6 kwietnia 2020

„Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej (1920-1939), cz. II” – Kazimierz Przybyszewski (📘№ 69)

✔️ 14/2020 (348)
Tym razem chciałbym zaprezentować Wam książkę wydaną przez nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK w 2018 roku. Jej autorem jest znany i ceniony toruński historyk Kazimierz Przybyszewski, zmarły w 2013 roku. Tak więc niniejsza publikacja, jest jego ostatnim – pośmiertnym dziełem. Jest to także druga część biogramów znanych i mniej znanych torunian lat Drugiej Rzeczypospolitej z roku 2001. Niestety, tom 1 – z racji tego, że nakład dawno został wyczerpany – jest trudno dostępny, dlatego pewnie nie prędko wpadnie mi w łapki, skupmy się zatem na tomie 2.

A jest na czym, bo to wyjątkowo opasłe tomiszcze, no może nie aż tak jak To czy Bastion Stephena Kinga, ale mamy tu prawie 700 stron, na których zawarto biogramy 220 osób. Część z tych nazwisk powinniście znać, jak choćby Ottona Steinborna – pierwszego komisarycznego prezydenta Torunia, Stanisława Jaugscha – podgórskiego króla branży mięsnej, artystę-rzeźbiarza Wojciecha Durka, czy Antoniego Brejskiego – redaktora naczelnego Gazety Toruńskiej. Wśród tych wybitnych osobowości znalazł się również mój dziadek – Marceli Kadlec, w międzywojniu toruński przedsiębiorca z branży samochodowej oraz skarbnik, a później prezes Pomorskiego Związku Kół Śpiewaczych.
A to mój dziadek Marceli. Zdjęcie portretowe zrobiono w latach '40, 
kiedy ukrywał się w Lublinie, drugie ujęcie wykonano w Toruniu, w roku 1938).
Wśród tych 220 nazwisk nie brakuje lokalnych polityków, lekarzy, wojskowych, artystów, szeroko rozumianych ludzi kultury i działaczy społecznych. Ta książka, ma też, w jakimś sposób, wymiar socjologiczny. Mamy tu bowiem cały przekrój klasy średniej międzywojennego Torunia. Poznając dzieje konkretnych osób, poznajemy ich drogi do sukcesów, ale i upadków, co często miało ścisły związek z wojną i latami powojennymi.

Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej, to książka warta przeczytania, bo oprócz tego, że poznajemy ludzi, których nie ma już wśród nas, możemy także zerknąć na samo miasto, które trochę się różni od tego, jakie znamy. Aż chciałoby się powiedzieć: niby takie podobne a jednak inne... I chyba rzeczywiście coś w tym jest.

Książka dostępna m.in. na stronie Wydawcy.

pełny tytuł: Ludzie Torunia Odrodzonej Rzeczypospolitej (1920-1939). Biogramy i szkice biograficzne. Część II
ISBN: 978-83-231-4147-1
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 694
rok wydania: 2018
okładka: miękka

16 marca 2020

Dawny salon Beverly Hills Video

Rubinkowo » Szosa Lubicka 111
✔️ 13/2020 (347)
Chyba się starzeję (też mi odkrycie, stary! ツ). Skoro bierze mnie na wspomnienia, to najwyższa pora zacząć rozglądać się za jakąś ładną kwaterą na cmentarzu. Żartuję. Oczywiście, że żartuję, ale ostatnio, przeglądając zgromadzone przed laty śmieci, które nie wylądowały w koszu tylko przez wzgląd na bliżej niesprecyzowany sentyment, natrafiłem na kasetę VHS. Chciałoby się napisać „starą kasetę VHS”, ale przecież wszystkie takie są. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego: tekturowe pudełko, a w nim plastikowa obudowa z magnetyczną taśmą w środku. Ta kaseta niczym nie wyróżnia się spośród setek innych kaset, jakie w ciągu swojego życia miałem w rękach. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Ten konkretny egzemplarz uruchomił wspomnienia z lat... młodości (tak, wiem, pogrążam się ツ).

Kaseta, która wyłoniła się z domowych zakamarków, niczym duch starego przyjaciela, włączyła wehikuł czasu, który każdy z nas ma w swojej głowie. W tym przypadku kołem napędowym były oznaczenia na pudełku, a konkretnie marka taśmy – Beverly Hills Video. Pamiętacie salon BHV przy Szosie Lubickiej? Właśnie o nim chciałbym dziś opowiedzieć.

