⇧ AUTOPROMOCJA ⇧

środa, 21 listopada 2018

KSIĄŻKA #43 | „Martwi głosu nie mają. Opowiadania kryminalne” – Michał P. Kadlec

Toruń – odwiedzana przez miliony turystów perła gotyku. Miasto równie piękne, jak niebezpieczne. Miasto, w którym zbrodnia zostawia krwawe ślady na cegłach, ulicznym bruku i w ciemnych kątach średniowiecznych uliczek. Tutaj nie ma żadnych reguł – każdy może być i ofiarą, i oprawcą, a niegodziwość gra w pokera ze szlachetnością. Poznajcie mroczną stronę grodu Kopernika i brudne zaułki, w których drzemie zło.

Martwi głosu nie mają to zbiór dziesięciu opowiadań kryminalnych o zemście, pożądaniu i obłędzie, a także o wymierzaniu sprawiedliwości, świecie odwróconych zasad, tajemnicach i powracających jak bumerang demonach przeszłości. Te historie Was zmienią, prawdopodobnie na gorsze. Wchodzicie w to?
fot. Lech Kadlec
fot. Lech Kadlec
To tyle, jeśli chodzi o oficjalny opis, który znajdziecie na okładce mojej książki. No, dobra, ale o czym tak naprawdę są Martwi

Każde opowiadanie, to inna, niezależna historia. Łączą je jedynie pojedyncze postaci oraz miejsce akcji – Toruń. Zresztą Toruń, jest tu, swego rodzaju, cichym bohaterem – obserwatorem przyglądającym się zbrodniom. Przy czym, każde opowiadanie rozgrywa się w innych częściach miasta. Ok, ale nadal nie napisałem nic o fabule poszczególnych tekstów. Moja wina, przepraszam i naprawiam błąd.

A więc wygląda to tak:
  1. Nowy właściciel to opowieść o toruńskim przedsiębiorcy, który szuka sprawcy napadu na swoją żonę. Główną sceną wydarzeń jest tu fosa Fortu XI na Podgórzu;
  2. Bracia Koperscy zabiorą Was na Winnicę i Jakubskie Przedmieście. Marcin Koperski – poczytny powieściopisarz, przyjeżdża do rodzinnego Torunia, aby zidentyfikować ciało brata. Policja podejrzewa morderstwo. Bracia od lat byli skonfliktowani i nie utrzymywali ze sobą kontaktów, a poróżniła ich mroczna tajemnica, która teraz chce wyjść na światło dzienne;
  3. Kredyt zaufania i kolejna podróż na lewobrzeże – do Czerniewic. Przed jednym z domów jednorodzinnych przy ulicy Relaksowej leżą zwłoki mężczyzny. Sprawę dostaje komisarz Celina Rejs i zaczyna negocjacje z prawdopodobnym mordercą, który zamknął się w domu i ani myśli wyjść. Sytuację komplikuje fakt, że wraz z nim są: żona i dwoje małych dzieci;
  4. Martwi głosu nie mają ukazują jeden dzień z życia toruńskiego gangste... przepraszam, biznesmena Grzegorza Ostrowskiego, nazywanego „Ostrym”. Poznajemy go jako kochającego męża i ojca, który chce pomóc młodej ukraińskiej prostytutce, pracującej dla bezwzględnej sutenerki. W tym opowiadaniu Toruń jest wyjątkowo brudnym miejscem. Wraz z bohaterem zajrzycie m.in. do fikcyjnego domu publicznego na Wrzosach czy na Zamek Dybowski w czasach, gdy nie miał jeszcze opiekuna;
  5. Bloger zabierze Was na Glinki i będzie musiał zmierzyć się z wyjątkowo walniętym stalkerem;
  6. W dawnych czasach to gangsterska opowieść osadzona w latach '30 XX wieku, kiedy to Bulwar Filadelfijski był Portem Handlowym, a Sala Wielka Dworu Artusa – restauracją. W tekście starałem się odtworzyć Toruń sprzed osiemdziesięciu lat – jego krajobraz, klimat, zapachy... Mam nadzieję, że to mi się udało. Wraz z bohaterami zajrzycie do Starego Miasta oraz na Rybaki;
  7. W imieniu córki. Spokojnym Kaszczorkiem wstrząsa zaginięcie dziesięcioletniej dziewczynki. Jej ciało zostaje odnalezione ponad tydzień później przy opuszczonym basenie starej przystani AZS na Bydgoskim Przedmieściu. Policja sądzi, że sprawcą zbrodni jest ktoś z bliskiego otoczenia dziewczynki. Podejrzanymi stają się: ojciec oraz jego najbliżsi przyjaciele. Przyznam szczerze, że tworzenie tego opowiadania sprawiło mi najwięcej trudności. Pisanie o śmierci dziecka jest cholernie trudne i nie wiedziałem o tym, nim nie zabrałem się za ten temat, ale skoro już zacząłem, uznałem, że nie mogę się wycofać;
  8. Serwis Sprzątający zabierze Was na Chełmińskie Przedmieście i Rudak. Główny bohater – Witek – pracuje jako sprzątacz miejsc zbrodni. Kolejne zlecenie wydaje się niczym nie wyróżniać od wcześniejszych. Trzeba posprzątać bałagan innych i tyle. Na miejscu jednak wszystko się komplikuje, a Witek będzie musiał podjąć decyzje, które zmienią wszystko;
  9. Niespełniona to opowieść osadzona w dwóch największych sypialniach Torunia: na Rubinkowie i Na Skarpie. Czesława Psiuta – początkująca pisarka – idzie na spotkanie autorskie Marcela Woźniaka w księgarni Bookinista. Nie wie, że droga powrotna odmieni jej życie i da natchnienie do napisania historii mrożącej krew w żyłach;
  10. Zbrodnie doskonałe to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, opowiadanie o morderstwie listonosza z Mokrego. Tej zbrodni, która wydarzyła się w roku 1933, Słowo Pomorskie poświęciło wiele uwagi i miejsca. Przeczytałem wszystkie dostępne artykuły na ten temat, ale w tej historii zabrakło mi podwójnego dna. Prawdziwe rozwiązanie zagadki, było bowiem zbyt banalne i mało literackie. Bazując na prawdziwej historii, postanowiłem napisać alternatywną opowieść i to właśnie ona zamyka zbiór.
fot. Lech Kadlec
Jeśli Was zachęciłem do sięgnięcia po książkę Martwi głosu nie mają, to bardzo się cieszę. Publikacja jest dostępna m. in. w toruńskich księgarniach kameralnych, w kilkudziesięciu księgarniach internetowych oraz na stronie Wydawcy.

