poniedziałek, 7 września 2020

„Dziki Toruń” czyli „Po Toruniu 2”

 📂 28/2020 (362)

 

https://DZIKITORUN.blogspot.com/

Już od kilku miesięcy nosiłem się z zamiarem powiększenia bloga Po Toruniu o sekcję poświęconą miejskiej przyrodzie. Wstrzymywałem się jednak z ostateczną decyzją, ponieważ temat ten, nie do końca pasował do konwencji bloga. Po Toruniu to witryna poświęcona konkretnym miejscom, bardzo ograniczonym przestrzennie, a tu nagle co... miałbym wrzucać fotorelacje ze swoich „dzikich” spacerów? Niby można... wszystko można zrobić, ale... no, nie grało mi to i tyle. Dlatego zawiesiłem pomysł i postanowiłem przeczekać go, oczekując aż rozwiązanie samo wpadnie mi do głowy.

Tak oto powstał sequel bloga Po Toruniu, czyli Dziki Toruń. Ten nowy twór internetowy będzie się skupiał wyłącznie na toruńskiej przyrodzie, a jego głównym filarem będą zdjęcia. Myślę, że teksty też będą się pojawiać, ale przybiorą charakter raczej krótkich opisów/komentarzy, aniżeli pełnometrażowych artykułów (jak w przypadku niniejszego bloga). Między innymi dlatego nie chciałem, aby Dziki Toruń stał się kolejnym działem Po Toruniu.

No dobrze, to tyle tytułem wyjaśnienia i wstępu. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na  https://dzikitorun.blogspot.com/.

piątek, 28 sierpnia 2020

„Powtórka” [wydanie II, poprawione] – Marcel Woźniak (📘№ 76)

 📂 27/2020 (361)

|KSIĄŻKI|

Powtórka to powracający na księgarskie półki powieściowy debiut Marcela Woźniaka – pełnokrwisty toruński kryminał z wyrazistym głównym bohaterem i wciągającą, mroczną historią. Aż chce się napisać: „przeżyjmy to jeszcze raz”, bo pewne opowieści po prostu miło sobie przypomnieć co jakiś czas.

„Wisła była czerwona od krwi” – to jedno z pierwszych zdań, jakie pada w kryminale Marcela, a na pewno pierwsze, które zapada w pamięć. Jest mocne niczym spirytus i idealnie oddaje atmosferę, jaka już od pierwszych stron ogarnia Powtórkę. Nie jest to jednak książka o zagadnieniach z morfologii ツ, tylko solidnie skonstruowany gatunkowiec z gliniarzem w roli głównej.

Tym gliniarzem, jest stary policyjny piernik – komisarz Leon Brodzki, którego poznajemy w momencie, gdy przechodzi na emeryturę. Tak mogłaby się skończyć książka, a nie zaczynać, prawda? Ale toruński superglina niedługo cieszy się spokojem. Właściwie nawet nie zdąża posiać ogórków na działce, gdy jego były szef ponownie wzywa go na służbę. W mieście pojawił się właśnie seryjny morderca, który sam siebie nazywa „Heraklitem”. Typ nie próżnuje i ostro sobie poczyna; co więcej, zdaje się, że ma z Brodzkim jakieś niewyrównane rachunki. Komisarz chcąc nie chcąc (z naciskiem na to drugie) rozpoczyna swoje ostatnie (nadprogramowe) śledztwo i daje się wciągnąć w chorą grę psychopatycznego mordercy...

Trzeba Wam wiedzieć, że drugie wydanie Powtórki, owszem zyskało nową okładkę, a także nowego wydawcę, ale przede wszystkim zostało gruntownie przeredagowane. W porównaniu z pierwszym wydaniem tekst jest bardziej dynamiczny, a i pozbyto się kilku wcześniejszych błędów. To nadal ta sama Powtórka z tym, że w ulepszonej wersji 2.0. 

