poniedziałek, 30 września 2019

📘#55: „Baśń o toruńskich piernikach” – Elise Püttner

✔️ WPIS NR 41/2019 (318)
Ta historia ma już około stu czterdziestu lat. Pod koniec XIX i na początku XX wieku, przygody Bogumiła cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że Baśń o toruńskich piernikach doczekała się aż trzech wznowień. Wszystkie wydania były niemieckojęzyczne. Blisko sto lat od ostatniego, Muzeum Okręgowe w Toruniu podjęło się wznowić opowieść Elise Püttner po raz czwarty, jednak tym razem w przekładzie na język polski.

Napisana przez Elise Püttner historia, jest ponadczasowa i uniwersalna, to opowieść o wielkim marzeniu i drodze do jego spełnienia. Drodze długiej i niełatwej, w pokonaniu której Bogumiłowi pomagają napotkani, w czasie wędrówki, życzliwi ludzie oraz... elfy. A wszystko zaczyna się w Toruniu. To tutaj mieszka i uczy się nasz mały bohater. Jest sierotą, wychowywanym przez ojca chrzestnego. Ten, jako miejski muzykant – organista, hejnalista, skrzypek – stara się zaszczepić w swym podopiecznym miłość do muzyki i nauczyć go gry na skrzypcach. Chłopiec jednak nie ma talentu w tej dziedzinie, pragnie być zupełnie kimś innym, chce zostać piernikarzem. To marzenie jest tak silne, że pewnej nocy ucieka za mury Torunia i wyrusza w samotną wędrówkę do odległej Helwecji, gdzie – jak słyszał – uczą zawodu, który Bogumił pragnie wykonywać.
Pochodząca z Gdańska autorka baśni, w interesujący sposób przedstawia Toruń i jego okolice. Przede wszystkim ciekawe są lokacje, które – z perspektywy czasu – mają historyczny wydźwięk. W opowieści pojawia się chociażby nieistniejący już Klasztor Sióstr Benedyktynek, zlokalizowany poza murami miasta, gdzieś nieopodal Bramy Klasztornej. W klasztorze mieszkają dobroduszne siostrzyczki, które nie tylko zaprzyjaźnią się z głównym bohaterem, ale i udzielają mu pomocy. Bogumił trafia też do legendarnego tunelu pod Wisłą, prowadzącego do Zamku Dybowskiego. Oczywiście, jest też sam zamek. Mieszka w nim pewien zgorzkniały wielmoża, którego rozgoryczenie, niechęć do ludzi i alienacja, wynika z utraty ukochanej córki – dziewczynka zwana Złotkiem jakiś czas temu została uprowadzona przez Cyganów i słuch po niej zaginął. 

Po krótkim przystanku na zamku, Bogumił wyrusza dalej. W pokonywaniu kolejnych kilometrów pomagają mu buty siedmiomilowe, pożyczone od pustelnika zamieszkującego las nieopodal polskiej warowni. Tak rozpoczyna się wielka wędrówka małego chłopca, którego serce wypełniają marzenia i ideały.

Baśń o toruńskich piernikach, to niezwykle ciepła opowieść adresowana zarówno do dzieci, jak i dorosłych. W sam raz na jesienne popołudnie. Zresztą, akcja rozpoczyna się właśnie jesienią. Pierniki, są tu jedynie smakowitym pretekstem, do opowiedzenia historii o szukaniu własnego miejsca w świecie, o wartościach i uczuciach; o bezinteresownej pomocy bliźnim; o przyjaźni i miłości. Właściwie znajdziecie tu wszystko to, co w innych starych baśniach: jest i przypowieść, i morał, jest też – co nie będzie spoilerem z mojej strony – szczęśliwe zakończenie. A w tle tego wszystkiego Toruń, jak zawsze piękny, jak zawsze magiczny, choć w jakiejś części już nieistniejący.

Uzupełnieniem całości, jest biogram Autorski, napisany przez Janusza Mosakowskiego z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie tylko przybliża postać Elise Püttner, ale i rzuca nieco światła na okoliczności powstania Baśni o toruńskich piernikach.
O ile historia Bogumiła bardzo mi się podobała i do tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń, o tyle jakość wydania książeczki pozostawia wiele do życzenia. Pomijam szatę graficzną, która jednemu może się podobać, drugiemu nie. Mnie osobiście ilustracje Małgorzaty Wojnowskiej-Sobeckiej, nie przypadły do gustu, a na pewno nie oddały klimatu opowieści. Zresztą, wydanie niemieckojęzyczne z 1912 roku (dostępne w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej), pod względem graficznym jest jeszcze gorsze. To jednak – jak wspomniałem – kwestia indywidualnych upodobań, więc nie będę się rozwodził. Rzeczą znacznie gorszą jest toporny skład książki, za którą odpowiedzialna jest również pani Wojnowska-Sobecka. Przede wszystkim interlinia! Przyjmuje się – taki jest obecnie standard – że interlinia, czyli odstęp między wierszami, wynosi 1,5 puntu, tutaj mamy tylko 1. To sprawia, że tekst zlewa się, jest go, po prostu, za dużo na stronie. Do tego dialogi bez choćby pół centymetrowego akapitu... Okropieństwo! Takiej fuszerki nie robi nawet Adam Marszałek. Wynika to albo z braku wiedzy pani odpowiedzialnej za skład, albo z chęci zaoszczędzenia na objętości. Wiadomo: mniej stron, to mniejszy koszt produkcji książki i nie ważne, że Czytelnik będzie się męczył. Minusem jest też umieszczenie przypisów na końcu książki. Jest ich tak mało i są na tyle krótkie, że można było je wrzucić na poszczególne strony. Wprawdzie dorośli nie powinni mieć problemów z terminologią, ale to w końcu baśń adresowana przede wszystkim do dzieci i lepiej byłoby, gdyby przypisy były u dołu stron. Zgubienie (najprawdopodobniej w drukarni) literki „ę” i zastąpienie go prostokątem w nazwie wydawcy, pomijam uśmiechem, chociaż to tylko potwierdza jak słaby jest poziom redakcji. Niemniej, sama historia jest warta poznania, choć książeczkę MOT cechuje - i przyznaję to z ciężkim sercem - bylejakość. Szkoda, bo bardzo czekałem na tę pozycję i sądziłem, że Wydawca z takim dorobkiem nie zawali sprawy. Niestety, pomyliłem się. Za taką cenę (25 zł za 60 s.), wszyscy powinniśmy oczekiwać czegoś znacznie lepszego.

