9 września 2019

Generałówka

Stare Miasto » ul. Przedzamcze 3
✔️ WPIS NR 37/2019 (314)
Toruńska starówka już niejednokrotnie opowiadała nam o swojej historii. Tutaj, niemal każda ulica, każdy budynek, skwer czy zaułek ma coś ciekawego do przekazania. Tym razem będzie trochę mroczniej i tajemniczo. Słyszycie gwizd z czołówki Z archiwum X? Z pewnością sprawą zainteresowaliby się agenci Mulder i Scully, gdyby Toruń podlegał jurysdykcji FBI. Tak jednak nie jest, więc nie mamy co na nich liczyć. Sprawa ta nigdy też nie trafiła do Macieja Trojanowskiego ze Strefy 11. Jesteśmy więc zdani na siebie. A zatem... 

Po raz pierwszy o sprawie tajemniczych zgonów mieszkańców dworku przy ul. Przedzamcze 3, przeczytałem kilka lat temu w „Nowościach” lub „Pomorskiej”, nie pamiętam dokładnie. I pewnie w ogóle bym o tym nie pisał, gdyby historia nie została przypomniana przez Krzysztofa Halickiego w książce Sekrety Torunia. Chociaż nie jest to kryminał, w tej opowieści jest siedem trupów. Co je łączy? Każdy zmarły był generałem (choć różnych wojsk) i wszyscy mieszkali kiedyś pod tym samym adresem (choć w różnych latach).
pocztówka z ok. 1910 r. | za: KPBC
A wszystko zaczęło się – zdaniem Halickiego – jeszcze w czasach pruskich. Zbudowany pod koniec XVIII wieku dworek, siedzibą generalicji zaczął być w drugiej połowie XIX wieku. I to właśnie wtedy mieszkańcy Torunia zaczęli mówić o tym budynku: „przeklęty”. Wszystko za sprawą śmierci trzech generałów, którzy na przełomie XIX i XX wieku mieszkali w dworku, a potem zginęli. Dwóch pierwszych zabrały wojny: francusko-pruska i pierwsza światowa, trzeci zginął w wypadku samochodowym. Powiecie: przecież na wojnach ludzie giną, a wypadki drogowe od zawsze zbierały żniwo. Być może, ale na tym historia się nie kończy, choć przez kolejne lata nie odnotowano żadnych dziwnych zgonów. 

Być może dlatego, że dworek zajęły Siostry Elżbietanki pełniące posługę w budynku naprzeciwko, który wówczas był szpitalem. Leczono tam między innymi chore wenerycznie prostytutki. W tamtym czasie Przedzamcze należało do... hmmm... niezwykle barwnych zakątków Starego Miasta, ale to temat na zupełnie inną opowieść.
pocztówka z lat '30 | za: Toruń na starych widokówkach (wyd. VIA, 2003)
W drugiej połowie lat '20 postanowiono, że dworek ponownie stanie się Generałówką. Jak się miało okazać, dla przyszłych mieszkańców nie była to dobra decyzja. Uśpiona klątwa otworzyła swe ślepia i zapragnęła kolejnych generalskich dusz. Nie rzuciła się jednak od razu na kolejnego dostojnika w mundurze. Na odpowiednią okazję czekała jeszcze jedenaście lat.

W księdze adresowej z 1937 r. pod adresem Przedzamcze 3 możemy znaleźć nazwisko generała Włodzimierza Maxymowicza-Raczyńskiego. Wojskowy od 28 lipca 1927 r. dowodził 4 Dywizją Piechoty, a rok 1937 był ostatnim, w którym przewodził tej formacji. W lipcu jego miejsce zarówno w roli dowódcy, jak i mieszkańca dworku, zajął 44-letni pułkownik Mikołaj Bołtuć. Jego o dwa lata starszy poprzednik przeniósł się do Warszawy, obejmując szefostwo Broni Pancernych Ministerstwa Spraw Wojskowych. Maxymowicz-Raczyński nie cieszył się długo awansem. 23 lutego 1938 r. wybrał się do Berlina na wystawę samochodową. Następnego dnia znaleziono go martwego w pokoju Hotelu Eden. Oficjalna przyczyna zgonu: zawał serca, jednak nieoficjalnie mówiło się iż generał został otruty.

