poniedziałek, 20 listopada 2017

Toruń w jednym kadrze, odc. 10: Budujemy nowy most (Wisła w obiektywie, cz. I)

 
Wszystko zaczęło się od Wisły – historia Torunia, jego lokacja, budowa średniowiecznej potęgi. Dzięki Wiśle toruńscy kupcy zbili majątki, a dzięki podatkom od tych majątków, zbudowano obiekty, które cieszą oczy po dziś dzień. Tak więc wszystko ma swój początek w Królowej Rzek. Królowa dawała, ale i zabierała. Królowa łączyła, ale i dzieliła. Normalna rzecz.

Wisła towarzyszyła mi od dziecka. Na początku lat ’90, mając 5, może 6 lat, chodziłem z rodzicami na spacery nad Wisłę. Latem ludzie opalali się na plażach i pluskali w wodzie. Sam też pływałem, co przypłaciłem niegroźną raną ciętą stopy. Z kolei zimą woda była tak skuta lotem, że można było przejść na drugi brzeg. Przeszedłem i ja – a jakże. A właściwie to przejechałem na sankach, ciągniętych przez mojego tatę. Właśnie z takich chwil składają się najlepsze wspomnienia, które po latach dziadkowie opowiadają swym wnukom. Do tych wspomnień zaliczy się też budowa mostu gen. Zawackiej. Budowa, którą śledziłem od początku.

Blog „Po Toruniu” jeszcze wtedy nie istniał. Szkoda, bo pewnie zrobiłbym cykl wpisów będący swego rodzaju kroniką postępu prac. Ze zdjęciami nie miałbym problemu, z każdego spaceru przynosiłem co najmniej kilkadziesiąt nowych, a gdy budowa rozkręciła się na całego, bywało, że spacerowałem kilka razy w tygodniu. Z wypiekami na twarzy obserwowałem, jak powstaje sztuczna wyspa, jak przęsła mostu lądują na pylonach, nie ominąłem żadnego wejścia na plac budowy, byłem też na otwarciu przeprawy. Co mną kierowało? Po pierwsze – miałem dość blisko, po drugie – fascynowało mnie to, a po trzecie – od lat kibicowałem temu, aby budowa wreszcie doszła do skutku, więc – co na naturalne – chciałem być na bieżąco. O drugim moście mówiono już niemal pół wieku temu. Nawet w „Nowościach” pojawiały się rysunki nowej przeprawy, ale przez kolejne dekady nie robiono nic, aby urzeczywistnić to urban fantasy. Wreszcie, pod koniec 2010 roku wbito „pierwsze łopaty”, a ciężarówki wjechały na plac budowy. Prace miały dobiec końca 3 lata później.

Jako, że Rok Rzeki Wisły jest na finiszy, a za niecały miesiąc most gen. Zawackiej kończy 4 lata, w tym odcinku „Torunia w jednym kadrze”, chciałem pokazać zmiany, jakie zaszły na naszej rzece w latach 2010-2013. Ostatnie trzy zdjęcia zrobiłem późną zimą i wczesną wiosną 2014 roku. Każdy kto korzysta z mostu gen. Zawackiej wie, jak nowa przeprawa ułatwia życie. Dobrze pamiętam wcześniejsze powrotu z lewego, na prawy brzeg, gdy korki ciągnęły się od Dworca Głównego do mostu Piłsudskiego. Raz, spod Głównego uciekł mi autobus – dosłownie sprzed nosa, pobiegłem za nim, wyprzedziłem i złapałem na następnym przystanku przy Trampie, a musicie wiedzieć, że wówczas nie biegałem trzy razy w tygodniu, tak jak dziś. 😉 Tak się wtedy jeździło po mieście. Zatem, cały Toruń czekał na nową przeprawę, jak na wybawienie. Nowy most pomaga też w realizacji niniejszego bloga. Czy autobusem, czy na rowerze – znacznie łatwiej i szybciej mogę się dostać na lewobrzeże, aby zwiedzić i obfotografować kolejną ciekawą miejscówkę, które już jest lub czeka, aby wskoczyć na „Po Toruniu”. Ale w tym wpisie żyjemy przeszłością, dlatego zapraszam Was do obejrzenia nadwiślańskich krajobrazów, które przechodziły dynamiczne zmiany w latach wielkiej budowy.

