29 kwietnia 2019

Pomnik ku czci Christopha Daniela Janitzena

Bielany » lasek przy ul. Grunwaldzkiej
Dziś odwiedzimy mało znane miejsce – skromny pomnik pośrodku lasku. Można odnieść wrażenie, że monument znalazł się tam przez przypadek. Nie prowadzi do niego żadna ścieżka, a drzewa skutecznie maskują obelisk. Ale nie zawsze tak było. Lasek przy Grunwaldzkiej – choć może trudno teraz w to uwierzyć – był kiedyś parkiem przyległym do folwarku Weisshof. Centralnym punktem majątku był Biały Dwór, który możecie kojarzyć jako Prezydentówkę, czy bardziej współcześnie – jako siedzibę Hospicjum „Światło”. Sam park przestał nim być w okresie II wojny światowej.

Cofnijmy się teraz do końca XIX wieku. 17 czerwca 1899 roku w parku Weisshof, należącym wówczas do miasta, zostaje odsłonięty skromny monument, w formie kamienia, na którym wyryto w języku niemieckim napis: „Na pamiątkę rajcy miejskiego Daniela Christopha Janitzena, królewskiego poczmistrza i właściciela Weisshof, urodzonego 15 września 1630 r. w Gdańsku, zmarłego 5 maja 1711 r. w Toruniu”. Powyżej napisu wykuto herb Torunia. Dotarłem do krótkiego opisu pomnika w jednym z numerów „Thorner Presse”, z którego wynika, że obelisk był ponadto otoczony żelaznym płotkiem. Chyba nie muszę wspominać, że płotek nie przetrwał do naszych czasów.

Z tej samej notki w „Thorner Presse” dowiadujemy się, że pomnik ufundowała Rada Miasta. Zastanawiacie się dlaczego? Czy każdemu rajcy wystawiali pomniki? No, nie do końca, ale Janitzen zasłużył się szczególnie, ponieważ cały swój majątek zapisał miastu Toruń. Ale zacznijmy od początku...

Krzysztof Daniel Janitzen – jak głosi (dziś już nieczytelny) napis na pomniku – przyszedł na świat 15 września 1630 roku w Gdańsku. Był synem miejscowego kupca. Do Torunia przyjechał wraz ze swoim krewnym – Salomonem Janitzenem w 1672 roku. Salomon przejął majątek Bielany od niejakiego Tomasza Behra. 

Christoph, podobnie jak jego ojciec, został kupcem. W 1680 roku objął funkcję królewskiego poczmistrza w Toruniu, a rok później ożenił się z Barbarą Blanc. Kiedy 18 czerwca 1681 roku para brała ślub, Barbara była już w ciąży. Ich córka Anna Elżbieta przyszła na świat 14 września 1681 roku i była ich jedynym dzieckiem.

Najprawdopodobniej w 1683 r. Christoph Daniel przejął folwark Bielany. Zyski czerpał z działalności kupieckiej, usług pocztowych, a także dzierżawy toruńskich posiadłości ziemskich, czyli patrymonium. Janitzen, w latach 1688-1694 zarządzał siedmioma wsiami i młynem.

Z każdym rokiem Christoph wchodził coraz głębiej w lokalną politykę. W 1688 zasiadł w ławie przedmiejskiej, a rok później awansował na ławnika staromiejskiego, by w 1696 zostać starszym ławy. Ale jego ambicje sięgały pierwszego piętra ratusza. Właśnie tam obradowała Rada Miasta, a Janitzen chciał wejść w jej skład. Zanim osiągnął swój cel, został wdowcem. Jego Basia zmarła 8 sierpnia 1700 roku. 

Janitzen, został rajcą 9 marca 1701, a rok później objął urząd kamlarza. Kamlarz zarządzał miejskimi finansami i nadzorował gospodarką, był więc kimś w rodzaju lokalnego Ministra Finansów. A kto lepiej zna się na forsie, jak nie doświadczony kupiec i zarządca patrymonium? No właśnie. :)

Tymczasem w jego życiu rodzinnym znów zaszły zmiany. Jedyna córka dorosła i przyszedł czas, aby wydać ją za mąż. Janitzen zaoferował Annę Elżbietę kumplowi z Ratusza – rajcy Janowi Fryderykowi Lindershausenowi. Lindershausen był 40-letnim wdowcem, Ania miała 24-lata. Ślub odbył się 6 września 1705 roku. 

W 1706, w wieku 76 lat, Janitzen uzyskał honorowy tytuł starszego rajcy, został też dyrektorem kontrybucji (podatków) oraz nadzorował urząd sprawujący kontrolę nad funduszami jałmużniczymi i testamentowymi.