Rok później, dokładnie 19 marca 1939 r. pułkownik Mikołaj Bołtuć otrzymał nominację na generała brygady. Długo czekał na ten awans, pułkownikiem był już ponad jedenaście lat. Krzysztof Halicki we wspomnianej już książce Sekrety Torunia twierdzi, jakoby kilka dni po  nominacji, generał miał ulec wypadkowi samochodowemu w drodze do wojewody pomorskiego Władysława Raczkiewicza. Hmmm... To dziwne, bo tego wydarzenie nie potwierdza ówczesna prasa. Przejrzałem numery Słowa Pomorskiego oraz Dziennika Bydgoskiego i choć wiele można znaleźć informacji o aktywności świeżo upieczonego generała brygady, to jednak nie ma żadnej wzmianki o wypadku. Z rzekomej kraksy Bołtuć miał wyjść tylko z niegroźną raną szyi. Tak czy inaczej zginął kilka miesięcy później. W sierpniu objął dowództwo Grupy Operacyjnej „Wschód”, która wchodziła w skład Armii „Pomorze” pod komendą gen. Władysława Bortnowskiego – tego samego, który zajmował Generałówkę przy Rynku Nowomiejskim. Bołtuć w czasie pierwszych dni wojny brał udział m.in. w bitwie pod Bzurą, a potem – wraz z 16 Dywizją Piechoty zajął Łowicz. Następnie ruszył na odsiecz Warszawie. Zginął od strzału niemieckiego snajpera w bitwie pod Łomiankami 22 września 1939 r.

Podobno w czasie II wojny światowej barokowy dworek na Przedzamczu zamieszkiwali generałowie Hitlera. Według doniesień Halickiego, dwóch z nich poniosło śmierć na froncie. Autor Sekretów Torunia całkowicie pomija jeszcze jednego lokatora dworku – również generała. Był nim dowódca toruńskiego Okręgu Korpusu nr VIII – gen. bryg. Wiktor Thommée. Choć wiadomo, że dowodził okręgiem w latach 1934-1938, nie udało mi się znaleźć informacji, kiedy dokładnie mieszkał w Generałówce, zmarł jednak wiele lat po wojnie, a jego śmierć trudno przypisać działaniu klątwy. Zwolennicy teorii przeklętej Generałówki powiedzą, że „oszukał przeznaczenie”, dla innych wyłom w schemacie, to dowód na to, że klątwy nigdy nie było. Po wojnie Generałówka nie przyjęła pod swój dach już żadnego generała. Przez pewien czas w dworku swoje biura miało Muzeum Okręgowe, a na przełomie lat '60 i '70 budynek przeszedł pod opiekę zarządcy Zamku Krzyżackiego i tak już zostało.

Niektóre źródła podają, że Generałówka zachowała swój oryginalny charakter, ale wystarczy rzucić okiem na stare pocztówki, aby zanegować tę informację. Porównując archiwalne zdjęcia ze stanem obecnym, pierwsze co rzuca się w oczy, to dobudowany przedsionek. Eliptyczne okna grają mocno modernistyczną nutą, przypuszczam więc, że przebudowa głównego wejście miała miejsce w latach '30. Ponadto zniknęła jedna z lukarn oraz okiennice, natomiast komin został przeniesiony. Mimo, to dworek zachował większość swojego dawnego uroku, choć za cholerę nie pasuje do okolicznej zabudowy. 

A co do klątwy? Hmmm... Należy ją traktować jako miejską legendę – idealną opowieść na jesienne wieczory, gdy ponure koncerty dają świszczący wiatr i szeleszczące pożółkłe liście.
Źródła: Sekrety Torunia – Krzysztof Halicki Toruń na starych widokówkach – Jerzy Domasłowski (wyd. VIA, 2003) zabytek.pl Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa gazetazoliborza.pl

2 września 2019

Dyptyk z Gagarinem

Bielany » ul. Gagarina 170-200
✔️ WPIS NR 36 (313)/2019
Murale goszczą na stronach „Po Toruniu” od samego początku czyli od 2014 roku. Pięć lat to szmat czasu, czego dowodem jest chociażby to, jak wiele zmieniło się przez ten czas, jeśli chodzi o toruński street art. Te zmiany można zobaczyć nie tylko na niniejszym blogu, ale i podczas spacerów po mieście. Gdy zaczynałem pisać o sztuce ulicznej w mieście był tylko jeden twórca – Andrzej Poprostu – który zapisał się w historii miasta jako prekursor lokalnego street artu. Ale, jak napisałem wyżej, pięć lat to sporo. Przez ten czas na scenie pojawili się nowi twórcy, część z nich zaskoczyła pomysłowością i talentem, a ściany wieżowców i bloków największych toruńskich osiedli, z roku na rok, wzbogacają się o kolejne obrazy. I to mi się podoba. Podobnie jak idea tworzenia z betonowych dzielnic, galerii sztuki. Jasne, upłynie jeszcze sporo wody w Wiśle (o ile ta nie zdąży wyschnąć), nim to się stanie, ale...

