środa, 18 października 2017

Kamienica Gutenberga (Dom Prasy)

Jeszcze 140 lat temu, chcąc wejść na ulicę Św. Katarzyny, musielibyśmy przekroczyć bramę jej imienia. Dziś, po bramie nie ma śladu, choć kilka kamienic jeszcze ją pamięta. Została rozebrana w 1884 roku i – podobnie jak trzy inne bramy Nowego Miasta – należy do zamierzchłej przeszłości. Jednak nawet, gdyby nadal stała, to i tak pozostawałaby w cieniu blasku Domu Prasy, zwanym też „Kamienicą Gutenberga”.

O Janie Gutenbergu słyszał chyba każdy. Ten średniowieczny wynalazca zasłynął, jako twórca pierwszej na świecie przemysłowej metody druku. Wynalazł ruchomą czcionkę, choć niektórzy twierdzą, że pierwsi byli Chińczycy. Być może, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie Gutenberg zrewolucjonizował w Europie drukarstwo, przeszedł do historii i utkwił w naszej świadomości. Jeśli chcecie bardziej szczegółowego wykładu na temat historii druku, polecam odwiedzić Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa w Grębocinie

Dobra, wróćmy na nasze podwórko. Bezpośrednie związki Gutenberga z Toruniem są żadne, ale kilkaset lat po jego śmierci, niejaki Karol Dombrowski – toruński drukarz i wydawca „Thorner Presse” – postanowił upamiętnić niemieckiego wynalazcę rzeźbą. Ta rzeźba do dziś zdobi kamienicę wzniesioną w 1905 roku przy ul. Św. Katarzyny 4. Dombrowski – co pewnie przeszło jego oczekiwania – stworzył najpoczytniejszy niemieckojęzyczny dziennik XIX-wiecznego Torunia. Gazeta wydawana była od 1883 roku, ale związki Dombrowskiego z drukarstwem sięgają co najmniej 1 lipca 1848 r. Właśnie wtedy Dombrowski kupuje drukarnię w Lubawie. Do tej pory prowadził ją facet z Brodnicy nazwiskiem Koehler. Początki nie były jednak łatwe. Po dwóch latach swej działalności, Karol popadł w długi, ale pomocną rękę wyciągnął do niego Lohde z Chełmna. Zapewne dlatego, że miał na pieńku zarówno z Koehlerem, jak i Ernestem Lambeckiem z Torunia (tak, tak, tym samym, który jako pierwszy wydał pełną i nieocenzurowaną polską wersję „Pana Tadeusza”). Ta „pomocna dłoń” oznaczała de facto przejęcie całego interesu, chociaż Dombrowski nadal prowadził go pod własnym szyldem. Po następnych dwóch latach, biznes padł definitywnie, a o Karolu Dombrowskim usłyszymy ponownie dopiero w 1883 roku.
źródło: KPBC
„Thorner Presse”, to był strzał w dziesiątkę. Pisana gotykiem gazeta, stała się najpopularniejszym dziennikiem ówczesnego Torunia. Od początku redakcja i drukarnia swoją siedzibę miały przy ul. Św. Katarzyny (Katharinenstraße), choć na przestrzeni lat pod kilkoma różnymi numerami. Wreszcie, na początku XX wieku, nieopodal miejsca po bramie św. Katarzyny, rusza budowa okazałej kamienicy. W końcu największa gazeta w mieście zasługuje na godną siedzibę. Fasada zostaje zaprojektowana tak, aby nikt nie miał wątpliwości, co do przeznaczenia obiektu. Nad głównym wejściem staje sam Gutenberg. Co ciekawe, w Polsce znane są tylko cztery rzeźby przedstawiające niemieckiego wynalazcę; oprócz Torunia, znajdziecie je także w Gdańsku, Łodzi i Częstochowie. Kolejnym charakterystycznym elementem toruńskiej kamienicy są płaskorzeźby przedstawiające pracę drukarzy. Są też orły; chociaż kojarzą się z godłem Prus Wschodnich, jakoś niespecjalnie pasują do miasta Prus Zachodnich. Ale pal je sześć, bardziej interesujący jest połączony herb Starego i Nowego Miasta Torunia. Piękny detal, a do tego samo połączenie rzadko spotykane.

