piątek, 24 marca 2017

KSIĄŻKA #14 | „Nikomu się nie śniło” – Robert Małecki, Maras Pijanowski, Grzegorz Giedrys i inni

W połowie marca tego roku ukazała się druga antologia opowiadań będąca efektem eksperymentalnego projektu literackiego Wykup Słowo. W tomie zebrano aż 19 opowiadań, a liczne toruńskie akcenty sprawiły, że książki tej nie mogło zabraknąć na potoruniowej półce.

Ale zacznijmy od początku. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze pomysły nie powstają w czasie intensywnego myślenia, tylko w trakcie wykonywania zwykłych czynności. Dobry pomysł najczęściej rodzi się nagle i spontanicznie. Archimedes prawo hydrostatyki też odkrył przypadkowo, o czym starożytni ateńczycy szybko się dowiedzieli, gdy ten grecki filozof i matematyk wybiegł na ulicę wrzeszcząc „Heureka!”. Nie wiem, jak wtedy na niego zareagowali, ale dziś zostałby pewnie nazwany „świrem”. Genezy projektu Wykup Słowo również należy szukać w wodzie, a dokładnie w wannie Katji Tomczyk, która na pomysł wpadła w czasie kąpieli w upalny sierpniowy wieczór. W skrócie chodziło Jej o to, aby handlować wyrazami. Czytelnicy kupują konkretne słowa, frazy, imiona czy nawet bohaterów, a autorzy wplatają to wszystko do swych tekstów. Spontaniczny koncept przypadł do gustu czytelnikom, co na początku marca 2015 roku, zaowocowało pierwszą antologią zatytułowaną „Autostop(y)”. Mijają dwa lata i do naszych rąk trafia finałowy efekt drugiej edycji Wykup Słowo, w której nie brakuje akcentów związanych z naszym miastem. Przede wszystkim, kupując książkę „Nikomu się nie śniło”, musisz wiedzieć, że część Twoich pieniędzy zostanie przekazana toruńskiej Fundacji Światło, która nie tylko pomaga w wybudzaniu pacjentów ze śpiączki, ale dzięki rehabilitacjom i treningom, umożliwia odzyskanie pełni sprawności eks-„Śpiochów” i daje szansę na normalne życie.

No dobra, aspekt charytatywny jest niezwykle ważny, ale konsumentów powinien interesować przede wszystkim sam produkt, który nabywają. W tym przypadku konsumentem jest czytelnik, a produktem książka. Dziewiętnaście tekstów, dziewiętnastu autorów – to sporo, wiele okazji, żeby się zawieść, ale nie w tym przypadku. Antologia „Nikomu się nie śniło” pachnie świeżością i nie chodzi tu o woń farby drukarskiej unoszącej się znad kartek, ale o lekką literacką bryzę, jaka wieje z większości tekstów. Zacznijmy jednak od autorów z naszego miasta. Jest ich aż trzech, choć tylko jeden stworzył opowiadanie toruńskie i właśnie od niego zaczniemy.

Maras Pijanowski, który na co dzień zarządza Dworem Artusa, stworzył niezwykle tajemniczą opowieść zatytułowaną „Cień klabaternika”. Jest tam i tajne toruńskie stowarzyszenie, zaszyte gdzieś w kamienicy przy ulicy Szczytnej, i legendarny tunel pod Wisłą, łączący Zamek Dybów z Katedrą Świętych Janów. To świetnie opowiedziana historia z podwójnym dnem i mrocznym klimatem nocnego Torunia, choć miejsce akcji nie ogranicza się tylko do naszego miasta. Toruń, choć bardzo epizodycznie, pojawia się też w opowiadaniu Roberta Małeckiego „Pustka”. Ten Autor dał nam się poznać pod koniec 2016 r. doskonałym debiutem „Najgorsze dopiero nadejdzie”, a także opowiadaniem „Horyzont” w antologii „Rewers”. Tym razem jednak, miejskie otoczenie zamienia na leśną chatkę gdzieś na totalnym wygwizdowie. Miejsce to ma jednak swój niezwykły potencjał. Robert stworzył magnetyczną, wręcz hipnotyzującą opowieść, z klaustrofobicznym klimatem – klimatem, który uwielbiam zarówno w książce, jak i w filmie. W tym opowiadaniu znalazłem właściwie wszystko, czego szukam w opowieściach: tajemnicę z przeszłości, stopniowe budowanie napięcia, żywego bohatera (a właściwie bohaterkę) z całą gamą uczuć i myśli. To bezapelacyjnie najlepszy tekst w całej antologii i cieszę się, że został napisany przez torunianina.

