poniedziałek, 26 września 2016

KSIĄŻKA #1 | „Żydzi w Toruniu w okresie międzywojennym” - Adam Marolewski

Toruńscy Żydzi. Kim byli? Jak wyglądały ich wzajemne relacje i jakie stosunki utrzymywali z Polakami? Na te i inne pytania stara się odpowiedzieć Adam Marolewski w swojej skromnej objętościowo książce „Żydzi w Toruniu w okresie międzywojennym”.

Panta rhei kai ouden menei mawiał urodzony w VI w. p.n.e. Heraklit z Efezu. Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo – to dotyczy również naszego miasta. Literacko-historyczne wycieczki po Toruniu są zatem okazją, aby się cofnąć do świata przeminionego. Przy czym jest to świat wielobarwny i pod wieloma względami bogatszy i  jakby bardziej ożywiony, niż ten nasz, współczesny. 

Toruń okresu międzywojennego nie był miastem szczególnie zróżnicowanym pod względem narodowościowym. Przez cały ten czas wyróżnić można trzy nacje, które funkcjonowały w naszym mieście: polską, niemiecką i żydowską, przy czym ta ostatnia nigdy nie przekroczyła półtora procenta wszystkim mieszkańców, choć przez dwadzieścia lat wolnej Polski widać, że gdy Niemcy wyprowadzali się z Torunia, Żydzi wręcz przeciwnie – napływali do Grodu Kopernika, co szczególnie dało się zauważyć w pierwszej połowie lat ‘30.

Adam Marolewski poświęcił się badaniu właśnie tej niewielkiej społeczności, która w najlepszym dla siebie roku – 1939 liczyła 857 mieszkańców, co stanowiło zaledwie 1,1% ogółu. Autor dysponując dość skromnie zachowanym zapleczem źródłowym, zdołał uchwycić sedno żydowskiej społeczności, która, mimo iż była tak nieliczna, to jednak podzielona. Konflikt pomiędzy „zasiedziałymi” Żydami, którzy w dużej części pamiętali jeszcze czasy zaboru pruskiego, a Żydami napływowymi z innych części Rzeczypospolitej, narodził się wraz z przybyciem do miasta Auerbacha i Pilca, którym nie podobało się sprawowanie władzy przez radę Żydowskiej Gminy Wyznaniowej. Stworzyli więc niewielką, choć twardą i bezwzględną opozycję, która często bezpodstawnie szkalowała przeciwników politycznych i nie ustąpiła aż do wybuchu II wojny światowej. Jednak wewnętrzne tarcia nie były jedynym problemem tej niewielkiej toruńskiej społeczności. Również narastający w latach ’30 antysemityzm dawał się mocno we znaki. Żydowskie sklepy były atakowane, a ich klienci prześladowani, również w lokalnej prasie ze „Słowem Pomorskim” na czele. Autor jednak wszystkie te zjawiska przedstawia w sposób obiektywny, podkreślając jednocześnie starania ówczesnych władz miejskich o zapewnienie mniejszości żydowskiej bezpieczeństwa.

Książka Marolewskiego porusza również sprawy życia codziennego toruńskich Żydów. Oczywiście znaczącą częścią tego życia była religia, obrzędy i święta z nią związane, ale nie tylko. Równie ważna dla Żydów była praca. Lwia część odnajdywała się w handlu: od domokrążców po właścicieli dużych sklepów (największym sklepem na Rynku Staromiejskim był wówczas magazyn konfekcji Moritza Lesera tuż obok Domu Pod Gwiazdą). Miejscowi Żydzi najbardziej jednak upodobali sobie branże: włókienniczą i skórzaną. Autor przytacza konkretne adresy, gdzie mieszkali, pracowali i gdzie się bawili mieszkańcy wyznania mojżeszowego. Poznajemy też najważniejsze nazwiska. Marolewski nie zagłębia się jednak w życiorysy, przez co nie mamy okazji zbyt dobrze poznać żadnego konkretnego człowieka. Mimo to, w sposób ciekawy i w miarę kompleksowy, przedstawił społeczność, jako jeden byt, choć z racji konfliktów niekoniecznie spójny i zgodny.