Ale spokojnie, Muzeum Okręgowe w Toruniu nie jest jedynym wydawcą, który zdecydował się wypuścić w świat baśń Elise Püttner po polsku. Miesiąc po premierze powyższego wydania, Piernikowa Chatka wypuściła swoje, pod nieco innym tytułem - Baśń o toruńskim pierniku.

przekład: Katarzyna Kukowicz-Żarska
ISBN: 978-83-60324-97-4
wydawca: Muzeum Okręgowe w Toruniu
ilość stron: 60
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka

poniedziałek, 23 września 2019

Pomnik Henryka Sienkiewicza

Bielany » pl. Frelichowskiego 1
✔️ WPIS NR 40/2019 (317)
Wracamy na teren Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Toruńskiej. Ostatnio pokazywałem Wam pomnik bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, wspomniałem wówczas, że to nie jedyny monument, jaki można zobaczyć na terenie kompleksu. Otóż pięć lat po tym, jak artysta rzeźbiarz Kazimierz Gustaw Zemła, skończył prace nad wspomnianym wyżej pomnikiem, dostał od toruńskich duchownych kolejne zlecenie.

Tym razem miał stworzyć monument poświęcony – prawdopodobnie – najbardziej znanemu na polskiemu pisarzowi. Co? Remigiusz Mróz? Nie, nie jego miałem na myśli. Był kiedyś ktoś bardziej znany, nazywał się Henryk Sienkiewicz, a jego popularność wykraczała poza granice Polski, która wówczas de facto nie istniała. Teksty Sienkiewicza tłumaczono na wiele języków, był zatem twórcą o randze Europejskiej, choć w jego powieściach, nowelach i opowiadaniach dominowały wątki patriotyczne o zabarwieniu biało-czerwonym. No właśnie, bo dla nas – Polaków –  najistotniejsze są właśnie te utwory, które w naszych uciemiężonych przodkach krzepiły ducha polskości i to w najbardziej ponurych czasach zniewolenia. Sam Sienkiewicz nie doczekał wolności, zmarł na anewryzm serca (jak kiedyś nazywano tętniaka), 15 listopada 1916 roku w Vevey. I właściwie tu – w tym szwajcarskim mieście z widokiem na Alpy – zaczyna się historia toruńskiego monumentu.

Przez ostatni rok życia twórca Trylogii mieszkał i pracował w Grand Hotel du Lac w Vevey, dlatego - jak już podjęto decyzję o budowie pomnika - logicznym pomysłem było ustawienie go gdzieś w pobliżu. Co ciekawe, Hotel du Lac nadal działa i pamięta o swoim znamienitym mieszkańcu. W recepcji można kupić jego książki, a w hotelowej restauracji skosztować deseru o nazwie Quo Vadis. Odsłonięty 25 listopada 2006 roku pomnik Henryka Sienkiewicza znajduje się w ogólnodostępnym ogrodzie zaraz przy hotelu. Zaprojektowany i wykonany przez Kazimierza Zemłę jest bardzo podobny do jego wcześniejszego dzieła, które w 2000 roku ozdobiło Łazienki Królewskie w Warszawie. Wspominam o szwajcarskim monumencie, ponieważ to właśnie jego kopia została ustawiona przed toruńskim Centrum Dialogu. Tym, którzy mają ochotę zobaczyć pierwowzór i zwiedzić Vevey bez wychodzenia z domu, polecam stronę pozabiurem.pl.

No dobra, z Vevey przenosimy się do Torunia. Ciężko znaleźć powiązania autora W pustyni i w puszczy z naszym miastem. Być może w ogóle ich nie ma. No dobra, Sienkiewicz patronuje jednej z ulic Bydgoskiego Przedmieścia, ale to tyle. Jego związki z Toruniem nie są jednak konieczne. „Litwos” zajmuje bowiem szczególne miejsce wśród polskich twórców. Mimo, że od jego śmierci minęło ponad sto lat, nadal uchodzi za jednego z najwybitniejszych pisarzy. Jeśli dodamy do tego, że był wielkim patriotą i katolikiem, to wystarczy, aby jego monument stanął przed świeżo pobudowanym Centrum Dialogu. No właśnie, bo jedno i drugie (pomnik i gmach przy pl. Frelichowskiego) ma ze sobą wiele wspólnego. Pomnik Sienkiewicza odsłonięto 6 października 2012 roku, w tym czasie otworzono również Centrum Dialogu im. Jana Pawła II, w którym swoją nową siedzibę znalazła Biblioteka Diecezjalna. Wszystko się więc zazębia i tworzy przestrzeń o spójnym przekazie.