„Thorner Presse” w 1907 roku zmieniło nazwę na „Die Presse”. Gazeta przetrwała do 1918 r.  W ciągu ponad 35 lat wydano przeszło 10 000 numerów. W 1920 r. do kamienicy przy Św. Katarzyny 4 wprowadziła się Drukarnia Toruńska S.A. – wydawca „Słowa Pomorskiego”, kolejnego miejscowego giganta, chociaż zupełnie innych czasów. Po wojnie kolejnym lokatorem były Toruńskie Zakłady Graficzne. Obecnie to budynek mieszkalny. Podobnie jak kamienica Roberta Tilka, tak i ta przeszła renowację i odzyskała swój dawny blask. Dom Prasy, to dziś jeden z najpiękniejszych zabytków całej toruńskiej starówki. Zabytek, na który nie tylko warto rzucić okiem, ale i dłużej zatrzymać wzrok, do czego też gorąco zachęcam.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

wtorek, 10 października 2017

KSIĄŻKA #29 | „Henryk Stroband (1548-1609) – burmistrz toruński” – praca zbiorowa

Mam przed sobą kolejną publikację z serii Biblioteka ToMiTo. Nie jest to jakieś opasłe tomiszcze, wręcz przeciwnie – książka ma niewiele ponad 100 stron i składa się z czterech rozdziałów/artykułów. Wszystkie krążą wokół jednej postaci – Henryka Strobanda, burmistrza, który odmienił Toruń. 

Autorem pierwszego tekstu i jednocześnie redaktorem całości jest Krzysztof Mikulski, autor m.in. kilku artykułów publikowanym w „Roczniku Toruńskim”. W rozdziale Toruń w drugiej połowie XVI i na początku XVII wieku, Autor kreśli szerszy kontekst historyczny i geopolityczny obraz Torunia, w którym funkcjonowali, i jakim rządzili Strobandowie. To także swego rodzaju wstęp do kolejnych artykułów.

W rozdziale II Strobandowie w Toruniu Michał Targowski opisuje genezę pojawienia się Strobandów w naszym mieście. Swoją uwagę skupia na przodkach Henryka: Christianie i Janie – dziadku i ojcu naszego głównego bohatera, a także jego potomkach. Burmistrzowski ród istniał w Toruniu przez blisko dwa wieki, ale to właśnie za czasów Henryka Strobanda przeżywał swój moment kulminacyjny. Każde kolejne pokolenie oznaczało pomniejszanie majątku, utratę władzy i powolny upadek Strobandów, aż do ich całkowitego zniknięcia z przestrzeni Torunia.

Rozdział III napisał Janusz Małłek. W swym tekście skupia się na życiorysie Henryka Strobanda, opisuje przeprowadzone przez niego reformy i rozbudowę Torunia. Z rozdziału Burmistrz Henryk Stroband (1548-1609), reformator instytucji miejskich i współtwórca Gimnazjum Akademickiego w Toruniu wyłania się obraz człowieka, który miał pomysł na miasto i wiedział, jak usprawnić jego funkcjonowanie. Dziś powiedzielibyśmy o nim „prawdziwy gospodarz i wizjoner”.

Tę opinię potwierdza Piotr Birecki w ostatnim rozdziale Toruń burmistrza Henryka Strobanda, czyli miasto doskonałe. Niestety, Autor tekstu w wielu miejscach znacząco oddala się od tematu, przez co jego artykuł może wydawać się chaotyczny. I o ile pozostali Autorzy potrafili odejść od języka typowo naukowego, o tyle Pan Birecki temu nie podołał. A szkoda, bo publikację odebrałem jako książkę popularyzatorską, mającą przybliżyć torunianom postać Henryka Strobanda i dzieje jego rodziny. Ostatni rozdział nieco psuje ten odbiór i tak naprawdę niczego nowego nie wnosi.

Pomijając rozdział IV, uważam, że publikacja zasługuje na Waszą uwagę, przybliża bowiem najważniejszą postać Torunia z przełomu XVI i XVII wieku. A jeśli chcecie poznać sylwetkę burmistrza od razu i w skrócie, odsyłam Was do mojego artykułu Zdrój Henryka Strobanda, który zresztą powstał w oparciu o niniejszą książę.