Dobra, koniec zanudzania. Już skończyłem. Kropka. Miłego oglądania. 😜

czwartek, 16 listopada 2017

Kamienica „Pod Turkiem”

Stare Miasto.
W Gospodzie „Pod Turkiem” było duszno i tłoczno. Czterech mężczyzn w ogóle nie zwróciło uwagi na skoczne przygrywki rybałta szarpiącego struny lutni. Od razu skierowali się w róg sali, gdzie stała 1200 litrowa beczka wina, której pilnował Bachus. Siedział na niej okrakiem i dzierżąc w jednej ręce kielich, w drugiej zaś butelczynę lokalnego specjału wytwarzanego z owoców z pobliskiej winnicy, sprawiał wrażenie wiecznie wstawionego. Figurę nazywano Grubą Maryną
- No, Jasiu, frycu nieopierzony! – zawołał do młodego chłopaka jeden z mężczyzn, chudy niczym wiosło od tratwy, absolutne przeciwieństwo spasłego Bachusa. – Pora zrobić z ciebie mężczyznę. Dobrze mówię, panie retman? – zwrócił się do starszego pana w siwych sumiastych wąsach.
- Dobrze prawisz, Władziu. Po to tu jesteśmy – przytaknął retman. – Jasiu, to już ostatnie zadanie. Pora oddać hołd Grubej Marynie. No, cmokaj ją w pulchnego palucha. Niech ci przyniesie szczęście.
Młodzik nachylił się nad lewą stopą Bachusa i już miał złożyć pocałunek na dużym palcu, gdy retman krzyknął:
- Jasiu, czyś ty oczadział?! – zmitygował go wąsal. – W prawą nóżkę!
Tuż po ceremonii, już flisak, Jan otrzymał pierwszą wypłatę, za którą czwórka mężczyzn piła do rana. Pili oczywiście wino, ku chwale Bachusa.

Gospoda – choć niekoniecznie „Pod Turkiem” – istniała w tym miejscu już na przełomie XIII i XIV wieku. Jednak wówczas kamienica przy Rynku Staromiejskim 5 wyglądała zupełnie inaczej. Przez kilka stuleci przechodziła wiele przebudów, skutkiem czego utraciła swój oryginalny gotycki charakter. Chociaż nie, podobno piwniczne sklepienia pozostały gotyckie do dziś.

Pierwsze zmiany w fasadzie wprowadzono w 1578 roku, kiedy budynek przejął patrycjuszowski ród Schotdorffów. To właśnie po nich zachował się herb, którego symbolami są: czarny orzeł (a właściwie połowa orła) oraz sękaty pieniek wymalowane na dwupolowej tarczy. Herb stanowi ostatnią zachowaną pozostałość po renesansowym obliczu kamienicy. Kolejną przebudowę przeprowadzono w roku 1803. 

W latach 1842-1868 mieścił się tu duży sklep L. Burchardt & Co. Szyld zdobiła figura Turka z fajką. Nie udało mi się dokopać do informacji, czym handlował Burchardt, ale postać Turka może sugerować, że był to sklep kolonialny.
fragment litografii Eduarda Gaertnera (źródło: www.turystyka.torun.pl)
Obecny kształt najbliższy sąsiad Dworu Artusa, zawdzięcza żydowskiemu kupcowi Marcusowi Heniusowi, który w latach 1884-1885 zlecił kolejną przebudowę, a właściwie rozebrał starą chałupę i na jej fundamentach postawił zupełnie nową, zachowując jedynie herb Schotdorffów, nieco przysłonięty przez żeliwne balkony. Na nowej fasadzie pojawiły się też płaskorzeźby Hermesa, Grubej Maryny i wyobrażenia Sprawiedliwości. Henius uruchomił tu fabrykę spirytusu i likieru, a także gospodę, którą tak upodobali sobie polscy flisacy, i w której przepijali swoje pierwsze wypłaty, a niektórzy może i kolejne…
fragment pocztówki z 1915 r. (źródło: KPBC)
Marcus Henius zmarł w 1892 r., ale interes alkoholowy pod szyldem Marcus Henius Likör Dampf, Sprit & Fabrik działał dalej, choć przewodziła mu teraz wdowa – Clara Henius. Nowa szefowa nie była tak obrotna jak jej zmarły mąż. Nie radziła sobie z przedsiębiorstwem, nie ogarniała rosnącej konkurencji. Kłopoty finansowe sprawiły, że musiała wynająć mieszkania w kamienicy przy Rynku Staromiejskim 5. W 1900 roku dom miał aż 11 głównych lokatorów. Ostatecznie interes przetrwał do roku 1919.