Powszechność magnetowidów sprawiła, że w latach '90 sporo było w naszym mieście wypożyczalni. Ciasne i słabo zaopatrzone były niemal na każdym toruńskim osiedlu. Pod tym względem, Beverly Hills Video, to była nowa jakość – salon pełną gębą, przestronny i dobrze zaopatrzony, nie tylko w stare tytuły, ale przede wszystkim w nowości. Gdy po raz pierwszy przekroczyłem próg przybytku, w którym X Muzę brało się na wynos, miałem dwanaście lat. Był dokładnie 4 grudnia 1999 roku – trochę mroźny, ale nie pamiętam czy również śnieżny. Tego dnia do toruńskiego salonu przyjechał Cezary Pazura. Był twarzą sieci BHV i otwierał pewnie większość salonów w kraju. Na kasety weszła właśnie kontynuacja wielkiego hitu z 1997 roku czyli Kiler-ów 2-óch, a ja wciąż miałem w głowie (zresztą nadal mam, choć już nie w takich ilościach) cytaty z pierwszego Kilera. Tamtego dnia, po kilkugodzinnym staniu w kolejce, udało mi się zdobyć autograf ulubionego aktora, a także namówić tatę, aby zapisał nas do Beverly Hills Video. W tym momencie zaczęła się moja przygoda z poznawaniem kina.
Pierwszy salon BHV pojawił się w Warszawie w 1997 roku. W ciągu kilku lat otworzono ponad 50 punktów w całej Polsce. Właścicielem sieci był jakiś Amerykanin z dużą forsą. Musiał taką dysponować, skoro otworzył i wyposażył tyle salonów. Każdy z nich zajmował powierzchnię kilkuset metrów kwadratowych. Z początku wydawana była również bezpłatna gazetka – o ile dobrze pamiętam, ukazywała się raz w miesiącu i prezentowano w niej premiery i nowości. 

Początkowo salon przy Szosie Lubickiej był czynny od 9 do północy. I zdarzało się, że nawet przed zamknięciem po sali kręciło się sporo osób. Nowości wypożyczano na dobę, starsze filmy na trzy dni. Lubiłem brać te starsze. Tak właśnie poznałem klasykę kina i zakochałem się w takich obrazach jak Ociec chrzestny, Chłopcy z ferajny, Wściekły byk czy Kasyno. W pewnym okresie miałem też jazdę na stare horrory: Egzorcysta, Koszmar z ulicy Wiązów, W mroku pod schodami, Piętek trzynastego 4 (wcześniejszych, ani późniejszych części nie mieli), Halloween 6 (niestety była tylko szóstka, a zaległości nadrobiłem wiele lat później)... Wypożyczałem też polskie filmy: Psy, Ucieczkę z kina Wolność, Przesłuchanie... I to wszystko nim skończyłem szesnaście lat. Pamiętam jak robiłem sobotnie filmowe przedpołudnia. Wpadali do mnie dwaj najlepsi wówczas kumple. Razem szliśmy do wypożyczalni coś wybrać (najczęściej był to horror albo fantastyka), a potem „na chatę” konsumować kino. Fajne czasy.

Lata leciały, a ja dorastałem, a wraz z tym moim dorastaniem rozwijała się technika. Na moich oczach DVD wypierało VHS. Widziałem upadek tego nośnika, również z perspektywy klienta BHV. Na półkach, grube pudełka od kaset zostały zastąpione cienkimi od płyt. Stało się to stopniowo, ale w końcu taśmy zupełnie zniknęły z salonu. To zniknięcie nie było dla mnie takie bolesne. Już wtedy miałem swój odtwarzacz DVD (najpierw w komputerze, a potem już stacjonarny – do telewizora) i doceniałem jego wyższość nad starymi magnetowidami. Bo i kto nie doceniał, skok jakościowy był przecież ogromny. Poza tym BHV wyszło naprzeciw tym, którzy jeszcze nie zaopatrzyli się w sprzęt i zaczęli wypożyczać własny. Tak, razem z płytą można było pożyczyć także odtwarzacz.

Ale – pojadę teraz wytartym frazesem – wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pewnie ekonomiści daliby na ten temat profesjonalny wykład, a może nawet i cały cykl wykładów, ale gdy pierwsza dekada XXI wieku dobiegała końca, chyba każdy zorientował się, że świat techniki mocno przyspieszył i... staniał. Odtwarzacze DVD stały się powszechne, podobnie jak coraz szybszy internet w naszych domach. To z kolei upowszechniło mniej i bardziej legalne portale, za pośrednictwem których można było oglądać/ściągać filmy. A potem szturm przeprowadzili wydawcy kolorowych gazet. Pamiętacie, gdy do takich tytułów jak Gala, Viva czy inne dodawali płytki z filmami? Za dychę czyli w cenie wypożyczenia płyty z BHV, można było mieć niekiedy naprawdę przyzwoite produkcje. Między innymi to przyczyniło się do upadku miesięcznika Cinema, którego redaktor naczelny stanął okoniem i nie miał zamiaru dodawać do swojego czasopisma żadnych płyt z filmami. W 2007 roku miesięcznik został zamknięty. Podobnych skrupułów nie miał redaktor – wydawanego od 1946 r. – magazynu Film. Tam od jakiegoś czasu pojawiały się płytki, głównie z klasyką, ale to było tylko odwlekanie nieuniknionego. Bo wszystko było w sieci: recenzje i opisy filmów, doniesienia ze świata gwiazd, ale i same filmy również. Gazeta upadła w 2013 roku.