Każdy zainteresowany historią Torunia powinien sięgnąć po tę publikację. Marolewski zebrał interesujący materiał i czytelnie naszkicował obraz lokalnych Żydów w czasach niezwykle barwnych. Jedyne, co mnie raziło, to wszechobecny w książce, archaiczny zwrot „toruńczyk”, a nie „torunianin”. Na co dzień staram się walczyć z tym określeniem, które nie tylko wyszło z obiegu, ale przede wszystkim brzmi paskudnie, niczym wstydliwa dolegliwość. Mimo to, „Żydzi w Toruniu w okresie międzywojennym”, to praca warta uwagi, która przybliży Wam tę niewielką społeczność, która żyła w naszym mieście między dwiema wojnami. 

ISBN: 978-83-7611-491-0
wydawnictwo: Adam Marszałek
ilość stron: 108
rok wydania: 2009
oprawa: miękka

środa, 21 września 2016

Pomnik Stefana Łaszewskiego

Z cyklu... POMNIKI
Stare Miasto.
To jeden z mniej znanych toruńskich pomników, chociaż upamiętnia osobę niezwykle ważną dla Pomorza Drugiej Rzeczypospolitej. Stefan Łaszewski był pierwszy wojewodą pomorskim w odrodzonej w 1920 r. Polsce. Dziś chciałbym przybliżyć Wam zarówno postać samego Łaszewskiego, jak i dzieje monumentu, który został mu poświęcony.

Stefan Łaszewski przyszedł na świat 8 stycznia 1862 roku w Brąchnówku, niewielkiej wsi nieopodal Torunia. Uczył się w Pelplinie i Chełmnie, studiował prawo na uniwersytecie we Wrocławiu, a także w Berlinie i Lipsku. Po uzyskaniu doktoratu nauk prawnych przeniósł się na Pomorze, gdzie pracował w sądach m.in. w Gdańsku, Sopocie czy Wejherowie. W 1892 r. zamieszkał w Grudziądzu, gdzie oprócz pracy w zawodzie zaczął udzielać się społecznie w polskich organizacjach i stowarzyszeniach. Należał m.in. do Towarzystwa Naukowego w Toruniu i współpracował z Towarzystwem Śpiewaczym „Lutnia”. Do historii przeszedł jako obrońca polskich działaczy w procesach wytyczanych przez władze pruskie. Jego zaangażowanie w sprawy rodaków doprowadziły go w 1912 r. do parlamentu Rzeszy Niemieckiej, w którym był posłem aż do końca I wojny światowej. Zanim 17 października 1919 r. został mianowany wojewodą pomorskim, był m.in. posłem w Sejmie Ustawodawczym w Warszawie oraz zadbał o to, aby władze pruskie w Toruniu, Gdańsku i Berlinie wywiązały się z ustaleń zawartych w traktacie wersalskim. Mówiąc wprost: miał patrzeć Niemcom na ręce i dociskać ich, aby jak najszybciej wynieśli się z polskiej ziemi. Kontynuował to zadanie również w 1920 roku jako komisarz nadzorujący przekazanie stronie polskiej administracji na terenie przyszłego województwa pomorskiego. Wojewodą nie był długo. Mimo zasług, Łaszewski został 2 lipca 1920 roku odwołany ze stanowiska, co może zawdzięczać Narodowej Partii Robotniczej, która na Pomorzu była bardzo silna, a to potwierdza fakt, że Łaszewskiego zastąpił Jan Brejski wywodzący się, a jakżeby inaczej, z NPR. Sam Łaszewski przeniósł się do Warszawy, gdzie dostał stanowisko sędziego Sądu Najwyższego, a kilka miesięcy później zasiadł w fotelu prezesa Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Zmarł 20 marca 1924 r.