Torunianin napisał też opowiadanie, które najmniej mi się podobało. I tak dochodzimy do „Snów” Grzegorza Giedrysa, przez które przebrnąć niezwykle ciężko, bo oto mamy 20 stron wypełnione pijackim bełkotem. Nie ma tu wyraźnie zarysowanej fabuły, ani bohaterów. Można się domyślić, że narratorem jest alkoholik, stąd też jego opowieść jest chaotyczna i w zasadzie, poza chaosem, nie znajdziecie tu niczego innego. Również tu epizodycznie pojawia się Toruń, jest też Mokre i Jakubskie… ale są to puste słowa, które równie dobrze można zastąpić innymi, dostępnymi w słowniku i efekt byłby podobny.

Choć nie wszystkie poruszane w opowiadaniach tematy mnie zainteresowały, byłem mile zaskoczony, że niemal każdy tekst (z wyjątkiem tych nieszczęsnych „Snów”) trzyma poziom. Wśród tych, które najbardziej mnie zachwyciły, są: „Finimondo” K.B. Ambroziak, utrzymane w klimacie powieści VanderMeera; pełne niepokojącej grozy „Kwadratowe kałuże” Joanny Chudzio, od której inspiracje mógłby czerpać sam David Lynch; przezabawny i przewrotny „Nakazany owoc” Michała Dębskiego; mocna, wyrazista i psychologiczna „Sztuka chodzenia po linie” Hanki V. Moody. Niemniej wciągający jest napisany w formie pamiętnika „Senariusz" Anny Rozenberg, która zafundowała genialny i ekspresyjny finał, zresztą tu znajdziemy kolejny toruński akcent, bowiem główna bohaterka pochodzi właśnie z naszego miasta. Na uwagę i uznanie zasługują też krótka, świetnie napisana opowieść „Karkonosze Cztery” Moniki Wasilewskiej, a także kryminał „Sidła snów” – Izabeli Szymczak. Z kolei Magdalena Niziołek-Kierecka w opowiadaniu „O tym jak Szczupak, Przecinek i Pancernik odkryli tajemnicę kolorów” serwuje nam dziecięcą opowieść (ale bynajmniej nie tylko dla dzieci) pełną przygód, humoru i magii. Na sam koniec jeszcze dwa opowiadania, obok których nie można przejść obojętnie. „Sąsiadka” Magdaleny Genow-Jopek, która pokazuje, że bydgoski Fordon, to – parafrazując tytuł powieści Cormaca McCarthy’ego – nie jest dzielnica dla starych ludzi - opowiadanie przypomina kryminalną wersję filmu „Pora umierać” z Danutą Szaflarską. Główną bohaterką jest samotna staruszka. Pewnej sylwestrowej nocy jest świadkiem morderstwa na swoim osiedlu. Autorka doskonale uchwyciła walkę starszej pani z własnymi lękami i sumieniem. Z kolei „Śniaki” Marty Koton-Czarneckiej, to znamienite studium obłędu, dramat psychologiczny, który nie tylko pochłania czytelnika, ale i wbija w fotel (czy w inny mebel, na którym akurat siedzicie).

„Nikomu się nie śniło”, to podajże najlepsza antologia, jaką miałem okazję czytać. Mamy tu cały wachlarz tematów, postaci i nietuzinkowych, świetnie napisanych historii. Autorki i Autorzy niejednokrotnie zaskakują i sprawiają, że człowiek miło spędza czas, bo przecież w literaturze popularnej o to właśnie chodzi – o dobrą rozrywkę, którą ta antologia, bez wątpienia, zapewnia.

