poniedziałek, 22 stycznia 2018

Fort I. Uroczyste odsłonięcia godła i nazwy

Dzień był szary i apatyczny, niczym więzień po wczasach w karcerze. Nie zachęcał do wyjścia z domu, a tym bardziej do spacerów po lesie. Ale w sobotę (20.01) nie mogło mnie zabraknąć przed Fortem I. Po pierwsze dlatego, że darzę go szczególnym sentymentem, w pewnym sensie wychowałem się na nim. Pierwszy raz na pancerne kopuły wszedłem w wieku 5-6 lat. Z tamtego okresu pamiętam obsadzoną wartownię, szczekające na dziedzińcu psy i miarowe buczenie dobiegające spod kopuł. Z biegiem lat fort opustoszał i zamilkł. Zamilkł na długie lata, milczał nawet wtedy, kiedy go dewastowali, kiedy okradali ze stalowych elementów. Wreszcie, w jego imieniu przemówili miłośnicy fortyfikacji – i to był drugi powód, który spowodował, że krótko przed 12, z płatkami świeżego śniegu na czapce, pojawiłem się przed jedynym w Polsce fortem pancernym.

Mimo kiepskiej pogody, na dziedzińcu „Jana III Sobieskiego” zebrał się spory tłum ludzi. Mistrzem ceremonii był Zdzisław Wiśniewski – osoba, która od wielu lat działa na rzecz ratowania Fortu I, a teraz jest jednym z jego opiekunów. Kilka minut po 12 nastąpiło symboliczne przejęcie fortu przez Wojsko Polskie. Krótka inscenizacja nawiązywała do wydarzeń sprzed 98 lat, kiedy Twierdzę Toruń przejmował Toruński Pułk Strzelców Wielkopolskich. Następnie odsłonięto Godło i nazwę fortu, które zawisły nad główną bramą.

W uroczystościach wzięło udział kilkadziesiąt osób. Wśród gości byli m.in. zastępca Prezydenta Torunia Andrzej Rakowicz oraz Prezes Fundacji „Zamek Dybów i Gród Nieszawa” Aleksander Zmuda Trzebiatowski. Na koniec każdy mógł zwiedzić Fort I i poznać jego historię.

Pasjonaci dopiero od kilku miesięcy dzierżawią Fort I od miasta. Wciąż jest wiele do zrobienia, a rąk do pracy i środków niewiele. Dlatego gorący apel do wszystkich ludzi dobrej woli: gdyby ktoś mógł pomóc fizycznie, materialnie, bądź finansowo – niech napisze do Zdzisława Wiśniewskiego (z.wisniewski1@vp.pl).

Fort I znajdziecie też na facebooku, zachęcam do obserwowania, lajkowania i komentowania.
Fort I im. Jana III Sobieskiego na blogu Po Toruniu:

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Mural “United State of KIDS”

Mokre.
Ulica Kościuszki – obok Grudziądzkiej – jest najważniejszą arterią Mokrego. I tak, jak naszymi żyłami nieustannie płynie krew, tak tu życie i rytm dnia nadają piesi, samochody i tramwaje. Stoję przed wieżowcem przy Kościuszki 36. Po mojej prawej jest przystanek autobusowy, dostrzegam stojącego tam faceta z wielkim brzuchem. Od razu przypomina mi się opowieść mojego taty, który opowiadał mi, że w czasach jego młodości w Toruniu była wyjątkowo gruba kobieta, którą ludzie musieli wpychać do tramwaju, bo sama nie dawała rady wejść. Miała swój kramik na Rynku Nowomiejskim, a jej nieodłącznym atrybutem był rozkładany stołeczek. Tej osoby nie ma już wśród nas, nie ma jej kramiku, nie ma też kultowej restauracji Herbowa, którą powinienem mieć za plecami. Jej miejsce zajęła Biedronka. Nie wnikam w to, czy to zmiana na lepsze, czy na gorsze, chociaż osobiście wolę mieć pod nosem supermarek, niż knajpę.