Ten upadek było też widać w salonach Beverly Hills Video. Już wtedy nie zaglądałem tam tak często jak kiedyś, chociaż zdążyłem jeszcze założyć swoją własną kartę, którą zachowałem do dziś. Ale druga dekada XXI wieku dla BHV była powolną agonią. Przypominało to raka, albo rdzę pożerającą kawał blachy. Zaczęło się niepozornie od skrócenia godzin otwarcia. Od 10 do 23, od 10 do 22, od 11 do 22, od 12 do 21, itd. W salonie pojawiły się stojak z gazetami, lodówka z napojami, półka z przekąskami, wreszcie stworzono – ukryty za parawanem – dział filmów porno. Potem salon zaczął się kurczyć. Najpierw o 1/3, potem o połowę. A pod koniec zrobiło się tam ciaśniej niż w tych starych wypożyczalniach działających przy marketach.

Wtedy wpadałem już tam bardzo rzadko, ale przy każdej wizycie czułem niemały szok. Z wielkiego salonu zrobiła się mała klitka przypominająca spożywczy z filmami. Ale mimo tych wszystkich symptomów zamknięcie całej sieci i to z dnia na dzień, było wielkim zaskoczeniem. Ludzie nie zdążyli nawet oddać filmów, które wypożyczyli. 20 maja 2013 roku sieć Beverly Hills Video zamknęła wszystkie swoje punkty. Było ich wówczas pewnie koło 40. Na stronie BHV wisiała informacja, a właściwie prośba, aby wypożyczone płyty odsyłać na warszawski adres. Ciekawe ile osób to zrobiło? Co ciekawe, miesiąc później został skasowany – wspomniany wyżej – miesięcznik Film. Nieszczęścia jednak chodzą parami.

Przygotowując niniejszy wpis musiałem trochę pogrzebać w swoich starych zdjęciach. Na szczęście na kilku ujęciach (wszystko pochodzą z 2010 r.) widać szyld BHV, choć nigdy nie było moją intencją fotografowanie tego miejsca. Odszukałem też moją starą kartę członkowską i filmik, na którym „występuję” razem z Cezarym Pazurą. Zamieszczone tu screenshoty pochodzą z nagrania VHS, więc nie porywają jakością, mimo to, to świetna pamiątka, ale i kawałek historii.

9 marca 2020

Dawna Pomorska Rozgłośnia Polskiego Radia

Stawki » ul. Podgórska 12
✔️ 12/2020 (346)
Aby znaleźć radiowe korzenie Torunia, musimy udać się na lewobrzeże, a konkretnie na Stawki. To tutaj, w 1935 roku otworzono, wyposażoną w najnowocześniejszy sprzęt, Pomorską Rozgłośnię Polskiego Radia. Nowa radiostacja – największa po warszawskiej – musiała mieć nowoczesną siedzibę. Wówczas nowoczesność uosabiał tylko jeden styl w architekturze – modernizm. Lubicie modernizm? Ja bardzo i między innymi dlatego ze wszystkich nadmorskich miejscowości, najbardziej upodobałem sobie Gdynię. Wszak to stolica polskiego modernizmu, ale i w Toruniu, jeśli dobrze poszukamy, znajdziemy godnych przedstawicieli tego architektonicznego nurtu, a gmach dawnej Rozgłośni jest tego najlepszym przykładem.

