czwartek, 29 czerwca 2017

Port Zimowy

Rybaki, to – jak sama nazwa wskazuje – stara rybacka dzielnica Torunia, której prapoczątki należy szukać już w średniowieczu. Jednak naszym blogowym delorean’em, aż tak daleko nie zajedziemy. Nie, żeby nie był w stanie, albo nie miał takiego zasięgu. Ma, ma, spokojnie. Dziś jednak interesuje nas Port Drzewny, a ten swój początek ma ponad dwie dekady przed nastaniem wieku XX.

W XVIII wieku Rybaki były najbardziej zaludnioną częścią Torunia. Tutejsi mieszkańcy żyli głównie z tego, co dała im Wisła. Na szczęście „Królowa” od zawsze była łaskawa i ryb nie brakowało. W XIX w., torunianie z nadrzecznej dzielnicy, żyli skromnie. Nikomu tu się nie przelewało, mieszkali albo w wolnostojących chatach, albo w wielorodzinnych domach z pruskiego muru. Problem stanowił brak miejsca na łodzie, owszem istniało nabrzeże wiślane wraz z całą infrastrukturą, rozciągnięte wzdłuż murów staromiejskich, między Bramą Ducha Świętego (Klasztorną) a Bramą Żeglarską, ale było tam bardzo ciasno. W 1879 r. pobudowano więc port na Rybakach, który początkowo nazwano – jak wyczytałem z planu Torunia z 1884 r. – Portem Królewskim (Königl Hafen). Port nie był duży i bardzo szybko okazała się zbyt ciasny, jak na potrzeby rybackiej dzielnicy. Niemal dekadę później, powiększono więc basen do rozmiarów, jaki ma obecnie, czyli do ponad 4 hektarów.
fragment planu Torunia z 1884 r. (źródło: KPBC)
Port Zimowy był połączony torami kolejowymi z przystanią miejską i Dworcem Toruń Miasto. Usprawniało to przeładunek towarów i komunikację wodno-lądową. W 1888 roku w porcie na Rybakach powstaje stocznia. Od tej pory Toruń produkuje i naprawia niewielkie jednostki pływające: łodzie, małe statki i barki. Portowy basen zapełnia się coraz bardziej, na co wpływ ma również rozbudowa Twierdzy Toruń, która wchodzi na ostatnią prostą. Można sobie wyobrazić, i chyba nie będzie to wielką przesadą, że Wisła przypominała wówczas autostradę A1 (kierunek Gdańsk) w letnie weekendy. Właściwie, prawie cały transport odbywał się drogą wodną, nic więc dziwnego, że na początku XX wieku postanowiono wybudować Port Drzewny, aby nieco odciążyć pozostałe toruńskie porty.

Mamy więc już trzy toruńskie porty. Wkrótce wybucha I wojna światowa, Prusacy dostają po dupie, Polska wraca na mapę Europy, nastaje upragniona II Rzeczypospolita. Port Zimowy, na kilka lat, trafia w ręce wojska i staje się Portem Marynarki Wojennej dla okrętów Flotylli Wiślanej. Jak wiemy, w 1925 roku rozwiązano flotyllę i port ponownie stał się Portem Zimowym – dla cywilów. Do wybuchu II wojny światowej miejsce to żyło dość intensywnie. Na ulicy Portowej (ob. Ks. Jerzego Popiełuszki), był spory ruch, a na całych Rybakach działały aż dwie firmy stoczniowe: przy ulicy Rybaki 5 swoje przedsiębiorstwo miał Karol Szulc, a w samym porcie - Aleksander Pawłowski. Wisła nadal żyła pełnym nurtem, co niejako potwierdzają plany Ignacego Tłoczka – naczelny architekt Torunia – który planował budowę czwartego portu na Winnicy, mniej więcej w okolicach most gen. Zawackiej. Plany te pokrzyżowali wkraczający do Polski Niemcy, we wrześniu 1939 r.
kadr z filmu "Spacerkiem po Toruniu" (źródło: "Toruń między wojnami")
j.w.
j.w.
Po wojnie transport rzeczny został wyparty przez kolej, a w późniejszych latach również przez samochody ciężarowe. Port handlowy przy dzisiejszym Bulwarze Filadelfijskim przestał istnieć, a pozostałe straciły na znaczeniu. A może nie aż tak bardzo? A przynajmniej nie na samym początku Polski Ludowej. Na przełomie lat ’40 i ’50 rozbudowano Port Zimowy, wtedy powstało nabrzeże pionowe do przeładunku, a także pochylnia, którą zelektryfikowano w latach ‘70. Właściwie od tamtego czasu niewiele się zmieniło, no, może poza ilością statków tu zimujących; jeszcze kilkadziesiąt lat temu wypełniały cały portowy basen, dziś jest bardziej przestronnie. Nie ma też stoczni, choć wciąż naprawia się stare jednostki. Pracujący tu fachowcy potrafią wskrzesić niemalże każdy wrak, czego przykładem niech będzie „Kaczor” – łódź z lat ’30, która jest teraz dumą dyrektora Portu, czy będący na ukończeniu „Bolko”, który jeszcze kilka lat temu był „przeznaczony na żyletki”.

