11 grudnia 2019

📘#62: „Toruńskie miejsca do mieszkania i (za)pamiętania: domy, pomniki, cmentarze” – praca zbiorowa

✔️ 54/2019 (331)
W grudniu 2016 roku na stronach Po Toruniu po raz pierwszy zaprezentowałem książkę z cyklu Zabytki toruńskie młodszego pokolenia. Był to tom 3, poświęcony historyzującej architekturze Torunia przełomu XIX i XX wieku. Potem uzupełniłem moją biblioteczkę o dwie pierwsze części, a w czwartej zadebiutowałem ze zdjęciem. "Młodsze pokolenie" pod redakcją Katarzyny Kluczwajd i Michała Pszczółkowskiego towarzyszy mi zatem od trzech lat, ma swoje honorowe miejsce na regale i jest nieocenionym źródłem wiedzy o historii i architekturze Torunia. 

Teraz mamy grudzień 2019 i z przyjemnością prezentuję Wam 9 tom serii zatytułowany Toruńskie miejsca do mieszkania i (za)pamiętania. W tej książce przeszłość przenika do teraźniejszości, a czasami dosłownie wychodzi spod ziemi i domaga się uwagi, innym razem na gruzach dziejów budowana jest współczesność, nowe wypiera stare, cegłę zastępuje szkło i beton, itd. Miasto cały czas się zmienia, przeobraża – to nieuniknione, tego nie da się powstrzymać. Dlatego tak ważna jest pamięć – o miejscach, o ludziach... I właśnie o tym jest tak książka, na którą składa się siedem artykułów. Ja - tradycyjnie już - wspomnę o trzech, które najbardziej mnie zainteresowały, co jest oczywiście subiektywne i wynika z własnych predylekcji do miejsc i okresów historycznych. Zatem...
Jako, że od dłuższego czasu sam bardzo często spaceruję po toruńskiej starówce z zadartą głową, szczególnie spodobał mi się artykuł Michała Pszczółkowskiego B jak Burdecki – T wie Tilk – L vi Leiser. Inicjały na fasadach jako świadectwo wielokulturowej codzienności Torunia. Autor zabiera nas w wyjątkową podróż ulicami Starego Miasta (i nie tylko), aby pokazać najciekawsze kamienice naznaczone inicjałami ich pierwszych właścicieli: Polaków, Żydów, Niemców. Wszystkie pochodzą z tego samego okresu, co tylko potwierdza wielonarodowościowy, a co za tym idzie – wielokulturowy tygiel przełomu XIX i XX w.. Ta różnorodność odbiła się na architekturze Torunia, stworzyła jego klimat, który wciąż zachwyca i przyciąga.

Jako, że lubię tematy związane z okresem międzywojennym, zwróciłem uwagę na artykuł duetu: Marcin Ceglarski i Jakub Polak (obecni już w kilku poprzednich tomach Zabytków toruńskich młodszego pokolenia) Idea międzywojennych mieszkań pracowniczych na przykładzie Przedmieścia Mokrego. Tekst traktuje architekturze przełomu lat '20 i '30 XX w. Ale nie skupia się na modernistycznych willach czy budynkach użyteczności publicznej, lecz na osiedlach robotniczych wzniesionych przy ulicach: Jagiellońskiej, Podgórnej, Staszica i Grudziądzkiej. Tekst o modernistycznej architekturze wielorodzinnej dodatkowo wzbogacony został o kontekst historyczny i społeczny, co nie jest bez znaczenia.
Kończąc, chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na artykuł Marcina Orłowskiego „Niech Ci ziemia lekką będzie”, czyli rozważania toruńskie o zalewaniu przeszłości betonem zapomnienia. Tekst w dużej mierze skupia się na Glinkach: historii obozu, masowych grobach i ekshumacjach jakie miały miejsce w latach 2016-2017 i wcześniej; oparty na dokumentach archiwalnych, relacjach świadków, wypowiedziach urzędników miejskich i własnych przemyśleniach, tworzy smutny portret dzisiejszych czasów, gdzie śmierć ma niewielkie znaczenie, a godne upamiętnienie zmarłych, to tylko kolejny problem, który najłatwiej byłoby zalać cementem. Zresztą nie dotyczy to tylko Glinek. Przytoczone przez Autora przykłady, również z prawobrzeża, wystawiają urzędnikom nie najlepsze świadectwo ich człowieczeństwa, a także pokazują przerażającą prawidłowość i konsekwencję w ich myśleniu i działaniu. Tekst bez wątpienia zmuszający do refleksji.
Ponadto Katarzyna Kluczwajd opowiada o dwóch podgórskich pomnikach: nieistniejącym Kriegerdenkmal oraz istniejącej Golgocie. Anna Hildebrandt-Fijorek przedstawia przemiany jakie na przestrzeni lat zaszły na terenie Rzeźni Miejskiej na Jakubskim Przedmieściu, a Anna N. Kmieć zabierze Was w sentymentalną podróż po Rubinkowie. A do tego – tradycyjnie już – jako przerywniki między rozdziałami/artykułami, zdjęcia uczestników Toruńskich Spacerów Fotograficznym. Takie książki z przyjemnością się poleca. Zatem, POLECAM. ツ