To tyle jeśli chodzi o skróconą biografię Stefana Łaszewskiego. Pora się teraz zająć historią głównego bohatera niniejszego artykułu…

Z pomysłem budowy pomnika wyszedł następca Brejskiego, a tym samym trzeci wojewoda Pomorski – Stanisław Wachowiak. Początkowo miała to być tablica wmurowana w ścianę Urzędu Wojewódzkiego, czyli dzisiejszego gmachu Collegium Maius. Jednak ze względów estetycznych postanowiono, że tablica zostanie wkomponowana w wolnostojący obelisk. Zaprojektowaniem tablicy zajął się rzeźbiarz – Marcin Rożek, twórca m.in. pomnika Bolesława Chrobrego w Gnieźnie czy popiersia Fryderyka Chopina w Poznaniu. Za projekt i wykonanie tablicy otrzymał wynagrodzenie w wysokości około 2,5 tyś. zł. Całe przedsięwzięcie, łącznie z postawieniem Łaszewskiemu nagrobka na cmentarzu w Pelplinie, oszacowano na
18 000 zł. Część tej kwoty pochodziła od rządu centralnego, a także od lokalnych samorządów z terenu Pomorza. Każdy dał, ile mógł. Na przykład: władze Torunia przekazały 1398 zł, z kolei powiat grudziądzki przelał na konto Powiatowej Kasy Oszczędnościowej w Toruniu 1065 zł. Tak na marginesie dodam, że nagrobek Łaszewskiego w Pelplinie ma również toruński akcent, bowiem zamieszczona na nim płaskorzeźba jest autorstwa Ignacego Zelka. Wróćmy jednak do pomnika Rożka, z którym urząd wojewódzki podpisał umowę w grudniu 1924 r. Zgodnie z wytycznymi artysta miał wykonać płaskorzeźbę na tablicy z piaskowca o wymiarach 160x100 cm, na której znalazłoby się przede wszystkim popiersie pierwszego wojewody. 

Aż do 23 kwietnia 1925 r. utrzymywał się pomysł wmurowania tablicy w ścianę Urzędu Wojewódzkiego. Czasu było coraz mniej, ponieważ odsłonięcie zaplanowano na 3 maja. O zmianach powiadomiony został najpierw przez Referat Sztuki Marcin Rożek, następnie, jeszcze tego samego dnia, wojewoda Wachowiak wysłał pismo do prezydenta Bolta z informacją o nowej sytuacji. Rozpoczął się wyścig z czasem i urzędnicza batalia o pozwolenie na budowę pomnika. To zostaje wydane dopiero 1 maja, czyli na dwa dni przed planowanym odsłonięciem pomnika.

Przygotowaniem kamiennej płyty oraz zagospodarowaniem terenu zajęła się firma Franciszka Schneidera z ul. Grudziądzkiej 69. W tamtych czasach było to prężnie rozwijające się przedsiębiorstwo budowlane. Parę lat później w „Słowie Pomorskim” znaleźć będzie można ogłoszenie, że Schneider potrzebuje aż 50 murarzy i to od zaraz, zatem można z tego wywnioskować, że na brak pracy nie mógł narzekać. Zlecenie przy Urzędzie Wojewódzkim na rogu ulic Wały gen. Sikorskiego i Fosa Staromiejska wymagało od budowlańców nie tylko dokładności, poczucia estetyki, ale i sprawności w działaniu – w końcu mieli na to tylko dwa dni, mimo to udało się.