Dobra, do rzeczy. Tym razem zabieram Was na toruńskie Bielany. Każdy mój przyjazd do tej dzielnicy, lekko zabarwiony jest sentymentem, a to dlatego, że spędziłem tu - właśnie przy ul. Gagarina - pierwszych kilka lat swojego życia. Mój stary wieżowiec nie doczekał się jeszcze muralu, za to blok przy Gagarina 170-200 i owszem. To zresztą jednen z najdłuższych bloków w mieście, ma kilkanaście klatek i z pewnością stanowi ciekawostkę architektury z okresu PRL. Jednak, nie o samym budynku będzie mowa, lecz o obrazach zdobiących dwie szczytowe ściany tej „bagietki”. Jako, że oba murale stanowią dyptyk, mamy jedną historię opowiedzianą na dwóch muralach, a oglądanie trzeba zacząć od ściany zachodniej.
Pierwszy mural został ukończony w październiku 2018 roku. Widziałem jak powstawał, bo akurat w tym czasie, często jeździłem do Wydawnictwa Naukowego UMK, co z kolei miało związek z procesem wydawniczym mojej książki. Ale mniejsza z tym. Już wtedy chciałem zrobić o tym muralu wpis, wykonałem nawet jakieś zdjęcia, ale potem przyszły inne tematy i jakoś o tym zapomniałem. I dobrze, bowiem wówczas opowieść nie była domknięta. 
Co zatem widzimy na muralu? Pierwsze, co rzuca się w oczy to pomnik Kopernika i kamienice przy Rynku Staromiejskim, wśród których jest również Kamienica pod Gwiazdą. Wspominam o niej nie bez powodu, ale o tym za chwilę. Widać też – na tle rozgwieżdżonego nieba – zbliżający się do miasta obiekt. Tym obiektem jest jednoosobowy radziecki statek kosmiczny Wostok 1, ten sam, którym Jurij Gagarin wystartował ze stacji w Bajkonurze 12 kwietnia 1961 roku, o godz. 6:07, by niespełna dwie godziny później wylądować gdzieś niedaleko Saratowa. Toruński mural opowiada jednak nieco inny przebieg tej historii, którą należy traktować z przymrużeniem oka.
Teraz przejdźmy do ściany wschodniej, która powstawała między czerwcem a lipcem 2019 r. Tutaj okazuje się, że lot Wostoku nad Toruniem ma konkretny cel. Cel z gatunku tych... kryminalnych, bowiem Jurij przywłaszcza sobie (znaczy się, juma 😉) złotą gwiazdę z Kamienicy pod Gwiazdą. Kopernik widząc to, nie kryje zaskoczenia: gały wychodzą z orbit, kopara opada, a w tym czasie bezczelny złodziej salutuje mu na pożegnanie i odlatuje do... ZSRR.

Autorką obu murali jest Sara Tomczyk. Miło, że w tym męskim gronie artystów tworzących toruńską sztukę uliczną, wreszcie pojawiła się kobieta, która wniosła nie tylko talent, świeżość, ale i poczucie humoru, którego trochę brakowało na naszych miejskich muralach. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia praca tej artystki i wkrótce zobaczymy w przestrzeni miejskiej Jej kolejne dzieła. Trzymam kciuki! 

A jeśli chcecie być na bieżąco z twórczością Sary, koniecznie zaobserwujcie Jej stronę na FB - www.facebook.com/saratomczykart/.