ISBN: 978-83-953155-4-1
wydawca: Stowarzyszenie Historyków Sztuki
ilość stron: 204
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka
seria: Zabytki toruńskie młodszego pokolenia (tom 9)

9 grudnia 2019

Grota św. Barbary

Barbarka » między Dworkiem a polaną górną
✔️ 53/2019 (330)
Północno-zachodnie rubieże Torunia, należą do Barbarki. To miejsce wyjątkowo urokliwe, piękne i zarazem tajemnicze; to dziesiątki hektarów lasów, kilometry ścieżek i malutka osada otoczona drzewami. Torunianie przyjeżdżają tu aby odpocząć od miejskiego zgiełku i obcować z przyrodą lub oddać hołd Polakom zamordowanym przez Niemców w czasie II wojny światowej.

Ale jest też trzeci powód, który ściąga ludzi na Barbarkę, podaj najstarszy ze wszystkich – sięgający czasów średniowiecza – i mający ścisły związek z genezą nazwy osady. Legenda mówi, że wydarzyło się to na początku XIII wieku. Jakiś bezimienny pustelnik żyjący w tych lasach pewnego dnia miał objawienie – przy jednym ze źródeł na terenie osady Borowiec (tak nazywała się wówczas Barbarka), ukazała mu się Święta Barbara. Co mu powiedziała? O czym rozmawiali? Tego nikt nie wie, ale wieść o tym niecodziennym spotkaniu szybko się rozniosła i do osady zaczęli ściągać pierwsi pielgrzymi. Najprawdopodobniej już w połowie XIII wieku, w miejscu objawienia, wybudowano pierwszą drewnianą kaplicę, a pobliskiemu źródełku przypisane zostały cudowne właściwości.

Przez następne stulecia – pomimo wielu historycznych zawirowań – kult św. Barbary nadal był (i jest) tu obecny. Dowodem na to są kolejne kapliczki budowane w miejscu zniszczonych lub z jakiegoś powodu rozebranych, a także grota z rzeźbą świętej, która powstała na początku XX wieku. Znajdująca się w niej figura nie jest oryginalna, pochodzi z 2006 roku i została wykonana przez artystkę Małgorzatę Sobecką. 