ISBN: 978-83-7611-825-3
wydawca: Adam Marszałek | ToMiTo
ilość stron: 104
rok wydania: 2010
typ okładki: miękka
seria: Biblioteka ToMiTo

poniedziałek, 9 października 2017

Zdrój Henryka Strobanda


Stare Miasto.
Rynek Staromiejski – serce miasta, które od setek lat bije równie mocno. Zmieniają się twarze przechodniów, handlarzy i ich stroje; lady uginające się od towarów spożywczych i tkanin, zastąpiły kioski z pamiątkami, a reszta handlu przeniosła się do kamienic. Kamienice też zmieniały się na przestrzeni wieków; nowe wypierało stare, również sam ratusz uległ przekształceniom. Choć na pierwszy rzut oka Stary Rynek sprawia wrażenie miejsca zawieszonego w czasie, to jednak, gdy się dokładniej przyjrzymy, zauważymy pewne nowe, czy raczej (adekwatnie będzie napisać) współczesne, elementy – tak zwaną „małą architekturę”. W 2011 roku do pocztu pomników i pomniczków, dołączył pomnik w formie zdroju. Nie rzuca się w oczy, nie jest nachalny, ani krzykliwy w swej formie, stoi dyskretnie w cieniu drzew i gmachu poczty. Powstał z inicjatywy Rady Miasta i Towarzystwa Miłośników Torunia. Powstał, aby uhonorować i przypomnieć postać jednego z najwybitniejszych toruńskich burmistrzów – Henryka Strobanda.
portret Henryka Strobanda,
źródło: Nasze Kujawsko-Pomorskie
Ale zacznijmy od początku. Był rok 1548, kiedy na świat przyszedł Henryk. Był najstarszym synem Jana Strobanda, którego nie powinniśmy wspominać najlepiej. Janek również sprawował urząd burmistrza Torunia, ale zamiast o miasto, dbał przede wszystkim o własny majątek. Wykorzystując swoją pozycję, bezwzględnie powiększał rodzinną fortunę. Dziś znalazłoby się na niego kilka paragrafów, ale wtedy… To był inny świat, którym rządziły inne reguły. Zatem zostawmy starego Janka i skupmy się na jego synu. Będąc najstarszym z nowego pokolenia Strobandów, był postrzegany jako naturalny następca swego papy. Nie czarujmy się, dzięki rodzinnym koneksjom i fortunie Henryk miał doskonały start i dostęp do najlepszych uczelni w Europie. Studiował filozofię, nauki polityczne i prawo na uniwersytecie luterańskim we Frankfurcie. Ten ostatni kierunek kontynuował potem na uniwerku w Tybindze; w Wittenberdze podjął studia teologiczne, a w Strasburgu pobierał nauki u znanego pedagoga Jana Sturma. To właśnie Sturm ukierunkował go, jako późniejszego burmistrza-reformatora.

Po skończonych studiach, Henryk powrócił do Torunia, ale nie cieszył się długo wolnością. Niespełna rok po swoim powrocie, dokładnie 9 maja 1574 roku, wziął ślub z Katarzyną Soldau – córką kupcy z Gdańska. Oczywiście wszystko zostało zaaranżowane przez Jana i ojca panny młodej. Dzieciaki nie mają nic do gadania. Dzieciaki! Heniek ma już wtedy 26 lat, ale i tak w sprawie małżeństwa ma niewiele do powiedzenia. Strobanda i Soldau mają wspólne interesy i połączenie rodzin jest im zwyczajnie na rękę. 

W czasach, gdy nikomu się nie śniło o serialach na Netflixie, a książki były zwyczajnie nudne, nic dziwnego, że z braku innych zajęć, chłop na babę często właził. Katarzyna i Henryk doczekali się dwanaściorga dzieci. Pierworodny dostanie imię Henryk II i wiele lat później obejmie schedę po swym ojcu i dziadku, ale najpierw karierę polityczną rozpoczyna Henryk I.