Mimo iż w „Pod Turkiem” nie ma już ani wytwórni wódek, ani knajpy, nie ma też samego Turka (znaleźć go można, podobnie jak Grubą Marynę, w Muzeum Okręgowym), ślady po Heniusie w postaci jego inicjałów, przetrwał do naszych czasów. Gdzie? Przyglądając się fasadzie kamienicy, zwróćcie uwagę na płaskorzeźbę Grubej Maryny. Beczka, którą dosiada Bachus, została naznaczona literami MH. Drugi zestaw inicjałów wykuto w żeliwnej ozdobie nad pierwszym (licząc od dołu) balkonem.

Kamienica „Pod Turkiem”, mimo licznych detali, nie należy do tych rzucających się w oczy. Dlaczego? Być może dlatego, że stoi obok Dworu Artusa, który dominuje nad całą południową pierzeją Starego Rynku, skupiając na sobie całą uwagę. Ale warto oderwać na chwilę wzrok od pięknego Dworu i zerknąć obok, na inny, równie ciekawy budynek, naznaczony historią.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

piątek, 10 listopada 2017

KSIĄŻKA #31 | „Nr 20998 opowiada” – ks. Wojciech Gajdus

Na początku lipca 2016 roku szukałem miejscowości, którą można byłoby zwiedzić w jeden dzień. W końcu znalazłem i natychmiast zadzwoniłem do kumpla.
- Jedziemy do Sztutowa – oznajmiłem mu.
- To żeś wymyślił. A gdzie to jest?
- Jakieś 50 kilosów na zachód od Gdańska. W czasie II wojny światowej Niemcy mieli tam obóz koncentracyjny. Kolejna szwabska fabryka śmierci do mordowania naszych i Żydów.
- A połączenie?
- PolskiBus do Gdańska, a potem przesiadka na lokalny PKS. Jedziemy w nocy, żeby w Sztutowie być przed otwarciem muzeum. Jak wszystko pójdzie sprawnie, to zdążymy jeszcze wyskoczyć do Sopotu na molo.
- Widzę, że wszystko masz już obcykane.
- Wiadomo. Nie ma lipy.
- No dobra, to jedziem – zapadła decyzja.
- Jedziem – przytaknąłem.
No i pojechaliśmy, dokładnie 21 lipca. Relację z tego wyjazdu zamieściłem na blogu w połowie sierpnia. Z wycieczek, jak pewnie większość z Was, przywożę pamiątki. Gdy byłem młodszy, były to pocztówki, jakieś kubki, gipsowe figurki i inne duperele. Teraz szukam lokalnych wydawnictw. Zatem, po przekroczeniu bramy obozu Stutthof, swoje pierwsze kroki skierowałem do Biura Obsługi Zwiedzających, mieszczącego się w byłej wartowni SS. Muzeum ma dość bogatą ofertę książkową, większość – to jednak pozycje napisane przez historyków, a mnie ich głos nie interesował. Chciałem tekst pełen emocji, a nie suchych dat. Szukałem więc wspomnień więźniów obozu. Tak wpadła mi w ręce książka księdza Wojciecha Gajdusa. Gdy już wracaliśmy ze Sztutowa do Gdańska, zacząłem przeglądać wszystko co kupiłem. I nagle zaskoczenie! W „Nr 20998 opowiada” jest część toruńska! Ale wiecie jak to jest… Wróciłem do domu, książka trafiła na półkę i została zapomniana. Czytam około 80 pozycji rocznie, ale podejrzewam – choć nigdy tego nie liczyłem – że kupuję i dostaję więcej. Niektóre tytuły leżą na regale po kilka lat, nim sobie o nich przypomnę; książka ks. Gajdusa, tyle nie czekała, chociaż półtora roku, to też kawał czasu.

