planów z czasów prezydentury Antoniego Bolta, a mianowicie – w 1955 przedłużono linię nr 3 do Dworca Toruń Północny, gdzie powstała pętla, a trzy lata później jeszcze bardziej wydłużono tę trasę – do Wrzosów, co również przewidywały plany z lat ’30.
W 1969 rozpoczęto budowę torowiska do jednego z największych zakładów pracy w mieście – Merinotexu, jednak to, co wydarzyło się rok później, przeszło do historii miasta i zostało zapamiętane. W 1970 r. definitywnie wyprowadzono tramwaje poza staromiejskie mury. Było to posunięcie o tyle istotnie, gdyż wstrząsy i drgania wywoływane przez przejeżdżające tramwaje, zagrażały nie tylko kamienicom, ale i samemu Ratuszowi.
Konstale 805 Na w oryginalnej wersji
W roku 1972 ukończono torowisko do Merinotexu, ale jednocześnie zlikwidowano tory na Wrzosach. Pętla przy Dworcu Północnym przejdzie w niebyt dopiero w 1991 r. Tymczasem w latach ’70 modernizacja Tramwajów Miejskich szła pełną parą. W 1974 pojawiły się nowiutkie, a do tego, przegubowe Konstale 803N (do dziś niestety nie przetrwał żaden egzemplarz w naszym mieście [a szkoda]). W drugiej połowie lat ’70 uruchomiono kolejną linię. „Szóstka” połączyła Dworzec Główny z Elaną, a koniec dziesięciolecia przyniósł likwidację torowiska przy Grudziądzkiej.
Powstałe w latach ’70 wielkie osiedla na Bielanach, Chełmińskim Przedmieściu, Rubinkowie i Na Skarpie, a także wciąż niegasnąca popularność tramwajów, jako szybszej alternatywy dla autobusów spowodowały, że ówczesna władza postawiła sobie za cel kolejne rozbudowy sieci tramwajowej w Toruniu. A skoro większa sieć, to i pojazdów trzeba więcej. I tak już w 1980 r. docierają do nas pierwsze Konstale 805Na, które wciąż możemy spotkać na toruńskich torowiskach, zarówno w wersji oryginalnej (no, prawie oryginalnej), jak i zmodernizowanej. Jeszcze w tym samym roku, tramwaje pojechały Wiaduktem Kościuszki, a rok później dzielnica Na Skarpie dostała nie tylko połączenie tramwajowe, ale i pętle na ul. Ślaskiego, która w ’86 została zlikwidowana z uwagi na wydłużenie torowiska aż do ul. Olimpijskiej. W połowie lat ’80 tramwaje zniknęły z lewobrzeżnego Torunia, podobnie jak „dwójka” zniknęła z ulicy Bydgoskiej, by trafić na nowiutkie torowisko na ulicach Czerwona Droga, Kraszewskiego i Bema.
spotkanie starego z nowym czyli Konstal i Pesa w jednej stoją zajezdni ;)
Lata ’90, to czas likwidacji. Pierwsze było zamknięcie pętli Toruń Północny, potem zniknęły z torów przegubowce, czyli 803N, których ostatecznie pozbyto się pod koniec dziesięciolecia. Większość zezłomowano, ale trzy sztuki ocalały i trafiły do Szczecina. Dla toruńskich tramwajów nie był to najlepszy czas. Coś drgnęło dopiero w drugiej połowie dziesięciolecia, kiedy zabrano się za modernizację taboru, a konkretnie Konstala 805Na. Na zmiany wizualne wozów przyjdzie jeszcze czas.
Nowy wiek, przyniósł nową nadzieję. Regres został powstrzymany, a miasto ponownie zaczęło inwestować i promować tramwaje jako najdogodniejszy środek transportu. Zabrano się za remontowanie istniejącej sieci, ale w głowach włodarzy zaczęły rodzić się plan rozbudowy torowisk. Modernizację przechodzi wówczas torowisko przy zajezdni, a 22 września 2007 r. zaprezentowany zostaje pierwszy, całkowicie odnowiony, obleczony w nową – żółto-niebieską – skórę Konstal 805Na. Końcówka pierwszego dziesięciolecia XXI w. przynosi nam również konkretny plan wydłużenia torowiska aż do ul. Okrężnej.
Pierwsza połowa lat ’10 XXI wieku upłynęła na budowie linii tramwajowej na Bielany wraz z pętlą UNIWERSYTET, a także modernizacji istniejących już pętli: MOTOARENA i OLIMPIJSKA. 18 grudnia 2013 roku miasto podpisuje umowę z bydgoską Pesą na dostarczenie 12 niskopodłogowych tramwajów Swing. To pierwszy taki zakup od 33 lat, nic więc dziwnego, że jest sporym wydarzeniem, podobnie jak otwarcie platformy przesiadkowej w Alei Solidarności. Kolejną nowością są elektroniczne tablice informacyjne na przystankach tramwajowych. Z kolei 7 października 2015 r. otwarto węzeł przesiadkowy przy dworcu Toruń Miasto.
Tramwaje w Toruniu od lat cieszą się niezmienną popularnością wśród mieszkańców. Sam, gdy mam do wyboru autobus czy tramwaj, zawsze wybieram tę drugą opcję. Przede wszystkim tramwaj jest szybszy, nie stoi w korkach, a do tego kursy są częstsze. Dodatkowym argumentem może być to, że jest bardziej EKO, niż kopcące spalinami autobusy. Władze miasta również kładą większy nacisk na rozwój tego środka transportu, toteż są kolejne ambitne plany rozbudowy sieci. W założeniach do roku 2020 mamy m.in. budowę linii na JAR, połączenie pętli ELANA z OLIMPIJSKĄ, przedłużenie torowiska z MOTOARENY do Portu Drzewnego, a także budowę nowej zajezdni tramwajowej u zbiegu ulic Olsztyńskiej i Skłodowskiej-Curie. Miejska plotka głosi, że w dalszych planach jest przywrócenie tramwaju na most Piłsudskiego do Dworca Głównego, a także likwidację pętli przy Wschodniej.

