⇧ AUTOPROMOCJA ⇧

środa, 27 grudnia 2017

Krowi Mostek

Podgórz / Piaski.
Na Podgórz docieram rowerem w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Jest słoneczne, rześkie przedpołudnie – w sam raz, aby spalić trochę kalorii nagromadzonych przez ostatnie dwa dni. Tuż przed wigilią dowiedziałem się, że po kilku miesiącach, remont Krowiego Mostka dobiegł końca. To była dobra wiadomość przede wszystkim dla mieszkańców Podgórza, dla których tunel pod torami, to znaczne ułatwienie w dotarciu choćby do śródmieścia. Postanowiłem więc na własne oczy zobaczyć efekt prac, jednocześnie mając w pamięci i na zdjęciach, obrazy sprzed roku.

Ulica Wiślana – krótka i niepozorna, na pewno nie rzuca się w oczy, ucieka od Poznańskiej w bok i biegnie ostro w dół, zakręca i znika pod nasypem kolejowym, by wyskoczyć po drugiej stronie, wprost na ul. Nieszawską. To, co jest pod nasypem, to Krowi Mostek – bohater niniejszego wpisu, łącznik między Podgórzem a Piaskami. Zastanawiacie się pewnie, skąd się wzięła ta nazwa – Krowi Mostek. „Krowi” dlatego, że dawno, dawno temu przepędzano tędy bydło z Podgórza na łąki rozciągające się w sąsiedztwie linii brzegowej Wisły. A „Mostek”? To jest większa tajemnica, bo tak naprawdę, nikt nie wie, dlaczego tunel mostkiem się stał. Być może ktoś, kiedyś rzucił „Chodźcie, moje Mućki, idziemy przez Krowi Mostek”, ktoś inny to usłyszał, spodobało mu się i zaczął też tak mówić, a potem nazwa szybko się rozniosła po miasteczku Podgórz i tak już zostało? A może pierwotnie rzeczywiście była tam jakaś kładka? Tak czy inaczej, przejście w tym miejscu pojawia się już na planach z końca lat ’70 XIX wieku, o czym swego czasu pisała Katarzyna Kluczwajd na swoim blogu.

Nie wiemy jednak, jak dokładnie wyglądał pierwotny Krowi Mostek. Plan z 1879 r., to jedyny ślad. Nie są znane żadne zdjęcia czy rysunki. Wiemy jednak, że tunel swój dzisiejszy kształt zyskał w latach ’30 XX wieku. To właśnie w okresie międzywojennym podziemne przejście otrzymało betonowe oblicze. Zarówno wtedy, jak i w czasie II wojny światowej, tunel wydłużał się wraz z dokładaniem kolejnych linii torów. Nawet dziś widać różnicę między etapami rozbudów. Gdy wejdziecie pod tunel, zwróćcie uwagę, że strop nie ma równej wysokości. Ta niższa część została wybudowana rękami jeńców radzieckich, dla których Krowi Mostek w latach 1941-1942 był domem i miejscem pracy jednocześnie. Choć „dom” to zdecydowanie zbyt mocne słowo i należałoby wziąć je w cudzysłów. Niemcy bowiem zaadaptowali podziemne przejście na obóz jeniecki.

Opowiedział o tym Jan Neuman z Podgórza, który mieszkając w sąsiedztwie ulicy Wiślanej, osobiście widział podziemny obóz.
„Na początku i końcu najstarszej części Krowiego Mostu były drewniane wrota, zamykane łańcuchem na noc. W środku były trzykondygnacyjne prycze drewniane.
źródło: Toruniarnia
Po wojnie Krowi Mostek częściej, niż krowom, służył koniom… mechanicznym. Ulica Wiślana stała się wygodnym skrótem dla kierowców, rowerzystów i pieszych, zmierzających czy to nad Wisłę, czy w stronę mostu Piłsudskiego, czy odwrotnie – na Podgórz. Niestety, nieremontowany tunel popadał w coraz większą ruinę, a po każdej większej ulewie, przypominał kryty basen. Stara nawierzchnia właściwie przestała istnieć, oświetlenie dawało niewiele światła. Miejsce rozpalało wyobraźnię i nadawało się na plan zdjęciowy horroru czy postapokalipktycznej produkcji o mieście-widmo. Krowi Mostek był w tak fatalnym stanie, że w styczniu 2017 roku podjęto decyzję o zamknięciu go dla ruchu samochodowego. Jakiś czas później rozpoczął się długo wyczekiwany remont, a tuż przed wigilią Bożego Narodzenia, przejście ponownie otwarto. Jest nowa nawierzchnia, system odpływowy i oświetlenie, ściany pomalowano, sufit naprawiono, a chodnik sprawia wrażenie szerszego, choć może to tylko moje złudzenie. Jest ładnie, choć już nie tak czysto. Kilka dni wystarczyło, aby jacyś durnie bez krzty rozumu, za to ze sprayem w łapach, zostawili po sobie ślady na ścianach.