Co do samego pomnika... Jak widzicie na załączonych zdjęciach, przedstawia siedzącego starszego Sienkiewicza, który w prawej dłoni trzyma pióro, natomiast na lewym kolenie spoczywa otwarta  książka „Quo Vadis”. Na postumencie widnieje napis: „Kościół jest stróżem przeszłości, piastunem teraźniejszości i siewcą przyszłości”. Jest to kopia wpisu Sienkiewicza do księgi pamiątkowej muzeum diecezjalnego w Płocku. Zadbano nawet o odzwierciedlenie charakteru pisma noblisty. I właściwie ta inskrypcja, to jedyna różnica między pomnikiem toruńskim a szwajcarskim. Monument jest bogaty w szczegóły, co widać zwłaszcza na fotografiach portretowych, na których Sienkiewicz wygląda, jakby zatopił się w myślach, próbując rozwikłać literacką zagwozdkę. Zatem, gdy wpadniecie odwiedzić mistrza, nie przeszkadzajcie mu zbytnio, bowiem Henryk, jak niemal każdy twórca, bardzo ceni sobie ciszę i spokój, zwłaszcza podczas procesu tworzenia. 😉

wtorek, 17 września 2019

📘#54: „Rocznik Toruński, tom 44” – praca zbiorowa

✔️ WPIS NR 39/2019 (316)
Rocznika Toruńskiego chyba nie muszę przedstawiać. Czasopismo w formie książkowej ukazuje się od 1966 roku i w każdym numerze zamieszczonych jest kilka artykułów różnych autorów, którzy zdmuchują kurz z często zapomnianych lub mało znanych kart historii Torunia. Tym razem zajrzymy do tomu 44 z roku 2017. Przy okazji kolejnych omawianych Roczników staram się wybierać z każdego numeru trzy teksty, które wzbudziły moją największą ciekawość. Przy czym jest to wrażenie subiektywne, podyktowane w dużej mierze moimi zainteresowaniami i słabością do konkretnych epok. Dla Was to jedynie wskazówka, bo tak czy inaczej po Rocznik Toruński warto sięgać.

I tak w tomie 44, moje największe zainteresowanie wzbudził artykuł Barbary Zulewskiej Dziedzictwo „ufortyfikowanej knajpy. Działalność wybranych hoteli i lokali gastronomicznych Torunia w latach 1920-1939. Można powiedzieć, że tekst jest sequelem (kontynuacją) książki Aleksandry Kortas „Befestigte Kneipe” z 2010 roku. Autorka, głównie na podstawie prasy i rejestrów dostępnych w archiwum, odtwarza miniony świat, w którym głównymi bohaterami są najpopularniejsze knajpy i hotele z czasów II RP. Tak się jakoś złożyło, że ostatnio temat żywo mnie interesuje, co przekłada się na podejmowane na blogu tematy, w tym ten ostatni poświęcony Hotelowi Pod Orłem.

Kolejny tekst, który zwrócił moją uwagę, to analiza polichromii w sieni Dworu Artusa, autorstwa Krystyny Dąbrowskiej. Autorka w sposób dokładny i bardzo obrazowy objaśnia znaczenie, kontekst historyczny i kulisy powstania obrazu, który chyba wszyscy doskonale znamy, a jeżeli nie, to polecam Wam wybrać się do Dworu Artusa, najlepiej z niniejszym Rocznikiem Toruńskim, który w tym przypadku posłuży Wam za przewodnik po jednym z najciekawszych dzieł ściennych dostępnych w Toruniu. Do tej pory obraz ten traktowałem jako przedstawienie czterech niezależnych od siebie opowieści. Dąbrowska udowadnia jednak, coś zupełnie przeciwnego. Polichromia, choć – owszem – składająca się z czterech scen, opowiada jedną historię. Historię pewnego wydarzenia w dziejach Torunia.

Na trzecim miejscu w mojej subiektywnej topce, uplasował się artykuł Pawła Modrzyńskiego Ochrona przeciwpożarowa w Toruniu w świetle ustawodawstwa wilkierzowego (XIII-XVI w.). Okazuje się, że już w średniowiecznym Toruniu istniały regulacje prawne mające na celu zniwelować ilość pożarów w mieście, a w razie wybuchu żywiołu, zapewnić w miarę szybką i skuteczną walkę z nim. Jak się okazuje, miasto wydało w tej dziedzinie wiele przepisów prewencyjnych. W średniowieczu nie było straży pożarnej, zatem gdy wybuchał pożar, do jego gaszenia był zobligowany każdy dorosły mieszkaniec. Tych najbardziej aktywnych miasto nagradzało, ci, którzy postanowili wymigać się od obowiązku – czekała kara. I tak to działało. Każdy mieszkaniec Torunia musiał mieć w gotowości własny zestaw gaśniczy. Co w chodziło w jego skład? Odpowiedź znajdziecie w artykule otwierającym tom. Paweł Modrzyński opisuje też jak te przepisy ewoluowały w kolejnych wiekach, a to wszystko na tle zmieniającego się dynamicznie miasta. Temat ochrony przeciwpożarowej – choć tylko epizodycznie – pojawia się w tekście Wilkierz dla przedmieść Torunia z 1637 r. Mateusza Superczyńskiego.