ISBN: 978-83-231-4085-6
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 352
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka







poniedziałek, 5 listopada 2018

Murale poetyckie z ulicy Podmurnej

Ulica Podmurna oddziela Stare Miasto od Nowego. O istniejącej przed wiekami granicy obu miast, przypominają nam chociażby resztki murów obronnych. Ale nie dla nich tu jesteśmy, ani dla Baszty Koci Łeb, ani dla Pomnika generał Elżbiety Zawackiej, o którym pisałem już parę lat temu. Zatrzymajmy się na chwilę między kamienicami o numerach 52 i 56. Tak, to tam gdzie ten płotek. Ta odgrodzona przestrzeń nazywa się Galeria Pasja, a eksponatami są tu niewielkie rzeźby mieszczan i krzyżaków siedzących na murze. Ale oni też nas nie interesują. Dziś zwrócimy uwagę na szczyty ścian budynków 52 i 56. Właśnie na nich znajdziecie murale inspirowane poezją.
Plan Meriana na okładce "Historii Torunia, t 2/cz.II"
Plan Torunia z 1641 roku
Zacznijmy od tego po lewej stronie, ukrytego na szczytowej ścianie domu z numerem 56. Ten mural jest starszy, więc ma pierwszeństwo. Przedstawia plan miasta pierwotnie naszkicowany przez Mateusza Meriana w 1641 roku. Tak naprawdę jest uproszczoną wersją planu, sporządzonego dziesięć lat wcześniej przez Jakuba Hoffmanna. Plan jak plan, a sam mural (o ile to w ogóle jest mural, ale wydaje mi się, że tak) to właściwie kopia kopii. Nic w tym obrazie niezwykłego, nic zaskakującego, nic twórczego. Ale mural został opatrzony cytatem z wiersza Zbigniewa Herberta Trzy wiersze z pamięci, te same słowa otwierają Powtórkę Marcela Woźniaka i są kojarzone z Toruniem.
Miasto stoi nad wodą
gładką jak pamięć lustra 
Pisząc to, Herbert wprawdzie miał na myśli Troję, a nie Toruń, ale oba miasta są na literę „T”, i akurat te dwa konkretne wersy, wycięte z kontekstu pasują do naszego miasta, więc w sumie jest ok. Do tego sam Herbert jest, czy raczej był (zmarł w 1998 roku) związany z Toruniem. Tu studiował i to nie tak daleko od Podmurnej, bo w Collegium Maius przy Fosie Staromiejskiej, tu też mieszkał. Gdzie? A w „Jedynce” - akademiku u zbiegu ulic Mickiewicza i Tujakowskiego, zresztą, tam gdzie te ulice się przecinają jest teraz rondo Jego imienia. Nie mogę tylko połączyć cytatu z Herberta z XVII-wiecznym planem miasta, ale pewnie czegoś nie ogarniam. Jeśli znacie rozwiązanie tej zagadki, piszcie w komentarzach.
No dobra, to teraz zerknijmy na mural po prawej stronie. To całkiem nowe dzieło, skończone na początku października 2018 roku, zrealizowane na zlecenia miasta z okazji 30-lecia współpracy Torunia z Lejdą. Na ścianie widać typowy pejzaż Królestwa Niderlandów: jest – obowiązkowo – wiatrak, łódki i te takie ich fajne małe stare domki, a skoro to mural poetycki, to musi być i wiersz. A konkretnie Wspomnienie Holandii Hendrika Marsmana. Całość wykonała artystka Iwona Liegmann, z kolei przekładu tekstu podjął się Jerzy Koch.
Okey, to tyle. Oczywiście ulica Podmurna skrywa jeszcze wiele ciekawych historii, ale opowiem o nich innym razem.