28 sierpnia 2019

📘#53: „Miasto w ruchu” – Radosław Bugowski

✔️ WPIS NR 35 (312)/2019
Tramwaje, autobusy, samochody czy rowery – ich obecność na ulicach współczesnych miast nikogo nie dziwi. Są naturalnym elementem krajobrazu, a dostęp do każdego z wyżej wymienionych środków transportu, jest powszechny. A jak to było dawniej? Na to pytanie odpowiada Radosław Bugowski w swojej książce Miasto w ruchu. Studium z dziejów przemieszczania na przykładzie społeczeństwa Torunia 1891-1939 wydanej w 2018 roku przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Autor publikacji sprawnie prowadzi nas przez historię rozwoju toruńskiej komunikacji, zarówno tej zbiorowej, jak i indywidualnej. Pokazuje też, jak na przestrzeni półwiecza zmieniał się sposób przemieszczania torunian, jak nowe wypierało stare. Rewolucją było na pewno pojawienie się samochodu, ale czy wcześniej nie wydarzyło się nic równie znaczącego w tej dziedzinie życia? Na to pytanie również znajdziecie odpowiedź w niniejszej książce.

Miasto w ruchu, to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach z przełomu XIX i XX wieku – epoki wynalazków, które na zawsze zmieniły funkcjonowanie świata. W tamtym okresie torunianie borykali się z wieloma problemami, a jednym z nich było znalezienie szybkiego sposobu na dotarcie z punktu A do punktu B. Sprawa komplikowała się jeszcze bardziej, gdy ów punkt B, znajdował się na drugim brzegu Wisły, a kolejny most właśnie porwała chciwa królowa polskich rzek. W pewnym momencie bardzo popularnym środkiem transportu stał się więc statek dowożący pasażerów chociażby na Dworzec Główny. Z książki dowiecie się także ile torunianie musieli przeznaczać środków na transport publiczny i jakie grupy społeczne korzystały z poszczególnych rodzajów komunikacji. Ile kosztował rower, samochód czy koń? Gdzie torunianie dokonywali napraw swoich jednośladów i automobili? Dlaczego statek przewożący ludzi przez Wisłę często był przeładowany? I dlaczego popularność omnibusu była mniejsza od przeprawy wodnej? Odpowiedzi znajdziecie w publikacji Radosława Bugowskiego.
Miasto w ruchu to kopalnia wiedzy o transporcie w Toruniu sprzed ponad stu laty. Na dobrą sprawę, książka opisuje genezę tego transportu, jego początek. Daty, nazwiska, statystyki... Krótko mówiąc (czy raczej pisząc), ta publikacja z pewnością poszerzy waszą wiedzę o naszym mieście i to w dziedzinie, która do tej pory nie miała tak wnikliwego opracowania. A temat jest ciekawy. Sami się o tym przekonanie, sięgając po książkę Radosława Bugowskiego, do czego Was gorąco zachęcam.

ISBN: 978-83-231-4101-3
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 510
rok wydania: 2018
typ okładki: twarda z obwolutą

26 sierpnia 2019

Wiejski domek

Podgórz » ul. gen. Józefa Hallera 2
✔️ WPIS NR 34 (311)/2019
Tytuł niniejszego wpisu, może być mylący i świadczyć o tym, że znowu zabieram Was, gdzieś poza miasto. Nic z tych rzeczy. Jesteśmy w Toruniu, a konkretnie na lewym brzegu Wisły, u zbiegu podgórskich ulic Hallera i Poznańskiej, vis-à-vis tzw. Centrum Bernera. Stąd już tylko rzut beretem do kościoła Piotra i Pawła, a jakby ten beret cisnąć w drugą stronę, doleciałby do Hangaru Zachodniego. W dawnych czasach było to gastronomiczno-rozrywkowe centrum Podgórza. Oprócz kompleksu wspomnianego Eduarda Bernera, w miejscu, gdzie dziś jest Biedronka i stancja paliwowa, stał Ferrari Gasthaus. Teraz jest tu trochę inaczej, a dom, o którym dziś mowa, kontrastuje i nie sposób przejść obok, nie zwróciwszy na niego uwagi. Ale zacznijmy od początku...

W latach '70 XIX wieku, w miejscu dawnej plebanii, zbudowano z cegły nieduży parterowy dom o wysokim spadzistym dachu i użytkowym poddaszu. Czerwona cegła ścian została jednak ukryta pod deskami, przez co budynek nabrał wiejskiego charakteru. Dziś patrząc na ten obiekt, ma się wrażenie niepasującego puzzla. To właśnie to niedopasowanie do reszty okolicznych budynków, sprawia, że dom się wyróżnia, rzuca w oczy niczym kineskopowy telewizor wśród ekranów LCD.