I wiecie co... lubię tę powieść (i to w obu wydaniach). Lubię ją, ponieważ Toruń Marcela jest mroczny i niebezpieczny, i przypomina trochę batmanowskie Gotham City, ale ma też coś z lynchowskiego Twin Peaks. Również sam komisarz Brodzki jest jednym z tych nielicznych literackich gliniarzy, któremu nie dość, że nie życzę rychłego zgonu w ciemnym zaułku, to jeszcze go polubiłem. A jak dodamy do tego ciekawą i dobrze opowiedzianą historię, no to mamy już solidną gatunkową powieść, do której z przyjemnością wróciłem po tych kilku latach. Do tego powrotu i Was zachęcam, jeśli już znacie „Powtórkę”, reszcie natomiast radzę szybko nadrobić zaległości, bo to jedna z TYCH toruńskich powieści, którą po prostu trzeba i warto przeczytać.


ISBN: 978-83-8147-954-7
wydawca: Novae Res
ilość stron: 396
rok wydania: 2020
oprawa: miękka ze skrzydełkami
seria: Leon Brodzki (tom 1)

Dziękuję Wydawnictwu Novae Res
za udostępnienie egzemplarza książki.

 

piątek, 7 sierpnia 2020

„Żałobnica” – Robert Małecki (📘№ 75)

📂 26/2020 (360)

|KSIĄŻKI| 

Robert Małecki – autor toruńskiej trylogii z Markiem Benerem i chełmżyńskiej serii z Bernardem Grossem – powraca z nową i jakże inną od pozostałych, powieścią osadzoną w Toruniu. Inną, chociażby dlatego, że nie jest to kryminał, a mroczny thriller psychologiczny z kobietą w roli głównej i w pierwszoosobowej narracji. Panie i Panowie, poznajcie Żałobnicę.

Punktem wyjścia opowieści jest tu wypadek, do którego dochodzi na strzeżonym przejeździe kolejowym. W wypadku tym ginie mąż i pasierbica naszej tytułowej „Żałobnicy” czyli Anny Kowalskiej. Od tego momentu Anna zmaga się z poczuciem straty, próbuje odnaleźć się na nowo. Z pewnością nie pomagają jej w tym ani teściowie, ani szwagierka, ani też rzucająca pety na prawo i lewo podkomisarz Lena Wolska oraz wyjątkowo upierdliwy pismak z Nowości, niejaki Wiktor Rutecki. Ciekawość ostatniej dwójki względem Kowalskiej znacząco rośnie, gdy w tajemniczych okolicznościach znika dróżniczka, która feralnego dnia, gdy doszło do wypadku, zasłabła i nie upuściła na czas szlabanów. Policjantka i dziennikarz podejrzewają, że za tym zniknięciem może stać właśnie Anna i zaczynają grzebać w jej przeszłości. Szybko okazuje się, że Kowalska jest – jakby to ujęła podkomisarz Wolska – „jedną wielką tajemnicą”.

No tak, bo tak się składa moi mili, że tajemnice w Żałobnicy odgrywają cholernie ważną rolę, a Małecki przerzuca je z ręki do ręki, niczym żongler. Główną bohaterkę poznajemy bardzo powoli, ale dokładnie i to w różnych momentach jej życia. Powieść, jest bowiem osadzona w trzech płaszczyznach czasowych. W tej historii nie ma jednak tłumów, właściwie wszystko i wszyscy kręcą się wokół Anny Kowalskiej i – wspomniana już – narracja pierwszoosobowa bardzo w tej „karuzeli” pomaga. Jednym z mocnych atutów powieści jest też klimat – gęsty niczym jesienna mgła, pachnący zgnilizną sekretów i ludzkich podłości. Trochę jak u Wojciecha Chmielarza, albo Magdy Stachuli.

Trzeba wyraźnie to podkreślić: Żałobnica mocno odbiega od dotychczasowej twórczości Małeckiego. Przede wszystkim to zupełnie inny gatunek. Owszem, stoi blisko kryminału, ale w markecie lody znajdziemy obok mrożonej pizzy i nie powiemy, że to jest to samo. Thriller, zwłaszcza thriller psychologiczny rządzi się swoimi prawami i tych praw Małecki mocno przestrzega. Wspominałem na początku, że Robert osadził akcję powieści w Toruniu. Tak, zgadza się, z tym, że w przeciwieństwie do trylogii z Benerem, w Żałobnicy nie widać za bardzo miasta. Powieść otacza aura kameralności, co pokazują kolejne sceny rozgrywające się głównie we wnętrzach mieszkań, biur, sklepów, knajp, w centrach handlowych czy w samochodach. Toruń jedynie majaczy gdzieś daleko, na horyzoncie.