poniedziałek, 29 października 2018

Pomnik Pamięci Ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939 i tablice w Parku Pamięci

Jesteśmy na skwerze między ulicami Dąbrowskiego a Uniwersyteckiej. Po jednej stronie – Dworzec Autobusowy, po przeciwnej – Pałac Zdrowia. Ten drugi zbudowano w czasach, gdy Toruń był miastem stołecznym – stolicą województwa pomorskiego. Z kolei skwer przeszedł ostatnio rewitalizację i stał się Parkiem Pamięci. Pamięci o zbrodni, którą my – torunianie – oczywiście pamiętamy, choć kojarzymy ją bardziej lokalnie – przez pryzmat Barbarki oraz podtoruńskich lasów, w których możemy znaleźć symboliczne groby i monumenty upamiętniające cywilne ofiary niemieckich zbrodni. 

Odsłonięty 6 października 2018 roku Pomnik Pamięci Ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939, ma nam do opowiedzenia historię morderstw dokonanych przez Niemców na Polakach i Żydach w pierwszych miesiącach II wojny światowej. Mówiąc o zbrodni pomorskiej, musimy mieć na uwadze nie tylko Barbarkę, ale i bydgoski Fordon, Piaśnicę, Karolewo, Rudzki Most i blisko 400 innych miast, miasteczek i wsi dawnego województwa pomorskiego, w których Niemcy zabijali Polaków.

Wróćmy na chwilę do Torunia i cofnijmy się w czasie.
Późnym popołudniem, 7 września 1939 roku, wojska Wehrmachtu wkraczają do Torunia Szosą Lubicką. Około godziny 18, na Rynku Staromiejskim, pod pomnikiem Kopernika zbierają się mieszkający w Toruniu Niemcy i zaczynają wznosić okrzyki na cześć Adolfa Hitlera. Armia „Pomorze” wycofała się z miasta dzień wcześniej, a ewakuacje urzędników i mieszkańców trwały od kilku dni. Polacy, którzy zdecydowali się zostać w mieście, byli zdani na siebie i łaskę okupanta. W tym drugim przypadku, właściwie nie było na co liczyć, bowiem niemiecki okupant nie miał litości. 

Tymczasem Zbrodnia Pomorska, o której ma nam przypominać pomnik w Parku Pamięci, rozpoczęła się już kilka dni wcześniej. 3 września we wsi Świekatowo w powiecie świeckim, Niemcy rozstrzelali 26 mieszkańców, następnego dnia w Serocku zamordowali 66 Polaków.

Głównym celem okupanta było odpolszczenie naszych ziem, a najszybszą i najskuteczniejszą metodą było ludobójstwo. Dla zwiększenia efektywności procesu „odpolszczenia”, 12 września 1939 roku powołano pluton egzekucyjny Einsatzkommando 16, składający się głównie z gdańskich funkcjonariuszy gestapo. Gdziekolwiek się nie pojawili, zostawiali po sobie trupy. Mordowali m. in. w Gdyni, Toruniu, Bydgoszczy czy Grudziądzu. Nie mniejszym zagrożeniem dla Polaków byli folksdojcze z Selbstschutzu, czyli paramilitarnej formacji złożonej z niemieckiej mniejszości zamieszkującej tereny II Rzeczypospolitej. W tym przypadku wróg miał twarz sąsiada; faceta, któremu Polak pożyczył pieniądze, a ten zamiast mu oddać, wpadł na pomysł, że przecież, gdy zabije wierzyciela, dług zniknie. Członkowie Selbstschutzu przy pomocy aparatu terroru, jaki przecież dzierżyli w swych łapach, załatwiali swoje prywatne sprawy, dawne zatargi i niesnaski. W Toruniu Selbstschutz sprawował pieczę nad obozem w Forcie VII, wskazywał tych, których potem wywożono i mordowano w lasach Barbarki. Bydgoskim odpowiednikiem Barbarki stała się Dolina Śmierci w Fordonie. Tam również, w egzekucjach Polaków brał udział miejscowy Selbstschutz.