Wydrukowaniem 150 zaproszeń na uroczystość odsłonięcia pomnika zajęła się Drukarnia Robotnicza „Wojciech Pawlak i S-ka”, którą wówczas kierował Antoni Antczak. Drukarnia Pawlaka zajmowała się głównie wydawaniem gazety „Głos Robotnika” i powstała w środowisku politycznym Stanisława Wachowiaka. Dobra, nie owijajmy w bawełnę: Jan Brejski w 1919 r. zlecił Pawlakowi założenie drukarni, w której swoją prasę oraz inne wydawnictwa mogła drukować Narodowa Partia Robotnicza. Czasem, jak w przypadku zaproszeń, odzywało się klasyczne kumoterstwo, które – jak widać – istniało również w Toruniu w czasach II Rzeczypospolitej.
projekt dekoracji Eugeniusza Grosa
Uroczystości dopięto na ostatni guzik. Powstał nawet projekt dekoracji, która miała uświetnić odsłonięcie pomnika. Jej autorem był Eugeniusz Gros, jeden z założycieli toruńskiej Konfraterni Artystów, którą tworzyli m.in. Julian Fałat, Wojciech Durek i Ignacy Zelek. 
odsłonięcie pomnika Łaszewskiego, na zdj. wojewoda St. Wachowiak
odsłonięcie pomnika Łaszewskiego, na zdj. wojewoda St. Wachowiak
Wśród zaproszonych gości był sam generał Haller, który niestety nie zjawił się 3 maja pod Urzędem Wojewódzkim w Toruniu. Za to mieszkańcy, chcący uczestniczyć w odsłonięciu obelisku, nie zawiedli. Na zdjęciu z Narodowego Archiwum Cyfrowego widać tłumy obserwujące wojewodę Stanisława Wachowiaka, który w swoim przemówieniu przybliżył życiorys Łaszewskiego, podkreślił jego zasługi dla Rzeczypospolitej i Polaków, a także podziękował samorządom powiatów i miast Pomorza za wsparcie finansowe. Wystąpienie zakończył słowami:
Niech skromny ten kamień z pól polskich przypomina pamięć wielkiego patrjoty zaś nam i potomnym będąc znakiem widomym powrotu Pomorza na łono macierzy oby się stał bodźcem w pracy dla tej, za którą krwawiły i umierały pokolenia.

Odsłaniam kamień pamiątkowy dla pierwszego wojewody pomorskiego w odrodzonej Polsce.
(pisownia oryginalna)
O odsłonięciu pomnika Stefana Łaszewskiego pisało „Słowo Pomorskie” na pierwszej stronie wtorkowego wydania z 5 maja 1925 r., przytoczono również sylwetkę pierwszego wojewody oraz obszernie zacytowano przemówienie Wachowiaka. Z kolei w „Tygodniku Toruńskim” z 30 maja wydarzeniu poświęcone są aż trzy strony. Tekst uzupełniają fotografie, które nieczęsto pojawiały się w tej gazecie.

I właściwie na tym historia powinna się zakończyć. Pomnik przez kolejne dekady powinien stać i dyskretnie przypominać osobę, którą honorował. Jednak niemiecki najeźdźca postanowił napisać w 1939 r. scenariusz sequela. Hitlerowcy zniszczyli monument Łaszewskiego. Podobny los spotkał również kilka innych dzieł Rożka, a sam artysta zginął w kwietniu ’44 r. w obozie Auschwitz-Birkenau, do którego trafił za karę, ponieważ odmówił stworzenia rzeźby Adolfa Hitlera.

Upłynęło wiele lat nim przypomniano sobie o istniejącym przed wojną pomniku. W 1988 roku z inicjatywą jego odbudowy wyszedł Jan Wyrowiński, który w tamtym czasie był prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. To właśnie On rozpoczął starania, które dopiero po niespełna 9 latach zakończyły się sukcesem. Koszt zrekonstruowania monumentu wyceniono na 28 000 zł i podobnie jak w latach ’20, tak i w ’90 o wsparcie finansowe zwrócono się do gmin pomorskich, które w części były wówczas gminami toruńskimi. Wszyscy chętnie pomogli, a swój niemały udział w sfinansowaniu miała Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, a także Urząd Miasta Toruń.

Rekonstrukcją pomnika zajęła się firma Ante Portas z Gdańska opierając się na dokumentacji fotograficznej zebranej przez prof. Kazimierza Przybyszewskiego – historyka i autora kilku książek o dziejach Torunia. Początkowo planowano odsłonięcie na 3 maja 1997 roku, ale ostatecznie uroczystość przeniesiono w czasie o pół roku. Nowy/stary monument odsłonięto w przededniu Święta Niepodległości – 10 listopada 1997 r. w godzinach popołudniowych. A jako ciekawostkę dodam, że granitowa płyta, na której umieszczono tablicę pochodzi z byłej Jednostki Armii Radzieckiej.