Jako, że jestem wyznawcą zasady, że lepiej czytać książki, niż o książkach, powoli będę kończył. Żałobnica, to z pewnością przyzwoity thriller psychologiczny, który każdemu miłośnikowi gatunku powinien się spodobać. Fani Autora natomiast, mogą być ciut zaskoczeni. Przyzwyczajeni do kryminałów, dostaną coś zupełnie innego – nowego, świeżego i bez cukru. Bo – Szanowni Państwo – Żałobnica nie ma w sobie nic słodkiego, jest raczej cierpka, jak czarna aronia. Przy czym, co jak co, ale akurat czerń pasuje do żałobnicy. ツ

Historię Pani Ż będziecie mogli poznać już od 12 sierpnia – wtedy książka będzie miała swoją premierę. A mi nie pozostaje nic innego, jak zachęcić Was do jej kupna. ツ

 

ISBN: 978-83-66553-23-1
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 384
rok wydania: 2020
oprawa: miękka

Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona
za udostępnienie egzemplarza książki.




piątek, 31 lipca 2020

Pomnik Samuela Bogumiła Lindego

Bydgoskie Przedmieście » ul. Słowackiego 8
✔️ 25/2020 (359)
Na Bydgoskim Przedmieściu nietrudno znaleźć duchy przeszłości. Właściwie każda willa, każda kamienica, czy jakikolwiek inny budynek ma takiego ducha, który chętnie opowiada nam swoją historię. Wystarczy nadstawić uszu i się wsłuchać. Tym razem jednak to nie mury będą snuć opowieści, lecz pomniki. A konkretnie jeden. Bo przecież po to stawia się monumenty, prawda? Aby przypominały nam o przeszłości – o ludziach, którzy byli przed nami i wydarzeniach, które przeminęły. Będzie to opowieść o człowieku i jego dziele życia. Nim jednak przejdę do życiorysu naszego dzisiejszego bohatera, chciałbym napisać kilka słów o samym posągu.

Otóż, pomnik Samuela Bogumiła Lindego, został odsłonięty 20 grudnia 1976 roku. Autorem rzeźby jest toruński artysta Witold Marciniak, autor m.in. pomnika „W hołdzie bohaterom Armii Czerwonej” (1969) w podtoruńskich Glinkach czy instalacji De revolutionibus (1973) w Miasteczku Akademickim na Bielanach; jest także twórcą kopii rzeźby Pięknej Madonny Toruńskiej. Opisywany dziś monument składa się z dwóch części: granitowego cokołu, na którym jest napis: „Samuel Bogumił Linde 1771-1847. Twórca Słownika Języka Polskiego” oraz rzeźby z brązu. Rzeźba przedstawia stojącego Lindego, który w prawej ręce trzyma swoje dzieło.

To tyle, jeśli chodzi o pomnik, a jak to się stało, że syn Szweda i Niemki stał się autorem pierwszego polskiego słownika? Hmmm... Może zacznę tak, jak zwykle zaczyna się każdą opowieść – od początku.

Samuel urodził się 24 kwietnia 1771 roku w Toruniu. Choć tak naprawdę był synem imigrantów, to jednak rodzina Linde była z naszym miastem związana od co najmniej XVI wieku. W 1559 roku, niejaki Mikołaj de Linde, toruński rajca i burgrabia, otrzymał od polskiego sejmu tytuł szlachecki. Tytuł ten oczywiście był dziedziczony, tak więc Samuel urodził się w rodzinie szlacheckiej, choć nie najbogatszej. Jego ojciec – Jan Jacobsen – był mistrzem ślusarskim, z kolei matka – Barbara Anna z domu Langenhan – była córką kamieniarza. Rodzina Linde mieszkała w niezachowanej do naszych czasów kamienicy przy ul. Wielkie Garbary 2. Samuel Bogumił początkowo chodził do Szkoły Nowomiejskiej, ale w wieku 12 lat, czyli w roku 1783, rodzice przenieśli go do Gimnazjum Akademickiego przy ul. Piekary 49.