I na koniec, taka literacka ciekawostka: Port Zimowy i pojawiający się na poniższych zdjęciach statek „Bolko” wystąpili w opowiadaniu Roberta Małeckiego „Horyzont” w antologii „Rewers”. Każdy kto czytał tekst Roberta i kto widział port na żywo, wie, że to miejsce z klimatem i trochę jakby z innej bajki. Bajki o Wiśle tętniącej życiem. Ładna to bajka, a jednocześnie kawał historii naszego miasta pisanej na wodzie. Miejmy nadzieję, że „Królowa” nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i już wkrótce nastanie wiślany renesans.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

czwartek, 22 czerwca 2017

KSIĄŻKA #20 | „Powtórka” – Marcel Woźniak

Toruń i kryminał? Faktycznie, to już było, ale może warto to… powtórzyć? Tym bardziej, że powtórka wcale nie musi być taka sama. Kryminał, jak mało który gatunek, daje wyobraźni duże pole do manewrów. Człowieka można zabić na wiele sposobów, a psychopaci mają różna oblicza, podobnie, jak ścigający ich śledczy. Jaka jest więc ta „Powtórka” Marcelego Woźniaka? 

Jakiś czas temu zobaczyłem zapowiedź powieści Autora, którego kojarzyłem, jako biografa Leopolda Tyrmanda. Potem przypomniałem sobie, że pod koniec ubiegłego roku byliśmy na tym samym panelu dyskusyjnym z „kryminalistami” w Dworze Artusa. To było, jak spotkanie pięciu głów mafijnych rodów: Opiat-Bojarska (tak, panie mają pierwszeństwo), Małecki, Czubaj, Ćwirlej i Burszta, choć do tego ostatniego bardziej pasuje rola consigliere. No, więc była ta piątka, siedząca za stołem i debatująca nad stanem polskiego kryminału, była publiczność, a wśród niej pewien bloger miejski, trzaskający zdjęcia, a gdzieś z boku siedział On – Marcel, który na koniec zadał gościom pytanie. Jakie? Nie pamiętam – to było pół roku temu, ale teraz – z perspektywy jego debiutanckiej powieści – jakie by nie było (to pytanie), odbieram je, jako swoistą inicjację, literacko-kryminalny odpowiednik omerty, tylko bez tego całego kłucia się po paluchach, upuszczania krwi i palenia świętych obrazków. Od tamtego czasu minęło bez mała pół roku i do księgarń trafia pierwsza część kryminalnej trylogii Marcela Woźniaka o komisarzu Leonie Brodzkim.

„Powtórka”, to historia „szeryfa z gotyckiego miasta”; historia brutalna, mroczna i pełna tajemnic, naznaczonych nie tylko znakami zapytania, ale i krwią. Marcel Woźniak już od pierwszych stron buduje wielowątkową intrygę, sięgającą wiele lat wstecz oraz nadaje swej opowieści wyjątkowy klimat, który utrzymuje się przez całą powieść, aż do mocnego finału na moście Piłsudskiego. Klimat pełni tu ważną rolę, bowiem zaglądając w dobrze nam znane miejsca, czujemy niepokój, jakby coś bardzo złego czaiło się w mieście i cierpliwie czekało, aby w odpowiednim momencie zaatakować torunian. Marcel Woźniak stworzył mocną gatunkową literaturę zamieniając spokojny Toruń w miasto ogarnięte strachem. Mamy tu również pełnokrwistych bohaterów (choć niektórym krew zostanie spuszczona), w tym tego głównego, którego Czytelnik od razu polubi. Generalnie policjanci w „Powtórce”, to fajne chłopaki, podobnie, jak córka komisarza Brodzkiego ;). 