Bez wątpienia zmianą na lepsze, było pojawienie się muralu na ścianie wieżowca przy Kościuszki 36. Właśnie z jego powodu tu przyjechałem. Obraz United State of KIDS, został ukończony w listopadzie 2017 roku i jest kolejnym – w przestrzeni miejskiej – dziełem Andrzeja Poprostu, któremu tym razem w tworzeniu pomagali artyści Soyski1 oraz Mike Ortalion. Gdy zobaczyłem ten mural, od razu pomyślałem o Władcy much – książce Williama Goldinga, bardzo docenionej i dwukrotnie zekranizowanej. W skrócie: powieść w alegoryczny sposób opowiada o upadku naszej cywilizacji. Grupa dzieciaków wychodzi cało z katastrofy lotniczej i ląduje na bezludnej wyspie – coś, jak odmłodzona wersja serialu Lost: Zagubieni, chociaż ci zostali nakręceni kilka dekad później. Najnowszy mural Andrzeja, to właśnie taki Władca much – postapokaliptyczna wizja świata bez dorosłych, gdzie wyspą jest zdezelowany autobus.

Co tu dużo pisać. United State of KIDS rozpala wyobraźnię. Patrząc na ten obraz, w głowie układa się cała historia, chociaż każdy z Was będzie mieć jej własną wersję. Ale właśnie o to chodzi w sztuce – aby interpretować ją po swojemu.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R 
ul. Kościuszki 36
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

wtorek, 9 stycznia 2018

KSIĄŻKA #36 | „Flisak toruński” – Tadeusz Zakrzewski

Tadeusza Zakrzewskiego kojarzy (a przynajmniej powinien kojarzyć) każdy miłośnik Torunia. Przez niemal całe swoje życie badał i popularyzował historię naszego miasta, był kolekcjonerem toruńskich plakatów i pocztówek, wielokrotnie publikował na łamach Rocznika toruńskiego, działał w Towarzystwie Naukowym w Toruniu, a także pisał książki. Jakiś czas temu na blogu Po Toruniu zaprezentowałem publikację Wspomnienia torunianina z Podgórza, w której Zakrzewski opisuje swoją młodość, przedwojenny i wojenny Podgórz, a także swoją powojenną aktywność. Książka wydana już po śmierci Autora, to jego ostatni wkład w upowszechnianie historii naszego kochanego Torunia.

Jedną z wcześniejszych książek Tadeusza Zakrzewskiego mam właśnie przed sobą. To drugie, poszerzone wydanie Flisaka toruńskiego – opowieści o powstaniu dobrze nam znanego pomnika z Rynku Staromiejskiego. Historia ta jest niezwykle bogata i ciekawa, jak w kalejdoskopie pokazuje niemieckie uprzedzenia i niechęć wobec Polaków, ale też postawę ponad podziałami. Opowieść Zakrzewskiego zaczyna się w roku 1911, kiedy nowym burmistrzem Torunia zostaje dr Arnold Hasse. Wówczas, na jednym ze spotkań, nowy burmistrz proponuje, aby upiększyć ratuszowy dziedziniec ozdobną studzienką. Choć pomysł z flisakiem pojawił się już w 1912 r., to do momentu odsłonięcia zdroju, upłyną jeszcze ponad dwa lata. Ponad dwa lata kłótni, ożywionych dyskusji i antagonizmów. Cały ten proces dokładnie opisuje Tadeusz Zakrzewski w tej niepozornej – zaledwie 80-stronicowej – książeczce. Ale opisuje ciekawie, z polotem i bez naukowego nadęcia obecnego w tak wielu publikacjach dyplomowanych historyków.

Autor książki przedstawił proces powstawania pomnika – studzienki, kłótnie lokalnych polityków, alternatywne propozycje – również te stworzone przez dzieci – wreszcie ostatnie zebranie, na którym Robert Tilk zepchnął do narożnika antagonistów flisaka. Historia pomnika kończy się szczęśliwie. Studzienka w końcu powstaje, a kilka lat później, Polska odzyskuje niepodległość. Opowieść Zakrzewskiego kończy powojenna tułaczka rzeźby po mieście. Przenoszona z miejsca na miejsce, w końcu wraca do centrum – pod Ratusz Staromiejski, gdzie od 1983 r. cieszy oczy torunian i turystów. Książkę zamyka Toruńska legenda o flisackim skrzypku, która w kilku szczegółach różni się od Legendy o flisaku i żabach, którą możemy przeczytać w zbiorze Benona Frąckowskiego Legendy i opowieści historyczne o Toruniu.