Szacuje się, że od września do końca grudnia 1939 roku na Pomorzu Gdańskim zamordowano co najmniej 30 tysięcy osób, choć niektórzy historycy wspominają nawet o 50 tys. ofiar. Dla porównania w Okręgu Rzeszy Kraju Warty, śmierć poniosło 10 tys. Polaków, a w prowincji śląskiej 1,5 tys. Pisząc o Zbrodni Pomorskiej, musimy też wiedzieć, mieszkańców ilu miejscowości dotknęła ta zbrodnia. Niemiecki pochód śmierci przetoczył się przez 399 miast, miasteczek i wsi. Ich nazwy znajdziecie wykute na frontowej ścianie pomnika.

Sam pomnik zaprojektowany przez Zbigniewa Mikielewicza – twórcę pomnika Władysława Raczkiewicza, nagrobka generał Elżbiety Zawackiej czy instalacji Kargula i Pawlaka przed Cinema City oraz psa Filusia z ulicy Chełmińskiej – symbolizuje dom zniszczony/rozerwany przez pocisk. O frontowej ścianie już wspominałem, z kolei u podnóża monumentu znajdziecie płytę, pod którą umieszczono ziemię z dołów śmierci ze wszystkich 399 miejscowości. Ale Park Pamięci, to nie tylko pomnik, alejki i otaczający to wszystko drzewostan. To także kilka tablic również nawiązujących do Zbrodni Pomorskiej. Jedna z nich została poświęcona pomorskiemu Korczakowi, czyli doktorowi Józefowi Bednarzowi. Był dyrektorem Zakładu Psychiatrycznego w Świeciu. Ideologia nazistowska właściwie z automatu skazywała chorych psychicznie na śmierć. W idealnym świecie, w którym rządziła „rasa panów”, nie było miejsca dla obłąkanych. Niemcy mieli na to swój sposób, mało wyszukany, ale skuteczny – chorych psychicznie, po prostu rozstrzeliwano. Doktor Bednarz, mimo że mógł uciec, został ze swoimi pacjentami i zginął razem z nimi w październiku 1939 roku.

Kolejne tablice należą do pomorskich harcerzy, zamordowanych w czasie II wojny światowej oraz do wszystkich ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939 – zbrodni nigdy nie rozliczonej, której sprawcy pozostali bezkarni, a część ich ofiar nigdy nieodnaleziona. 

Pomnik w Parku Pamięci, jako pierwszy przypomina, a niektórych dopiero uczy o masowych morderstwach dokonanych przez Niemców na Polakach i polskich Żydach, na terenie całego przedwojennego województwa pomorskiego. Tych, co chcą zgłębić temat, odsyłam do broszury historycznej wydanej przez IPN z okazji odsłonięcia monumentu – LINK.
Powiązane wpisy:

poniedziałek, 15 października 2018

Festiwal Kultury Popularnej DWUTAKT już 20 października [ZAPOWIEDŹ]

W najbliższą sobotę (20.10), już po raz piąty, wystartuje Festiwal Sztuki Popularnej DwuTakt. W tym roku tematem przewodnim wydarzenia jest cyberpunk, będzie o nim mowa w Sali Wielkiej Dworu Artusa, a w jego podziemiach – w Artus Cinema – zobaczycie filmy o tej tematyce. Gwiazdą tegorocznego DwuTaktu będzie Robert Adler – rysownik i scenarzysta.

Festiwal, to także gratka dla fanów komiksu. Superbohaterzy zawładną całą Salą Malinową, nie zabraknie wystąpień i prelekcji.
Z kolei Galerię Artus na I piętrze, przejmą „kryminaliści”. Strefa Kryminału, którą szczególnie polecam Waszej uwadze, zapowiada się szczególnie ciekawie. Wśród zaproszonych gości będą takie gwiazdy powieści gatunkowej jak: Wojciech Chmielarz, Marta Matyszczak czy Bartosz Szczygielski. I ja się tam pojawię, choć do gwiazdy mi daleko. :) Najpierw o 12 poprowadzę panel dyskusyjny Blogerzy w kryminale, czyli śledztwo w sprawie dobrych książek i seriali, a o 13 odbędzie się moje spotkanie autorskie, które łączy się z premierą książki Martwi głosu nie mają, czyli zbiorem 10 opowiadań kryminalnych z Toruniem w tle. Będzie oczywiście okazja do rozmowy o Toruniu i jego miejscu na literacko-kryminalnej mapie Polski. Spotkanie poprowadzi Robert Małecki.
Ale to nie wszystko. Miłośnicy mangi i anime oraz gier wszelakich, też poczują się usatysfakcjonowani, również dla nich przewidziano strefy tematyczne. Nie zabraknie także wystawy komiksu, a podczas festiwalu sprzedażą wydawnictw zajmie się Księgarnia Hobbit.