Ciekawa i wciągająca fabuła oraz nietuzinkowi bohaterowie, to nie wszystko, bowiem Marcel dużą wagę przykłada do tła swojej opowieści. A tym tłem jest nasze miasto – Toruń. Toruń Woźniaka nieco różni się od Torunia Małeckiego z „Najgorsze dopiero nadejdzie”. Głównie za sprawą perspektywy: w „Powtórce” patrzymy na miasto oczami glin, a w „Najgorszym” – dziennikarza, ale i czasu: „Powtórka” została osadzona we wrześniu 2016 r., a „Najgorsze” w 2013, kiedy Gród Kopernika przypominał jeszcze jeden wielki plac budowy. No, i – proszę ja Was – Marcel w tym nowym, rozbudowanym Toruniu czuje się bardzo dobrze, a ulicami miasta porusza się ze sprawnością taksówkarza z wieloletnim doświadczeniem. Dzięki niemu, Czytelnik zagląda w miejsca zarówno dobrze znane torunianom, te zupełnie nieznane i te, których znać nie chce. Jest więc i Stare Miasto, i Bydgoskie Przedmieście (gdzie mieszka główny bohater), i Jakubskie, gdzie zaglądamy na Drogę Trzeposką – jedną z mniej popularnych ślepych uliczek naszego miasta. Jest też toruńskie Ohio, czyli (dla niewtajemniczonych) Dębowa Góra – osiedle na Mokrem, zbudowane przez samozwańczych architektów – miejsce dziwne i podobno niebezpieczne, choć raz zdarzyło mi się przeciąć Dębówkę po zmroku i przeżyłem, choć miejscowa ludność zgromadzona pod sklepem spożywczym, jakoś dziwnie na mnie spoglądała: jak na wariata, albo samobójcę? W długiej czarnej jesionce mogłem uchodzić – w zależności od wady wzroku patrzącego – albo za księdza, albo członka rodziny Corleone. A wiadomo: podnieść rękę na duchownego, to grzech, a na gangstera – grzech śmiertelny bez amnestii i szansy na odroczenie wyroku. Tak więc dla „Powtórki”, kolejny plus za pierwszorzędne miejscówki, którymi Autor uraczył Czytelnika, pokazując tym samym różne oblicza naszego city.

Już kończąc, chciałbym wspomnieć o swoistym hołdzie, jaki Marcel złożył zmarłemu w marcu 2016 roku Panu Henrykowi Janickiemu – najsłynniejszemu toruńskiemu taksówkarzowi. Pan Henryk nie dość, że na kartach powieści wciąż żyje, to jeszcze jest znaczącą postacią drugoplanową. Przypomina trochę Alfreda z „Batmana”, na którego główny bohater zawsze może liczyć. Oprócz tego, Autor zrobił kilka pokłonów w stronę osób żyjących: gościnnie pojawia się tu Marek Bener – bohater stworzony przez Roberta Małeckiego, a uważni Czytelnicy dostrzegą tu też kilka innych znanych w Toruniu postaci, jak chociażby braci Giedrysów, czy pana Andrzej – „Głos Starówki”.

Wszystko to – plus fenomenalne zdjęcie mostu Zawackiej na okładce – składa się na świetną powieść kryminalną, którą mogę Wam polecić z czystym sumieniem, jako idealną powieść zarówno na lato, jak i każdą inną porę roku.

ISBN: 978-83-7976-698-7
wydawnictwo: Czwarta Strona
liczba stron: 464
rok wydania: 2017
typ okładki: miękka







Spotkanie autorskie z Marcelem Woźniakiem w toruńskim Empiku:

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Fort I im. Jana III Sobieskiego [sektor zamknięty]

Winnica.
Po dwóch latach powracam do Fortu I, aby zobaczyć jego zamkniętą część. Teraz zobaczycie ją i Wy w tym specjalnym, (niemalże) ekskluzywnym wpisie, poświęconym pancernej warowni noszącej imię Jana III Sobieskiego.