Na tych trzech tekstach niniejszy Rocznik się nie kończy, są też inne artykuły, biografie torunian oraz recenzje książek. Zresztą zobaczcie sami, poniżej wrzucam spis zawartości omawianego tomu.
Artykuły:
Ochrona przeciwpożarowa w Toruniu w świetle ustawodawstwa wilkierzowego (XIII-XVI w.);
Czapscy herbu Leliwa i ich związki z Toruniem do początków XIX w. Zarys problemu;
Dziedzictwo "ufortyfikowanej knajpy". Działalność wybranych hoteli i lokali gastronomicznych Torunia w latach 1920-1939;
Bażantarnia toruńska (1927-1935);
Wilkierz dla przedmieść Torunia z 1637 r.;
Polichromia w sieni Dworu Artusa w Toruniu jako jeden z elementów pruskiej polityki kulturalnej:
Symbolika uniwersum świątyni gotyckiej na podstawie wyników badań archeologicznych przy kościele św. Jakuba w Toruniu;
Średniowieczne malarstwo ścienne w kamienicach mieszczańskich Torunia. Najnowsze odkrycia.
Biografie:
Bolesław Osuch (1913-1962), doktor medycyny, oficer WP, działacz społeczny;
Sława Olga Osuchowa (1913-1998), doktor medycyny, działaczka społeczna;
Andrzej Tomczak (1922-2017), człowiek niezwykły, profesor zwyczajny;
Jerzy Matyjek (1926-2017). Szkic do portretu;
Bohdan Rymaszewski (1935-2016). Zabytkoznawca, konserwator zabytków, muzealnik, działacz społeczny, nauczyciel akademicki;
Profesor Jan Łopuski. W stulecie urodzin;
➕ recenzje książek i sprawozdania.
ISSN: 0557-2177
wydawca: ToMiTo / UMK
ilość stron: 400
rok wydania: 2017
typ okładki: miękka z obwolutą

poniedziałek, 16 września 2019

Hotel Pod Orłem

Stare Miasto » ul. Mostowa 17
✔️ WPIS NR 38/2019 (315)
Toruńskie tradycja nie ograniczają się tylko i wyłącznie do wypieku pierników. Mamy też bogate dziedzictwo hotelarskie, choć tylko kilka współczesnych hoteli może poszczycić się historią sięgającą blisko dwóch stuleci. Jednym z nich jest Hotel Pod Orłem przy ulicy Mostowej 17. Neoklasycystyczna kamienica powstała w XIX wieku, na fali budowlanego bumu. Budowano wtedy dużo i z rozmachem, to właśnie wtedy ukształtował się obecny wygląd toruńskiej starówki. Pierwsza reklama hotelu pojawiła się w 1867 r., w drugim numerze „Gazety Toruńskiej”.
Szanownej publiczności podróżującej polecam nowo urządzony Hôtel mój: Hôtel Marquardta pod Czarnym Orłem, uprzejmie dodając, że staraniem mojem jest zadowolić publiczność dobrem Table d'hôte a skorą i rzetelną usługą przy cenach umiarkowanych. Powóz hotelowy na każdy pociąg posyłam na dworzec do usług publiczności. Franciszek Marquardt w Toruniu, ulica Mostowa nr 41. [pisownia oryginalna]
⬆️ Gazeta Toruńska, nr 2 / 3.01.1867 r.
Z tekstu ogłoszenia jednoznacznie wynika, że hotel istnieje już od jakiegoś czasu i niedawno przeszedł remont. Pierwszy wniosek potwierdza Aleksandra Kortas – autorka książki „Befestigte Kneipe” – która wspomina, że już w 1832 roku w tym miejscu znajdował się tego typu ośrodek. Wówczas nazywał się Hotel de Berlin i właściwie nic więcej o nim nie wiadomo, podobnie jak o tym, kiedy Berlin przeszedł pod skrzydła Czarnego Orła. Franciszek Marquardt właścicielem był do 1877, kiedy to interes przejął H. Lentke. To właśnie za czasów tego pana, najprawdopodobniej w 1886 r., hotel rozbudowano. Od tego momentu na gości czekało aż 50 pokoi, był to więc największy hotel w mieście i realna konkurencja dla Hotelu Pod Trzema Koronami.