Całkowity koszt remontu tunelu i ul. Wiślanej wyniósł 1,4 mln zł. Miejmy nadzieję, że Krowi Mostek będzie służył mieszkańcom przez pokolenia, a miłośnicy Torunia dostrzegą w nim architektoniczną ciekawostkę, której warto przyjrzeć się bliżej.
zdjęcie z grudnia 2017 r.
j.w.
zdjęcie z listopada 2016 r.
j.w.
zdjęcie z grudnia 2017 r., wylot na ul. Nieszawską
j.w.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
ul. Wiślana
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

czwartek, 21 grudnia 2017

KSIĄŻKA #35 | „Więzień toruńskiego Fortu VIII” – Alojzy Liegmann

Książka jest stara. Może nie bardzo stara, ale widać, że czas i przeżycia trochę ją posiniaczyły: ma przetarty grzbiet, pożółkłe kartki, kilka trochę zalanych stron, jakieś ślady po kleju i poprzekreślane stemple biblioteczne. Granatowy tusz nieco się rozmazał, ale wciąż można odczytać: Miejska Biblioteka Publiczna w Braniewie. Braniewo, to siedemnastotysięczne miasto w warmińsko-mazurskim, ale to nie stamtąd sprowadziłem Więźnia toruńskiego Fortu VIII. Generalnie poszukiwania tej książki, czy raczej wyczekiwanie, aż ktoś ją wystawi na allegro, trwało dobry rok. Wydana w latach ’80 w nakładzie 2 tyś. egzemplarzy, nie jest pozycją powszechnie dostępną. Po miesiącach czekania, w końcu pojawiła się jedna sztuka. Jakiś antykwariat z południa Polski wystawił pojedynczy egzemplarz wycofany z biblioteki Polski północnej. Trochę więc się najeździła, nim trafiła do miasta, o którym opowiada.
Więzień toruńskiego Fortu VIII, to zapis wspomnień toruńskiego kolejarza Alojzego Liegmanna. Wspomnień głównie z lat II wojny światowej, co czyni tę książkę szczególnie ważną. Jednak Liegmann swoją opowieść zaczyna od 1933 r., kiedy dołączył do tzw. Brygady Fortecznej, czyli grupy cywilów, mającej za zadanie wyremontować toruńskie forty. Następnie opisuje pierwszą pracę na kolei – w lokomotywowni Toruń Główny i pierwsze dni okupacji, nasilający się niemiecki terror, aresztowania, egzekucje w lasach Barbarki. Przywołuje też morderstwo dokonane przez Niemców na mieszkańcach Rubinkowa, które swego czasu opisałem w tekście B-54/M-2 - Schron amunicyjny (miejsce egzekucji z 1939 r.). W końcu i sam Liegman trafia w łapy gestapo. W marcu 1940 r. zostaje osadzony w Forcie VIII [link]. Opis tego, co się działo za zamkniętą bramą wybudowanej przez Prusaków Twierdzy, jest więc relacją z pierwszej ręki. Relacją wstrząsającą i do bólu prawdziwą. Spore fragmenty tej części wspomnień przytacza Lidia Smentek w swojej książce Zygmunt Moczyński. Podróż do źródeł, którą również serdecznie polecam.
Forteczna gehenna Liegmanna trwała kilka tygodni. Właściwie, Niemcy nic na niego nie mieli, co nie przeszkadzało im trzymać go w lochu. W pewnym momencie brakowało im jednak rąk do pracy, zatem Alojzy zostaje zwolniony i skierowany do dawnego zakładu „Born & Schütze”, gdzie okupant urządził sobie fabrykę broni, i gdzie Liegmann przetrwał do końca wojny. Ale ta historia nie kończy się wraz z wkroczeniem do Torunia wojsk radzieckich. Autor ciągnie ją dalej, opisując swoje powojenne życie, prześladowanie przez UB (chociaż opisane bardzo delikatnie, w końcu książka ukazała się w 1983 r.) i pracę „na parowozie”.
Trzeba tu zaznaczyć, że Alojzy Liegmann, posługuje się bardzo ładnym, plastycznym językiem, dba o detale, do opisów wtrąca dialogi. Odniosłem wrażenie, że mam przed sobą książkę napisaną przez bardzo inteligentnego człowieka. Człowieka, który przeżył koszmar wojny i potrafi ten koszmar opowiedzieć. Dla mnie, jako miłośnika historii Torunia, to książka znacząca i zajmująca istotnie miejsce w księgozbiorze. Szkoda tylko, że nie doczekała się wznowienia, II wydania ze zdjęciami o lepszej jakości. Mimo to, gdy Więzień toruńskiego Fortu VIII wpadnie Wam kiedyś w ręce, albo mignie gdzieś przed oczami – nie zastanawiajcie się i natychmiast capnijcie tę książkę. Naprawdę warto.