Powroty do najciekawszych miejsc na mapie Torunia są nieuniknione. Raz: że z wiekiem  zmieniają się (najczęściej na gorsze), dwa: zdarza się, że za pierwszym razem nie wszystko udaje się pokazać, trzy: czasem powrót łączy się z jakimś wydarzeniem. Na Fort I powracam regularnie od najmłodszych lat. Sobieski był pierwszą warownią, jaką widziałem, a miałem wtedy około 5 lat. Pamiętam, że wówczas, najbardziej fascynowały mnie kopuły zwieńczające wieże pancerne. Wyglądały, jak statki kosmiczne, a miarowe buczenie dobiegające z wnętrza Fortu, tym bardziej wyostrzały wyobraźnię. Na wejście do środka jednak czekałem bardzo długo, bo ponad 20 lat. 

Fort I zagościł na blogu „Po Toruniu” w 2014 roku, wtedy pokazałem go jedynie z zewnątrz, rok później – gdy po raz pierwszy wszedłem do środka – zamieściłem drugi wpis ze zdjęciami z wnętrz bloku bojowego (skąd można wejść do trzech z czterech wież pancernych) oraz niecałej części koszarowej. Dlaczego niecałej? Ponieważ Fort I wiele lat temu został podzielony na dwie części – zapewne po to, aby ograniczyć koszty eksploatacji i dlatego, że poprzedniemu dzierżawcy nie była potrzebna aż tak wielka powierzchnia; więc zamurowano wszystkie otwory mogące posłużyć za przejścia między jednym a drugim „skrzydłem”. Przez lata, cały Fort był zamknięty aż do czasu… Ktoś w końcu wybił dziurę i otworzył skrzydło bojowe, chwilę potem była otwarta kuchnia i jeden ze schronów pogotowia. Część główna jednak nadal pozostała zamknięta i uzbrojona w czujniki ruchu. Kilka tygodni temu udało mi do niej wejść. Nie pytajcie jak. Kto wie, ten wie. A kto nie wie, ten się nie dowie. 😉 Niemniej, okazja była niepowtarzalna, więc nie mogłem nie skorzystać. Liczyłem, że w godzinę uda mi się wszystko zobaczyć i sfotografować, ale gdy w końcu skończyłem, wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na zegarek, odkryłem, że minęło 2,5h. A co można znaleźć ciekawego w tej zamkniętej części? Między innymi: most zwodzony, przy którym wmurowano kamień z wyrzeźbionym rokiem budowy (1888), poternę główna, kilka sztuk fajnych dwuskrzydłowych drzwi, wnętrze stanowiska obserwacyjnego artylerii PBSt-87, kaponierę i podziemia pod nią i pod mostem zwodzonym. W prawym skrzydle, w kilku pomieszczeniach zachowały się ślady po poprzednim dzierżawcy: kafelki na podłogach, prawie nowe okna i drzwi wewnętrzne, resztki instalacji elektrycznej, piec. Te sale już mogły być zagospodarowane, gdyby miasto dało szansę Fortowi Kultury. Niestety, nie dało i Pancerny Janek (jak lubię nazywać Fort Sobieskiego), zionie pustką i hałasem ciszy.

Aby już nie przedłużać i nie dublować tego, co napisałem w przeszłości, odsyłam do dwóch poprzednich wpisów:
... i zapraszam do obejrzenia całkiem nowej galerii zdjęć.
tuż za główną bramą... przed schodami most zwodzony
poterna główna
poterna prowadząca do stanowiska obserwacyjnego artylerii
wejście na platformę stanowiska obserwacyjnego
wnętrze stanowiska obserwacyjnego artylerii PBSt-87
no i można sobie stąd obserwować trawkę i mrówki
wyremontowana część prawego skrzydła
zejście na poziom -1
korytarz prowadzący pod most zwodzony
wnętrze kaponiery
stanowisko strzeleckie w kaponierze
a to ja, jakieś 25 lat temu na kopule wieży pancernej, w tle widać drugą

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>