Hotel Pod Czarnym Orłem, jak przystało na lokal o dobrej renomie, miał własną restaurację z winiarnią. Można było też napić się prawdziwego monachijskiego piwa z beczki. Nic więc dziwnego, że hotel przyciągał znamienitych gości, choć głównie z kręgów wojskowych. W lipcu 1889 r. przebywali tu generał porucznik hr. Häseler, major sztabu generalnego Prittwitz, generał major Baumann oraz generał porucznik Seebeck. Z kolei w sierpniu 1896 r. gościł książę Albrecht. Generalicja, monarchia... Z perspektywy historii te wizyty z pewnością nie są aż tak istotne. Dużo większe znaczenie miało pojawienie się w Toruniu pierwszego samochodu, który... jak myślicie, gdzie się zatrzymał? Pewnie już znacie odpowiedź.
Pierwsza dorożka bez koni, pędzona benzyną, przybyła wczoraj po południu do Torunia i zajechała lekko a bezpiecznie do hotelu pod Czarnym Orłem. [pisownia oryginalna]
⬆️ Gazeta Toruńska, nr 142 / 23.06.1894 r.
W następnym numerze dowiadujemy się, że „dorożką bez koni” przyjechał przedstawiciel monachijskiej wytwórni kawy Kathreiners Kneipp-Malz-Kaffee. Można sobie tylko wyobrazić reakcję torunian i emocje jakie im towarzyszyły na widok maszyny, o której czytali dotąd jedynie w prasie. I tu mała dygresja: pierwszym torunianinem, który miał swój własny samochód był piekarz Antoni Kamula, ale to było jedenaście lat po tym, jak gość od kawy podjechał pod Czarnego Orła. 

Rok 1894 był ważny dla dziejów hotelu nie tylko z powodu pojawienia się automobilu. Otóż w tym samym czasie przeniosła się tu piwiarnia J. Popiolkowskiego, która oferowała klientom piwa typu Pilsner, co podniosło rangę lokalu i przyciągnęło nowych klientów.  

H. Lantke prowadził hotel przez trzy dekady. Po jego śmierci w 1912 r. interes odziedziczyła Emma Lantke. I gdzieś między 1912 a 1921 rokiem pojawił się Oskar Hethey. To kolejny właściciel Hotelu Pod Czarnym Orłem. Orzeł jednak przestał być czarny w momencie powrotu Torunia do macierzy. Ta czerń – co zupełnie zrozumiałe – zbyt mocno kojarzyła się z pruskim zaborcą, podobnie jak – i tu moje zrozumienie jest mniejsze – czerwień cegły Dworca Miasto. Ale to zupełnie inna historia. Nowy posesjonat, pan Hethey w 1921 r. zamieścił reklamę swojego „pierwszorzędnego hotelu i restauracji” w przewodniku Toruń w jednym dniu:
reklama w przewodniku Toruń w jednym dniu | za: KPBC
Oskar zarządzał hotelem dość krótko. Jak wynika z księgi adresowej z roku 1923, już wtedy właścicielem był Stanisław Zackiewicz. To on wyremontował i unowocześnił ośrodek. Urozmaicił też ofertę o dancingi, rauty i okolicznościowe bale, a w hotelowej restauracji „stale przygrywał artystyczny kwartet”. Po remoncie wprawdzie liczba pokoi zmniejszyła się z 50 do 45, ale w zamian pojawiły się... łazienki. Oprócz tego, hotel posiadał własną centralę telefoniczną oraz flotę automobili, które pozostawały do dyspozycji gości. Gościniec uchodził za miejsce cisze i przytulne, restauracja tętniła życiem. Jednak każda sielanka kiedyś się kończy. Czasami zostaje brutalnie przerwana przez huk wystrzałów, świst kul i krzyk rannych. Tak było w przypadku hotelu przy ul. Mostowej.
reklama w Księdze Pamiątkowej P.L.O.P.P. | za: KPBC
afisz z 1925 r. | za: KPBC
Rzecz wydarzyła się w mroźny wtorkowy wieczór, 16 lutego 1926 roku. Było po godzinie 18, kiedy do westybulu Hotelu Pod Orłem weszło dwóch wykwintnie ubranych jegomości. Podeszli do recepcji, chcąc wynająć pokój. Zachowywali się dziwnie, nerwowo, czym wzbudzili czujność portiera. Ten postanowił wezwać policję. Wyłożył przez telefon jak się sprawy mają. Wkrótce w lobby zjawiło się trzech mundurowych. Jeden z nich zażądał od podejrzanych typów dokumenty i wtedy się zaczęło. Zamiast dowodów osobistych, dwaj mężczyźni wyciągnęli rewolwery i bez ostrzeżenia zaczęli pruć do gliniarzy. Pierwszy padł trupem od razu, drugi – ciężko raniony – zaraz po nim. Trzeciego nie dosięgnęły kule, ale i tak nie zdołał zatrzymać zbójów. Ci wypadli na ulicę Mostową, przy której stał akurat wóz należący do hurtowni farb i przyborów malarskich Jana Kapczyńskiego. Woźnicy nie było, więc mordercy wsiedli na furę i zaczęła się wielka ucieczka. Zdecydowani na wszystko bandyci – pędząc ulicami starówki w kierunku Bydgoskiego Przedmieścia – strzelali na oślep i ranili dwie kobiety.

W ślad na mordercami ruszyła policja oraz wojsko. Jednak przestępcy mieli na ul. Mickiewicza ukryty samochód, do którego się przesiedli i kontynuowali ucieczkę, kierując się na Bydgoszcz. Mimo zakrojonego na szeroką skalę pościgu, morderców nie udało się złapać.

Te wydarzenia wstrząsnęły nie tylko gośćmi i personelem Hotelu Pod Orłem, ale i całym miastem. Strzelanina, pościg w środku miasta, szalona lecz udana ucieczka... Gdyby to wszystko wydarzyło się kilka lat później, przyrównano by to do scen z filmów z Jamesem Cagneyem. Rzeczywistość jednak wyprzedziła amerykańskich filmowców, a krwawy wtorek w Hotelu Pod Orłem jeszcze długo był tematem ożywionych dysput torunian.