Forma kapliczni wydaje się nieprzypadkowa. Grota pojawia się bowiem w legendzie o życiu św. Barbary - jest miejscem, gdzie ta znajduje schronienie przed ojcem sadystą. Ale może zacznijmy od początku. Jest kilka wersji tej legendy, ale przytoczę tylko jedną i to w skróconej wersji. Otóż Barbara była córką bogatego poganina, niejakiego Dioskura z Nikomedii. Gdy dziewczyna podrosła, umieścił ją w wieży, aby nie miała kontaktu z rówieśnikami i chrześcijanami. Tych pierwszych uważał za zepsutych, tych drugim po prostu nienawidził. Mimo sprzeciwu ojca, Barbara przyjęła wiarę chrześcijańską oraz chrzest. Gdy Dioskur dowiedział się o tym, wściekł się. Kazał jej zaprzestać praktyk religijnych, a gdy ta odmówiła, zaczął ją katować. Barbarze jakoś udało się uciec i znalaść schronienie w kamiennej grocie. Tam spostrzegł ją pasterz i wydał Dioskurowi. Kochający tatuś oddał Barbarę rzymianom. Było to za czasów Galileusza, dlatego oszczędzę Wam szczegółów wymyślnych tortur, jakimi poddawano dziewczynę. Koniec końców skazano ją na ścięcie, a wyrok miał wykonać 4 grudnia 305 roku sam Dioskur. Ale jak wspomniałem wcześniej, to tylko legenda, choć nie oznacza wcale, że przedstawione w niej wydarzenia zostały wymyślone. Przecież prześladowanie chrześcijan w tamtym okresie, to fakt historyczny, zatem...

Tak czy inaczej kościół katolicki - po reformie liturgii z 1969 r. - wspomina św. Barbarę tylko lokalnie, w dniu jej śmierci czyli 4 grudnia. Trochę inaczej wygląda to w kościele prawosławnym, tam nadal jest powszechnie czczona, a dzień wspomnienia przypada na 17 grudnia.

Tajemnicą pozostaje dla mnie druga grota. Znajduje się kilka/kilkanaście metrów od groty św. Barbary (zobacz ostatnie zdjęcie). Choć bardzo się od siebie różnią, podobno powstały w tym samym czasie, czyli na początku XX wieku. Ta druga odkąd pamiętam jest pusta, ale kamienne wazony po obu stronach mogą świadczyć o tym, że coś tam kiedyś było. Co? Tego nie wiem. Jeśli macie jakieś informacje, podzielcie się nimi w komentarzu albo piszcie na potoruniowego maila. Tymczasem zachęcam Was do odwiedzania Barbarki nie tylko latem, ale i przez cały rok. Jesień jest tu przepiękna, a i zima ma wiele do zaoferowania. Jednak o tym najlepiej przekonać się samemu.

4 grudnia 2019

📘#61: „Balladyna” – Robert Małecki, Marcel Woźniak i inni

✔️ 52/2019 (329)
Na początku września Juliusz Słowacki oblewał w zaświatach swoje 210 urodziny. Podobno wino lało się strumieniami, rzucano lotkami do tarczy ze zdjęciem portretowym Mickiewicza i czytano na głos utwory jubilata. Zabawa była przednia, przynajmniej tak twierdzi Norwid i trwała aż do końca października, kiedy to w świecie żywych nakładem wydawnictwa Filia ukazała się antologia opowiadań Balladyna. Szybkie łącza przesłały e-booka w zaświaty, Słowacki ściągnął plik, wrzucił na czytnik, poślinił wąsa i zaczął lekturę. A potem czerwieniał. Z każdym kolejnym przeczytanym opowiadaniem coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie jego twarz przybrała barwę dojrzałego pomidora. Świadkowie mówią, że Juliusz ostatni raz był tak wkurzony w 1849, kiedy dotarło do niego, że umarł, a Mickiewicz nadal żyje. W jednej chwili zapomniał o swoim dawnym wrogu, bo oto zyskał ośmiu nowych, którzy nie dość, że opowiedzieli jego historię na nowo, to na dodatek zrobili to o wiele lepiej.

Antologia Balladyna to współczesne spojrzenia na klasyczny dramat o starciu dobra ze złem z 1839 roku. Wspominam o tej książce dlatego, ponieważ dwa opowiadania rozgrywają się w Toruniu. Są to mocne, świetnie skrojone, ale jednocześnie jakże różne kryminalne historie, za którymi stoją (niekoniecznie starsi) panowie dwaj: Robert Małecki i Marcel Woźniak. Ci zatwardziali „kryminaliści” ponownie uznali, że Toruń ma za dużo mieszkańców, więc trzeba kogoś zabić. No, i się zaczęło...