Obecnie długość linii tramwajowych w Toruniu wynosi 22 km. I pomyśleć, że zaczynaliśmy od 3,5…
"zabytkowy" tramwaj turystyczny powstał
w zakładach MZK w roku 1993
wnętrze "zabytkowego" tramwaju
wnętrze Konstala 805Na  z oryginalnymi siedzeniami
co kryje Konstal pod podłogą?
pulpit Konstala 805Na
wnętrze Swinga Pesy
konsola Swinga
powypadkowy Konstal

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

wtorek, 1 grudnia 2015

CKK Jordanki

#Stare Miasto. 22 tyś. m kw. powierzchni, ponad 1150 miejsc na widowniach dwóch sal, dwupoziomowy podziemny parking na 185 samochodów i kino 3D, a wszystko to w nowoczesnym gmachu o kubaturze 158 tyś. m3. Centrum Kulturalno-Kongresowe JORDANKI jest już gotowe i zachwyca nie tylko wyglądem, ale i licznymi nowoczesnymi rozwiązaniami.
Budowa toruńskiej sali koncertowej trwała około 30 miesięcy. Przez ten czas mogliśmy obserwować zza płotu, jak rodzi się budynek, który zdecydowanie wyróżnia się nie tylko na tle Starego Miasta, ale i całego Torunia. Ta nietuzinkowa bryła zrodzona w umyśle architekta Fernanda Menisa i przelana na papier, już w 2010 roku zgarnęła nagrodę w kategorii „projekty kulturalne” na III Światowym Festiwalu Architektury w Barcelonie. Sam projekt powstał dwa lata wcześniej. W październiku 2008 roku ogłoszono wyniki międzynarodowego konkursu na toruńską salę koncertową. Wybór koncepcji Menisa jury umotywowało tym, że projekt „dobrze wpisuje się w charakter otoczenia. Ma też niezwykle ciekawie rozwiązane wnętrze, umożliwiające wielofunkcyjne, uniwersalne wykorzystanie obiektu”.
drzwi wyjściowe
Moim skromnym zdaniem połączenie czerwonej cegły i betonu wyszło bardzo ciekawie i harmonizuje się ze Starym Miastem. Być może jedną z inspiracji Menisa, oprócz gotyckiej Starówki, była też Twierdza Toruń. Zresztą już zaczynają pojawiać się zarzuty, że budynek przypomina bunkier. Według mnie, to nie minus tego miejsca, a jego plus. Od dzieciństwa łaziłem po toruńskich fortach i schronach, zatem surowe wnętrza mi nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie – są wyjątkowo bliskie.
sufit w foyer na poziomie 0
CKK Jordanki, to nie tylko wygląd, to też funkcjonalność. Rzeczą zupełnie nowatorską w Toruniu jest całkowicie składana widownia i zapadnia, dzięki której całość znika w podziemiach, a sala zyskuje płaską powierzchnię. Oprócz tego Sala Koncertowa ma ruchome elementy sufitu, przez co można dostosować akustykę do konkretnych potrzeb, a scena o powierzchni 600 m kw. posiada kilka dwu- i jednopoziomowych zapadni scenicznych, wyposażonych w nowoczesne siłowniki typu SERAPID oraz SPIRALIFT. Ruchoma jest także cała ściana oddzielająca Salę Koncertową od Kameralnej, co pozwala na stworzenie jednej dużej przestrzeni.
foyer na poziomie 0
foyer na poziomie 0
Salę Kameralną wyposażono w niewielką scenę o powierzchni 125 m kw. oraz kino 3D. Widownia może pomieścić 272 gości.
Sala Koncertowa
widownia Sali Koncertowej
Sala Kameralna
widownia Sali Kameralnej
Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki, to także sale konferencyjne i powierzchnia wystawiennicza, przestronne hole o zmyślnym suficie oraz nowa siedziba Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Na uwagę zasługuje też fakt, że budynek na 12 m został zatopiony w głąb ziemi, co wymuszało sąsiedztwo Starówki. Oczywiście, jak w każdym innym przypadku, zdania na temat nowej budowli są podzielone, jednym się podoba, innym nie (rzecz normalna), ale co by nie mówić – Toruń potrzebował sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. No i ją dostał. Chociaż nie – dostać, to można prezent, albo po mordzie w ciemnym zaułku, a budynek przy al. Solidarności kosztował przecież miasto około 170 mln zł (+55 mln z sejfu UE). Miejmy nadzieję, że było warto, i że Centrum będzie przyciągać ciekawych artystów.
schody do foyer i szatni na poziomie -1
foyer na poziomie -1
szatnie na poziomie -1
sala prób
wyjazd z podziemnego parkingu
podziemny parking dla artystów na poziomie -1
zjazd na parking dla widzów (poziom -2)
zaplecze techniczne (poziom -1)
zaplecze techniczne (poziom -1)
zaplecze techniczne (poziom -1)
korytarz z garderobami (poziom -1)
jedna z garderób dla artystów
garderoba dla VIP-ów
stołówka na poziomie -1
stołówka na poziomie -1
kącik wypoczynkowy dla artystów
korytarz na poziomie -2
mechanizm zapadni scenicznej na poziomie -2
mechanizm zapadni scenicznej na poziomie -2

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>