Na szczęście strzelanina nie zniechęciła gości do wizyt w hotelu przy ul. Mostowej. Cztery lata później w „Dniu Pomorskim” mieszkańcy Pomorza mogli przeczytać o nocnym życiu Torunia, którego ważnym elementem był Hotel Pod Orłem:
Zgiełkliwy jazz-band wabi i nęci. Symfonia świateł, niebieskiego dymku i roztańczonych par. Dookoła szum ludzkich głosów. „Pod Orłem” rojno, gwarno i wesoło”.

„Proszę państwa! Rozpoczynamy nasz program”. Oleś Olesławski, niezrównany humorysta, nieci humor.

Oklaski, bisy, to duet Rovena et Gaslor odtańczył boskie tango. Milutka Rosjaneczka Ada Puti tańczy ślicznie „Morphinum”. Oleś pełen humoru śpiewa kuplety i piosenki. Torell tańce ekscentryczne.

Brawo, brawo! To bajeczne. Zespół Rovena et Gastol dokazuje istnych cudów. Kostiumy wspaniałe. Gruby brzuszek, czarny krawat, marsowa mina, dla wszystkich uprzejmy, to gospodarz. Marszczy brwi i klnie na goliznę. Ano bryndza ogólna, będzie lepiej.
⬆️ Dzień Pomorski, nr 31 / 7.02.1930 r.
Kilka miesięcy wcześniej – w listopadzie 1929 r. – w hotelowej restauracji zaszły pewne zmiany. Kierownictwo nad bistro objął niejaki F. Romanowski, który sprowadził z warszawy nowego szefa kuchni. Facet nazywał się Antoniak i miał ożywić menu. Czy tak rzeczywiście się stało? Tego nie wiem, jednak ani Romanowski, ani Antoniak nie pojawiają się w księdze adresowej z 1932 roku, co może oznaczać, że ich kariera pod skrzydłami Orła trwała niezbyt długo. 

Stanisław Zackiewicz pozostawał właścicielem aż do wybuchu II wojny światowej. Spoglądając na elewację hotelu, nadal możemy dostrzec pamiątkę po nim w postaci zdobionych inicjałów S.Z. Ten detal znajdziecie nad środkowymi oknami drugiego piętra. W czasie niemieckiej okupacji hotel nadal nadal funkcjonował, choć pod nazwą Danziger Hof (Hotel Gdański) i zapewne z nowym właścicielem. Inna była też rzeźba orła, co łatwo można zweryfikować porównując poniższą fotografię ze współczesnymi. Po 1945 roku przywrócono poprzedni szyld, no i tak już zostało.
wiosna 1940, fot. Kurt Grimm | za: Okupowany Toruń...
Hotel Pod Orłem nadal działa i plasuje się w pierwszej trójce najstarszych hoteli w mieście. Nadal też zachwyca bogactwem zdobień i detali. Zresztą zobaczcie sami. Czego nie dostrzeże ludzkie oko, przyciągnie teleobiektyw. :)
Źródła: „Befestigte Kneipe” – Aleksandra Kortas (wyd. Adam Marszałek & ToMiTo, 2010); Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa; Dziedzictwo „ufortyfikowanej knajpy” – Barbara Zulewska (Rocznik Toruński, Tom 44); Okupowany Toruń w obiektywie Kurta Grimma

poniedziałek, 9 września 2019

Generałówka

Stare Miasto » ul. Przedzamcze 3
✔️ WPIS NR 37/2019 (314)
Toruńska starówka już niejednokrotnie opowiadała nam o swojej historii. Tutaj, niemal każda ulica, każdy budynek, skwer czy zaułek ma coś ciekawego do przekazania. Tym razem będzie trochę mroczniej i tajemniczo. Słyszycie gwizd z czołówki Z archiwum X? Z pewnością sprawą zainteresowaliby się agenci Mulder i Scully, gdyby Toruń podlegał jurysdykcji FBI. Tak jednak nie jest, więc nie mamy co na nich liczyć. Sprawa ta nigdy też nie trafiła do Macieja Trojanowskiego ze Strefy 11. Jesteśmy więc zdani na siebie. A zatem... 

Po raz pierwszy o sprawie tajemniczych zgonów mieszkańców dworku przy ul. Przedzamcze 3, przeczytałem kilka lat temu w „Nowościach” lub „Pomorskiej”, nie pamiętam dokładnie. I pewnie w ogóle bym o tym nie pisał, gdyby historia nie została przypomniana przez Krzysztofa Halickiego w książce Sekrety Torunia. Chociaż nie jest to kryminał, w tej opowieści jest siedem trupów. Co je łączy? Każdy zmarły był generałem (choć różnych wojsk) i wszyscy mieszkali kiedyś pod tym samym adresem (choć w różnych latach).
pocztówka z ok. 1910 r. | za: KPBC
A wszystko zaczęło się – zdaniem Halickiego – jeszcze w czasach pruskich. Zbudowany pod koniec XVIII wieku dworek, siedzibą generalicji zaczął być w drugiej połowie XIX wieku. I to właśnie wtedy mieszkańcy Torunia zaczęli mówić o tym budynku: „przeklęty”. Wszystko za sprawą śmierci trzech generałów, którzy na przełomie XIX i XX wieku mieszkali w dworku, a potem zginęli. Dwóch pierwszych zabrały wojny: francusko-pruska i pierwsza światowa, trzeci zginął w wypadku samochodowym. Powiecie: przecież na wojnach ludzie giną, a wypadki drogowe od zawsze zbierały żniwo. Być może, ale na tym historia się nie kończy, choć przez kolejne lata nie odnotowano żadnych dziwnych zgonów. 