Po ukończeniu gimnazjum, zakończył się toruński etap życia Lindego. W 1789 roku przeniósł się bowiem do Lipska i na tamtejszym uniwersytecie kontynuował naukę. Z początku poświęcił się językom orientalnym, ale już w 1790 roku, gdy zwolniło się stanowisko lektora języka polskiego, profesorowie to właśnie Samuela zarekomendowali na tę posadę. Linde objął ją już w następnym roku i być może był to pierwszy krok, który sprawił, że właśnie językowi polskiemu, który – jak sam twierdził – był jego rodzimym językiem, w tak wielkim stopniu poświęcił swoją późniejszą działalność. W tamtym czasie Bogumił mocno związał się z polskimi politykami, dla których Lipsk i Drezno były bezpieczną przystanią po przegranej wojnie polsko-rosyjskiej. Z tego okresu pochodzą tłumaczenia na język niemiecki polskich dzieł, jak chociażby Powrót Posła Juliana Niemcewicza czy O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 Maja.

Gdy w 1794 roku wybuchło powstanie kościuszkowskie, Linde stał obok Hugo Kołłątaja i walczył w polskiej sprawie. Po jego upadku, zawiązał współpracę z Józefem Maksymilianem Ossolińskim, któremu prowadził bibliotekę w Wiedniu. To właśnie ona – ta biblioteka – miała stać się później bazą źródłową Słownika języka polskiego Lindego. Pomocni okazali się także inni polscy arystokracji: Czartoryski, Czacki i inni, którzy udostępniali Samuelowi swoje książkowe zbiory.

Tak, słownik zaczął powstawać już w okresie wiedeńskim, czyli pod koniec XVIII wieku. Na przełomie 1796 i 1797 roku, wrocławski wydawca Wilhelm Bogumił Korn zaproponował Lindemu wydanie jego słownika. Pierwszy tom miał się ukazać jeszcze w 1797 r., ale musiała minąć jeszcze dekada nim publikacja trafiła w ręce bibliofilów.

Na początku XIX wieku Linde przeniósł się do Warszawy, gdzie objął rektorat nad utworzonym tam Liceum Warszawskim. Pomimo nowych obowiązków, nie porzucił pracy nad swym dziełem. Na początku 1804 roku zaprezentował prospekty Słownika i tym samym zaczął starania dążące do jego wydania. Niestety, problemem okazały się finanse. Musiał uzbierać co najmniej 10 tys. talarów, co było sumą wcale niemałą. Pomogli Czartoryski, Ossoliński i Zamoyski, a także car Aleksander I i cesarz Fryderyk Wilhelm III. Gdy kasa się zgadzała, okazało się, że warszawskie drukarnie nie są w stanie zrealizować tak dużego projektu. Linde kupił więc czcionki w Lipsku, a papier zamówił w Berlinie, którego pierwsza transza zamarzła pod Toruniem w grudniu 1804 roku. Nie były to czasy, w których wszystko można było załatwić w ciągu kilku dni, nie było samolotów, ani kurierów, tak więc przygotowania trwały ponad dwa lata i gdy już wszystko zostało zgromadzone w warszawskiej Drukarni Księży Pijarów i wydrukowano pierwszy arkusz pierwszego tomu Słownika, do stolicy przyszli Francuzi i zajęli miasto. Wiecie, jak to jest w czasie wojny – wszystko i wszyscy zostaje podporządkowane armii, również papier, niezbędny przecież w produkcji książek. Geopolityczne zawirowania sprawiły, że wydanie wszystkich sześciu tomów Słownika języka polskiego zajęło Lindemu blisko osiem lat. Ale udało się i to jest najważniejsze, a z jego dzieła korzystali później m.in. najwięksi polscy pisarze XIX i XX wieku.

Samuel Bogumił Linde przez całe swoje życie pozostawał człowiekiem skromnym, który – może zabrzmieć to górnolotnie, ale nie szkodzi – kierował się ideałami i z uporem dążył do realizacji postawionych sobie celów. Tym największym był oczywiście „Słownik języka polskiego”, którego kolejne wznowienia wciąż można spotkać na rynku wydawniczym. Ostatnie wydanie pochodzi z roku 1995 i stanowi reprint z 1855 r.

Linde zmarł w Warszawie, 8 sierpnia 1847 roku.