Flisak toruński, to książka trudno dostępna, ale bardzo ciekawa i godna polecenia. Była dla mnie niezastąpionym źródłem wiedzy przy pisaniu tekstu o „fontannie flisaka”, dlatego też, jeśli nie dostaniecie tej publikacji, zawsze zostanie Wam blog Po Toruniu, do którego częstych odwiedzin, gorąco zachęcam.

ISBN: 83-900852-4-1
wydawca: ToMiTo
ilość stron: 80
rok wydania: 2003
typ okładki: miękka

piątek, 5 stycznia 2018

Pomnik - studzienka Flisaka

Stare Miasto.
To jeden z najbardziej znanych i lubianych toruńskich pomników. Sympatyczna postać flisaka grającego na skrzypcach towarzyszy torunianom od 1914 roku. Jaka była geneza tego pomnika – studzienki? I jak to się stało, że polski flisak stanął na dziedzińcu ratusza w czasach zaboru pruskiego?

W marcu 1911 roku nadburmistrzem Torunia zostaje, przybyły z Wrocławia, dr. Arnold Hasse. Niebawem, na jednym z pierwszych bankietów wydanych przez ratusz, zjawiła się cała miejska śmietanka towarzyska. Wśród zaproszonych gości byli rajcy i przedsiębiorcy, przedstawiciele najpotężniejszych toruńskich rodów. Kwartet smyczkowy grał akurat Arię na strunie G Jana Sebastiana Bacha, gdy 38-letni Arnold Hasse podszedł do okna w holu przed Salą Królewską i spojrzał na pogrążony w półmroku dziedziniec. Zadumał się przez chwilę, jakby o czymś intensywnie myślał. Gustaw Wesse – największy fabrykant toruńskich pierników, z do połowy opróżnioną lampką wina w ręku, zbliżył się do nowego burmistrza i zagadnął go:
– O czym tak rozmyślasz, Arnoldzie?
– Mamy już pierwsze automaty telefoniczne i pierwsze taksówki spalinowe, a na moim dziedzińcu wciąż stoją obskurne cele. Jak w średniowieczu.
Wesse wyjrzał przez okno.
– Masz słuszność, Arnoldzie. Wygląda to szpetnie.
– A nie powinno, Gustawie. Mam pewien pomysł. Co byś powiedział, aby tu, na dziedzińcu, wznieść ozdobną studzienkę? Nic wyszukanego, żadnej ekstrawagancji. Prosta forma, jakiś posąg otoczony niedużym zbiornikiem. Cele byśmy zlikwidowali i trochę odświeżyli dziedziniec…
– To znakomity pomysł – stwierdził Wesse.
– Mówisz, że znakomity, ale jak odbiorą to inni mieszkańcy?
– Będą zachwyceni. Trzeba jak najszybciej zorganizować zbiórkę i spotkanie, aby ustalić ostateczną formę zdroju.
– Zajmiesz się tym?
– Z przyjemnością, panie nadburmistrzu.
Oczywiście, scenka ta została wymyślona na potrzeby niniejszego wpisu, ale mniej więcej tak to mogło wyglądać. Arnold Hasse rzeczywiście rzucił pomysłem stworzenia studzienki/fontanny na jednym z bankietów, a Gustaw Wesse podchwyciwszy to, zadeklarował, że zajmie się zbiórką pieniędzy. Zbiórkę rozpoczęto w kwietniu 1912 roku. Sprawy związane z projektem wziął na siebie miejski radca budowlana Karl Kleefeld. Wstępny kosztorys wyniósł 8000 marek, a do konkursu wytypowano trzech niemieckich artystów. Wizja flisaka na postumencie zrodziła się w głowie Kleefelda. To właśnie on 7 października 1912 roku wysłał do rzeźbiarzy informację, aby w swych projektach uwzględnili personifikację zawodu, który zbudował potęgę Torunia. Jednak, nie wszystkim to się podobało. Na początku 1913 r., gdy sprawa nabrała rozgłosu, zaczęły pojawiać się – również w prasie – głosy przeciwne flisakowi, a wraz z nimi inne pomysły na pomnik. Wśród nich były m.in.: niemieckie (a jakże!) dzieci dzielące się piernikiem, personifikacja Wisły, a nawet (kogoś poniosła fantazja) posąg Krzyżaka, co było nie do przyjęcia nawet dla niemieckich torunian.