Być może dlatego, że dworek zajęły Siostry Elżbietanki pełniące posługę w budynku naprzeciwko, który wówczas był szpitalem. Leczono tam między innymi chore wenerycznie prostytutki. W tamtym czasie Przedzamcze należało do... hmmm... niezwykle barwnych zakątków Starego Miasta, ale to temat na zupełnie inną opowieść.
pocztówka z lat '30 | za: Toruń na starych widokówkach (wyd. VIA, 2003)
W drugiej połowie lat '20 postanowiono, że dworek ponownie stanie się Generałówką. Jak się miało okazać, dla przyszłych mieszkańców nie była to dobra decyzja. Uśpiona klątwa otworzyła swe ślepia i zapragnęła kolejnych generalskich dusz. Nie rzuciła się jednak od razu na kolejnego dostojnika w mundurze. Na odpowiednią okazję czekała jeszcze jedenaście lat.

W księdze adresowej z 1937 r. pod adresem Przedzamcze 3 możemy znaleźć nazwisko generała Włodzimierza Maxymowicza-Raczyńskiego. Wojskowy od 28 lipca 1927 r. dowodził 4 Dywizją Piechoty, a rok 1937 był ostatnim, w którym przewodził tej formacji. W lipcu jego miejsce zarówno w roli dowódcy, jak i mieszkańca dworku, zajął 44-letni pułkownik Mikołaj Bołtuć. Jego o dwa lata starszy poprzednik przeniósł się do Warszawy, obejmując szefostwo Broni Pancernych Ministerstwa Spraw Wojskowych. Maxymowicz-Raczyński nie cieszył się długo awansem. 23 lutego 1938 r. wybrał się do Berlina na wystawę samochodową. Następnego dnia znaleziono go martwego w pokoju Hotelu Eden. Oficjalna przyczyna zgonu: zawał serca, jednak nieoficjalnie mówiło się iż generał został otruty.

Rok później, dokładnie 19 marca 1939 r. pułkownik Mikołaj Bołtuć otrzymał nominację na generała brygady. Długo czekał na ten awans, pułkownikiem był już ponad jedenaście lat. Krzysztof Halicki we wspomnianej już książce Sekrety Torunia twierdzi, jakoby kilka dni po  nominacji, generał miał ulec wypadkowi samochodowemu w drodze do wojewody pomorskiego Władysława Raczkiewicza. Hmmm... To dziwne, bo tego wydarzenie nie potwierdza ówczesna prasa. Przejrzałem numery Słowa Pomorskiego oraz Dziennika Bydgoskiego i choć wiele można znaleźć informacji o aktywności świeżo upieczonego generała brygady, to jednak nie ma żadnej wzmianki o wypadku. Z rzekomej kraksy Bołtuć miał wyjść tylko z niegroźną raną szyi. Tak czy inaczej zginął kilka miesięcy później. W sierpniu objął dowództwo Grupy Operacyjnej „Wschód”, która wchodziła w skład Armii „Pomorze” pod komendą gen. Władysława Bortnowskiego – tego samego, który zajmował Generałówkę przy Rynku Nowomiejskim. Bołtuć w czasie pierwszych dni wojny brał udział m.in. w bitwie pod Bzurą, a potem – wraz z 16 Dywizją Piechoty zajął Łowicz. Następnie ruszył na odsiecz Warszawie. Zginął od strzału niemieckiego snajpera w bitwie pod Łomiankami 22 września 1939 r.

Podobno w czasie II wojny światowej barokowy dworek na Przedzamczu zamieszkiwali generałowie Hitlera. Według doniesień Halickiego, dwóch z nich poniosło śmierć na froncie. Autor Sekretów Torunia całkowicie pomija jeszcze jednego lokatora dworku – również generała. Był nim dowódca toruńskiego Okręgu Korpusu nr VIII – gen. bryg. Wiktor Thommée. Choć wiadomo, że dowodził okręgiem w latach 1934-1938, nie udało mi się znaleźć informacji, kiedy dokładnie mieszkał w Generałówce, zmarł jednak wiele lat po wojnie, a jego śmierć trudno przypisać działaniu klątwy. Zwolennicy teorii przeklętej Generałówki powiedzą, że „oszukał przeznaczenie”, dla innych wyłom w schemacie, to dowód na to, że klątwy nigdy nie było. Po wojnie Generałówka nie przyjęła pod swój dach już żadnego generała. Przez pewien czas w dworku swoje biura miało Muzeum Okręgowe, a na przełomie lat '60 i '70 budynek przeszedł pod opiekę zarządcy Zamku Krzyżackiego i tak już zostało.

Niektóre źródła podają, że Generałówka zachowała swój oryginalny charakter, ale wystarczy rzucić okiem na stare pocztówki, aby zanegować tę informację. Porównując archiwalne zdjęcia ze stanem obecnym, pierwsze co rzuca się w oczy, to dobudowany przedsionek. Eliptyczne okna grają mocno modernistyczną nutą, przypuszczam więc, że przebudowa głównego wejście miała miejsce w latach '30. Ponadto zniknęła jedna z lukarn oraz okiennice, natomiast komin został przeniesiony. Mimo, to dworek zachował większość swojego dawnego uroku, choć za cholerę nie pasuje do okolicznej zabudowy. 