Rok po ślubie (w 1575 r.), Henryk Stroband zostaje ławnikiem w Sądzie Staromiejskim. Na razie nie może zostać rajcą, ponieważ jego ojciec nadal żyje, a prawo mówi, że więcej, niż jeden członek rodziny, nie może zasiadać w radzie miasta. Stary musi więc najpierw kopnąć w kalendarz, aby zrobić miejsce synowi. Dzieje się to dopiero w roku 1585. W 1587 Henryk, po dwóch latach zasiadania w radzie, wskakuje na fotel burmistrza. Dla Torunia – jak potem napiszą historycy – zaczyna się „Złoty Wiek”. Czas dobrobytu, dobrych reform i rozbudowy.

Henryk Stroband bardzo szybko zostaje królewskim burgrabią, bierze udział w posiedzeniach senatu i sejmiku generalnego Prus Królewskich, a także reprezentuje Toruń i dzielnicę pruską w sejmie Rzeczypospolitej. Zna język polski, więc jest mu łatwiej. W natłoku obowiązków, na pierwszym miejscu stawia jednak Toruń. Jego czołową reformą była ta związana z toruńskim gimnazjum. Zmiany zakładały m.in. wydłużenie okresu nauczania z 6 do 10 lat, wykreślenie z programu przedmiotów ścisłych, w tym matematyki. Szkoła, jak marzenie – powiedzieliby humaniści i faktycznie coś w tym było. Stroband chciał, aby większą wagę przywiązywano do umiejętności praktycznych: czytania, pisania, szlifowania oratorstwa. Kim mógł zostać absolwent gimnazjum? Sekretarzem, kancelistą, a jak dobrze się zakręcił, albo miał wpływowego ojca, to i posłem czy dyplomatą. Prezydenci miast musieli posiadać większą wiedzę, co zapewniały studia. Tak czy siak, wszyscy byli zmuszeni ogarnąć łacinę. Wkuwali ją, ile wlazło. Wprowadzono nawet dzienne minimum słówek, jakich każdy uczeń musiał się nauczyć, a warunkiem zdania z klasy do klasy, był poprawnie napisany egzamin zamykający rok szkolny. Gimnazjum Strobanda z pewnością nie należało do szkół łatwych i przyjemnych, ale dzięki reformie toruńskiego burmistrza, która likwidowała chaos w nauczaniu, opuszczający szkolne mury młodzieniec, był bardzo dobrze przygotowany do dalszego kształcenia się.

Jednak Stroband bynajmniej nie poprzestał na wprowadzeniu suchych przepisów. Zadbał też o odpowiednią infrastrukturę dla młodzieży: utworzył bibliotekę gimnazjalną, pomieszczenia klasztoru franciszkanów przeznaczył na sale dydaktyczne, a w 1601 roku, przy ulicy Piekary, zbudował bursę (internat), gdzie schronienie znaleźli również biedniejsi uczniowie. Następnym krokiem, a jednocześnie marzeniem burmistrza, było utworzenie w Toruniu uniwersytetu; niestety śmierć Strobanda pokrzyżowała te plany.

Gimnazjum, choć niewątpliwie było oczkiem w głowie Henryka, nie zajmowało całej jego uwagi. W czasie 22 lat rządzenia miastem, Stroband przeprowadził wiele innych reform, a jedną z najważniejszych było unormowanie opieki nad wdowami i sierotami. Nad ich losem, burmistrz pochylał się ze szczególną troską. Dobrze wiedział, że ich opiekunowie często dopuszczają się nadużyć, dlatego wstęp do przepisów otwierał cytat ze Starego Testamentu: „Jeśli usłyszę krzyk wdowy lub sieroty, która będzie się skarżyć na ciebie, to szpadą cię uśmiercę, a twoja kobieta będzie wdową, a dzieci sierotami”. Wprowadził też szereg innych ustaw, zmieniających na lepsze życie mieszkańców Torunia. Nie będę tu ich wymieniał, ale zainteresowanych odsyłam do książki „Henryk Stroband (1548-1609) – burmistrz toruński”.