Kto był pierwszym właścicielem domu, tego nie wiem, ale pod koniec XIX wieku działkę z nieruchomością przejęła toruńska spółka budowlana Joseph Houtermans & Carl Walter, która w latach 90. XIX w. miała kilka udanych realizacji na Bydgoskim Przedmieściu, m.in. przy ulicy Bydgoskiej oraz Konopnickiej (o jednej z nich, wkrótce napiszę). Dlaczego więc firma mająca swoją główną siedzibę, tartak i skład w Toruniu, kupiła dom w Podgórzu? Tego nie udało mi się ustalić, ale być może była to klasyczna lokata kapitału, w końcu parcela zarówno wtedy, jak i teraz znajduje się w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. 

O obu panach napiszę więcej niebawem. Teraz wspomnę tylko, że w ich tartaku, w 1908 r., pracowało 96 ludzi. To całkiem sporo, zresztą wówczas był to jedyny tartak w mieście. Być może zatem drewniane „obicia” domu przy Hallera, to robota Houtermans & Walter. Nie wykluczałbym tego, choć jest to tylko i wyłącznie moje domniemanie. Wiadomo jednak na pewno, że na początku XX w. toruńska firma miała interesy w Podgórzu. Odpowiadała chociażby za budowę podgórskiego ratusza, a także starała się o kontrakt na realizację lewobrzeżnego spichrza dla Twierdzy Toruń. Przedstawiony w 1909 r. przez Houtermans & Walter projekt, nie został zrealizowany. Zresztą wojsko, w końcu porzuciło plany budowy i tego typu obiekt nigdy nie powstał.

Co do „drewnianego domu”... Po wojnie, wprowadziła się do niego rodzina Szurpitów, która w ogródku na tyłach założyła uprawę owoców i warzyw. Przez kilkadziesiąt lat, mieszkańcy Podgórza, zaopatrujący się na nieistniejącym już rynku przy Parkowej, mogli kosztować plonów z ogrodu przy Hallera 2. Budynek nadal jest zamieszkały i cieszy oczy swym niepowtarzalnym urokiem.
Źródła: Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat – Katarzyna Kluczwajd Historia Torunia, tom III część I – praca zbiorowa Architektura i urbanistyka Torunia w latach 1871-1920 – Joanna Kucharzewska

19 sierpnia 2019

👣 𝓞𝓴𝓸𝓵𝓲𝓬𝓮 𝓣𝓸𝓻𝓾𝓷𝓲𝓪 ❺ | Chełmża

✔️ WPIS NR 33 (310)/2019
Kujawsko-pomorskie obfituje w miejsca piękne, ciekawe i nietuzinkowe; warte zobaczenia i pokazania. Dlatego też wsiadam na Dworcu Wschodnim do szynobusa i jadę do, oddalonej o około 20 km, Chełmży. Pierwsi pasażerowie pojechali tą trasą 1 lipca 1882 roku. No, może nie dokładnie tą, wówczas dworzec w Mokrem (Mokre było wtedy jeszcze wsią, a nie częścią miasta) był trochę w innym miejscu. Ale poza tym... Zresztą nieważne, bo wyjątkowo nie o Toruniu dziś mowa, a właśnie o Chełmży, do której wybrałem się w pewien sobotni lipcowy poranek. Dojazd ze wspomnianego wyżyj dworca trwa niespełna pół godziny. To mniej niż teleportacja autobusem ze Skarpy na Podgórz. Z tym, że autobusy są wolniejsze od pociągów... Niemniej Chełmża jest blisko. Na tyle blisko, że można pokonać ten dystans rowerem, co też uczyniłem w 2016 roku [patrz: ROWEREM | Toruń – Chełmża].