ISBN: 978-83-7976-638-3
wydawnictwo: Czwarta Strona
liczba stron: 560
rok wydania: 2017
typ okładki: miękka

niedziela, 19 marca 2017

Pałac Zdrowia

Przez lata gmach przy Uniwersyteckiej 17 miał wiele nazw: Miejska Kasa Chorych, Ubezpieczalnia Społeczna czy ostatnio Miejska Przychodnia Specjalistyczna, jednak mi najbardziej przypadło do gustu określenie podkreślające jego monumentalne oblicze – Pałac Zdrowia, brzmi dostojnie i szlachecko. Pora poznać bliżej wizytówkę toruńskiego modernizmu.

W dwudziestoleciu międzywojennym, mimo zawirowań gospodarczych, budowano dużo i dosyć szybko. Kolejne budynki użyteczności publicznej, wyrastały jak grzyby po deszczu. Toruń przypominał wtedy jeden wielki plac budowy, co musiało wyglądać niezbyt ładnie, a i chwila nieuwagi mogła skończyć się, że jeden z drugim wpadł w wykop pod fundamenty Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego, Starostwa Krajowego, Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych czy właśnie Kasy Chorych. 
rok 1929, wizyta ministra pracy i opieki społecznej 
Aleksandra Prystora (pan w meloniki i z bródką) 
na budowie Miejskiej Kasy Chorych w Toruniu,
źródło: NAC, sygn. 1-C-1009

Budowa Pałacu Zdrowia rozpoczęła się we wrześniu 1928 roku. Architektem został naczelnik Wydziału Budowlanego toruńskiego magistratu Kazimierz Ulatowski – ikona i legenda toruńskiego modernizmu. Ulatowski przyjechał do Torunia w 1925 roku i działał w naszym mieście aż do wybuchu II wojny światowej, był twórcą m.in. Kościoła pw. Chrystusa Króla, dzisiejszego Centrum Targowego PARK czy wspomnianego już gmachu Dyrekcji Lasów Państwowych. Pałac Zdrowia, jedną z największych realizacji architektonicznych ówczesnego Torunia, zaprojektował od początku do końca, skupiając sporo uwagi na wystroju wnętrz, które – w znacznej mierze – możemy podziwiać do dziś. Kasa Chorych kosztował milion złotych i została oddana do użytku pod koniec 1930 roku, chociaż z Dnia Pomorskiego wiemy, że na ukończeniu był już rok wcześniej.
"Dwupiętrowy, potężnych rozmiarów gmach. Zewnętrznie i wewnętrznie jest on w fasie końcowych robót, rzecz oczywista, bez wewnętrznego urządzenia.
„Dzień Pomorski”, 22.11.1929 r.
W tym samym artykule mamy też szczegółowy opis tego, gdzie i jakie gabinety lekarskie będą w budynku. Lekarze poszczególnych specjalności wprowadzali się tu sukcesywnie. Z „Głosu Robotnika” wiemy, że jeszcze w lutym 1931 r. nie wszystkie gabinety były otwarte. W obszernym – całostronicowym artykule poświęconym Pałacowi Zdrowia, w części przemówienia Antoniego Antczaka z 2 lutego 1931 r., czytamy m.in.:
"Gmach został wykończony i obecnie następuje stopniowe jego uruchamianie. Uruchomiliśmy już leczenie fizykalne i wodolecznicze. Mamy już własne ambulatorium techniczno-dentystyczne. W tych dniach przystąpimy do otwarcia specjalistycznego oddziału do walki z największym wrogiem ludzkości, jakim jest gruźlica. Kolejno uruchamiać będziemy polikliniki dla wszystkich rodzaji chorób. Zarząd oddał na drugim piętrze 4 pokoje i kuchnię bezpłatnie Tow. „Matka i Dziecko”. W suterenach mamy zamiar urządzić publiczne kąpiele higieniczne, których miasto Toruń nie posiada.
(pisownia oryginalna) „Głos Robotnika”, 10.02.1931 r. 