ISBN: 83-00-00576-5
wydawca: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Miejski w Gdańsku
ilość stron: 128
rok wydania: 1983
typ okładki: miękka

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Toruń w jednym kadrze, odc. 11: Oblicza Królowej (Wisła w obiektywie, cz. II)

Stare Miasto / Winnica / Piaski.
Ostatnimi laty trochę zapomnieliśmy o naszej Królowej, opuściliśmy się w jej adorowaniu. Dobiegający końca rok 2017 – Rok Rzeki Wisły, trochę to zmienił. W Toruniu wszystko zaczęło się w wiosną. 23 kwietnia, w czasie inauguracji sezonu turystycznego, do Bulwaru Filadelfijskiego przycumowały barki z projektu Emma. Nie minął tydzień, jak na środku Wisły prezydent Zaleski i przedstawiciele organizacji działających na rzecz Wisły, podpisali porozumienie. To wydarzenie było powiązane z innym, zorganizowanym przez Fundację Zamek Dybów i Gród Nieszawa – II Majówka z historią odbyła się oczywiście na Zamku Dybowskim, ale na imprezę można było dostać się zabytkową łodzią. Dwa tygodnie później, ta sama fundacja zorganizowała blisko ośmiogodzinny rejs z Bobrowników do Torunia. To była wyjątkowa okazja, aby przyjrzeć się nie tylko Wiśle, poznać zabytki, ale i obejrzeć z bliska cztery toruńskie mosty. 

Mi jednak wciąż było mało, więc z niecierpliwością odliczałem dni do 14 sierpnia. Tego dnia miał się rozpocząć pierwszy w historii Festiwal Wisły. To było wydarzenie bez precedensu. Nasza rzeka odżyła. Wprawdzie tylko na dwa dni, ale jednak. Dziesiątki statków, łodzi, tratew flisaczych… – widok tych wszystkich jednostek mógł niejednego oszołomić. Imprezę zaplanowano na dwa dni. 15 sierpnia, po zmroku, miało miejsce niezapomniane show na wodzie, z muzyką na żywo, zakończone pokazem fajerwerków.

Niespełna dwa tygodnie później miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie związane, choć tylko pośrednio, z Wisłą. Jak zawsze, z wielką ochotą wróciłem na Zamek Dybów, aby uczestniczyć – jako nadworny kronikarz – w II Dioramie Historycznej „Zdobycie Zamku Dybów”. Wówczas na lewy brzeg zabrałem się krzyżacką łodzią, co mogło się przecież skończyć różnie, bo – no, wiecie – z Krzyżakami nigdy nic nie wiadomo. 😉

Tak więc sporo się działo w tym roku, a Wisła była częstym gościem na blogu „Po Toruniu”. Ostatnim razem główną rolę zagrała w 10 odcinku serii „Toruń w jednym kadrze”. Wówczas w towarzystwie budowanego mostu gen. Elżbiety Zawackiej. Teraz przyszła kolej na drugą odsłonę Wisły w obiektywie. Zdjęcia, które wybrałem do tego odcinka pochodzą z lat 2009-2017. Pierwsze ujęcia, to oczywiście powódź z 2010 roku, dalej znajdziecie kadry z obydwu brzegów, a także z samej rzeki. Wisła widziana z ratuszowej wieży, z bulwaru i Winnicy, a także okolic mostu kolejowego (to lewobrzeże). I moje wariacje, a właściwie jedna – ta z marynarzem i latarnią... rzeczną. Odcinek zamykają fotki zimowych zachodów słońca, których tak bardzo brakuje mi w tym roku.