Szczegółowy program znajdziecie pod LINKIEM. Warto też zajrzeć i polubić festiwalową stronę na Facebooku oraz kliknąć i dołączyć do WYDARZENIA.

Mam nadzieję, że się zobaczymy.

piątek, 5 października 2018

KSIĄŻKA #42 | „Piernikajki, czyli toruńskie piernikowe bajki (niekoniecznie dla najmłodszych)” – Katarzyna Kluczwajd

Toruń i pierniki są jak bracia syjamscy – nie wyobrażamy sobie, aby jeden istniał bez drugiego. Toruń kojarzy się z piernikami, a pierniki z Toruniem. I tak od wieków. To nikogo nie dziwi. Wszyscy wiemy, co to są Katarzynki i gdzie się je robi; kojarzymy takie nazwiska, jak Wesse czy Ruchniewicz. Wiemy, gdzie jest ulica Piernikarska, Piernikowa Aleja Gwiazd i Piernikowe Miasteczko; wiemy też, co się kryje pod adresami: Strumykowa 4 i Rabiańska 9. Pewnie większość z Was widziała też przepiękne drewniane formy wyeksponowane w Ratuszu Staromiejskim i Muzeum Historii Torunia... 

Ale ja właściwie nie o samych piernikach chciałem pisać, a o książce pachnącej cynamonem, imbirem i kardamonem. Nie, to nie jest książka zapachowa (a szkoda), ale wystarczy szczypta wyobraźni, aby zrobić sobie „smaka” i zacząć szukać najbliższego sklepu z produktami Fabryki Cukierniczej Kopernik. Bowiem Piernikajki najlepiej czytać w towarzystwie Katarzynek i kawy rozpuszczalnej. Książka nie jest przesadnie gruba, tak więc wystarczy kilogram pierników i ze dwa litry kawusi. Tak przygotowani możecie zabrać się do lektury.
Twórczynią Piernikajek, czyli toruńskich piernikowych bajek jest znana popularyzatorka historii Torunia – Pani Katarzyna Kluczwajd. Autorka, która ma na swoim koncie takie książki jak: Toruń między wojnami, Toruń, którego nie ma, czy serię przewodników Toruń SPACErkiem. Jest też blogerką, od kilku lat tworzącą Toruniarnię. Jednak Piernikajki znacząco odbiegają od tego, co stworzyła do tej pory. Chociaż, może nie do końca? Tutaj, podobnie jak w innych Jej publikacjach, pierwsze skrzypce gra Toruń. On zawsze jest najważniejszy, niczym centrum świata i wszechświata. Różnica polega na tym, że Piernikajki, to zupełnie inna forma opowieści o naszym mieście, jego historii i mieszkańcach. Bo w „toruńskich piernikowych bajkach” dzieje Torunia, przeplatają się ze współczesnością, legendami i wyobraźnią Pani Kasi.
W książce znajdziecie 36 krótkich opowieści, które są mieszanką wielu gatunków literackich. Choć dominuje tu fantastyka i opowiadania historyczne; znaleźć też można wątki kryminalne, te z gatunku grozy, a nawet... romantyczne. Poznacie m.in. alternatywną wersję legendy o smoku toruńskim, który miał krótki, acz owocny, romans z Oślicą-Pręgierzycą; a także historię Kopciuszka, czy raczej Kop(piernik)ciuszka, która na bal do Dworu Artusa poszła; czy o seansach spirytystycznych w Ratuszu Staromiejskim... A wszystko to zilustrowane licznymi zdjęciami.
Autorka pisze ze swadą i humorem, posługując się plastycznym językiem. Tworzy i wyciąga z odmętów przeszłości postaci barwne, charyzmatyczne, rządne przygód i z głową na karku... No, dobra, wyjątkiem jest tu burmistrz Roesner, ale jemu akurat głowę obcięto, na co nie miał wpływy. Niektórzy bohaterowie pojawiają się w kilku opowieściach, jak choćby TORaś czy Smok Czek (tego drugiego szczególnie polubiłem), ale tym, co spaja wszystkie historie, jest toruński piernik, bo w końcu to Piernikajki, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Bo są tu opowiastki zarówno dla młodych, jak i starych pierników. Więc nie ważne do jakiej grupy się zaliczasz – ta książka jest dla Ciebie. 

ISBN: 978-83-8147-091-9
wydawca: Novea Res
ilość stron: 240
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka ze skrzydełkami

niedziela, 30 września 2018

Pszczelarz Kopernik (mural)

Skarpa, to muralowe zagłębie Torunia. Pod koniec sierpnia odsłonięto tu kolejny wielkoformatowy obraz. Tym razem bohaterem malowidła jest Mikołaj Kopernik, który pozbywa się astrolabium na rzecz czerpaka do miodu i – wyjątkowo – nie towarzyszą mu gwiazdy, a niewielki rój pszczół.