Z ostatniego zdania wynika, że Pałac Zdrowia miał też pełnić rolę swego rodzaju łaźni miejskiej, w której każdy – za drobną opłatą – mógł się wykąpać. 
rok 1931, źródło: NAC, sygn. 1-C-1010-1
rok 1931, źródło NAC, sygn. 1-C-1010-2
W gmachu leczono wszystkie infekcje i schorzenia, z wyjątkiem poważnych chorób zakaźnych: był więc dentysta, okulista i laryngolog; leczono gruźlicę, choroby wewnętrzne i weneryczne syfy; ponadto w budynku znajdował się Zakład Przyrodoleczniczy. Na drugim piętrze przewidziano nawet czteropokojowe mieszkanie dla dyrektora placówki, ale ostatecznie lokal przypadł organizacji „Matka i Dziecko”, o czym wspominał Pan Antczak w cytowanym wyżej fragmencie. Sami więc widzicie, że od samego początku Pałac Zdrowia leczył torunian niemal ze wszystkich chorób i dolegliwości, podobnie jest i teraz – na specjalistyczne leczenie do gmachu na wzgórzu ściągają mieszkańcy z całego miasta.

Kilka miesięcy po otwarciu pierwszych gabinetów, dokonano uroczystego poświęcenia Pałacu Zdrowia. Mroźnego i śnieżnego czwartkowego popołudnia 2 lutego 1931 r. na ówczesnej ulicy 3 Maja (dziś Uniwersytecka) zebrali się oficjele i dziennikarze. Poświęcenia miał dokonać biskup Stanisław Okoniewski, ale się nie zjawił. Dlaczego? O tym również czytamy na pierwszej stronie „Głosu Robotnika”.

"Na uroczystość zapowiedzieli swój przyjazd J. E. Ks. Biskup Okoniewski i Minister Pracy i Opieki Społecznej generał dr. Hubicki. Niestety ani jeden, ani drugi nie przybył. Ks. Biskup jadąc samochodem z Pelplina do Torunia napotkał w pobliżu Stolna w pow. chełmińskim na takie zaspy śnieżne, że nie zdołał się przez nie przebić, natomiast Panu Ministrowi przeszkodził zły stan zdrowia. Pan Minister przysłał jednak swego przedstawiciela w osobie dyrektora Głównego Urzędu Ubezpieczeń p. Grabowskiego.
„Głos Robotnika”, 10.02.1931 r. (pisownia oryginalna)

W efekcie aktu poświęcenia dokonał ks. Konrad Klin z kościoła Chrystusa Króla na Mokrem (notabene zaprojektowanym również przez Ulatowskiego i zbudowanym rok wcześniej). Ten sam kapłan osiem lat później będzie więziony na terenie Torunia przez Niemców, przejdzie przez obozy Stutthof, Sachsenhausen i Dachau, by pod koniec wojny zostać zamordowanym w komorze gazowej w tzw. „transporcie inwalidów”, do którego trafili więźniowie niezdolni do pracy.

Ale wróćmy do naszego bohatera, czyli Pałacu Zdrowia. Gdy się przyjrzycie, budynek przy Uniwersyteckiej stoi na niewielkim wzniesieniu. Kiedyś było to przedpole fortyfikacji staromiejskich, dziś to tylko południowe rubieże Starego Miasta, od wielu dziesięcioleci pozbawione właściwości obronnych. Twierdza Toruń ustąpiła miejsca pewnie jednej z najbardziej okazałych przychodni w Polsce. Ulatowski, ślęcząc nad pochyłą deską kreślarską, na której leżała kartka papieru, trzymając w palcach zaostrzony niczym grot strzały ołówek, czasem wtykając sobie drugi koniec między zęby, stworzył w swej wyobraźni projekt, który przeszedł do historii, stał się wizytówką, znakiem rozpoznawczym i dumnym przykładem toruńskiego modernizmu, ale i dumą ówczesnej stolicy województwa pomorskiego. 