Skoro tym razem wybrałem pociąg to, siłą rzeczy, dworzec stał się moim pierwszym kontaktem z Chełmżą. Niestety, od lat nie pełni swej pierwotnej funkcji, zatem nie kupimy tu biletu, ani nawet nie wejdziemy do środka. Mimo to warto zwrócić uwagę na ten gmach, jest w końcu jednym z zabytków miasta. Wraz z całym kompleksem powstał na przełomie XIX i XX wieku i w dawnych czasach tętnił życiem. Dziś sprawia raczej przykre wrażenie, jak zresztą wszystkie zamknięte i niszczejące dworce. Przy okazji mała wskazówka: obok budynku stoi biletomat, ale działa różnie, zatem moja rada jest taka, aby w bilet powrotny zaopatrzyć się w Toruniu. Korzystając z tego, że jesteśmy jeszcze na peronie, warto odwrócić się tyłem do dworca. Zobaczycie wówczas imponujących rozmiarów cukrownię, której geneza sięga lat '80 XIX wieku. Oczywiście dziś to nowoczesna fabryka, ale wciąż pozostaje jednym z symboli miasta i niewątpliwie przyciągnie wzrok niejednego miłośnika architektury industrialnej. 
Nasz spacer po Chełmży zaczynamy od ulicy Dworcowej. Dworcowa to ulica kontrastów. Po prawej stronie mamy klasyczną zabudowę kolejową, po lewej zaś historyzujące kamienice.
Idziemy dalej. Najlepiej abyście wcześniej ogarnęli miasteczko na mapie. Ja tak zrobiłem, gdy po raz pierwszy przyjechałem tu na rowerze. Teraz – po kilku wizytach – poruszanie się po Chełmży jest o wiele sprawniejsze i bardziej intuicyjne. Zatem po przejściu Dworcowej, odbijam w lewo – w ul. Sikorskiego i przy skwerze z fontanną, skręcam w prawo w Toruńską. Przy Toruńskiej 2 stoi secesyjna willa z 1911 roku, która pierwotnie należała do Jana Czarlińskiego - właściciela Brąchnówka, z kolei w okresie międzywojennym pełniła funkcję siedziby Powiatowej Kasy Chorych. To właśnie wtedy w Chełmży pojawił się toruński artysta Ignacy Zelek, który na ścianie budynku, tuż obok głównego wejścia wykonał płaskorzeźbę z błogosławioną Jutą – patronką chorych. Uważni obserwatorzy dostrzegą rosyjski napis u dołu dzieła. Nie jest to bynajmniej podpis Zelka, a pamiątka po radzieckich „wyzwolicielach”. Rosyjski napis „dom rozminowano” wykonano najprawdopodobniej w 1945 roku. Jako, że lubię takie historyczne ciekawostki, tej konkretnej, w dodatku z toruńskim akcentem, nie mogło tu zabraknąć. Ale czas iść dalej.
Teraz zejdziemy nad Jezioro Chełmżyńskie. Aby się tam dostać z ul. Toruńskiej odbijamy w Bulwar 1000-lecia, który – w znacznej części – biegnie wzdłuż linii brzegowej. Lubię to miejsce. Gdy jestem w Chełmży, jezioro to przystanek obowiązkowy. Przy bulwarze można usiąść na ławce i odpocząć, albo przejść urokliwym mostkiem na drugi brzeg i podziwiać piękną panoramę miasta z dominującymi, nad resztą zabudowań, wieżami Kościoła św. Mikołaja oraz Konkatedry Świętej Trójcy. Do tej drugiej zaraz dojdziemy. W pobliżu Przystani Tumskiej jest strzeżone kąpielisko, więc chętni mogą popływać. Samo jezioro jest ogromne – liczy ponad 6 km długości i jest jednym z największych na Pojezierzu Chełmińskim. To kolejny symbol miasta, który wykracza poza miejskie granice, o czym możecie się przekonać przemierzając pieszo linię brzegową, albo sunąc na wypożyczonym rowerze wodnym, albo też czytając serię powieści kryminalnych Roberta Małeckiego z komisarzem Bernardem Grossem w roli głównej.
Ja jednak pozostaję w granicach administracyjnych miasta i zmierzam w stronę konkatedry. Wybieram drogę przez Bramę Wodną. Wykonana z cegieł i kamieni polnych XIV-wieczna brama to ostatni ślad chełmżyńskich obwarowań z czasów średniowiecza.
Chełmża jako Culmsee prawa miejskie otrzymała w 1251 roku czyli 19 lat po Toruniu. Wtedy też miasto stało się siedzibą diecezji chełmińskiej, którą przeniesiono tu z Chełmna. Biskup Heindenryk potrzebował katedry, dlatego też jeszcze w 1251 r. zaczęto budowę świątyni na skarpie nad jeziorem. To bezapelacyjnie najcenniejszy zabytek w Chełmży i żałuję, że był zamknięty. Wnętrze mogłem zobaczyć jedynie przez kratę. Szkoda, ale może kiedyś będzie jeszcze okazja wejść do środka. Katedra jest piękna i przywodzi na myśl stare toruńskie świątynie. 