Dr. Hasse widząc brak jedności, zwołał na 4 kwietnia 1913 roku, zebranie w Dworze Artusa. Chciał poznać wszystkie opinie i pomysły oraz spróbować wypracować konsensus. Przybyło 50 osób, a artyści przesłali swoje projekty. Wówczas po raz pierwszy Toruń zobaczył inspirowaną legendą wizję Amberga – gipsową statuetkę flisaka grającego na skrzypcach, otoczonego żabkami. Projekt ten zyskał spore zainteresowanie, w tym Kleefelda i samego nadburmistrza, który wysłuchawszy głosów krytyki, powiedział:
– Panowie, wszyscy czytamy prasę. Die Presse rozpętał niepotrzebną kampanię przeciwko flisakowi. A już pomysł z Krzyżakiem… – pokręcił głową. – Nie po to toruńscy mieszczanie burzyli zamek, aby kilka wieków później stawiać ciemiężycielom pomniki. To zły kierunek. Dzieci z piernikami może i są toruńskie, ale bardziej pasują na dziedziniec fabryki Gustawa – skinął głową w kierunku Wessego. – Od początku byłem za prostą formą, za motywem lekkim, ludowym. Flisak odpowiada tym potrzebom idealnie, a podnoszone przeciwko niemu zarzuty, są po prostu bezsensowne.
Kleefeld i Semrau poparli burmistrza, ale były też głosy przeciwne. Najgłośniej krzyczał radca sanitarny Wentscher.
– Czym właściwie jest flisak? – zapytał zebranych. – Jest on zawsze brudnym, często pijanym i zawszonym importerem ospy i cholery. Wielokrotnie trzeba było zakazywać mu wstępu do miasta. Jak to połączyć z estetyką i sztuką?
Spotkanie nie przyniosło oczekiwanego rozwiązania. Głównym problemem flisaka była jego narodowość, wszak zawód ten wykonywali Polacy. Dla części rajców i ofiarodawców, było nie do przyjęcia, aby Polakowi pomnik wystawiać. Przy okazji debaty pojawił się też pomysł, aby flisaka zastąpić posągiem burmistrza Strobanda. Niemal sto lat później upamiętniliśmy go, my – Polacy, a Zdrój Henryka Strobanda stanął nieopodal gmachu poczty przy Rynku Staromiejskim, gdzie niegdyś był jego rodzinny dom.