A co do klątwy? Hmmm... Należy ją traktować jako miejską legendę – idealną opowieść na jesienne wieczory, gdy ponure koncerty dają świszczący wiatr i szeleszczące pożółkłe liście.
Źródła: Sekrety Torunia – Krzysztof Halicki Toruń na starych widokówkach – Jerzy Domasłowski (wyd. VIA, 2003) zabytek.pl Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa gazetazoliborza.pl

poniedziałek, 2 września 2019

Dyptyk z Gagarinem

Bielany » ul. Gagarina 170-200
✔️ WPIS NR 36 (313)/2019
Murale goszczą na stronach „Po Toruniu” od samego początku czyli od 2014 roku. Pięć lat to szmat czasu, czego dowodem jest chociażby to, jak wiele zmieniło się przez ten czas, jeśli chodzi o toruński street art. Te zmiany można zobaczyć nie tylko na niniejszym blogu, ale i podczas spacerów po mieście. Gdy zaczynałem pisać o sztuce ulicznej w mieście był tylko jeden twórca – Andrzej Poprostu – który zapisał się w historii miasta jako prekursor lokalnego street artu. Ale, jak napisałem wyżej, pięć lat to sporo. Przez ten czas na scenie pojawili się nowi twórcy, część z nich zaskoczyła pomysłowością i talentem, a ściany wieżowców i bloków największych toruńskich osiedli, z roku na rok, wzbogacają się o kolejne obrazy. I to mi się podoba. Podobnie jak idea tworzenia z betonowych dzielnic, galerii sztuki. Jasne, upłynie jeszcze sporo wody w Wiśle (o ile ta nie zdąży wyschnąć), nim to się stanie, ale...

Dobra, do rzeczy. Tym razem zabieram Was na toruńskie Bielany. Każdy mój przyjazd do tej dzielnicy, lekko zabarwiony jest sentymentem, a to dlatego, że spędziłem tu - właśnie przy ul. Gagarina - pierwszych kilka lat swojego życia. Mój stary wieżowiec nie doczekał się jeszcze muralu, za to blok przy Gagarina 170-200 i owszem. To zresztą jednen z najdłuższych bloków w mieście, ma kilkanaście klatek i z pewnością stanowi ciekawostkę architektury z okresu PRL. Jednak, nie o samym budynku będzie mowa, lecz o obrazach zdobiących dwie szczytowe ściany tej „bagietki”. Jako, że oba murale stanowią dyptyk, mamy jedną historię opowiedzianą na dwóch muralach, a oglądanie trzeba zacząć od ściany zachodniej.
Pierwszy mural został ukończony w październiku 2018 roku. Widziałem jak powstawał, bo akurat w tym czasie, często jeździłem do Wydawnictwa Naukowego UMK, co z kolei miało związek z procesem wydawniczym mojej książki. Ale mniejsza z tym. Już wtedy chciałem zrobić o tym muralu wpis, wykonałem nawet jakieś zdjęcia, ale potem przyszły inne tematy i jakoś o tym zapomniałem. I dobrze, bowiem wówczas opowieść nie była domknięta. 
Co zatem widzimy na muralu? Pierwsze, co rzuca się w oczy to pomnik Kopernika i kamienice przy Rynku Staromiejskim, wśród których jest również Kamienica pod Gwiazdą. Wspominam o niej nie bez powodu, ale o tym za chwilę. Widać też – na tle rozgwieżdżonego nieba – zbliżający się do miasta obiekt. Tym obiektem jest jednoosobowy radziecki statek kosmiczny Wostok 1, ten sam, którym Jurij Gagarin wystartował ze stacji w Bajkonurze 12 kwietnia 1961 roku, o godz. 6:07, by niespełna dwie godziny później wylądować gdzieś niedaleko Saratowa. Toruński mural opowiada jednak nieco inny przebieg tej historii, którą należy traktować z przymrużeniem oka.
Teraz przejdźmy do ściany wschodniej, która powstawała między czerwcem a lipcem 2019 r. Tutaj okazuje się, że lot Wostoku nad Toruniem ma konkretny cel. Cel z gatunku tych... kryminalnych, bowiem Jurij przywłaszcza sobie (znaczy się, juma 😉) złotą gwiazdę z Kamienicy pod Gwiazdą. Kopernik widząc to, nie kryje zaskoczenia: gały wychodzą z orbit, kopara opada, a w tym czasie bezczelny złodziej salutuje mu na pożegnanie i odlatuje do... ZSRR.

Autorką obu murali jest Sara Tomczyk. Miło, że w tym męskim gronie artystów tworzących toruńską sztukę uliczną, wreszcie pojawiła się kobieta, która wniosła nie tylko talent, świeżość, ale i poczucie humoru, którego trochę brakowało na naszych miejskich muralach. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia praca tej artystki i wkrótce zobaczymy w przestrzeni miejskiej Jej kolejne dzieła. Trzymam kciuki! 

A jeśli chcecie być na bieżąco z twórczością Sary, koniecznie zaobserwujcie Jej stronę na FB - www.facebook.com/saratomczykart/.