W Grze Małeckiego mamy śledztwo w sprawie zabójstwa kobiety. Jej ciało policjanci znajdują w domu jednorodzinnym na Rudaku. Do zbrodni doszło właściwie pod nosem gliniarzy, bowiem dom był pod ich obserwacją. Sprawę starają się wyjaśnić podkomisarz Wiesław „Batman” Batorski i  aspirantka Kalina „Lina” Kruk. Robertowi udało się stworzyć mroczny i gęsty klimat rodem z najlepszych skandynawskich kryminałów. Doskonale oddał też tę charakterystyczną senność lewobrzeża, gdzie czas odmierza stukot kolejnych przejeżdżających pociągów. Akcja została osadzona w czerwcu 2014 roku i jedną z ważniejszych, historycznych lokacji jest tu stara wozownia przy Dybowskiej, zburzona w sierpniu 2015 roku. W tle Gry pojawia się burdel z ekskluzywnymi paniami, zaginięcie, a także śledztwo „wewnętrznych”. W skrócie: esencjonalny kryminał dochodzeniowy, który na długo zapada w pamięć.

Raz, dwa, trzy, znikasz ty Marcela Woźniaka również zaczyna się od trupa, a właściwie dwóch. Tutaj jednak nie śledztwo jest najważniejsza, a sama historia. Historia tego jak doszło do tych zgonów. Muszę Wam powiedzieć, że to znakomita opowieść, którą – dla lepszego efektu – powinno się czytać nocą przy kominku. Ale weź tu człowieku miej w wieżowcu kominek. Ciężka sprawa, ale i tak spijałem słowa z kolejnych stron, jakby to było najlepsze wino. Raz, dwa, trzy, znikasz ty, to jeden z tych tekstów, w których wszystko ma jakieś znaczenie, a przeskoki w czasie tylko to potęgują, dlatego wydaje mi się, że co bym nie napisał o fabule, byłoby spoilerem. No dobra, spróbujmy... Opowiadanie zaczyna się tym, że przy ulicy Ugory gliniarze znajdują odciętą głowę kobiety. Na miejsce przyjeżdża prokurator Cyriak Mauer (znany z trylogii o Brodzkim) i ledwie zapoznaje się z osobliwym znaleziskiem, gdy dostaje telefon, że w jednym z mieszkań w apartamentowcu przy Fałata są kolejne zwłoki. Problem w tym, że odcięta głowa jest łudząco podobna do tej, zwieńczającej martwe ciało drugiego trupa. Prokurator musi teraz rozkminić o co w tym wszystkim chodzi, ale – jak już wspomniałem wcześniej – w opowiadaniu Marcela nie chodzi o śledztwo, a o samą historię, która doprowadziła do zgonów obu kobiet. Nieczęsto to mówię, tym bardziej pod adresem opowiadań, ale... szczena opadła. Wielkie gratki, Marcel. Moim zdaniem, Raz, dwa, trzy, znikasz ty ryje beret niczym najlepsze filmy Lyncha. To jeden z tych tekstów, które samemu by się chciało napisać.

Ale Balladyna nie kończy się na dwóch opowiadaniach. W sumie jest ich osiem i oprócz wspomnianych wyżej dwóch, warto też zwrócić uwagę na Opowieść pioruna Łukasza Orbitowskiego. To nie jest ani kryminał, ani thriller, bardziej dramat społeczny o życiu i umieraniu, ale świetnie napisany, co akurat nie jest zaskoczeniem, bo w końcu to Orbitowski, co nie?

Bardzo podobał mi się też Upadek Marka Stelara. Ta – osadzona w gangsterskim świecie rządzonym przez bezwzględną „Bellę” – wyrazista opowieść, to historia o autodestrukcji oraz o karmie, która z opóźnieniem, ale wraca i daje po mordzie.