Ponad miesiąc później, dokładnie 24 maja 1913 roku, nadburmistrz zwołał drugie zebranie ofiarodawców. Tym razem przybyło tylko 35 osób. Obrady i tym razem były dość burzliwe. Za flisakiem optował Artur Semrau, radca Kleefeld oraz Oskar Thomas – kolejny z toruńskich piernikowych fabrykantów. Dyskusji w milczeniu przysłuchiwał się senior Rady Miejskiej – Robert Tilk, który w końcu nie wytrzymał i zabrał głos.
– Na wieść o pomyśle ozdobienia studzienki postacią flisaka, poczułem się szczęśliwy. Dlaczego? Nie może bowiem być nic lepszego dla scharakteryzowania toruńskiego handlu i atmosfery samego miasta. Z czasów młodości dobrze pamiętam każdorazowe przybycie flisaków. To było wielkie święto. Pierwszy zwiastun nadchodzącego lata. Na poprzednim zebraniu radca Wentscher zarzucił flisakom bardzo wiele, że przywlekli do miasta cholerę… Co za brednie. Wydawało mi się, że ten mit już dawno został obalony, wszak wszyscy powinni wiedzieć, że epidemię spowodowały głównie zatrute studnie i flisacy nie mieli z tym nic wspólnego. Mówicie, że to pijacy, ale jeśli po półrocznej nieobecności w Toruniu znów mogli spróbować dobrej i taniej wódki, czyż można brać im za złe, że trochę moczyli w niej nosy? Mówicie, że roznosili insekty, ale czy nasi żołnierze, masowo przydzielani na kwatery miejskie, nie robili tego samego? Jeśli flisak przy swej ciężkiej pracy na tratwach, w deszczu, na wietrze lub w słonecznym skwarze, nie był zawsze zbyt czysty, to trudno się temu dziwić. Flisacy, to najspokojniejsi ludzie jakich znam. Do dziś z przyjemnością wspominam ich zwyczaje, zwłaszcza chrzest przed Bramą Mostową. Pamiętam też, jak niektórzy pięknie muzykowali i jak w starym poczciwym sierżancie policji z nadwiślańskich rewirów, dopatrywali się pruskiego króla. Więc, jeśli chcecie znać moje zdanie, to marzy mi się, abym przed śmiercią ujrzał figurę flisaka na dziedzińcu ratusza.
Tilk zebrał gromkie brawa. Wesse natychmiast oznajmił, że głosuje za projektem Amberga. Wobec powyższego Hasse zarządził głosowanie. Z pośród 35 głosujących tylko 7 było przeciwnych flisakowi. Projekt przeszedł, więc przyszła pora na jego realizację. 30 maja 1913 roku poinformowano Amberga, że to właśnie jego pomysł został wybrany. 26 lipca do Torunia przychodzi wiadomość, że artysta popełnił samobójstwo. Rozpisany zostaje nowy konkurs, z zastrzeżeniem, że prace mają być oparte na pomyśle zmarłego rzeźbiarza. 7 listopada 1913 roku Hasse, Kleefeld, Semrau, Tilk i Wesse, spotykają się, aby wybrać zwycięzcę. Pada na pochodzącego z Torunia, choć mieszkającego w Charlottenburgu, Georga Wolfa. Miasto podpisuje z nim umowę 4 marca 1914 roku. Umowa przewiduje, że prace mają zakończyć się najpóźniej do 1 czerwca. Tego terminu nie udało się jednak dotrzymać. Flisak i żabki wyjechały z Charlottenburga dopiero 8 czerwca. W czasach przed FedEx-em, UPS i InPostem przesyłka nie docierała do adresata tak szybko, jak dziś. Transport dociera do naszego miasta dopiero 25 czerwca. Uroczystości zaplanowano na 28, więc trzeba było się spieszyć. Georg Wolf przyjechał do Torunia, aby dopilnować montażu. Udało się. Pomnik – studzienkę (czy, jak kto woli, pomnik – fontannę) odsłonięto 28 czerwca 1914 roku. Nieco ponad miesiąc później, 1 sierpnia 1914 r., wybuchła I wojna światowa.
jedno z pierwszych zdjęć studzienki, na zdjęciu Georg Wolf | źródło: Flisak toruński
W dwudziestoleciu międzywojennym, figura flisaka grającego na skrzypcach była lubiana i często odwiedzana zarówno przez dzieci, jak i dorosłych; zarówno torunian, jak i turystów. Była też inspiracją dla innych artystów: malarzy, poetów. I właściwie na tym historia fontanny mogłaby się zakończyć, gdyby nie epilog dopisany przez hitlerowskiego okupanta i władzę ludową. Dość długi, bo trwający czterdzieści lat. A zaczęło się w 1943 roku…
czerwiec 1936 r., wycieczka z Inowrocławia | zdjęcie z rodzinnego archiwum autora
Jest grudzień 1943 r., jednak nikt nie cieszy się z nadchodzących świąt. Do 24 grudnia wielu jeszcze umrze, a śpiew kolęd zostanie zagłuszony przez krzyki torturowanych w ponurym gmachu gestapo przy ul. Bydgoskiej. Do Torunia dotarła właśnie objazdowa wystawa „Nasza armia”, ukazująca potęgę militarną Niemiec. Propaganda w najbardziej prymitywnej formie lokuje się przed i na dziedzińcu ratusza. Wobec nowego „zagospodarowania przestrzeni”, studzienka z flisakiem nie pasuje okupantowi. Nakazuje ją rozebrać, a figurę z żabkami zdeponować w magazynie. Flisak schodzi do podziemi.