Wojciech Gajdus urodził się 12 października 1907 roku, po sąsiedzku, bo w Papowie Toruńskim. W 1926 ukończył Gimnazjum Klasyczne im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, a w późniejszym czasie był kierownikiem Szkoły Podstawowej nr 6 przy ul. Łąkowej na Mokrem. Kapłańska droga nieco oddaliła Go od naszego miasta. Wojna sprawiła, że ks. Gajdus – choć wbrew własnej woli – wrócił do Torunia. Aresztowany 17 października 1939 roku na dworcu w Chełmży, zostaje osadzony w obozie w Forcie VII. Pierwsza część jego wspomnień dotyczy więc toruńskiej twierdzy. Ks. Wojciech Gajdus bardzo obrazowo opisuje życie w forcie, swoich towarzyszy niedoli i oprawców, w tym tego największego – Straussa, przedwojennego podgórskiego stolarza, który na początku wojny był wicekomendantem Fortu VII i komendantem toruńskiego Selbstschutzu. Duchowny wspomina też „dobrego ducha obozu” ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. To właśnie kapłan z toruńskiego kościoła mariackiego zainicjował niedzielne msze recytowane i jako pierwszy zaczął też spowiadać więźniów. Ks. Gajdus opowiada również o przejmujących wizytach małej Krysi, która – nie bacząc na zagrożenie – przedostawała się na teren fortu, aby zobaczyć uwięzionego brata.

W styczniu 1940 roku, gdy Fort VII zostaje zlikwidowany, część więźniów trafia do dopiero tworzonego obozu koncentracyjnego w Sztutowie. Tu przewieziono m.in. ks. Gajdusa i ks. Frelichowskiego. W wspomnieniach sztutowskich również nie brakuje opisów katów i ich ofiar, gehenny tysięcy Polaków, którzy przeszli przez KL Stutthof lub zostali tam zamordowani. Ks. Wojciech spędził w nadmorskim obozie cztery długie miesiące, by trafić w końcu do jeszcze większego piekła – do KL Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Na początku napisałem, że wybierając książki, chciałem tekst pełen emocji. Chyba nie mogłem trafić lepiej. „Nr 20998 opowiada”, to bardzo emotywna i intymna opowieść, relacja z delegatur piekła na Ziemi. „Ludzie ludziom zgotowali ten los” – napisała Zofia Nałkowska w „Medalionach”. Zastanawiam się tylko, czy nasi rodacy faktycznie byli gnębieni przez ludzi? Zachowanie niemieckich najeźdźców zdaje się temu przeczyć.

Książka ks. Gajdusa, to lektura warta uwagi, a jedyne do czego mogę się przyczepić, a co bardzo rzuca się w oczy, to tony literówek i kropek w miejscach, gdzie powinny zwisać przecinki. Niestety – i piszę to z ciężkim sercem – redakcja publikacji jest na poziomie raportu napisanego przez mało rozgarniętego milicjanta, któremu nie udało się skończyć ośmiu klas podstawówki. I pomyśleć, że tekst przechodził przez cztery osoby… Nie chcę się nad nimi pastwić, ale ich praca, czy raczej jej brak, pozostawia pewien niesmak. Zachęcająca może być za to cena książki. 10 zł, to naprawdę niewielkie pieniądze za świadectwo człowieka, który przeszedł gehennę niemieckich obozów.

nr ISBN: 978-83-7823-320-6
wydawca: Bernardinum
ilość stron: 344
rok wydania: 2013
typ okładki: miękka

środa, 8 listopada 2017

Pomnik filmu „Prawo i pięść”