Na pewno część z Was bywała w tym budynku, może nawet wiele razy, ale czy zwróciliście uwagę na detale i wystrój wnętrz? Ulatowski, projektując również środek Pałacu Zdrowia, zadbał o szczegóły, to trzeba mu przyznać – dopracował go w najdrobniejszych szczegółach. Mamy więc wiele elementów o znaczeniu symbolicznym – odwołującym się do działalności jakiej gmach był od początku przeznaczony. I tak, nad głównym wejściem wita nas płaskorzeźba wykonana przez – dobrze nam znanego – Ignacego Zelka. Co na niej widzimy? Anioła pojącego spragnionych: mężczyznę, kobietę, starca… o, jest też wciśnięta twarz dziecka. To wyraźna alegoria, mówiąca, że w Pałacu Zdrowia każdy potrzebujący uzyska pomoc. 
Gdy już wejdziemy do budynku, w głównym hallu vis-à-vis drzwi, ujrzycie osobliwego paskudę – maszkarona zwieńczającego niedziałającą dziś fontannę. Fontanna stanowiła centralny punkt poczekalni, tutaj chorzy oczekiwali na swoją kolej, a woda, to przecież źródło życia, zdrowia i witalności (woda urody doda), w końcu dorosły człowiek w 60-70% składa się z wody, a noworodki w ponad 80%, zatem ten oryginalny wodotrysk miał nam symbolizować źródło życia.
Jeśli ktoś miał wątpliwości co do pałacowego charakteru gmachu, powinna je rozwiać imponujących rozmiarów klatka schodowa wijąca się nad fontanną. Warto zwrócić uwagę na wszechobecną geometrię kształtów, która jest wyznacznikiem modernizmu. Spójrzcie na przepiękną stalową balustradę, która – jak i inne elementy metalowe – została wykonana przez ślusarza-artystę Otto Roehra z ul. Mostowej 22. Wspinając się po schodach, zerknijcie na trzy witraże – dzieła poznańskiego artysty o imponujących wąsach Henryka Nostitz-Jackowskiego: pierwszy z symbolem farmacji, drugi przedstawia scenkę pierwszej pomocy, trzeci – lekarza opatrującego rannych. 
Na sam koniec zadrzyjcie głowy i spójrzcie na słońce świecące nad klatką schodową. Ta sufitowa płaskorzeźba – to kolejny symbol tego miejsca. Jak zostało opisane w książce Toruński modernizm, słońce w Pałacu Zdrowia należy odczytywać jako odrodzenie, regenerację, czyli wyleczenie. 
Gmach Kasy Chorych jest, jak „Kod Leonarda Da Vinci” Dana Browna, w tej przemyślanej konstrukcji wszystko ma swoje znaczenie, czasem trochę ukryte (płaskorzeźby, fontanna), innym razem – dosłowne (witraże). To dowodzi, że gmach przy Uniwersyteckiej, to nie tylko budynek z gabinetami lekarskimi, ale i architektoniczne dzieło sztuki, które w pełni zasługuje, aby nazywać go „Pałacem” i to przez duże „P”.

Co ciekawe – Pałac Zdrowia funkcję medyczną pełni nieprzerwanie od 1930 roku. W okresie okupacji, Niemcy zamienili polską przychodnię na Deutsches Medizinal Untersuchungs Amt, a po wojnie nadano zupełnie nową nazwę: Miejska Przychodnia Obwodowa, później jeszcze trzykrotnie zmieniano szyldy na Zespół Opieki Zdrowotnej im. M. Kopernika, Szpital Miejski z Przychodnią Specjalistyczną i wreszcie funkcjonująca od 1998 r. do dziś Miejska Przychodnia Specjalistyczna.

Gmach ubezpieczalni, jak na tamte czasy, był budynkiem ogromnym, zaprojektowanym na kształt litery U, dwupiętrowy, z wewnętrznym dziedzińcem, w latach ’30 przestrzeni tu na pewno nie brakowało. Jednak Toruń w kilka dekad po wojnie mocno się rozrósł, powstały nowe dzielnice, przybyło mieszkańców, a w Pałacu Zdrowia zaczęło robić się ciasno. Dlatego też, w latach ’90 zapadła decyzja o dobudowaniu na tyłach starego gmachu – nowy. 1 września 1996 oddano do użytku nową część. Obie zostały ze sobą połączone nadziemnym łącznikiem. Obecnie w dwóch budynkach znajdziecie 20 różnych poradni, 3 pracownie (RTG, USG, endoskopowa) i ośrodek rehabilitacji.
wejście główne, nad portalem płaskorzeźba I. Zelka
główne wejście do nowego budynku, wybudowanego w 1996 r.
łącznik scalający stary i nowy budynek
wewnętrzny dziedziniec i widok na okna głównej klatki schodowej
fontanna w hallu na parterze
portret maszkarona
główna klatka schodowa, w dole fontanna

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

wtorek, 7 marca 2017

KSIĄŻKA #13 | „Cichociemna. Generał Elżbieta Zawacka „Zo”” – Katarzyna Minczykowska

W 2014 r., nakładem wydawnictwa Rytm i Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej, ukazała się pełna biografia legendarnej kurierki, emisariuszki, cichociemnej i Honorowej Obywatelki Torunia. Autorem publikacji jest Katarzyna Minczykowska, która debiutuje jako biografka. 