No dobrze, zatrzymajmy się na chwilę przy samym budynku. Został ulokowany w ówczesnej wsi Stawki. Był to wtedy teren mało zamieszkany, co było o tyle istotne, że ogromny maszt, a raczej fale radiowe, przekazywane przez ten maszt, mogły wpływać niekorzystnie na ludzi. Stąd to "odosobnienie". Gmach Rozgłośni zaprojektował warszawski architekt Antoni Dygat, który w swej pracy, bez wątpienia, kierował się wskazówkami Le Corbusiera –  „ojca chrzestnego” modernizmu. Sama budowa przebiegła w iście ekspresowym tempie. Być może dlatego, że do roboty wzięli się chłopcy z Torunia, bo za prace budowlane była odpowiedzialna toruńska firma J. Drecki. Pierwszą łopatę wbito wiosną 1934 roku, a na początku grudnia (czyli jakieś 7-8 miesięcy później) wyemitowano już pierwszy próbny sygnał. To oznacza, że gmach musiał być już gotowy, a nawet wyposażony w podstawowy sprzęt. Tak czy inaczej, na oficjalne otwarcie trzeba było poczekać jeszcze nieco ponad miesiąc. Koszt budowy (rzecz jasna, bez wyposażenia) zamknął się w kwocie 116 tys. zł.
rok 1935 | za: Architektura i Budownictwo, nr 9/1935
Przyglądając się dawnej siedzibie Pomorskiej Rozgłośni PR, pierwsze co rzuca się w oczy to surowość elewacji. Nie ma tu żadnych ozdób, ani udziwnień, wyjątkowa jest za to sama bryła. Składa się jakby z czterech sześcianów o różnych wielkościach, które – co widać dopiero jak przejdziemy na tyły gmachu – nachodzą na siebie i przenikają. To tak, jakby zewrzeć z sobą cztery klocki, z których każdy będzie różnił się szerokością, długością i wysokością. Efekt niesymetryczności jest dość ciekawy wizualnie, podobnie jak walcowaty daszek nad głównym wejściem. Niestety, z czasem, zostały utracone charakterystyczne dla modernizmu tzw. pasy okienne – dość dobrze widoczne na starych fotografiach. W podobnym stylu było też utrzymane główne wejście. Zniknęło także okrągłe okienko na pierwszym piętrze od frontu, w zamian pojawiły się nowe duże okna. Te zmiany zaszły być może przy odbudowie budynku (został wysadzony przez Niemców w 1945), albo nieco później, gdy był przystosowywany do celów mieszkalniowych w latach '70. Tak czy inaczej, dawna siedziba Pomorskiej Rozgłośni zdołała utrzymać swój modernistyczny charakter, a swoistym smaczkiem jest oryginalnej klatka schodowa oraz hol, z posadzką utrzymaną w duchu art déco, która przypomina nam także o pierwotnej funkcji budynku.
Pomorska Rozgłośnia nocą, rok 1935 | za: NAC
No dobrze, to tyle jeśli chodzi o gmach. Weźmy teraz łopatkę albo szpadelek i wykopmy trochę historii. Radiostację, już tak na dobre, uruchomiono 15 stycznia 1935 roku. Był biskup Okoniewski, były przemówienia dyrektora radia i władz miejskich, wojewódzkich, a z Dworu Artusa transmitowano występy chórów "Lutnia" oraz "Dzwon". Zaśpiewały m.in. Hymn Pomorza Zygmunta Moczyńskiego czy Wisło moja Ignacego Danielewskiego. Otwarcie Rozgłośni stało się okazją do manifestacji patriotycznych. Było także – co zupełnie zrozumiałe – tematem dnia lokalnej prasy. W Dniu Pomorskim czytamy m.in.:
„Dzień 15 stycznia 1935 roku będzie datą historyczną w dziejach rozwoju polskiej kultury na północno-zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej. W dniu tym prastara polska dzielnica, Pomorze, zdobywa bowiem własną, rozgłośnię radjową. Na falach eteru pomknie w świat polskie słowo i polska myśl, budząc ducha na tych ziemiach w boju o swą polskość przez długie wieki zahartowanych. Jest to najbardziej nowoczesny w swym wyrazie symbol triumfalnego wzmacniania i utrwalania ducha polskiego.”
Dzień Pomorski, nr 16/1935
Uruchomienie Pomorskiej Rozgłośni było o tyle istotne, ponieważ miało stanowić przeciwwagę dla siejącego propagandę niemieckiego radia, nadającego wówczas z Heilsberga czyli dzisiejszego Lidzbarku Warmińskiego. A moc toruńskiego przekaźnika, co trzeba podkreślić, była – jak na tamte czasy – potężna. 24kW i 160-metrowy maszt zapewniały "rozprowadzenie" sygnału w promieniu ponad 200 km. Audycje z toruńskiej rozgłośni docierały zarówno na Wybrzeże, jak i do stolicy, na Warmię i Mazury. Była to największa i najnowocześniejsza tego typu placówka w Polsce, wyposażona w sprzęt nadawczy o dość enigmatycznej nazwie HRJ-24. Nazwa ta kryła w sobie inicjały nazwisk twórców tej maszyny: Władysława Hallera, Władysława Rabęckiego i Aleksandra Janika. Liczba „24” oznaczała wspomnianą wcześniej moc – 24kW. Pierwszym dyrektorem radia był Stanisław Nowakowski – członek i szef toruńskiej Konfraterni Artystów, a pierwszymi spikerami: Maria Ziembińska i Bolesław Busiakiewicz.
maszt antenowy Pomorskiej Rozgłośni, lata '30 | za: NAC
Od początku Rozgłośnia miała charakter regionalny. W audycjach poruszano tematy ważne zarówno dla mieszkańców Pomorza jak i Kujaw, choć ci pierwsi mieli chyba więcej do powiedzenia. Na przykład nadawano program w gwarze kaszubskiej, nie brakowało również takich o tematyce morskiej czy toruńskiej. Za takie audycje odpowiadali lokalni regionaliści, m.in.: Marian Sydow, Zygmunt Mocarski, Kazimierz Ulatowski czy Helena Steinborn.
studio Pomorskiej Rozgłośni, rok 1935 | za: NAC
Toruńska Radiostacja działała prężnie i po pierwszym roku mogła pochwalić się dobrymi wynikami. Wyznacznikiem sukcesu były choćby transmisje na całą Polskę, a tych w 1935 nie brakowało. O tych największych wspomina Słowo Pomorskie:
„Do większych transmisji (…) zaliczyć trzeba: transmisję z Gdyni w 15-tą rocznicę objęcia Bałtyku, transmisja z Pelplina w pierwszy dzień wielkanocny (trwała 2 godziny), transmisję z Grudziądza w czerwcu z odsłonięcia pomnika Moniuszki, w lipcu: transmisja z międzynarodowych regat wioślarskich w Bydgoszczy, apelu z Torunia: „Harcerze pomorscy na zlot do Spały”, z międzynarodowych zawodów pływackich w Ciechocinku (...)”
Słowo Pomorskie, nr 12/1936
Popularność radia rosła z każdym rokiem. W 1927 było zarejestrowanych w Toruniu zaledwie 150 odbiorników, dekadę później prawie 6 tys. Czy wpływ na to miała Pomorska Radiostacja? W jakimś stopniu pewnie tak. Nadawała przez dziesięć godzin na dobę i dbała o różnorodność, przy czym zachowywała ducha lokalności. Dużą popularnością cieszyły się transmisje koncertów, ale także programy kabaretowe, literackie, gwarowe i o tematyce morskiej.