To tyle. Miłego oglądania i przyjemnych spacerów brzegiem Wisły.

piątek, 15 grudnia 2017

KSIĄŻKA #34 | „Toruń, którego nie ma” – Katarzyna Kluczwajd

Ten album długo kazał na siebie czekać. Miał ukazać się już w grudniu zeszłego roku, ale coś w łódzkim wydawnictwie nie poszło i premierę przeniesiono na wiosnę. Wiosna minęła, lato przestało grzać, przyszła jesień – liście opadły, zgniły i nawet zdążył je przykryć cienki śnieżny kocyk… W końcu JEST! Na początku grudnia 2017 r. Toruń, którego nie ma pokazał się publiczności.

Ta książka, to kolejny wehikuł czasu. Mamy ich już kilka. Ledwie kilka miesięcy wcześniej ukazał się Toruń w obiektywie fotoreportera, który przeniósł nas do PRL-owskiej rzeczywistości, wcześniej mieliśmy też Toruń między wojnami ukazujący życie w naszym mieście w latach ’20 i ’30 XX wieku, a także album Toruń w starej fotografii z mało znanymi zdjęcia wyciągniętymi z miejskich archiwów, był wreszcie Toruń. Miasto i ludzie na dawnej fotografii. Tak więc Gród Kopernika ma już całkiem sporo albumów ze starymi fotkami. Tych jednak nigdy dość, a Toruń, którego nie ma Katarzyny Kluczwajd, to kolejna obowiązkowa pozycja dla miłośników naszego miasta.
W tym albumie znajdziecie zdjęcia miejsc zarówno z prawego, jak i lewego brzegu Wisły; zarówno z czasów pruskich, lat II RP, jak i PRL-u. Mamy więc do ogarnięcia nie tylko spory obszar, ale i duży przedział czasowy. Ten brak monotonności od razu rzuca się w oczy, a historię każdego z ukazywanych adresów opisują wyczerpujące komentarze Autorki. 
Toruń, którego nie ma, to wędrówka po miejscach, które albo zupełnie znikły z mapy naszego miasta, albo zmieniły swój charakter lub przeniosły się gdzie indziej, jak chociażby willa Grossera „wycięta” z ul. Krasińskiego, a następnie „wklejona” do krajobrazu wsi Antoniewo. Rozwój miasta sprawia, że nie wszystko udaje się ocalić – tak było, jest i tak będzie i nie ma co z tego powodu rwać włosów z głowy. Naszym zadaniem jest dokumentowanie miasta i jego architektury, co część z nas to czyni. A może za sto lat pojawi się album ze zdjęciami XXI-wiecznego Torunia? Dzięki XIX- i XX-wiecznym dokumentalistom oraz takim publikacjom, jak Toruń, którego nie ma, możemy zobaczyć miasto naszych przodków: z halami balonowymi przy ul. Balonowej i na rogu Drzymały i Okólnej, z licznymi bramami i basztami Starego i Nowego Miasta, z Dworcem Zachodnim, restauracją na Kluczykach i parostatkiem, który dowoził do niej torunian, z gazownią na starówce i nędzą Kozackich Gór, z wieżą ciśnień górującą nad Mokrem i masztem nadawczym dominującym nad całym lewobrzeżem. Na kolejnych zdjęciach zobaczycie dawny blask Bydgoskiego Przedmieścia, zapomniane pomniki, sklepy i wielkie zakłady przemysłowe, które w Polsce Ludowej miały uczynić z Torunia gospodarczą potęgę. Wszystko to, i wiele więcej znajdziecie w książce Katarzyny Kluczwajd. Autorka kolejny raz organizuje wyprawę z cyklu „powrót do przeszłości”. To wyprawa arcyciekawa, pozwalająca odkryć również te mniej znanej karty z historii Torunia. Część zdjęć znałem z innych publikacji i Internetu, ale było też sporo cieszących oczy perełek.
Wydawnictwo Księży Młyn, może i nie jest oficyną, która „mieli” szybko, ale na pewno gwarantuje wysoką jakość swoich publikacji. Twarda oprawa, szyty grzbiet, kredowy papier – to sprawia, że taki album miło jest wziąć do ręki, a jeszcze milej zapoznać się z jego treścią. Co ciekawe – album jest dwujęzyczny, mamy tekst zarówno po polsku, jak i po niemiecku, dzięki czemu może trafić do szerszego grona odbiorców. Takiej książki zwyczajnie nie wypada nie mieć w swojej bibliotece. I wierzcie mi: każdy powód jest dobry, aby zrobić sobie taki prezent.