Drugi z kościołów – Kościół pw. Św. Mikołaja jest znacznie młodszy, choć powstał na gruzach najstarszej chełmżyńskiej świątyni.
Nastrojeni duchowo idziemy na stary cmentarz. Wiekowe groby i grobowce to w końcu również zabytki. W centralnej części nekropolii stoi mauzoleum rodziny Kalksteinów z Pluskowęs. Neorenesansową budowlę wzniesiono między 1858 a 1862 rokiem. Trochę młodszy jest bogato zdobiony grobowiec rodziny Zawiszów Czarnych, zbudowany w 1879 r. W ołowianych trumnach spoczywają tutaj potomkowie rodzin Zawiszów Czarnych z Warszewic oraz Sczanieckich z Nawry. Tak na marginesie: Bogusława Sczaniecka jest autorką licznych zdjęć Chełmży z okresu międzywojennego. W 2018 roku Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Juliana Prejsa w Chełmży wydała album z Jej fotografiami. Publikację szczerze polecam. Na cmentarzu znajdziecie też inne nagrobki ozdobione rzeźbami. Kto lubi stare nekropolie, ten powinien tu zawitać. A tuż obok cmentarza stoi pomnik upamiętniający pomordowanych w obozach i innych miejscach kaźni, który przypomina bolesny dla naszego narodu czas II wojny światowej. 

Gdy już się otrząśniemy z zadumy i refleksji, możemy przejść na drugą stronę jezdni i w małym sklepiku spożywczym przy ul. 3 maja, kupić pyszną jagodziankę. Nie, to nie lokowanie produktu, a szczera polecajka.
Pora wrócić do centrum. W chełmżyńskiej starówce urzekły mnie boczne uliczki, pełne klimatu i uroku. Jak choćby Szewska, która wraz z kamienicami skręca pod dziwnym kątem czy końcówka Tumskiej. Na uliczki warto poświęcić dłuższą chwilę i przejść je wszystkie. Kto wie na jakie architektoniczne skarby natraficie.
Zmierzając ul. Chełmińską w stronę Rynku, przystaję na chwilę przy domu rodzinnym ks. Frelichowskiego. Duchowny ma w Toruniu swój pomnik, natomiast w Chełmży upamiętnia Go tablica zawieszona na kamienicy przy Chełmińskiej 5. Za czasów Frelichowskich, w oficynie na parterze mieściła się piekarnia. Kto wie, może, gdy toruński duchowny przyjeżdżał na rowerze do rodziców, pierwsze swe kroki kierował właśnie po pyszny i pachnący chleb pszenny?
Chełmińską docieram do Rynku. To tutaj, z PKS-u wysiadał Maciej Stuhr w pierwszym odcinku Belfra. Tak naprawdę żaden autobus tu nie wjeżdża. I bardzo dobrze. Nie ma też szpecących ogródków piwnych, a to duży plus. Minusem jest brak drzew dających cień, tym którzy w upalne dni siedzą na ławkach. Kwietniki są wprawdzie ładne, kolorowe, ale ich zalety kończą się na walorach wizualnych. Niestety, Chełmża poszła w niezrozumiały dla mnie trend, który zamienia rynki polskich miast w betonowe patelnie. Zresztą, nasz Rynek Nowomiejski nie jest lepszy. Ale przecież nie zawsze tak było, o czym świadczą stare fotografie zarówno z Torunia, z Chełmży, jak i innych miast, które gdzieś po drodze zbyt mocno zachłysnęły się nowoczesnością.
W kamienicy przy Rynku 4, mieści się Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna, a także Towarzystwo Przyjaciół Chełmży. W kwietniu 2019 roku miałem tu swój wieczór autorski. Wspominam o tym dlatego, ponieważ spotkanie – podczas, którego zostałem bardzo ciepło przyjęty – odbyło się w pomieszczeniu, w którym znajduje się Miejska Izba Muzealna. Zgromadzono tutaj pamiątki związane z miastem i jego mieszkańcami. Jeśli zatem będziecie w Chełmży, koniecznie tu wpadnijcie. 
Wychodząc z biblioteki możecie cofnąć się kawałek, do ulicy Łaziennej, gdzie ustawiono pomnik upamiętniający dwie ważne dla Chełmży postaci. Pierwsza, to Heindenryk – założyciel miasta oraz pierwszy biskup chełmiński. Druga, to nazywana „siostrą ubogich”, błogosławiona Juta. Heinderyk był spowiednikiem Juty, która to poświęciła się, by pomagać biednym i chorym. Tuż obok pomnika znajdziecie makietę średniowiecznej Chełmży. Całość sprawia wrażenie spójnej artystyczno-historycznej instalacji, a jej uzupełnieniem jest tablica informacyjna w języku polskim i angielskim.
Powoli zmierzamy do końca spaceru. Pozostała nam już tylko wieża ciśnień. Drogę do niej wybieram tak, aby zahaczyć o chełmżyński ratusz. To kolejny ważny budynek na mapie miasta. Neogotycki gmach pochodzi z przełomu XIX i XX wieku, a został zaprojektowany przez toruńskiego architekta Reinharda Uebricka. W drodze do wieży, możecie wstąpić na dawny cmentarz ewangelicki przy ul. Mickiewicza. Z tym, że nie ma już tam żadnych nagrobków, ale jest za to park z alejkami i ławkami oraz pomnik upamiętniający nekropolię. Stamtąd szybko dostaniecie się do wieży wodnej, a po drodze zwróćcie uwagę na siedzących pod sklepem kolonialnym Charliego Chaplina i chłopca. Ta instalacja, to nawiązanie do filmu „Brzdąc” – jednego z najsłynniejszych obrazów z udziałem legendarnego aktora. Pomnik znajdziecie przy ul. Paderewskiego, podobnie zresztą jak wieżę ciśnień.
No właśnie, wieża ciśnień, to właśnie z jej powodu przyjechałem w ostatnią lipcową sobotę do Chełmży. Tego dnia bowiem zaplanowano dzień otwarty. Była to zatem jedna z nielicznych okazji, aby wejść do środka obiektu.