Przyglądając się starym i nowym zdjęciom widać różnice w wyglądzie monumentu. Sam medalion z popiersiem Łaszewskiego nieco odbiega od oryginalnej wersji, podobnie jak kształt i wzór podstawy, w którą wkomponowano tablicę. Jednak nie o szczegóły tu chodzi, a o pamięć, którą jesteśmy winni Stefanowi Łaszewskiemu. Dlatego też opowiedziałem Wam tę historię i zachęcam do odwiedzenia pomnika w realu.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

poniedziałek, 12 września 2016

Festyn historyczny „Historia wciąż żywa”

Z cyklu... WYDARZENIA
Piaski.
Fundacja „Zamek Dybów i Gród Nieszawa”, po spektakularnej inauguracji w maju tego roku, kolejny raz zorganizowała imprezę, którą zapamiętamy na długo. W niedzielę (11.09) na dziedzińcu zamku Władysława Jagiełły odbył się wyjątkowy festyn historyczny pod hasłem „Historia wciąż żywa. Od chrztu Polski po II pokój toruński”.

Niedzielny poranek przyniósł pierwszy zwiastun nadchodzącej jesieni – gęstą mgłę, która wciąż się utrzymywała, gdy przed wpół do jedenastej dotarłem na Przystań AZS. Stąd na Zamek Dybowski miała mnie zabrać zabytkowa łódź, sterowana przez flisaków – to była jedna z atrakcji festynu. Flisacy – sympatyczni panowie z zamiłowaniem do historii i Wisły, po której pływają, zabawiali podróżnych, gawędząc o rzecznych przygodach i o swojej pięknej łodzi o dźwięcznym imieniu Bason (zapewne męskiej wersji Basonianki). Po kilkuminutowym rejsie czekał mnie jeszcze krótki spacer przez dziki i piękny las. Wszystko to było jedynie preludium do tego, co miało się dziać na zamku.

A zaczęło się od koncertu zespołu Tryzna ze Szczecina. Niesamowicie zagrana średniowieczna muzyka, wprowadziła uczestników festynu w odpowiedni klimat i przygotowała do spektaklu „Od chrztu Polski do II pokoju toruńskiego”. Przedstawienie składało się z kilku scenek, a aktorzy płynnie przeprowadzili nas przez pięćset lat historii Polski, zaczynając od roku 966 i chrztu Mieszka I, przez dzieje związane z naszym regionem, jak lokacja Nowej Nieszawy, w której następnie wzniesiono Zamek Dybów, a kończąc na wojnie trzynastoletniej i podpisaniu w 1466 r. II pokoju toruńskiego. Po występie, młodzi adepci na rycerzy, mogli oswoić się z mieczem, trenując na kapuścianych głowach saracenów. Później na scenie pojawili się zaprawieni w boju wojownicy, którzy stoczyli bezkrwawą, ale widowiskową walkę. Na koniec odbył się wybuchowy pokaz średniowiecznej artylerii.

Na miejscu można było skosztować tradycyjnej polskiej strawy zakrapianej soczkiem lub wodą mineralną. Na dziedzińcu zamku stanęły zabytkowe namioty, w których można było m.in. poznać historię Nowej Nieszawy oraz zobaczyć wirtualną rekonstrukcję tego średniowiecznego miasta, z kolei w punktach menniczych każdy mógł sobie wybić monetę. Zarówno dla młodych, jak i starszych czekały liczne zabawy, jak chociażby strzelanie z łuku, a miłośnicy fotografii mogli podziwiać fantastyczne ujęcia ze Szlaku św. Jakuba.

Frekwencja dopisała. Festyn cieszył się sporym zainteresowaniem, a uśmiech na twarzach ludzi i wesołe okrzyki dzieci, mówią same za siebie – zabawa była przednia, a organizator imprezy i dzierżawca zamku – Fundacja „Zamek Dybów i Gród Nieszawa” – po raz kolejny pokazała, że historia nie jest wcale patetyczna i można opowiadać o niej na luzie i z pasją.

To tyle. A teraz pozwólcie, że wrócę do słuchania „Quant Recomence”. Wpada w ucho i nawet patyczkami tego nie wyciągniesz, ani nie wyssiesz odkurzaczem. ;)