Książkę "Cichociemna" otwiera słowo do czytelnika prezes Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej, pani Doroty Zawackiej-Wakarecy oraz przedmowa dowódcy JW GROM, pułkownika Piotra Gąstała. Jest też krótki wstęp autorki, po którym wreszcie możemy poznać historię bohaterki i jej rodziny. Już od pierwszych stron Czytelnik zdaje sobie sprawę, że jest to dramatyczna historia rodziny, która nie tylko żyła w skrajnej biedzie, ale i musiała ukrywać swoją polskość. Narodziny Elżbiety Zawackiej przypadają bowiem na rok 1909, czyli czasy, gdy Toruń pozostawał jeszcze pod zaborem pruskim.

Od samego początku rzucił mi się w oczy przystępny język, jakim posługuje się autorka. Minczykowska wiedzie czytelnika przez życie swojej bohaterki bardzo płynnie, dzieląc życiorys Zawackiej na cztery rozdziały i liczne podrozdziały. Tekst nie jest przesiąknięty wyłącznie datami i suchymi faktami, chociaż zabrakło mi tu polotu, rodem z książek Kacpra Śledzińskiego czy Normana Davisa, czy też rozmachu, z jakim swoje wojenne losy opisał Jan Karski w „Tajnym państwie”; książka nie chwyta też za serce, jak „Dziewczyny z powstania” Anny Herbich. Cichociemna została napisana poprawnie, chociaż bez epickiego zabarwienia, które z pewnością podniosłoby wartość publikacji. Jednak – tylko sam nie wiem, czy to za sprawą barwnego życia Elżbiety Zawackiej, czy też – mimo wszystko – sposobu, w jaki to życie zostało opisane – nie czułem się znużony podczas lektury. Co więcej, z zapałem chłopca, który dorwał się do nowego zestawu klocków lego, wertowałem kolejne strony książki Minczykowskiej, którą oceniam jako jedną z najważniejszych biografii ostatniej dekady. "Cichociemna" wypełniła lukę, nie tylko na rynku wydawniczym, ale również w przestrzeni godnego upamiętnienia Pani Generał. Dla nas, torunian, jest to publikacja szczególnie ważna, gdyż w sposób kompleksowy i rzetelny charakteryzuje nie tylko samą postać Elżbiety Zawackiej (chociaż to przede wszystkim), ale ukazuje zmiany, jakie następowały na przestrzeni dekad w naszym kraju. Te zmiany często pokazane są przez pryzmat Torunia, ponieważ Elżbieta Zawacka, mimo iż wiele lat życia spędziła poza Grodem Kopernika, zawsze tu wracała. Zawieruchy społeczno-polityczne stały się niejako tłem książki, która powinna znaleźć swoje miejsce w Waszych domowych biblioteczkach.

Jeżeli chodzi o samo wydanie. Książka ma twardą okładkę i szyty grzbiet, co z pewnością wydłuży jej żywot, a i lepiej prezentuje się na półce. Niewątpliwym plusem, uzupełniającym tekst, są liczne zdjęcia (również kolorowe na kredowym papierze) z prywatnych albumów gen. Zawackiej. Sięgając po "Cichociemną", miałem obawy i spodziewałem się najgorszego. Jak się okazało, dostałem dobrą publikację, która w sposób przejrzysty (pomijając nadmierny natłok przypisów) zaprezentowała sylwetkę jednej z najważniejszych Polek XX wieku.