W latach 1936-1937 toruńska Rozgłośnia wzbogaciła się o podstudia w Gdyni, Bydgoszczy i Ciechocinku. W 1939 roku studia przeniesiono do kamienicy przy pl. Św. Katarzyny 4. Pomorska Rozgłośnia nadawała aż do 3 września 1939 r., cztery dni później do Torunia wkroczyli Niemcy i Polskie Radio stało się Reichsender Danzig-Westpreussen – Rozgłośnią Rzeszy Gdańsk – Prusy Wschodnie.

Na tym właściwie kończy się historia Pomorskiej Rozgłośni, choć życie dopisało swoje post scriptum. W 1945 roku, wycofujący się z Torunia Niemcy, wysadzili w powietrze  zarówno sam budynek, jak i olbrzymi maszt radiowy. Na szczęście gmach został odbudowany i z Podgórskiej 12 znowu zaczęto nadawać po polsku. Bardzo szybko jednak stacja została zdegradowana do podstacji bydgoskiej rozgłośni. A potem z każdym rokiem traciła na znaczeniu. Ostatecznie została zamknięta w 1974 roku, a niedługo potem gmach przeznaczono na cele mieszkaniowe. I to jest ostateczny koniec dziejów Pomorskiej Rozgłośni Polskiego Radia w Toruniu.

Gmach  Antoniego Dygata od blisko pół wieku jest domem wielorodzinnym. O jego pierwotnym przeznaczeniu przypomina już tylko wzór na posadzce w holu na parterze, a także teksty w książkach o Toruniu oraz niniejszy blog. A pamięć o radiowych tradycjach naszego miasta warto pielęgnować. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo za jakiś czas może się okazać, że ktoś sprzeda opinii publicznej opowieść o tym, że wszystko zaczęło się w 1991 na Żwirki i Wigury. No nie, Moi Drodzy, łojciec-dyrektor nie był pierwszy, a genezy toruńskiego radia szukajcie tylko i wyłącznie na Stawkach – na Podgórskiej 12.

Źródła: Podgórz – Katarzyna Kluczwajd (Księży Młyn, 2018); Sekrety Torunia – Krzysztof Halicki (Księży Młyn, 2019); Toruńska architektura XX wieku – Michał Pszczółkowski (Adam Marszałek/ToMiTo, 2011); Wpływy warszawskie w międzywojennej architekturze Torunia - Michał Pszczółkowski [w:] Toruński modernizm – praca zbiorowa (SHS, 2016); Biblioteka Cyfrowa Politechniki Warszawskiej (Architektura i Budownictwo, nr 9/1935); Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa (Dzień Pomorski, nr 16/1935 / Słowo Pomorskie, nr 12/1936); Narodowe Archiwum Cufrowe.

2 marca 2020

„Co widzą Toruńskie Anioły?” – Lidia Smentek (📘№68)

✔️ 11/2020 (345)
Otwierając dział o książkach (a było to w 2016 roku) w ramach bloga Po Toruniu chciałem nieco upowszechnić publikacje poświęcone naszemu miastu, przypomnieć starsze tytuły i zaprezentować takie, które nie są dostępne w księgarniach przez co stają się wydawniczymi ciekawostkami. Tym razem mam przed sobą album zaliczający się do tej trzeciej grupy. Został wydany w 2019 roku dzięki środkom pozyskanym z Urzędu Marszałkowskiego, a pretekstem do jego powstania była tegoroczna (2020) – setna – rocznica powrotu Torunia do macierzy. Autorką tekstu jest Lidia Smentek, która kilka lat temu stworzyła znakomity reportaż biograficzny wybitnego torunianina Zygmunta Moczyńskiego (patrz: Zygmunt Moczyński. Podróż do źródeł); natomiast fotografie miasta z toruńskich wież wykonał Włodzimierz Werner.
Album składa się z czterech części. Pierwsza to opis wydarzeń z 18 stycznia 1920 roku, poparty licznymi cytatami i archiwalnymi fotografiami. To cenna powtórka jednej z najważniejszych lekcji historii w dziejach naszego miasta, a Pani Smentek potrafi poprowadzić tę lekcję jak nikt inny. Dodatkowo tekst wzbogacają, napisane w międzywojniu, okolicznościowe wiersze ku chwale tamtych wydarzeń oraz kopie dokumentów i gazet.