Balladynę charakteryzuje różnorodność, zarówno stylów, jak i podjętych tematów. Choć inspiracją do napisania każdego z opowiadań było dzieło Słowackiego, każdy z Autorów interpretuje i adaptuje je na swój indywidualny sposób. To jeden z najciekawszych zbiorów, jakie miałem okazję przeczytać i o ile lubicie kryminały oraz Toruń, to i Wam nowa Balladyna powinna przypaść do gustu. 

Tak więc, Julek, nie spinaj się tak, weź na wstrzymanie i zrozum wreszcie, że są lepsi od ciebie. ツ

ISBN: 978-83-8075-693-9
wydawca: Filia
ilość stron: 432
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka ze skrzydełkami

Dziękuję Wydawnictwu Filia
za udostępnienie egzemplarza książki.

2 grudnia 2019

Willa Joanny Łyskowskiej

Bydgoskie Przedmieście » ul. Matejki 49
✔️ 51/2019 (328)
Lubię międzywojenną architekturę. Oczywiście stolicą polskiego modernizmu pozostaje Gdynia i to jest bezdyskusyjne, ale i Toruń ma się czym pochwalić. Spacerując ulicami Bydgoskiego, Chełmińskiego czy Mokrego, można spotkać wiele ciekawych realizacji z lat Drugiej Rzeczypospolitej. Jedną z nich jest willa przy ul. Matejki 49. Powstała w 1932 roku na zlecenie pewnej szacownej damy, która na początku XX wieku zawojowała lokalną branżą kulturalno-gastronomiczną.

Joanna Łyskowska – bo to o niej mowa – zapewne zostałaby zapomniana, gdyby nie Katarzyna Kluczwajd i jej górnicza pasja do wykopywania historii. Bo – moi drodzy – do niedawna o Łyskowskiej nie pisali w książkach. Nawet w opasłych tomiszczach Historii Torunia, nie poświęcono Jej choćby jednego zdania. To dziwi tym bardziej, że to postać ważna, jeśli chodzi o lokalnych przedsiębiorców. A Łyskowska była przecież pierwszą toruńską bizneswoman, taką – no wiecie – pełną gębą: przebojową, przedsiębiorczą, doskonale odnajdującą się w męskim świecie biznesu początku XX wieku, w dodatku z polskim nazwiskiem, w mieście pod pruskim zaborem.
za: Miejsca dla kultury i rozrywek
Pierwsza dama toruńskiego biznesu, zanim nią została prowadziła zakład krawiecki przy ul. Prostej. Był koniec XIX w., Łyskowska ubierała swoje klientki modnie i elegancko. Później rozszerzyła profil firmy o kostiumy maskowe, które wypożyczała do teatru. Z czasem zakład z Prostej przeniósł się na Chełmińską, a jeszcze później na ul. Św. Katarzyny – tam też latach 1902-1904 nasza bohaterka prowadziła restaurację Reichskrone.

Dla Łyskowskiej i jej interesów przełomowa okazuje się być jesień 1906 roku, kiedy to przejęła jeden z najpopularniejszych lokali w mieście (od kwietnia 1906 r. Mokre było już częścią Torunia) – Viktoria Garden przy ulicy Grudziądzkiej, który niemal natychmiast przemianowała na Viktoria Park. Tam też przeniosła swój zakład krawiecki i zaczęła myśleć nad rozbudową mokrzańskiego centrum gastronomiczno-kulturowego. Ale najpierw uruchomiła pierwszy w Toruniu stały kinematograf. Miało to miejsce w marcu 1907 roku i dla torunian było niezwykle ważnym wydarzeniem. O nie, nawet nie myślcie porównywać tego z otwarciem nowej biedronki. W ogóle nie da się tego porównać z żadnym współczesnym wydarzeniem... no, może gdyby w Toruniu powstało metro, albo lotnisko pasażerskie, to wtedy tak, mielibyśmy jakiś punkt odniesienia. XX wiek pod względem nowości był jednak dużo bardziej bogaty niż czasy obecne. A Joanna Łyskowska potrafiła iść z duchem czasu.
Die Presse, 24.03.1907 r. | za: KPBC
Królowa toruńskiej branży kulturalno-rozrywkowej kontynuowała swoją działalność również po powrocie Torunia do macierzy. Viktoria Park stał się Parkiem Wiktorii, ale miejsce to powoli umierało, aż w końcu na początku lat '30 zmieniło właściciela oraz nazwę. Restaurację, owszem, sprzedała, ale nic to, bo już od 1922 roku z powodzeniem prowadziła salon mody damskiej w samym sercu Torunia – przy Rynku Staromiejskim. Tam też wówczas mieszkała. 