Ten niecodzienny obraz naszego astronoma, to wizja lwowskich artystów: Leonida i Marty Podolyak oraz Kolii Tsar. To właśnie ta trójka stoi za projektem i wykonaniem tego muralu. I o ile obecność Kopernika nikogo nie dziwi, o tyle te pszczoły... No właśnie, skąd one i po co? To nawiązanie do tego czym kiedyś była Skarpa i sąsiednie Rubinkowo. W czasach, kiedy największe „sypialnie” Torunia, nie były jeszcze sypialniami, dominowały tu: pustynia i pola lnu. A pszczoły lubią len. Tak więc mamy tu takie subtelne nawiązanie do przeszłości ziem, na których wyrosły wschodnie osiedla naszego miasta.

Mural o wymiarach 30x9 m został zrealizowany w ramach projektu budżetu partycypacyjnego. Znajdziecie go na wschodniej ścianie wieżowca przy ulicy Szosa Lubicka 170.

piątek, 7 września 2018

KSIĄŻKA #41 | „Otchłań” - Marcel Woźniak

Przyszła pora na wielki finał trylogii Marcela Woźniaka. Detektyw Leon Brodzki staje do ostatecznej walki z legendarnym toruńskim gangsterem „Elfem”. Ale zanim to zrobi, musi najpierw wyjść z więzienia...
Wszystko zaczęło się w „Powtórce”, potem było „Mgnienie”. Dużo ofiar i zbrodni, i czerwona od krwi Wisła. Toruń nie przypominał tego uroczego miasta uchwyconego na pocztówkach i sweet fociach z wakacji. Marcel doskonale uchwycił i wyciągnął na powierzchnię bród najgorszych miejskich rynsztoków, gdzie niektórzy ludzie już dawno zerwali z człowieczeństwem. Taka też jest „Otchłań”. A może nawet Toruń w tej ostatniej części jest gorszym miejscem, niż w poprzednich dwóch? Jak czytamy w jednym z pierwszych zdań: Ludzie w tym mieście przestali mieć problemy z zasypianiem, odkąd ze strachu przestali zasypiać w ogóle. Bo w Toruniu koszmary śniono na jawie.
W Toruniu Marcela Woźniaka nie chcielibyście mieszkać. To miasto ociekające krwią, śmierdzące zbrodnią i rozkładającymi się zwłokami. Chyba przy okazji pisania o „Powtórce”, porównałem Toruń wykreowany przez Marcela do batmanowskiego Gotham City. Nadal to podtrzymuję. Autorowi udało się utrzymać w ryzach ten niesamowity i mroczny klimat, który przez całą trylogię trzymał Czytelników za gardła. „Otchłań” ściska nawet mocnej, bo przestępcom puściły wszystkie hamulce, a jakby tego było mało, toruńską policją rządzi skorumpowany kundel. Sami więc rozumiecie, Brodzki nadal ma pełne ręce roboty, której przecież, od czasów „Powtórki”, nie skończył. A w mieście jest cholernie źle. Fala przemocy przelewa się przez wszystkie dzielnice, kostucha wywija kosą, jakby tańczyła tahtib, a jakby tego było mało, z Warszawy przyjeżdża dziennikarka, która za cel do nowego reportażu, obrała sobie Brodzkiego.
Tak, bo w plejadzie dobrze nam znanych bohaterów, których poznaliśmy i polubiliśmy już w poprzednich tomach, pojawia się ktoś zupełnie nowy: Berenika Vesper – młoda, ambitna i cięta na psiarnię redaktorka, która i tym razem nie ma zamiaru popuścić policji. Szybko jednak ogarnia, że w mieście Kopernika nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, a Zło wcale nie ma oblicza Leona Brodzkiego. Vesper, to ciekawa postać, która jest jak świeży powiew wiatru.
„Otchłań”, to bezpośrednia kontynuacja „Mgnienia” i razem z „Powtórką” stanowią jedną całość, jedną historię, której czytanie należy zacząć od „Powtórki” - to takie info dla tych, którzy dopiero chcą zacząć przygodę z Brodzkim. A zacząć wypada, bo trylogia Marcela Woźniaka jest jak przewodnik po najbardziej zakazanych rewirach Torunia, po miejscach, gdzie najłatwiej dostać kosą pod żebra, stracić kilka zębów czy złapać trypra.