Stroband również budował i przebudowywał. Przebudował ratusz, dodając w nim jedno piętro, w 1591 roku przedstawił plan budowy fortyfikacji, w 1597 z jego inicjatywy powstał arsenał miejski, cztery lata później odwach. Swoimi decyzjami udowadniał, że jest burmistrzem wszystkich torunian, zarówno tych niemiecko jako i polskojęzycznych. Henryk Stroband zmarł w 1609 roku na zapalenie płuc. Miał 61 lat.

Wróćmy jeszcze na chwilę do teraźniejszości. Zdrój zasłużonego burmistrza Torunia stanął na Rynku Staromiejskim w kwietniu 2011 roku. Autorem bryły jest rzeźbiarz Marek Moderau, twórca m.in. powązkowskiego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. Na samej górze dostrzeżecie płaskorzeźbę salamandry i napis „DURABO” – to łacińska dewiza Torunia, oznaczająca „Przetrwam”. Poniżej, tuż nad kranem, widać pieczęć Nowego Miasta oraz dwie pieczęcie Starego Miasta: tzw. maryjną z drugiej połowy XIII wieku oraz świętojańską (zwaną też „sekretną”). Rewers zdroju to płaskorzeźba Strobanda, jego krótki życiorys i fragment herbu rodzinnego (czyżby pieczęć?).

A dlaczego pomnik stanął akurat w tym miejscu? Otóż zanim w 1894 roku wyrósł piękny gmach poczty, stał tu dom Strobandów. Mieszkał w nim Henryk, a wcześniej jego ojciec Jan i dziadek Christian. Miejsce więc idealne, aby upamiętnić zasłużonego torunianina. Jeśli zaś chcecie znaleźć inne ślady burmistrzowskiego rodu, to zajrzyjcie do pobliskiego kościoła mariackiego. Właśnie tam wisi imponujących rozmiarów, bogato zdobione epitafium Christiana i Jana Strobandów. Jeśli zaś jesteście rządni bardziej szczegółowej wiedzy, odsyłam do książki „Henryk Stroband (1548-1609) – burmistrz toruński” pod redakcją Krzysztofa Mikulskiego. Prezentacja publikacji już wkrótce na „Po Toruniu”.
epitafium Stobandów w kościele NMP

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

sobota, 30 września 2017

Julian Fałat na muralu

Na początku 1920 roku nie tylko żołnierze generała Hallera wkroczyli do Torunia. Razem z nimi weszli także ludzie sztuki. Jednym z nich był malarz Julian Fałat, którego 88 lat po śmierci upamiętniono muralem.