U schyłku wojny Ratusz Staromiejski, podobnie jak wiele innych budynków w mieście, zajęła Armia Radziecka, przekształcając go w szpital wojskowy. Polacy dobrze wiedzieli, jakim szacunkiem kacapy darzą sztukę, dlatego też ewakuowali muzealne zbiory, w tym naszego flisaka wraz z pełzającym fan-klubem. Ratusz ponownie stał się muzeum we wrześniu 1946 r., a ulubieniec torunian rozpoczął wieloletnią tułaczkę po mieście. Na początku dostał własną jednostkę pływającą w basenie na tyłach Collegium Minus. Dziś w tym miejscu jest Fontanna Cosmopolis, ale wtedy – w drugiej połowie lat ’40 – był jakiś zbiornik wodny. Flisak nie zabawił tam długo, bo na przełomie lat ’40 i ‘50 przeniesiono go przed dzisiejszy Urząd Marszałkowski, który wówczas zajmowały władze miejskie. Ale i tam nie zagrzał długo miejsca. Wreszcie w połowie lat ’50 trafił do alpinarium. Odzyskał swoje żabki, które wynurzały się z oczka wodnego i odwrócone tyłem do figury, wsłuchiwały się w niesłyszalną dla ludzkiego ucha, grę flisaka Iwo. W cieniu Krzywej Wieży, Iwo grał przez blisko trzy dekady. W 1983 r. podjęto decyzję, aby nasz skrzypek i jego pełzające groupie wrócili do centrum. Odbudowano studzienkę i 19 maja 1983 r. figura ponownie stanęła na cokole na Rynku Staromiejskim.
flisak na tyłach Collegium Minus | źródło: Flisak toruński
lata '70, flisak w alpinarium | fot. Lech Kadlec
Od tamtej pory właściwie nic się nie zmieniło. No, może poza kilkoma smyczkami, które swego czasu stawały się częstym łupem „łowców pamiątek”. Mimo upływu lat, popularność flisaka i żabek nie maleje. Punkt ten szczególnie upodobali sobie najmłodsi oraz… gołębie. To zrozumiałe, bo przecież flisaka nie da się nie lubić. Georg Wolf stworzył przesympatyczną postać, która towarzyszy torunianom już od ponad wieku. I miejmy nadzieję, że przetrwa kolejne.




L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R 
ul. Rynek Staromiejski / zachodnia ściana Ratusza
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

środa, 27 grudnia 2017

Krowi Mostek

Podgórz / Piaski.
Na Podgórz docieram rowerem w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Jest słoneczne, rześkie przedpołudnie – w sam raz, aby spalić trochę kalorii nagromadzonych przez ostatnie dwa dni. Tuż przed wigilią dowiedziałem się, że po kilku miesiącach, remont Krowiego Mostka dobiegł końca. To była dobra wiadomość przede wszystkim dla mieszkańców Podgórza, dla których tunel pod torami, to znaczne ułatwienie w dotarciu choćby do śródmieścia. Postanowiłem więc na własne oczy zobaczyć efekt prac, jednocześnie mając w pamięci i na zdjęciach, obrazy sprzed roku.