Jakiś czas po ślubie, Anna i Jan przestali się dogadywać. W końcu Anka się wkurzyła i wróciła do ojca. Stary Janitzen zaczął być cięty na zięcia i gdy zrozumiał, że nie zostanie dziadkiem, sporządził nowy testament, w którym cały majątek – w tym posiadłość Bielany – zapisał miastu. Oczywiście, nie zostawiał córki na lodzie. Wszystkie dobra, miały przejść na własność Torunia, dopiero po śmierci Anny Elżbiety. Ten nowy testament został sporządzony 10 grudnia 1709 roku. Janitzen zmarł 5 maja 1711, a tydzień później jego ciało złożono w toruńskim Kościele Mariackim. Turecka telenowela zaczęła się w momencie odczytania testamentu...

Dowiedziawszy się, że tatuś zapisał cały majątek miastu, Anka wróciła do męża i wspólnie próbowali podważyć testament. Sprawa rozbijała się po urzędach grodzkich w Kowalewie i w Gdańsku przez trzynaście lat. Proces przerwała śmierć małżonków. Na początku czerwca 1724 roku zmarł Jan Fryderyk, Anna Elżbieta dołączyła do niego i rodziców na przełomie sierpnia i września tego samego roku. I to koniec? No pewnie, że nie, bo mamy nieoczekiwany zwrot akcji. Po śmierci Anny, o majątek zaczęła upominać się rodzina z Gdańska i karuzela ruszyła od nowa. 

17 kwietnia 1725 r. miasto zawarło ugodę i wypłaciło tym znad morza 10 tys. zł pruskich, co w sumie było dobrym interesem, ponieważ majątek Janitzena wyceniono na 70-80 tys. zł. Sytuacja folwarku „Weisshof” była bardziej skomplikowana. Owszem, miasto dzierżawiło dwór i jego przyległości kolejnym osobom, ale prawowitym właścicielem zostało dopiero w 1898 roku. Sam do końca nie rozumiem co lub kto przez tyle lat stało na przeszkodzie, ale to tłumaczy dlaczego czekano z wystawieniem pomnika Janitzenowi, aż 174 lata. Bo właśnie tyle upłynęło od zawarcia ugody. Hmmm... Ot i taka historyczno-prawnicza zagwozdka. ;)

I właściwie na tym kończy się ta historia. Przynajmniej na razie. Jest bowiem pomysł rewaloryzacji parku. Wszystko w rękach spółki Kujawsko-Pomorskie Inwestycje Medyczne, która miała by być inwestorem. Czy park odzyska swój dawny blask? Czas pokaże.

22 kwietnia 2019

Centrum Bernera

Podgórz » ul. Poznańska 6/8
Wyobraźcie sobie centrum rozrywkowe... 

Co? Jaki znowu aquapark? Nie, nie o to mi chodzi. Mamy XIX wiek, nie było wtedy aquaparków. Gdy ludzie chcieli popluskać się w wodzie szli nad Wisłę, albo nad jezioro. Ok, może zacznijmy jeszcze raz... 

Jest rok 1877. Wieś Piaski, tuż przy granicy z Podgórzem. Ulicy Poznańskiej jeszcze wtedy nie było, była za to Hauptstrasse czyli po naszemu ul. Główna. Dom, o którym dziś mowa należał wówczas do wdowy Ottlilie Heuer. Cztery lata później wyszła za mąż za restauratora, niejakiego Eduarda Bernera. Nieruchomość przy dzisiejszej ul. Poznańskiej 6 była najprawdopodobniej posagiem wniesionym przez poczciwą Otti, ponieważ w 1881 roku właścicielem domu z pruskiego muru był już Berner.

Facet miał – jak to mówią – łeb na karku. W ciągu kilkunastu lat rozbudował kompleks o kolejne budynki. Stworzył tu dwie restauracje, hotel z ogrzewaniem parowym, pralnię, oficynę oraz dom dla siebie i rodziny. Były też dwie stajnie: jedna dla gości restauracji i hotelu, druga prywatna. 

Ale o tym kompleksie mówi się też w kontekście urzędniczo-kulturalnym. Dlaczego? Otóż Berner był wójtem Piasków i zasiadał w radzie miasta Podgórza. Dzisiejsza Poznańska 6/8 była zatem siedzibą wójta. Ponadto Eduard Berner często udostępniał swoje pomieszczenia lokalnym stowarzyszeniom. Odbywały się tu też imprezy o charakterze artystycznym. Słowem: to miejsce tętniło życiem.

W 1911 roku Centrum Bernera przejmuje Albert Berner (czyżby syn?), który w międzywojniu prowadził tu sklep kolonialny. Była też knajpka, w której serwowano m.in. podgórskie piwo z pobliskiego browaru Chronowskiego.

Wojna wszystko zmieniła. Po jej zakończeniu przez jakiś czas mieszkali tu repatrianci, potem swój sklep spożywczy otworzyła spółdzielnia kolejowa – to od strony ulicy, budynki w głębi zaadaptowano na mieszkania lokatorskie.