Autorka włożyła sporo pracy i serca, w przygotowanie niniejszej książki. Efekt – w mojej ocenie – wyszedł bardziej, niż zadowalający, dlatego też z czystym sumieniem mogę polecić Wam tę pozycję, która – bynajmniej – nie została zaadresowana wyłącznie dla naukowców czy miłośników historii najnowszej. Myślę, że każdy mól książkowy znajdzie tu coś dla siebie, a i okazjonalny czytelnik (ten statystyczny „jednoksiążkowiec”) nie skończy lektury w przeświadczeniu, że zmarnował swój, jakże cenny czas.

ISBN: 978-83-7399-620-5
wydawnictwo: Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej / Oficyna Wydawnicza Rytm
liczba stron: 368
rok wydania: 2014
typ okładki: twarda

poniedziałek, 6 marca 2017

Mural „Toruń wraca do Polski”

Z cyklu... MURALE
Chełmińskie Przedmieście.
Po wielu miesiącach oczekiwania, wreszcie udało się stworzyć pierwszy z ośmiu wielkoformatowych murali patriotycznych. Na ścianie domu przy ulicy Gałczyńskiego 48 pojawiła się ogromna postać generała Józefa Hallera, upamiętniająca rok 1920 i powrót Torunia w granice odrodzonej Polski. Pozostaje tylko pytanie: czy warto było czekać? Oceńcie sami.

Projekt „Szlak murali patriotycznych” powstał w głowach dwóch młodych kobiet, które złożyły odpowiednie wnioski i po przejściu przez urzędniczy młyn, zyskały akceptację władz. Inicjatywa trafiła na listę ogólnomiejską budżetu partycypacyjnego na rok 2016; tam mogliśmy przeczytać krótką informację o projekcie:
" 8 wielkoformatowych murali o tematyce patriotycznej i historycznej związanej z lokalnymi bohaterami i ważnymi wydarzeniami historycznymi.
To wystarczyło, aby torunianie poparli tę ideę. Projekt zajął trzecie miejsce, zyskując ponad 3,5 tyś. głosów, wśród których znalazł się też mój. Od kilku lat jestem gorącym zwolennikiem street artu i fanem twórczości Andrzeja Poprostu, a także miłośnikiem dziejów naszego miasta; po przodkach z kolei odziedziczyłem racjonalną miłość do ojczyzny (czyt. nie tę spod sztandarów ONR), dlatego też pomysł muralowo-patriotycznego serialu, od razu przypadł mi do gustu. Toruń ze swoją bogatą historią mógłby być bohaterem nie ośmiu a stu obrazów, ale warto było zacząć od jednego „sezonu”, a o kolejnych można byłoby myśleć, gdyby serial okazał się hitem. Założenia pomysłodawczyń były jak najbardziej słuszne: kładły nacisk na patriotyzm lokalny, czyli to, co od początku promuję na blogu „Po Toruniu”, a także na różnorodność stylów i technik wykonania. Panie chciały, aby każdy mural wykonał inny artysta, przedstawiając swoją wizję. Jednak, gdy projektem zajęło się Stowarzyszenie „Nasz Podgórz”, z pierwotnych założeń niewiele zostało.

Po ogłoszeniu wyników – to było chyba we wrześniu 2015 roku – poproszono mnie, abym rzucił kilka propozycji tematów na owe murale. Z chęcią zaproponowałem parę wariantów, ale potem na wiele miesięcy zapadła cisza w tej sprawie. Dopiero w lipcu 2016 roku przeczytałem informację, że projekt ma realizować Stowarzyszenie „Nasz Podgórz”. Pierwsze pytanie, jakie cisnęło mi się na usta, to: „Skąd oni się tu, do cholery, wzięli?”. Stowarzyszenie w ostatnim czasie dość mocno ewoluowało. Na Podgórzu najwyraźniej było im zbyt duszno, bo postanowili ruszyć w miasto, czego przykładem jest chociażby Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, współorganizatorem którego jest właśnie „Nasz Podgórz”. Skądinąd impreza dobrze przygotowana i przyciągająca tłumy torunian. Rok temu brałem w niej udział i szczerze polecam tę fajną rodzinną imprezę. Jednak organizowanie obchodów – to jedno, a sztuka – to coś zupełnie innego. W tej materii „Nasz Podgórz” nie ma wielkiego doświadczenia, żeby nie powiedzieć, że nie ma go wcale. Dlatego też miałem obawy, gdy właśnie to Stowarzyszenie wybrano na realizatora „Szlaku murali patriotycznych”. Dlaczego właśnie miasto wybrało „Nasz Podgórz”? Domyślam się, ale nie chcę się wdawać w politykę.