Jako, że tytuł publikacji, to Co widzą Toruńskie Anioły?, nim zobaczymy to co one, najpierw wypadałoby poznać je bliżej poznać. Właśnie im – Aniołom – poświęcona jest druga część albumu. Pani Lidia przypomina jak to się stało, że „skrzydlaci” przylecieli właśnie do naszego miasta, gdzie obecnie można ich spotkać oraz jak na przełomie wieków zmieniał się herb Torunia.
No i wreszcie część trzecia, można powiedzieć – zasadnicza, bo i czym byłby album bez zdjęć? Na pewno nie albumem. ツ Tutaj mamy blisko 90 fotografiach z lat 2008-2019, na których zobaczymy widoki z pięciu toruńskich wież: Ratusza Staromiejskiego, Katedry św. Janów oraz kościołów: Mariackiego, św. Jakuba i św. Szczepana. To chyba pierwsza publikacja, w której zostały zebrane fotografie przedstawiające Toruń z tej mniej znanej perspektywy. Moją uwagę zwróciły ujęcia z kościoła św. Jakuba, na których znakomicie widać Przedmieście św. Katarzyny, most kolejowy i zakole Wisły. Z kolei z wieży kościoła św. Szczepana rozciągają się przepiękne pejzaże na Nowe Miasto. Ale - jako, że na fotografiach mamy Toruń - ciekawych widoków jest znacznie więcej.
Album zamyka krótka rozmowa, w której Krzysztof Przegiętka – dzwonnik Tuba Dei – opowiada o swojej pasji i miłości do Trąby Bożej.

Dodatkiem do publikacji jest płyta CD, na której zapisano dwa nagrania: Hymn Pomorza Zygmunta Moczyńskiego w wykonaniu Chóru Copernicus oraz zachwycający i hipnotyzujący dźwięk Tuba Dei.

pełny tytuł: Co widzą Toruńskie Anioły? Raport z okazji powrotu do Macierzy 1920-2020
ISBN: 978-83-62826-74-2
wydawca: Polskie Wydawnictwa Reklamowe
ilość stron: 100
rok wydania: 2019
okładka: twarda

24 lutego 2020

Mural „Obrona Torunia przed Szwedami 1629 r.”

Bielany » ul. Gagarina 44-58
|MURALE|
✔️ 10/2020 (344)
za: Wikipedia.org
Na przełomie XVI i XVII wieku żył sobie w Europie jeden facet, który lubił rysować. Nazywał się Matthäus Merian (to ten pan z lewej) i przyszedł na świat 22 września 1593 roku w Bazylei. Rytownictwa uczył się w Zurychu, a potem była Francja: Strasburg, Nancy i Paryż. Życie zawodowe związał jednak z Frankfurtem nad Menem. Tu zamieszkał i pracował. W 1626 roku otrzymał obywatelstwo miasta, co było niezbędne aby mógł prowadzić niezależne wydawnictwo. Jako wydawca wypuścił w świat m.in. prace polskiego przyrodnika Jana Jonstona, jako rysownik tworzył ilustracje do Pisma Świętego, ale jego najbardziej rozpoznawalnym dziełem łączącym Meriana-wydawcę i Meriana-rysownika była szesnastotomowa publikacja Topographia Germaniae, do której tekst napisał niemiecki pisarz i geograf Martin Zeiller.  Matthäus od lat sporządzał plany miast niemieckich i wspólnie z Zeillerem zebrali to wszystko w całość i zaczęli publikować. Pierwszy tom serii ukazał się w 1642 roku, ostatni dwanaście lat później. 