Tak właśnie wyglądała Jej kariera biznesowa i – muszę przyznać – nawet dziś robi wrażenie. Jednakże ta silna, niezależna kobieta miała też swoje życie prywatne, była żoną i matką. Ale zacznijmy od początku...

Joanna Bloch urodziła się 22 kwietnia 1871 r. w Wągrowcu. Łyskowską stała się dzięki mężowi. Wojciech Łyskowski był toruńskim kupcem, który prowadził interesy również poza Grodem Kopernika. Mieli troje dzieci: Kazimierza (ur. 1892), Halinę (ur. styczeń 1896) oraz Bronisławę Klarę (ur. listopad 1896).

Do 1919 rodzina Łyskowskch zameldowana była na Grudziądzkiej - pod adresem Viktoria Park, później przenieśli się na Bydgoską 82, a we wrześniu 1922 roku przeprowadzili się na Rynek Staromiejski 16. Następna była willa przy Matejki. Jej powstanie zbiegło się w czasie ze zmianą właściciela Parku Wiktorii. Być może właśnie tak Łyskowska (przynajmniej częściowo) sfinansowała budowę – z pieniędzy ze sprzedaży interesu przy Grudziądzkiej. Ale to tylko moje przypuszczenie, nic pewnego. W każdym razie za budowę willi odpowiedzialny był Franciszek Pachul, który 21 marca 1932 roku przekazał Joannie klucze do nowego domu. Rezydencja była gotowa do zamieszkania, ale Łyskowska zwlekała z przeprowadzką aż do lata. Półtora roku później – w styczniu 1934 zmarł Wojciech, po czym latem 1935 r. Joanna wróciła do starego mieszkania przy Rynku. Dom przy Matejki podzieliła na dwie części. Jedną połówkę zostawiła dla siebie (pod wynajem?), drugą sprzedała niejakiej Pani Frankowskiej. Ta z kolei jakby przepisała własność na swojego kuzyna Tomasza Gujewskiego. No właśnie, i tu zaczynają się schody, bo facet okazał się bardzo upierdliwym gościem. Właściwie ta połowa willi była mu potrzebna tylko po to, aby ją wynająć. W sumie jego sprawa, ale w czerwcu 1937 roku zaczął pisać do Policji Sanitarnej pierwsze donosy na Łyskowską, rok później bez jej zgody postawił w ogrodzie garaż, który następnie wynajął taksówkarzowi. Pojawienie się garażu - zdaniem Joanny - znacząco obniżyło wartość nieruchomości, o czym informowała urzędników. Nie wiem jak zakończył się ten ich spór. Być może został przerwany dopiero przez wojnę. Tak... druga wojna światowa zakończyła brutalnie i krwawo niejeden sąsiedzki konflikt. 

Ale na szczęście Joanna przeżyła okupację. Zmarła 23 lutego 1956 roku i spoczęła obok męża na cmentarzu św. Jerzego. Ich grób nadal istnieje, a ja kolejny raz postanawiam sobie, że wybiorę się tam z aparatem. Może w końcu się uda.

A jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Joannie Łyskowskiej oraz Parku Wiktoria, zachęcam Was do sięgnięcia po 8 tom Zabytków toruńskich młodszego pokolenia oraz wizytę w Toruniarni. Tam znajdziecie również stare fotografie oraz znacznie więcej faktów z życia tej wyjątkowej postaci XX-wiecznego Torunia.
Źródła: Teatry świetlne i kinematografy w kulturalnym pejzażu dawnego Torunia – Katarzyna Kluczwajd [w: Miejsca dla kultury i rozrywek (wyd. SHS 2019); kiNOWO-filMOWA orbita – Katarzyna Kluczwajd (wyd. SHS 2016); Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa; Toruniarnia.