Chełmżyńską wieżę ciśnień zbudowano na początku XX wieku i miało to ścisły związek z powstaniem w mieście sieci wodociągów i kanalizacji. Wieża (aż do końca szpicy) liczy blisko 40 m wysokości i – podobnie jak ratusz – została wzniesiona w stylu neogotyckim. Po remoncie, jaki przeszła w ostatnim czasie, prezentuje się dostojnie i imponująco. To bez wątpienia jedna z najlepiej zachowanych wież wodnych w kraju i jedna z najstarszych na Pomorzu. Chełmża może być dumna z zabytku takiej klasy. Teraz wystarczy tylko dobrze ten zabytek zagospodarować. Pierwsze kroki w tym kierunku już poczyniono. Obiekt odzyskał dawny blask, w środku znajdziemy też skromną wystawę związaną z historią chełmżyńskich wodociągów. Widziałbym tu jednak eksponaty z Miejskiej Izby Muzealnej. Wówczas izba stałaby się pełnowymiarowym muzeum, którego Chełmża jeszcze nie ma. A ze swoją historią i zabytkami, zasługuje na to, aby takie muzeum mieć. To, jak miasto wykorzysta obiekt, zweryfikuje czas. Ja mogę tylko trzymać kciuki za to, aby wieżę zaadaptowano mądrze i z korzyścią dla mieszkańców.
To już koniec. Na dworzec docieram ul. Św. Jana. Pociąg ma 10-minutowe opóźnienie, ale nic to. Towarzyszy mi Darek – mój chełmżyński przyjaciel. Rozmawiamy o książkach, o mieście, które dopiero co zwiedziłem... Czas płynie szybko i przyjemnie. W końcu pociąg przyjeżdża. Żegnamy się. Wsiadam, zajmuję miejsce. Dźwięk ostrzegawczy. Syk zamykanych drzwi. Maszyna rusza. Za niespełna pół godziny znów będę u siebie.

Chełmża to niewielkie miasteczko, ale za to niezwykle bogate w historię i zabytki. Kto lubi otoczenie starych kamienic, klimat brukowanych uliczek, docenia wartość wiekowej architektury, czy po prostu chce spędzić kilka miłych chwil nad wodą, ten z pewnością poczuje się tu bardzo dobrze. Ja się czułem i to podczas każdej z wizyt. Bo Chełmża, moi drodze, to taki mały Toruń. Tak więc wpadnijcie tu kiedyś, na pewno Wam się spodoba. 

Aby na spokojnie zwiedzić miasto musicie zarezerwować sobie trzy-cztery godzinki. Mam nadzieję, że powyższy mini-przewodnik pomoże Wam w spacerze po Chełmży. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie pokazałem, ani nie wspomniałem o wszystkich obiektach wartych zobaczenia. Pozwoliłem sobie jednak zaprezentować moje subiektywne "the best of". Jeśli macie swoje typy, napiszcie o nich w komentarzach.