Piszę o tym wszystkim dlatego, ponieważ mural na szczytowej ścianie bloku przy Gagarina 44-58, to nic innego jak kopia planu Torunia według Meriana z trzynastego tomu Topographia Germaniae poświęconemu Pomorzu. Topographia Electoratus Brandenburgici et Ducatus Pomeraniae - tak brzmi pełny tytuł pomorskiego tomu, po raz pierwszy wydano w 1652 roku, ale sam plan powstał najprawdopodobniej co najmniej dekadę wcześniej i został oparty na rysunku sporządzonym w 1631 r. przez królewskiego inżyniera Jakuba Hoffmanna. Zatem mural jest kopią kopii, w dodatku kolejną w przestrzeni miejskiej, bowiem ten sam plan już pojawia się na jednej z toruńskich ścian [patrz: Murale poetyckie z ulicy Podmurnej].
plan Torunia sporządzony przez Mateusza Meriana | za: Historia Torunia 2.2
Właściwie mógłbym na tym zakończyć ten wpis, dodając jeszcze, że obraz przeniósł na ścianę Mateusz Małkiewicz, a wszystko w ramach średnio udanego projektu pod nazwą Toruński Szlak Murali Patriotycznych, sfinansowanego z budżetu obywatelskiego. No, mógłbym, ale wtedy część z Was zastanawiałaby się co z tym wszystkim ma wspólnego obrona Torunia przed Szwedami w 1629 roku. Wiecie, co? Nie mam pojęcia, ale ktoś ze Stowarzyszenia Nasz Podgórz (bo to oni odpowiadali za stworzenie szlaku murali) uznał, że plan z roku ok. 1641 (a jeśli weźmiemy pod uwagę pierwowzór to z 1631) idealnie ilustruje wydarzenia, które rozegrały się dwanaście lata wcześniej. Całe szczęście pod muralem mamy tabliczkę dzięki której wiemy „co autor miał na myśli”. A skoro dysponujemy już tak cenną wiedzą, wypada teraz wspomnieć o tym, jak to było z tymi Szwedami, którzy postanowili nam zrobić z miasta „jesień średniowiecza”.

Zanim dojdziemy do pamiętnych wydarzeń, w których torunianie pokazali swój heroizm i męstwo w walce o własne miasto, cofnijmy się o trzy lata. Chociaż nie, bo między Polską a Szwecją zgrzyty zaczęły się już pod koniec XVI wieku, kiedy to po siedmiu latach upadła unia polsko-szwedzka, w wyniku czego Zygmunt Waza stracił szwedzką koronę. Potem było jeszcze kilka innym mniejszych tarć, aż nastał rok 1611 r. i królestwo przejął Gustaw August, który w pewnym momencie uznał, że Szwecja jest za mała i że trzeba buchnąć komuś kilka hektarów. Jak pomyślał, tak zrobił. Skutek był tak, że w 1626 roku wojska szwedzkie wylądowały w Piławie i ruszyły na Gdańsk. Po drodze zajęli kilka innych miast, jak choćby Malbork, a to przecież nie tak daleko Torunia. A na pewno na tyle blisko, aby ówczesne władze miasta zaczęły się niepokoić o bezpieczeństwo swoje i mieszkańców. Tak więc, na ulicach pojawiło się więcej żołnierzy, wzmocniono mury i zadeklarowano – w myśl zasady, że lepiej zapobiegać niż leczyć – że Toruń włączy się aktywnie do walki z Gustawem. Latem 1626 roku właśnie u nas była koncentracja polskiego wojska, a we wrześniu do miasta przybył sam król oraz sejm, który aż do grudnia obradował zarówno w Dworze Artusa jak i Ratuszu Staromiejskim

Choć Toruń cały czas brał czynny udział w wojnie, przez trzy lata w mieście panował względny spokój, choć częste przemarsze przez miasto polskiego wojska stawały się coraz bardziej uciążliwe dla mieszczan. W maju 1628 pojawiły się pierwsze niepokoje. Rzeczpospolita coraz gorzej radziła sobie w walce ze Szwedami, Toruń zaczął się obawiać, że dzika horda zza morza, wkrótce zapuka do bram. Zaczęto więc umacniać mury obronne, zbudowano wały i palisady od strony Wisły, usypano szańce, powołano więcej mężczyzn do wojska. Gdy we wrześniu 1628 Adolf zdobył Brodnicę, właściwie stało się jasne, że wkrótce ruszy na Toruń.

Gerard Denhoff | za: Historia Torunia 2.2
Jedno trzeba oddać królowi Szwecji – miał za dowódce swych wojsk sprawnego i odważnego żołnierza – feldmarszałka Hermana Wrangla, który po Brodnicy, zajął również Kowalewo. 16 lutego 1629 roku sześciotysięczna armia nadciągnęła do Torunia od strony wsi Mokre. Po drugiej stronie murów było jedynie 350 żołnierzy i 1100 uzbrojonych mieszczan. Obroną kierował królewski pułkownik Gerard Denhoff (pan po prawej) oraz burmistrz Jan Preussem. Według legendy, przed Szwedami ostrzegł torunian młody włóczęga i złodziej, który tego dnia miał zawisnąć na szubienicy. W tamtym czasie egzekucje wykonywano poza miastem, a konkretnie na nieistniejącym dziś wzgórzu przy dzisiejszej ulicy św. Józefa. Wzgórze nazwano „Wisiołkami” – wiadomo dlaczego. No więc, 16 lutego 1629 roku poprowadzono skazańca na te Wisiołki. Wprowadzono na drabinę i założono pętlę na szyję. Pogodzony ze swym losem chłopak ostatni raz spojrzał na okolicę, gdy nagle ujrzał z oddali idących w stronę miasta żołnierzy ze sztandarami. Krzyknął: „Szwedzi idą!” i wskazał ręką ku Mokremu. Wszyscy, łącznie ze skazańcem, wrócili do miasta i ostrzegli innych, dzięki czemu udało się w porę zabarykadować bramy i zorganizować skuteczną obranę. A skazany na śmierć chłopak? Odpuszczono mu winy i nadano przydomek „Szwedko”, potem osiedlił się w Toruniu na stałe i wszyscy zaczęli zapraszać go do grona znajomych na facebooku. ツ