25 listopada 2019

Muzeum Toruńskiego Piernika

Stare Miasto » ul. Strumykowa 4
✔️ 50/2019 (327)
Historia toruńskich pierników wcale nie zaczyna się w fabryce przy Strumykowej. Genezy piernego ciasta należy szukać już w średniowieczu, w początkach istnienia Torunia. Tak, toruński piernik jest niemal tak stary jak samo miasto i można by długo o tym opowiadać... Ale może innym razem, bo przecież w roli głównej niniejszego wpisu jest budynek dzisiejszego Muzeum Toruńskiego Piernika czyli piątego oddziału Muzeum Okręgowego w Toruniu. Choć sam gmach fabryki został ukończony dopiero w 1885 roku, już ponad sto lat wcześniej ta część miasta uznawana była za piernikowe zagłębie. Ale chwila, uporządkujmy to i cofnijmy się do drugiej połowy XVIII wieku, a konkretnie do roku 1763.
fabryka Gustav Weese, ok. 1910 r. | za: PierniCZANa orbita (wyd. SHS 2015)
Tak, 1763 to początek nowej – piernikowej – epoki, choć tak naprawdę prolog miał miejsce trzy lata wcześniej. Dlaczego? Bo właściwie ta historia – w przeciwieństwie do większości komedii romantycznych – zaczyna się od ślubu. A gdyby nie ten ślub i słabość pewnej Doroty (wdowy po piernikarzu Johannie Samuelu Schreiberze) do Johannów, pewnie nie byłoby żadnej Fabryki Weesego. Tak więc w 1760 r. Johann Weese bierze sobie za żonę Dorotę Schreiber i tym samym wkupuje się w piernikowy biznes stając się właścicielem zakładu piernikarskiego przy Strumykowej 1. Johann był więc pierwszym Weese w branży, ale to za czasów Gustava Traugotta, który przejął interes w 1824 roku, rodzinny warsztat, stał się fabryką pełną gębą. Tę fabrykę znacząco rozbudowano za czasów Friedricha Hübnera, który (podobnie jak ponad sto lat wcześniej Johann Weese) wszedł do piernikowego świata za sprawą ślubu. W 1877 r. Friedrich poślubił Annę – wdowę po Robercie Weese i niemal od razu wziął się za zarządzanie firmą. Osiem lat później fabryka Gustav Weese (od 1824 nazwa nie została zmieniona) wprowadza się do nowego gmachu zaprojektowanego przez toruńskiego architekta Reinharda Uebricka, który miał już w przestrzeni miejskiej kilka swoich autorskich realizacji, na czele z gmachem TNT przy ulicy Wysokiej oraz kilkoma innymi budynkami na Bydgoskim Przedmieściu i Rybakach. Tak, dobrze myślicie – historyzująca budowla Uebricka, to dzisiejsze Muzeum Toruńskiego Piernika, ale również jeden z najstarszych przykładów toruńskiej architektury fabrycznej.

Dla przedsiębiorstwa rodziny Weese, koniec XIX w., był czasem wielkiej prosperity. Mechanizacja przyczyniła się do znaczącego wzrostu produkcji – wystarczy wspomnieć, że rocznie wytwarzano nawet tysiąc ton ciasta – no, i toruńskie pierniki poszły w świat. Firma Gustav Weese eksportowała swoje specjały do Europy, ale także do Chin, Japonii oraz do niemieckich kolonii w Afryce. Zatrudniano od 110 do 220 pracowników, a dobra koniunktura trwała również w XX wieku. 

Dynamiczny rozwój firmy sprawił, że na początku nowego stulecia, zakład przy Strumykowej stał się niewydolny. Podjęto więc decyzję o budowie nowego fabrycznego kompleksu na Jakubskim Przedmieściu. W 1909 firma przeniosła się na dzisiejszą ulicę Żółkiewskiego. Na Strumykowej produkowano już tylko Katarzynki. Wówczas firmą zarządzał Gustav Weese Junior i był to ostatni Weese w historii toruńskiego piernika.