Ulica Wiślana – krótka i niepozorna, na pewno nie rzuca się w oczy, ucieka od Poznańskiej w bok i biegnie ostro w dół, zakręca i znika pod nasypem kolejowym, by wyskoczyć po drugiej stronie, wprost na ul. Nieszawską. To, co jest pod nasypem, to Krowi Mostek – bohater niniejszego wpisu, łącznik między Podgórzem a Piaskami. Zastanawiacie się pewnie, skąd się wzięła ta nazwa – Krowi Mostek. „Krowi” dlatego, że dawno, dawno temu przepędzano tędy bydło z Podgórza na łąki rozciągające się w sąsiedztwie linii brzegowej Wisły. A „Mostek”? To jest większa tajemnica, bo tak naprawdę, nikt nie wie, dlaczego tunel mostkiem się stał. Być może ktoś, kiedyś rzucił „Chodźcie, moje Mućki, idziemy przez Krowi Mostek”, ktoś inny to usłyszał, spodobało mu się i zaczął też tak mówić, a potem nazwa szybko się rozniosła po miasteczku Podgórz i tak już zostało? A może pierwotnie rzeczywiście była tam jakaś kładka? Tak czy inaczej, przejście w tym miejscu pojawia się już na planach z końca lat ’70 XIX wieku, o czym swego czasu pisała Katarzyna Kluczwajd na swoim blogu.

Nie wiemy jednak, jak dokładnie wyglądał pierwotny Krowi Mostek. Plan z 1879 r., to jedyny ślad. Nie są znane żadne zdjęcia czy rysunki. Wiemy jednak, że tunel swój dzisiejszy kształt zyskał w latach ’30 XX wieku. To właśnie w okresie międzywojennym podziemne przejście otrzymało betonowe oblicze. Zarówno wtedy, jak i w czasie II wojny światowej, tunel wydłużał się wraz z dokładaniem kolejnych linii torów. Nawet dziś widać różnicę między etapami rozbudów. Gdy wejdziecie pod tunel, zwróćcie uwagę, że strop nie ma równej wysokości. Ta niższa część została wybudowana rękami jeńców radzieckich, dla których Krowi Mostek w latach 1941-1942 był domem i miejscem pracy jednocześnie. Choć „dom” to zdecydowanie zbyt mocne słowo i należałoby wziąć je w cudzysłów. Niemcy bowiem zaadaptowali podziemne przejście na obóz jeniecki.

Opowiedział o tym Jan Neuman z Podgórza, który mieszkając w sąsiedztwie ulicy Wiślanej, osobiście widział podziemny obóz.
„Na początku i końcu najstarszej części Krowiego Mostu były drewniane wrota, zamykane łańcuchem na noc. W środku były trzykondygnacyjne prycze drewniane.
źródło: Toruniarnia
Po wojnie Krowi Mostek częściej, niż krowom, służył koniom… mechanicznym. Ulica Wiślana stała się wygodnym skrótem dla kierowców, rowerzystów i pieszych, zmierzających czy to nad Wisłę, czy w stronę mostu Piłsudskiego, czy odwrotnie – na Podgórz. Niestety, nieremontowany tunel popadał w coraz większą ruinę, a po każdej większej ulewie, przypominał kryty basen. Stara nawierzchnia właściwie przestała istnieć, oświetlenie dawało niewiele światła. Miejsce rozpalało wyobraźnię i nadawało się na plan zdjęciowy horroru czy postapokalipktycznej produkcji o mieście-widmo. Krowi Mostek był w tak fatalnym stanie, że w styczniu 2017 roku podjęto decyzję o zamknięciu go dla ruchu samochodowego. Jakiś czas później rozpoczął się długo wyczekiwany remont, a tuż przed wigilią Bożego Narodzenia, przejście ponownie otwarto. Jest nowa nawierzchnia, system odpływowy i oświetlenie, ściany pomalowano, sufit naprawiono, a chodnik sprawia wrażenie szerszego, choć może to tylko moje złudzenie. Jest ładnie, choć już nie tak czysto. Kilka dni wystarczyło, aby jacyś durnie bez krzty rozumu, za to ze sprayem w łapach, zostawili po sobie ślady na ścianach.

Całkowity koszt remontu tunelu i ul. Wiślanej wyniósł 1,4 mln zł. Miejmy nadzieję, że Krowi Mostek będzie służył mieszkańcom przez pokolenia, a miłośnicy Torunia dostrzegą w nim architektoniczną ciekawostkę, której warto przyjrzeć się bliżej.
zdjęcie z grudnia 2017 r.
j.w.
zdjęcie z listopada 2016 r.
j.w.
zdjęcie z grudnia 2017 r., wylot na ul. Nieszawską
j.w.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
ul. Wiślana
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>