ISBN: 978-83-7729-333-1
wydawca: Księży Młyn Dom Wydawniczy
ilość stron: 144
rok wydania: 2017
typ okładki: twarda

wtorek, 12 grudnia 2017

Szkoła Podstawowa nr 14 – modernizm lewobrzeżny

Lewobrzeżny Toruń, to wciąż obszar pełen tajemnic i nieodkrytych skarbów (głównie architektury). Tutaj też, podobnie jak na prawym brzegu Wisły, znajdziemy bohaterów, którzy mają nam do opowiedzenia ciekawe historie. Tym razem swoją opowieść wysnuje gmach otoczony z trzech stron polskimi generałami (ulicami): Hallerem, Kniaziewiczem i Woyczyńskim. Mowa oczywiście o modernistycznej szkole na Stawkach, której historia zaczyna się w międzywojniu…

Do II Rzeczypospolitej przyssało się wiele mitów. Niektórzy z rozrzewnieniem wzdychają do czasów marszałka Piłsudskiego i prezydenta Mościckiego, jako do okresu, w którym Polacy nie mieli żadnych trosk. Prawda jest taka, że w dwudziestoleciu międzywojennym, Polska nie była krajem mlekiem i miodem płynącym. Zaborcy zostawili po sobie wiele nierozwiązanych spraw i kłopotów, z którymi musiała się zmierzyć nowa – polska – władza. A potem jeszcze doszedł światowy kryzys finansowy. Więc nie, nie było ani łatwo, ani różowo. W latach ’30 udało nam się trochę wyjść na prostą. W Toruniu ruszyły budowy gmachów użyteczności publicznej, budowano drogi, a plany na przyszłość kreślono ambitnie i z rozmachem. Na Stawkach, które były wówczas niezależną wioską, działała jedna szkoła powszechna. Dzieci jednak przybywało i zaczęło robić się ciasno. Niewielki XIX-wieczny budynek nie był z gumy, o czym przekonała się ta latorośl, dla której miejsc siedzących nie wystarczyło i na lekcjach przyszło im stać. Tak, stara szkoła na Stawkach przypominała pociąg Intercity relacji Gdańsk-Toruń w okresie, kiedy turyści wracają z urlopów. Przeładowanie dawało się we znaki, bo jak tu się uczyć, gdy nogi bolą i wrastają w podłogę? Problem braku miejsc dotykał też inne toruńskie i okołotoruńskie szkoły, m.in. na Mokrem i w Podgórzu. W tym drugim przypadku, szkoła wynajmowała dodatkowe sale w remizie. Ale wróćmy na Stawki (czy raczej, jeszcze przez chwilę, „do Stawek”)…

W latach ’30, ktoś mówi dość i zawiązuje się specjalny komitet, który ma doprowadzić do budowy nowej szkoły. Tymczasem, Stawki zostają wciągnięte najpierw przez Podgórz, a potem – w 1938 r. – Podgórz zagarnia Toruń. Od tego momentu tworzy się, może nie wielkie, ale duże city, roztaczające swe włości wzdłuż obydwu brzegów Wisły. I właśnie w 1938 roku temat budowy szkoły nabiera tempa. W kwietniu było już wiadomo, gdzie powstanie budynek; w maju pojawia się wstępny projekt, który po drobnych korektach zostaje zatwierdzony; w drugiej połowie lipca jest już pozwolenie na budowę, a na początku sierpnia zielone światło daje kuratorium. Budowa ruszyła, a plany zakładały, że szkoła przejmie część Parku Tysiąclecia, jako tereny rekreacyjne dla uczniów. Niejeden z pewnością odliczał czas do końca budowy, gdy nagle – we wrześniu 1939 r. – zegar zatrzymał się. W czasach przed komórkami, internetem, TVN24 i portalami społecznościowymi, widok germańskich buciorów wkraczających na polską ziemię i ryk silników junkersów, heinkelów i innego latającego nad głowami ustrojstwa spod znaku Luftwaffe, musiał być dla wielu Polaków zaskoczeniem. W momencie, gdy Niemcy wkraczają do Torunia, polska administracja jest już w Lublinie. Najeźdźcy bardzo szybko zaczynają panoszyć się po naszym mieście. W końcu uważają je za wyjątkowo germańskie. 