Czteropiętrowy blok przy ulicy Juliana Prejsa 2 został oddany do użytku w 1980 roku, wtedy – na początku lat ’80 – rodziło się osiedle Na Skarpa, kolejna sypialnia we wschodnim skrzydle Torunia. Wówczas nikt nie znał słowa „mural”, a i „street art”, czy brzmiąca bardziej swojsko „sztuka uliczna”, mogła kojarzyć się, co najwyżej, z pobazgranymi śmietnikami. Na szczęście nasza świadomość się zmienia, a pomalowanych ścian przybywa. Niestety, z poziomem artyzmu wciąż bywa różnie, ale nie o tym chciałem dziś pisać. Mural na bocznej ścianie bloku przy ulicy Prejsa 2 (choć widziany od strony ul. Konstytucji 3 Maja), przypomniał mi o postaci Juliana Fałata, który w Toruniu miał swój krótki, choć znaczący, epizod. Ale od początku…
Julian Fałat urodził się 30 lipca 1853 roku we wsi Tuligłowy, pod zaborem austriackim. Krakowską Szkołę Sztuk Pięknych ukończył w 1871, potem jeszcze przez dwa lata studiował na monachijskiej akademii. W 1885 roku rozpoczął podróż dookoła świata i to ona ukształtowała go jako artystę. Po roku wrócił do Polski już jako rozpoznawalny i ceniony malarz. W swojej Alma Mater został profesorem, a później dyrektorem, który przekształcił szkołę w akademię. Jego obrazy – głównie pejzaże – były znane w całej Europie. W 1900 roku ożenił się z Włoszką Marią Luizą Comello de Stuckenfeld. Mieli trójkę dzieci: Helenę, Kazimierza i Lucjana. Helena została później żoną najbardziej znanego kolaboranta III Rzeczy – Igo Syma. Dwa lata po swoim ślubie, Julian zbudował willę w Bystrej, gdzie na stałe wprowadził się w 1910 r. Rodzinna sielanka nie trwała długo – Maria Luiza umiera 6 lat później, ma 37 lat.
"Odpoczynek myśliwych w lesie" (1889), wł. Muzeum Okręgowe w Toruniu
Toruński epizod Fałata zaczyna się na początku 1920 roku. Do Grodu Kopernika przybył razem z armią Hallera. Zresztą w tamtym okresie przyjechało tu wielu artystów, nauczycieli i urzędników. W końcu ktoś musiał zbudować stolicę województwa pomorskiego. Później, już w PRL-u, będzie się o tym mówiło, jako o „najeździe galicyjskim”, a to dlatego, że Julian Fałat i jemu podobni, dotarli do Torunia z byłego zaboru austriackiego. Artysta miał wówczas 67 lat i od jakiegoś czasu cieszy się emeryturą. Wciąż jednak malował i angażował się, czy wręcz tworzył życie kulturalne. Kupił kamienicę przy ulicy Fosa Staromiejska 28 (wówczas Plac Teatralny 42), w której zamieszkał. To tam odbywały się pierwsze spotkania ludzi sztuki, ale swe dzieła podobno tworzy gdzie indziej. Znalazłem informację, że miał pracownię w hotelu „Pod Lwem” przy ulicy Żeglarskiej 2. Fałat powiedział kiedyś, że „w Toruniu jest za dużo czerwonego koloru”, nic więc dziwnego, że wybrał Żeglarską, skąd miał widok na Wisłę, gdzie czerwień nie raziła w oczy. Zresztą Wisła przewija się w wielu jego pracach. Bardzo lubił malować barki, ale na płótnie uwiecznił też pierwszą toruńską procesję Bożego Ciała z 1920 r. 
"Barki na Wiśle pod Toruniem" (1920), źródło: Muzeum Cyfrowe
"Procesja w dzień Bożego Ciała w Toruniu" (1920), źródło: Muzeum Cyfrowe
16 grudnia 1920 r., w kameralnej salce restauracji „Pod Ratuszem”, zawiązuje się Konfraternia Artystów. Pierwszy zarząd tworzą: Julian Fałat, Artur Górski (nie, nie ten od wywiadów z „Masą”) oraz Otto Steinborn. Konfraternia była jednocześnie klubem artystów, jak i sposobem pobudzania inicjatyw kulturalnych, dała początek m.in. Pomorskiemu Towarzystwu Muzycznemu czy Konserwatorium Muzycznemu. Z towarzystwem z podziemi Ratusza związali się m.in. dobrze nam znany rzeźbiarz Ignacy Zelek, czołowy architekt modernistycznego Torunia – Kazimierz Ulatowski czy kompozytor, twórca „Hymnu Pomorza” – Zygmunt Moczyński. Ale wróćmy do samego Fałata…
Artysta nie zagrzał w Toruniu miejsca. Już w 1921 roku wyjechał do Warszawy, aby objąć posadę dyrektora Departamentu Sztuki przy Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Jednak Grodu Kopernika nie można zostawić, od tak sobie. Toruń przyciąga, dlatego też Fałat przyjeżdżał tu od czasu do czasu, angażując się i pomagając w przedsięwzięciach kulturalnych.

W 1923 roku malarza spotyka kolejna tragedia. Syn Lucjan umiera w wieku zaledwie 20 lat. Fałat zakłada fundację jego imienia, a kamienicę przy Fosie Staromiejskiej 28 przekazuje Towarzystwu Opieki nad Dziećmi, które zajmuje się między innymi sierotami przywiezionymi z Rosji. Po okresie warszawskim wrócił do Bystrej, gdzie zmarł 9 lipca 1929 roku.