W Toruniu twórca Słownika języka polskiego został upamiętniony nie tylko pomnikiem. Jego imię nosi także III LO na osiedlu „Na Skarpie”, jest też patronem jednej z uliczek Bydgoskiego Przedmieścia, a na kamienicy, która stoi w miejscu domu rodzinnego Lindów, zawieszono dedykowaną temu faktowi tablicę.


Źródła: Samuel Bogumił Linde (1771-1847), językoznawca, bibliograf i pedagog – Stanisław Salmonowicz [w:] Wybitni ludzie dawnego Torunia (PWN 1982); Rocznice Samuela Bogumiła Lindego w 1997 roku – Marian Ptaszyk [w:] Rocznik Toruński, Tom 25 (ToMiTo 1998).

środa, 15 lipca 2020

Przystanek Plaża

Winnica » 200 m na zachód od mostu Zawackiej
✔️ 24/2020 (358)
W czasie letnich upałów, wytchnienie znajdujemy nad wodą. Tej nie musimy zbyt długo szukać, wszak przez Toruń przepływają aż trzy rzeki (ok, rozumiem, że o Strudze Toruńskiej trudno myśleć w kategorii rzeki, ale... nie ja to wymyśliłem ツ), w tym ta najważniejsza – można powiedzieć: capo di tutti capi wszystkich Polskich rzek, czyli Wisła. I właśnie nad Wisłę chcę Was dziś zabrać; w miejsce zupełnie nowe na mapie Torunia, powstałe zaledwie dwa miesiące temu - pod koniec maja 2020 roku.

Tym miejscem jest Przystanek Plaża, czyli... miejska plaża wraz z infrastrukturą rekreacyjną. Powstała w ramach projektu z budżetu partycypacyjnego (ob. obywatelskiego) na rok 2019. Pomysł znalazł się na liście ogólnomiejskiej, zdobywając 745 głosów z przewidywanym budżetem 250 tys. zł.

Na wspomnianą wyżej infrastrukturę składa się przede wszystkim boisko do siatkówki plażowej oraz niewielka scena, jest też kontener plażowy i TOI TOI, są stoły, fotele i leżaki... W sumie leżaków było dziesięć, ale nim na początku lipca nastąpiła inauguracja Przystanku Plaża, Wisła podniosła się i zabrała osiem z nich. Także zostały dwa.

No właśnie, i dochodzimy do pierwszych zniszczeń, jakie spowodowała – owszem – przede wszystkim woda, ale i brak należytego zabezpieczenia czy nadzoru. Otóż Przystanek Plaża  przez moment – oprócz dziesięciu leżaków – miał też przebieralnię (jej resztki nadal można znaleźć na plaży), a przez kilka dni również stojaki rowerowe. Takie najzwyklejsze stalowe wyrwikółka, które zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Być może zabrał je zarządca terenu czyli Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji (swoją drogą, na cholerę tam stojaki?), ale równie dobrze mogły paść łupem złomiarzy.

Wiecie, ja zawsze mam problem z takimi miejscami. Z jednej strony fajnie, że powstają, bo miło jest przyjść i odpocząć, w ciszy i spokoju. Z drugiej jednak strony, obserwując inne tego typu obiekty powstałe w ramach budżetu obywatelskiego, widzę jak szybko niszczeją, dziczeją i popadają w zapomnienie. Plaża, która powstała znacznie wcześniej niż reszta infrastruktury, już zaczyna przypominać wielką popielniczkę, w której mieszczą się nie tylko pety, ale i puszki i butelki po piwie. I – wierzcie lub nie – nie mam nic przeciwko, gdy ktoś w takim miejscu wypije jedno lub dwa piwka, ale, do cholery, niech nie robi potem chlewu. Wydoiłeś „browara”, to weź tę puszkę czy butlę z sobą i wrzuć do śmietnika. Tym bardziej, że śmietniki stoją niedaleko. To naprawdę niewielki wysiłek (puste naczynie waży mniej niż pełne ツ), a dzięki temu wszystkim będzie żyło się lepiej.

Pod koniec wyszło trochę moralizatorsko, ale mam nadzieję, że wśród Czytelników bloga nie ma takich, co śmiecą. Nie ma, prawda? ツ W każdym razie, wpadnijcie w wolnej chwili na Przystanek Plaża, choćby i z ciekawości. A tymczasem ja szykuję się, aby sprawdzić kolejną z miejskich plaż, tym razem na lewobrzeżu.