ISBN: 978-83-7976-891-2
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 480
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka
seria: Leon Brodzki (tom 3)

wtorek, 4 września 2018

KSIĄŻKA #40 | „Skaza” - Robert Małecki

Chełmża – niewielkie miasteczko oddalone od centrum Torunia o dwadzieścia kilometrów. Niespełna pół godziny samochodem, ponad godzinę rowerem. Tę trasę, właśnie na rowerze, wielokrotnie pokonywał ks. Wincenty Frelichowski kursując między toruńskim kościołem mariackim, a swoim domem rodzinnym przy Chełmińskiej 5, nieopodal chełmżyńskiego Rynku. To było przed wojną. W 2016 roku urok miasteczka nad jeziorem dostrzegli filmowcy, kręcąc tu pierwszy sezon hitowego „Belfra”, a dwa lata później, w pewne mroźne i pochmurne styczniowe przedpołudnie, do Chełmży zawinął Robert Małecki. A wiadomo, gdy Małecki pojawia się w mieście, oznacza to jedno – ktoś umrze i to niekoniecznie śmiercią naturalną. Zastanawiacie się, skąd wiem o tej wizycie? Byłem tam wtedy, razem z Aniołem Śmierci, który teraz oddaje w wasze ręce swoje najnowsze dziecko - „Skazę”.
Lód, śnieg, mgliste noce i dwa trupy. Senne miasteczko zostaje brutalnie wybudzone z zimowego snu. Śmierć zapukała do bram, więc wypadałoby otworzyć.

Ofiara numer jeden, to nastolatek, pod którym najprawdopodobniej załamał się lód. Ofiara numer dwa – bezdomny, który zmarł w łódce pozostawionej na jeziorze. Wszystko wskazuje na to, że były to nieszczęśliwe wypadki i tylko przypadek sprawił, że wydarzyły się jednej nocy.

Chyba, że to nie był przypadek...

Właśnie to stara się ustalić komisarz Bernard Gross – glina z przeszłością, który w Chełmży chciał znaleźć spokój (no to się facet przejechał). Na pewno pomyślał sobie, że Chełmża to nie Sandomierz, gdzie trupy do kolejnych odcinków „Ojca Mateusza”, trzeba ściągać z powiatu, bo wszyscy mieszkańcy miasta albo są na cmentarzu, albo siedzą za zabójstwa. I faktycznie, przez dziesięć lat Gross miał względny spokój. Aż do teraz. I to jeszcze w zimę, kiedy można sobie odmrozić ręce, nogi i... parę innych części ciała. Ale za to zima, jak żadna inna pora roku, ma w sobie ten specyficzny klimat grozy, który Robert Małecki uchwycił i z całą mocą wykorzystuje. Tak, „Skaza” ma fantastyczną atmosferę, dostrzegalną już od pierwszych stron. To kryminał na miarę „Fargo”, ze świetną historią, bohaterami i otoczeniem, czyli Chełmżą, która spowita we mgle wygląda naprawdę magicznie.
Są też wątki toruńskie, a jakże. Komisarz Gross parokrotnie odwiedza nasze miasto, w którym dekadę wcześniej mieszkał i pracował, i w którym zostawił żonę w śpiączce. No dobra, „zostawił” nie brzmi najlepiej. Kobiecina przebywa w Fundacji „Światło”, więc lepszej opieki mieć nie może. W Toruniu pewnie wszyscy znają tę instytucję. Siedziba Fundacji mieści się tzw. prezydentówce – pięknym XIX-wiecznym pałacyku, w którym przed wojną mieszkali prezydenci Torunia. W powieści pojawiają się też toruńskie osiedla i oczyszczalnia ścieków, ta przy Szosie Bydgoskiej. Również wszyscy policyjni technicy pojawiający się w Chełmży i prokurator, dojeżdżają z Torunia. Ale tak to już jest, chciał czy nie chciał, większe miasto w jakiś sposób oddziałuje na mniejsze.
Wracając do fabuły. „Skaza” obejmuje wiele wątków, zahacza o przeszłość, pokazuje niełatwe relacje rodzinne i prywatne życie policjantów, oddaje senność małych miejscowości. Sam główny bohater nie jest kolejnym banalnym pijakiem, który – w myśl zasady, że głupi ma szczęście – fuksem rozwiązuje kolejną zawiłą sprawę. Autor naprawdę się postarał tworząc swojego nowego głównego bohatera, jakże różniącego się od kudłatego fana Dżemu – Marka Benera. A muszę powiedzieć, że byłem sceptycznie nastawiony, gdy Robert pierwszy raz wspomniał mi, że robi gliniarza. Spodziewałem się kolejnego nawalonego troglodyty-rozwodnika, a tu takie zaskoczenie! Gross wypadł znakomicie i już nie mogę się doczekać kolejnej sprawy, którą będzie prowadził. Bo, proszę Państwa, w Chełmży śmierć postanowiła zostać na dłużej i urządzić krwawe żniwa; tańczy z kosą i głowy ścina. Zatem Bernard Gross wkrótce powróci. A tymczasem polecam Wam „Skazę”, bo to bardzo dobry kryminał jest. 