Ale wróćmy do faktów. Pierwszego uderzenia dokonano na bramę św. Katarzyny. Najpierw ją ostrzelano, potem próbowano wysadzić, ale bez powodzenia. Oberwało się za to Nowemu Miastu, ucierpiał tamtejszy Ratusz i domy. Nocą Szwedzi zaatakowali okolice bramy Chełmińskiej czyniąc kolejne poważne szkody. Mimo skutecznej obrony mieszczanie toruńscy byli gotowi rozmawiać z wrogiem o warunkach kapitulacji, ale pułkownik Denhoff nie miał zamiaru oddawać miasta. Walka trwała.

Á propos obrony miasta. Z tym wiąże się kolejna toruńska legenda, w której główną rolę tym razem odgrywa pewien leniwy miejski kocur, migający się od łapania myszy i szczurów buszujących po spichrzach. Nasz kot wolał przechadzać się po murach miejskich i wyciągać od strażników smakołyki. Swym sposobem bycia przypominał trochę kota ze Shreka, a raczej to kot ze Shreka przypominał tego toruńskiego. W każdym razie on, aby pokazać na co go stać, potrzebował wyzwania, a gryzonie nim nie były. To pojawiło się dopiero w dniu najazdu Szwedów na Toruń. Według legendy kocur dzielnie bronił miasta, rzucając się na najeźdźców i naznaczając ich gęby swoimi pazurami. Podobno wycinał im na policzkach litery „T”, aby na zawsze zapamiętali, że dostali wpiernicz od kota toruńskiego... No dobra, to „T” sam wymyśliłem. ツ Według tej samej legendy, to właśnie ten kot został patronem miejskich baszt, z których do naszych czasów przetrwała tylko jedna – Koci Łeb. Można powiedzieć, że Szwedzi zemścili się na kocie, choć tylko symbolicznie. Podczas kolejnego oblężenia Torunia w 1703 roku, zniszczyli pozostałe kocie baszty: Koci Brzuch, Koci Ogon i Kocie Łapy.

W porządku, zostawmy już podania, bo oto nastaje nowy dzień. Jest 17 lutego 1629 roku. Wrangel żąda od torunian odpowiedzi na list z poprzedniego dnia, w którym domagał się kapitulacji i okupu w wysokości 100 tys. talarów (miał chłop fantazję, nie powiem). Odpowiedź Denhoffa, choć niewerbalna, mówi jasno: takiego wała – zarówno jeśli chodzi o punkt pierwszym, jak i drugi, po czym zarządza ostrzał Szwedów. Wymiana ognia trwała do południa. Było ciężko. Toruń dysponował jedynie kilkoma starymi armatami, no i znacznie mniej liczebną załogą. Wróg – mimo iż pierwszego dnia poniósł spore straty w ludziach (zginęło kilkuset Szwedów) – nadal miał przewagę liczebną, ale obrońcy miasta byli bardziej zdeterminowani, zawzięci, no i otaczały ich grube mury. W końcu Wrangel – najwyraźniej nie widząc szans na sukces – zdecydował się na odwrót. Na odchodne zapowiedział, że wróci na Zielone Świątki czyli 3 czerwca. Nie wrócił, choć 74 lata później torunianie znów musieli bronić miasta przed Szwedami. Jednak to już zupełnie inna historia.

Skuteczna obrona miasta stała się – co zrozumiałe – powodem do dumy. W pierwszą rocznicę bitwy wybito okolicznościowy medal, na którym znalazła się inskrypcja: „Wierność i stałość wypróbowane ogniem”, a w 1651 powstał okolicznościowy panegiryk opatrzony przepiękną stroną tytułową. Zresztą, spójrzcie sami:
za: Informator o zbiorach i działalności Woj...
I tak sobie myślę, że przeniesienie tej grafiki na ścianę, dużo lepiej obrazowałoby obronę Torunia i bohaterstwo jego mieszkańców, niż dublowanie planu miasta. Tak czy inaczej, o wydarzeniach z lutego 1629 roku warto wiedzieć i pamiętać. To ważne wydarzenie w historii Torunia i dobrze, że zostało upamiętnione muralem. Murale historyczne to w końcu takie trochę substytuty pomników, co nie? A to, że nie wszystkie są udane... hmmm, no cóż, i tak bywa.

Źródła: Historia Torunia, tom II, część 2 – praca zbiorowa (TNT, 1994); Informator o zbiorach i działalności Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu – praca zbiorowa (Książnica Kopernikańska w Toruniu, 2008); Legendy i opowieści historyczne o Toruniu – Benon Frąckowski (PCU, 2013); Zachodniopomorska Biblioteka Cyfrowa.