Generał Józef Haller jest dla nas – torunian – osobą szczególnie bliską, jest synonimem wolności w wymiarze lokalnym – toruńskim, czy może szerzej – pomorskim; jest też pierwszym, któremu po odzyskaniu niepodległości, przyznano tytuł Honorowego Obywatela Torunia. Mimo upływu prawie stu lat, Haller wciąż jest postacią ważną i cenioną w naszym mieście. Ma u nas swój pomnik w obrębie starówki, a na Stawkach ulicę swojego imienia, teraz przyszedł czas na mural.

„Toruń wraca do Polski”, to tak naprawdę konwersja dwóch zdjęć. Pierwsze, to najbardziej rozpoznawalna fotografia portretowa Hallera, która trafiła chociażby na okładkę książki „Pamiętniki”. Drugie zdjęcie, również powinno być znane wśród torunian; zrobił je Otton Steinborn 18 stycznia 1920 roku, a przedstawia defiladę polskiego wojska na Rynku Staromiejskim. Słowem: zwykła kopia pozbawiona własnej, autorskiej inwencji. Próbowałem znaleźć informacje na temat autora tego projektu, ale źródła wskazują jedynie bezosobowy „Nasz Podgórz”. Trochę popytałem i udało mi się ustalić, że mural naszkicował człowiek ukrywający się pod pseudonimem Slava Bajkau i wspólnie z Markiem Pielenko przenieśli obraz z kartki na ścianę. Przyznam, są to postaci zupełnie mi nieznane, chociaż jeśli nie jest to zbieżność nazwisk (a raczej nie jest), to ten drugi pan był autorem instalacji „Miłość” z ulicy Browarnej, na ostatnim Bella Skyway Festival, instalacji – w mojej subiektywnej ocenie – najmniej efektownej ze wszystkich, wręcz nijakiej, do której ktoś dopisał zgrabną legendę, aby ludzie wiedzieli „co autor miał na myśli”.
okładka "Pamiętników" Józefa Hallera,
wyd. LTW (2014)
Defilada wojska polskiego na Rynku Staromiejskim,
źródło: Muzeum Okręgowe w Toruniu
Powiem wprost: mural teamu Bajkau & Pielenko, na tle innych toruńskich murali wypada marnie czy wręcz szpetnie i piszę to z ciężkim sercem, ponieważ miałem duże oczekiwania i nadzieje, gdy oddawałem na ten projekt swój głos. Zresztą odnoszę wrażenie, że również Stowarzyszenie „Nasz Podgórz” nie jest dumne z tego „dzieła”, bowiem ani na stronie Stowarzyszenia, ani na jego fecebookowym fanpejdżu, próżno szukać jakiejkolwiek wzmianki czy zdjęć z pierwszej zrealizowanej ściany. W sumie, nie dziwię się.

Przyzwyczajony do dzieł Andrzeja Poprostu, które lubię i podziwiam, czuję pewien zawód, gdy zamiast artystycznej wizji, dostaję kopię zdjęć w wersji rysunkowej, w dodatku kopię średnio udaną. Jaka jest różnica między dziełem artysty, a powielaczem? Dla porównania możemy wziąć „Kadry z życia gen. Elżbiety Zawackiej” wspomnianego wyżej Andrzeja. On również czerpał inspirację z dostępnych zdjęć (kto czytał biografię pani generał, bez trudu rozpozna te ujęcia), ale Andrzej zrobił to po swojemu, tchnął w mural swojego ducha, ubrał całość we własny niebanalny, oryginalny styl i stworzył obraz, na który z przyjemnością się patrzy. I właśnie tej oryginalności, tego indywidualnego spojrzenia artysty, zabrakło mi na ścianie przy Gałczyńskiego (technicznie rzecz biorąc, mural jest od strony ul. Matejki).

Oczywiście wszystko jest kwestią gustu, to co jedni krytykują, inni podziwiają, dlatego najlepiej przejść się na Chełmińskie, obejrzeć mural na żywo i wyrobić swoje własne zdanie na jego temat.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>