W latach '20 XX w. trochę się pozmieniało. Budynek przy Strumykowej 1 wydzierżawiła Fabryka Wyrobów Tytoniowych „Hercegowina”, natomiast Strumykową 4 wynajęła Toruńska Fabryka Obuwia. W końcu Weesa sprzedał fabryczny gamch miastu i w 1927 otworzono tu nową Państwową Szkołę Zawodową Żeńską. Sam Weese wyniósł się z Torunia do Niemiec w 1939 roku i tam kontynuował piernikowy interes.

Muzeum Toruńskiego Piernika otwarto w czerwcu 2015 roku. To nowocześnie urządzony obiekt, w którym znajdziecie eksponaty z różnych epok, związane z wieloma wytwórcami. Bo przecież toruński piernik, to nie tylko Weese. Byli też inni fabrykanci, jak choćby Thomas czy Ruchniewicz. To historia bardzo bogata, ciągnąca się już od sześciu stuleci. W muzeum tę historię opowiadają nam zgromadzone tam przedmioty. Niektóre bardzo stare i cenne, inne wzbudzające sentyment zarówno u naszych rodziców, jak i w nas samych.

Muzeum najlepiej zacząć zwiedzać od parteru czyli wystawy „Zmysłowy świat piernika”. Jest tutaj sporo multimediów (powinny się spodobać zwłaszcza młodym piernikowym smakoszom), a także osobliwe eksponaty w postaci przypraw używanych do produkcji toruńskich specjałów.

Gdy już ogarniecie parter, zajrzyjcie do piwnicy. Tam znajdziecie wystawę „Piernikowe korzenie – od formy do pieca”. Zgromadzone w podziemiach przedmioty związane są z początkami piernikowej branży. Są tutaj m.in.: stare drewniane formy, piece, zainscenizowany kram oraz warsztat piernikarski, a także... okno z kościoła luterańskiego z przełomu XIX i XX wieku.

Moja ulubiona część Muzeum Toruńskiego Piernika, to piętro pierwsze. To tutaj znajduje się gabinet właściciela fabryki, zrekonstruowany XIX-wieczny salon mieszczański, kuchnia z początku XX-wieku, a także sklepy z dwóch, jakże różnych epok. Jest też klubokawiarnia z okresu PRL. W zainscenizowanych sklepikach można obejrzeć stare opakowania pierników, na słupach ogłoszeniowych wiszą historyczne reklamy największych toruńskich firm, są też archiwalne zdjęcia oraz.. Żuk – ten samochód – a właściwie pół Żuka. ツ

Piętro drugie nie jest jeszcze w pełni wykorzystane. Wyeksponowano tam m.in.: stare puszki i pudełka po piernikach, a także opakowania Fabryki Cukierków i Czekolady „Ramona”, która w międzywojniu działała przy ulicy Kościuszki 41 na Mokrem.

W muzeum jest też warsztat piernikarski, gdzie każdy może spróbować swych sił jako czeladnik, jest również salka dla dzieci, gdzie na ekranach wyświetlane są piernikowe baśnie. Z kolei na wewnętrznym dziedzińcu urządzono piernikowy plac zabaw.

Muzeum, gdyby nie zawaliło sprawy, miałoby jeszcze jeden cenny eksponat. Mam na myśli oryginalny szyld fabryki Gustav Weese wymalowany na jednej ze ścian. Niestety, władze muzeum – z przyczyn mi nieznanych – nie zdecydowały się go zachować. Szkoda.

Informacje dotyczące godzin otwarcia oraz cen biletów znajdziecie na stronie Muzeum Okręgowego w Toruniu.
Bibliografia: PierniCZANa orbita – Katarzyna Kluczwajd; Muzeum Okręgowe w Toruniu. Przewodnik ilustrowany – praca zbiorowa.