Stare Miasto.
Amerykański studebaker z czterema facetami na pace, mija zasieki i przejeżdża przez Bramę Ciemną. Mężczyźni pochylają się, aby nie gwizdnąć głową w łuk bramy. Przedwojenna ciężarówka przeciska się uliczkami Nowego Miasta, by w końcu wjechać na Rynek, na którym stoi stylowa fontanna. Mimo wszechobecnych niemieckich szyldów, łba Hitlera w witrynie sklepowej, germańsko brzmiących nazw ulic, czy wspomnianej fontanny, nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy w Toruniu, w sercu Nowego Miasta. Jednak Toruń w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego „Prawo i pięść”, miał do odegrania konkretną rolę. Nie grał samego siebie a fikcyjne Siwowo (niem. Graustadt) – poniemieckie miasteczko na ziemiach odzyskanych.
Był rok 1964, kiedy do Torunia zjechała ekipa filmowa pod wodzą reżyserów Hoffmana i Skórzewskiego. Centralnym miejscem akcji miał być Nowy Rynek, ale trzeba było go jakoś przygotować. Wymieniono więc latarnie, tabliczki z nazwami ulic i sklepowe szyldy; ustawiono fontannę i rozrzucono papiery. Podobno zdrój jeszcze przez jakiś czas zdobił starówkę, ponieważ filmowcy zapomnieli go rozebrać. Tętniące życiem Nowe Miasto z dnia na dzień stało się fikcyjnym Siwowem – miastem-widmem, gdzie życie wymarło wraz z ostatnim uciekającym Niemcem. Chociaż nie, ostatni Niemiec został, schlał się do nieprzytomności i zasnął beztroskim pijackim snem w jakimś wózku na ulicy Podmurnej, nieopodal Baszty Wartowni.
Film „Prawo i pięść”, zapisał się w historii polskiego kina, jako „pierwszy polski western”. Western z klimatem – należałoby dodać, bo atmosfera jest bardzo ważna i równie mocno wyczuwalna. A o czym właściwie opowiada ten obraz? To historia Andrzeja Keninga, który po walce w Powstaniu Warszawskim i przejściu przez niemiecki obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, marzy teraz tylko i wyłącznie o spokojnym życiu i… nowych spodniach. Przyłącza się więc do pięcioosobowej grupy doktora Mieleckiego, która na rozkaz pełnomocnika rządu, ma zabezpieczyć wspomniane już wcześniej Siwowo. Ich zadaniem jest ochrona mienia i przygotowanie miasteczka dla repatriantów. Na miejscu okazuje się, że miejsce to nie jest tak do końca opuszczone. Oprócz zalanego w sztok niemieckiego dyrektora hotelu Tivoli, o Siwowo zahaczyły również cztery kobiety i ich wózek, który dla nas – widzów – stanie się symbolem. Symbol ten kilkadziesiąt lat później wrośnie w krajobraz Nowego Rynku, ale o tym za chwilę. Wróćmy jeszcze do fabuły. Kening szybko orientuje się, że jego towarzysze, to zwykli szabrownicy, którzy mają zamiar obrobić okoliczne domy, sanatorium i szpital, a potem uciec. Główny bohater staje się ostatnim sprawiedliwym w mieście bezprawia i wypowiada złodziejom bezpardonową wojnę. W filmie zagrali m.in.: Gustaw Holoubek, Ryszard Pietruski, Zdzisław Maklakiewicz i Wiesław Gołas, a główny motyw muzyczny – balladę „Nim wstanie dzień” śpiewaną przez Edmunda Fettinga do muzyki Krzysztofa Komedy i słów Agnieszki Osieckiej, w połowie lat ’60 nuciło pół Polski.

Mijają 44 lata. Jest 31 sierpnia 2008 r. Na Rynku Nowomiejskim poruszenie. Pojawił się prezydent Zaleski, są też honorowi goście: Jerzy Hoffmana i Magdalena Zawadzka – wdowa po zmarłym niespełna pół roku wcześniej Gustawie Holoubku, jest też tłum torunian. Niedzielny wieczór na Nowym Rynku kończy uroczyste odsłonięcie instalacji upamiętniającej zrealizowany w Toruniu film „Prawo i pięść”. Rzeźba wykonana przez parę poznańskich artystów – Karola Furyka i Małgorzatę Więcławską, przedstawia wózek przesiedleńców wypełniony dobytkiem. Wózek, oczywiście, kojarzymy z filmem, ciągną go kobiety, podajże, tylko w jednej scenie, ale to również dość wymowny symbol cierpienia ofiar wojny. I to każdej wojny, bez względu na czas i miejsce. Obok wózka, znajduje się wkomponowana w plac tablica upamiętniająca twórców obrazu, a o każdej pełnej godzinie pozytywka wygrywa balladę „Nim wstanie dzień”.

Wózek, podobnie jak siedząca nieopodal przekupka, osiołek na rogu Szerokiej i Żeglarskiej, pies Filuś przy Chełmińskiej, czy toruńska piernikarka u zbiegu Królowej Jadwigi i Małych Garbar, to dziś znaki rozpoznawcze Torunia – miła wizytówka miasta. Miasta, które ma do zaoferowania nie tylko wielowiekowe zabytki, ale też ciekawą współczesną małą architekturę z historycznym – czy jak w przypadku pomnika filmu „Prawo i pięść” – historyczno-filmowym przesłaniem.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>