Rozpoczynają się pierwsze łapanki, egzekucje i represje. Niemiecki terror wobec Polaków nasila się z każdym dniem i sprawia, że nikt już nie myśli o szkole. Również ta na Stawkach – nowa, piękna, choć jeszcze niedokończona, staje się nieważna. Są inne zmartwienia: jak nie dać się zabić, jak nie umrzeć z głodu, jak przepędzić z miasta Niemców…

Okupant o nieukończonym gmachu szkoły przypomina sobie jesienią 1942 roku. To właśnie wtedy powstaje plan centralnej części fasady (patrz na rysunek poniżej), który znacząco różni się od polskiej koncepcji. Główne wejście nabiera bardziej reprezentacyjnego charakteru. Można się domyślić, że Niemcy nie chcieli zrobić tam szkoły. Może jakiś urząd? Tak czy inaczej, wizja ta zostaje tylko na papierze, a realizowana jest ta pierwotna – wymyślona przez polskich architektów. 
projekt z 1942 r. (źródło: Zabytki lewobrzeżnego Torunia, str. 151)
W kwietniu 1944 r. gmach przejmuje spółka Wesselmann-Bohrer. Przed wojną produkowali m.in. wiertarki i wiertła, ale na toruńskich Stawkach, otwierają… fabrykę broni. Budynek jest wówczas w stanie surowym, to jednak w niczym nie przeszkadza. Produkcja rusza. Niespełna rok później jest już po zawodach. Niemcy dostają od Czerwonych łupnia, w Polsce rozpoczyna się kolejny okupacyjny rozdział, a do budynku na Stawkach wprowadzają się… repatrianci ze wschodu. Dopiero dwa lata później ktoś sobie przypomina: „Kurczę, przecież tam miała być szkoła!”. No, miała być. Miała być bardzo ładna szkoła, dzieciaki na nią czekały, odliczały miesiące do jej otwarcia… W końcu gmach zostaje wykończony i wyremontowany. Na początku grudnia 1947 r. następuje uroczyste otwarcie Szkoły Podstawowej nr 18.

1 września 1948 r. do podstawówki dołącza liceum. Tworzy się tzw. 11-letnia szkoła rozwojowa. Podział szkoły na Szkołę Podstawową nr 14 i III Liceum Ogólnokształcące im. Samuela Bogumiła Lindego następuje osiemnaście lat później. Trzy lata wcześniej, bo w 1963 roku, część uczniów przenosi się do nowo otwartego pawilonu.

W latach ’80, szkoły ponownie połączono, a w 1991 r. ostatecznie III LO przeniosło się na Skarpę. Od tego czasu do 1999 r., SP 14 miała dla siebie cały budynek. Jak wiemy, schyłek XX wieku dał początek gimnazjów, które po dwóch dekadach właśnie kończą swój żywot.

Zapewne nie zainteresowałbym się dziejami szkoły, gdyby nie sam budynek. To właśnie modernistyczny gmach przykuł moją uwagę i kazał poznać swoją historię. A trzeba Wam wiedzieć, że otoczony generalicją (chodzi oczywiście o nazwy ulic, których patronami są polscy generałowie), budynek pod wieloma względami jest wyjątkowy. Weźmy chociażby okrętową balustradę zwieńczającą taras nad głównym wejściem. Takie perełki są w Toruniu rzadkością, podobnie, jak okna pasowe, które widać od frontu, czy opaski okienne zdobiące okna m.in. na szczytach i na wschodniej ścianie. Nie jestem znawcą architektury, ale potrafię rozróżnić – choć to oczywiście wrażenia subiektywne – piękno od kiczu, wyjątkowość od wtórności. I muszę przyznać, że ilekroć przechodzę lub przejeżdżam obok szkoły na Stawkach, czuję ten sam niemalejący zachwyt nad tym budynkiem. Cieszę się, że mógł w końcu zagościć na blogu Po Toruniu. Tym, którym rozbudziłem apetyt wiedzy, odsyłam do lektury artykułu Marcina Ceglarskiego i Jakuba Polaka Modernistyczny budynek szkoły na Stawkach na tle architektury międzywojennego Torunia, który znajdziecie w książce Zabytki lewobrzeżnego Torunia. Polecam również spacer na Stawki i obejrzenie gmachu na żywo – z bliska.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
ul. gen. Hallera 79
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>