Julian Fałat był jednym z najwybitniejszych polskich akwarelistów, przedstawicielem realizmu i impresjonistycznego pejzażu. Kilka jego dzieł można zobaczyć w naszym Ratuszu Staromiejskim, a także (w tym płótna toruńskie) w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Na koniec jeszcze parę słów o tym, co zostało pokazane na muralu. Widoczna na ścianie bloku postać, to oczywiście Julian Fałat, a konkretnie przefiltrowany autoportret malarza z 1896 roku, natomiast kamienica na drugim planie, to ta stojąca przy Fosie Staromiejskiej 28. Tak, wciąż stoi, więc możecie ją sobie obejrzeć na żywo.
"Autoportret" (1896), źródło: Muzeum Cyfrowe
dom widoczny na muralu, to...
...kamienica stojąca przy Fosie Staromiejskiej 28

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

niedziela, 24 września 2017

KSIĄŻKA #28 | „Wspomnienia Torunianina z Podgórza” – Tadeusz Zakrzewski

Był jedną z najbardziej zasłużonych postaci współczesnego Torunia. Kolekcjoner pocztówek i plakatów, bibliofil, badacz dziejów naszego miasta i popularyzator lokalnej historii. Tadeusz Zakrzewski odszedł 24 marca 2014 roku, a dwa lata później ukazały się Jego wspomnienia.

Publikację otwiera wprowadzenie Zefiryna Jędrzyńskiego – drugiego redaktora naczelnego „Nowości”, który w skrócie przedstawia biogram Tadeusza Zakrzewskiego oraz opis tego, co znajdziemy w niniejszej książce. A znaleźć tu można całkiem sporo ciekawych informacji. Przede wszystkim przedwojenny szkic Podgórza i jego mieszkańców. Autor szczegółowo opisuje swój rodzinny dom przy ulicy Głównej 13, najbliższą familię, przyjaciół i sąsiadów, miejsca zabaw czy pierwsze eskapady na drugą stronę Wisły. Lata młodzieńczej beztroski przerywa wojna. 17-letni Tadeusz pod niemiecką okupacją zostaje elektrykiem w zakładzie Winklera, potem angażuje się w konspiracyjny Związek Jaszczurczy. W tej części nie mogło zabraknąć informacji o wielkim wybuchu trotylu, do jakiego doszło na Podgórzu 24 stycznia 1945 roku. U schyłku wojny, to właśnie lewobrzeżna dzielnica Torunia była tą, która najbardziej ucierpiała w czasie całej drugiej wojny światowej. Wspomnienia Autora sięgają jeszcze pierwszych powojennych lat, by później ustąpić miejsca dziennikowi.

Wspomnienia Torunianina z Podgórza, to przede wszystkim gratka dla miłośników lewobrzeżnego Torunia i jego historii, a lekki, obrazowy język Zakrzewskiego, tylko dodaje tej publikacji wartości. Niestety, książka wydana w bardzo skromnym nakładzie (jedynie 200 egzemplarzy) nigdy nie trafiła do księgarń, nawet tych kameralnych.

A na sam koniec taka mała ciekawostka. Nie ma związku z samą książką, a jedynie z postacią Tadeusza Zakrzewskiego. 28 lutego 1975 roku w Ilustrowanym Kurierze Polskim ukazał się artykuł mojego taty poświęcony niecodziennemu hobby toruńskiego kolekcjonera. Tata odwiedził Zakrzewskiego w Jego mieszkaniu przy ul. Sienkiewicza i mógł na własne oczy zobaczyć imponującą kolekcję plakatów. Poniżej zamieszczam cały artykuł oraz oryginalne fotografie z Tadeuszem Zakrzewskim przeglądającym swe zbiory. Zwróćcie uwagę na widoczne na zdjęciach plakaty. Na pierwszym widać poster, w którym wykorzystano znakomitą grafikę Torunia z lat '30 autorstwa Stefana Norblina. Nie jest to oryginał o czym świadczy widoczny fragment tekstu. Na drugim ujęciu załapała się reklama czekolad Wessego oraz afisz z 1933 r. upamiętniający 700 rocznicę wydania dokumentu lokacyjnego Torunia.

ISBN: 978-936638-1-1 (?)
wydawca: Towarzystwo Bibliofilów im. J. Lelewela
ilość stron: 360
rok wydania: 2016
typ okładki: miękka