ISBN: 978-83-7976-016-9
wydawca: Czwarta Strona
ilość stron: 568
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka
seria: komisarz Bernard Gross

środa, 22 sierpnia 2018

10. Bella Skyway Festival

Od czasu do czasu, tak średnio raz na dziesięć lat, każda cykliczna impreza ma swój jubileusz. W tym roku dychę kończy Bella Skyway Festival – wydarzenie, na które wielu czeka cały rok.

Tak, wczoraj wystartowała – jubileuszowa – 10 edycja Festiwalu Światła, czyli Bella Skyway Festival. Organizatorzy już kilka miesięcy temu zapowiadali, że będzie to edycja z przytupem. Czy tak jest w rzeczywistości? Hm... Oceńcie to sami. Ja mam mieszane uczucia, chociaż właśnie w tym roku pojawiła się instalacja, która naprawdę chwyciła mnie za gardło, serce i... za coś jeszcze, ale pozwolę sobie nie pisać za co. Jakie to cudo tak mną zawładnęło? „Installation de feu” francuskiej grupy Campagnie Carabosse, którą znajdziecie na Zamku Krzyżackim i w  fosie. Żywy ogień, niesamowite konstrukcje i klimatyczna muzyka na żywo sprawiły, że opadła mi szczęka i gdybym miał sztuczną, byłby problem, aby ją znaleźć w ciemności i wśród tłumu. Moje numer 2 tej edycji festiwalu, to „Twarze” - mapping na Collegium Maximum autorstwa Anny Pytlak, Łukasza Kosela, Steva Nasha i Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Tu również mamy muzykę na żywo i ciekawą animację. Numer 3: piękny i cieszący oczy minimalizm, czyli „Wciąż żywa” Anny Galas. Numer 4: „I love Toruń” autorstwa #robiewideło i VES – ta instalacja mogłaby na stałe wpisać się w krajobraz miejskiej przestrzeni. Świetnie wygląda, jest bardzo toruńska i akurat w tym miejscu dobrze ją widać z tramwaju. Tylko tak, zdając sobie sprawę z poziomu zidiocenia co poniektórych, obawiam się, że któryś wymyśliłby 1001 sposobów, jak zniszczyć to dzieło. A może nie? Chciałbym się mylić. No dobra, topową piątkę zamyka – i tu miałem mały problem między „Laserman Show” a „Supercube”, w końcu jednak wybrałem to drugie. „Supercube”, to sześcian zbudowany ze słoików. Najlepsze jest to, że w tych słoikach pojawiają się ludzie i zwierzęta, nie są to jednak zdjęcia a animacje. Wygląda fajnie i oryginalnie, no i jest puszczany kawałek „Little Boxes” z „Trawki”, wiecie, tego serialu Showtime'a, a „Trawkę” akurat bardzo lubiłem, więc...

No dobra, a rozczarowania? Jasne, że były. „Metamorfozy” w ogrodzie Baja Pomorskiego – w gazetce dorobiono do tego zgrabną historię, jakieś przesłanie, ale widziałem przede wszystkim jedno małe (bo instalacja nie zajmuje wiele miejsca) nic. Kolejnym bublem jest to nieporozumienie na Urzędzie Marszałkowskim poprzedzone spot-lansem Całbeckiego (wiadomo, idą wybory i trzeba przypomnieć społeczeństwu, że się istnieje), ale co do samego mappingu – bez kitu, wizualizacje w Winampie wyglądają lepiej. Również „Czas Marsa” na tle reszty, wypada dość blado.

To jednak moje subiektywne oceny. Zachęcam Was, abyście wyszli wieczorem w miasto i wyrobili sobie własne zdanie. Jedno jest pewne: jak co roku, każdy znajdzie coś dla siebie. Instalacji jest dużo i chociaż narzuciłem sobie spore tempo i tak nie zdołałem zobaczyć wszystkiego. „Głębie energii” przy AZS odpuściłem z powodu dużej kolejki, „Duszki z doliny” przegapiłem, a „Laser Symphony”... No cóż, za dwie dychy mam kino, film na DVD, książkę lub dużą pizzę i naprawdę szczerze wątpię, aby pokaz przebił instalację na Zamku Krzyżackim, a z poprzednich lat wyniosłem przeświadczenie, że płatne – nie znaczy lepsze. Więc... Chyba skuszę się na tę pizzę. 

Byłem ciekawy ile się robi kilometrów podczas Bella Skyway. W tym roku włączyłem Endomondo i wiecie ile wyszło? Z kumplem obstawialiśmy koło trzech kilosów, wyszło ponad sześć. Sporo chodzenia, ale – mimo tych kilku rozczarowań (wiadomo, nie każdemu dogodzisz) – warto.