W 2018 roku ówczesny radny Marcin Cichowicz złożył do prezydenta Torunia wniosek, aby Centrum Bernera odrestaurować i stworzyć tu m.in. coś na kształt muzeum historii Podgórza, a także centrum kulturalne dla mieszkańców. Niestety, miasto ma inne plany, a jeden z budynków, z uwagi na kiepski stan, został przeznaczony do rozbiórki. Do tworzenia muzeum na lewym brzegu Wisły nikt się nie kwapi, podobnie jak do rewitalizacji tutejszych zabytków.

Na Podgórzu niewiele zostało tzw. pruskiego muru, a przecież przed ponad stu laty dzisiejsza ul. Poznańska była zdominowana przez budownictwo szkieletowe. Zresztą, nie tylko Poznańska, ale cały Podgórz, co miało związek z obostrzeniami wynikającymi z sąsiedztwa fortów. Centrum Bernera z uwagi na swoją historię i charakter jest bodaj najcenniejszym tego typu zabytkiem lewobrzeżnego Torunia. Szkoda byłoby, gdyby kolejny kawał dziejów naszego miasta poszedł w zapomnienie, zamieniając się w kupę gruzu. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, chociaż znając podejście władz mojego kochanego miasta, nauczyłem się myśleć jak Jack Reacher, powtarzający jak mantrę: „licz na najlepsze, szykuj się na najgorsze”. Wiem, brzmi to mało optymistycznie, ale co zrobić, c'est la vie.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Centrum Bernera, czy szerzej – o Podgórzu, odsyłam Was do książki Katarzyny Kluczwajd Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat oraz na blog Autorki – Toruniarnia.
rok 2016, dom był jeszcze zamieszkały
rok 2019, budynek przygotowany do wyburzenia
 MIEJSCE OZNACZONE NA MAPIE "PO TORUNIU"  ➡️

15 kwietnia 2019

📘#47: „Rocznik Toruński, tom 45” – praca zbiorowa

Mam przed sobą najnowszy tom Rocznika Toruńskiego – czasopisma historycznego (choć ma zdecydowanie formę książkową), które z małymi przerwami ukazuje się od 1966 roku. To kawał czasu i wiele opowiedzianych historii – o dziejach Torunia, jego mieszkańcach, architekturze, ważnych wydarzeniach... Dla ktoś takiego jak ja, kogoś kto ma hopla na punkcie lokalnej historii, taka publikacja jest zawsze wyczekiwana. Inną sprawą jest toporny język, ale – o czym pisałem już wielokrotnie – to przywara każdego naukowego dzieła. Choć w tym tomie Rocznika jeden artykuł, właśnie pod względem językowym (ale nie tylko), bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i właśnie od niego chciałbym zacząć.

A mam na myśli tekst Pawła Pilarskiego, który postanowił zbadać „Wpływ funkcjonowania poligonu artyleryjskiego na życie Torunia w latach 1867-1939 w świetle lokalnej prasy”. Autor zaczyna od krótkiego rysu historycznego toruńskiego poligonu, a następnie bierze pod lupę Gazetę Toruńską i Słowo Pomorskie. Stara prasa, to kopalnia wiedzy o przeszłości, wiem coś o tym, bo wiele razy czerpałem z niej informacje. Z artykułu dowiecie się, że poligon fascynuje mieszkańców Torunia nie od dziś. Legalne i nielegalne wycieczki do wojskowej zony odbywały się już w przeszłości, czasami kończyło się to kalectwem lub śmiercią, co gorsza – również dzieci. Tekst Pawła Pilarskiego to – moim skromnym zdaniem – najlepszy artykuł 45 tomu Rocznika Toruńskiego; ciekawy, a do tego napisany lekkim i przystępnym językiem. Gdyby Autor zdecydował się założyć swój blog, to miałbym konkurencję. ;) 

Jedźmy dalej. W 45 tomie znajdziecie też powojenną historię Archiwum Toruńskiego. W przejrzysty sposób przedstawia ją Justyna Dominika Kęska w artykule „Dzieje archiwum toruńskiego w latach 1945-1989”. Mam nadzieję, że nie posądzicie mnie o „spoilerowanie”, gdy napiszę, że początki nie były łatwe: problemy wynikające z powojennej rzeczywistości, tarcia na linii Archiwum-Muzeum Okręgowe... Więcej nie napiszę. Dodam tylko, że warto uważniej prześledzić ten artykuł.

Moje subiektywne „top3” tego tomu, zamyka tekst, w którym Toruń pojawia się jedynie epizodycznie. „Rejestr dóbr gminy wyznaniowej żydowskiej w Chełmży w 1931 roku (powiat toruński, województwo pomorskie)” Mateusza Pielka, to krótki zarys dziejów chełmżyńskich Żydów, ich wewnętrznych konfliktów oraz spis majątku jakim dysponowali na teremie miasta Chełmży. Zastanawiacie się pewnie dlaczego artykuł z Chełmżą w tle pojawił się w Roczniku Toruńskim? W 1932 roku ostatecznie zlikwidowano chełmżyńską gminę żydowską, a teren po niej przejęła gmina toruńska, więc związek z Toruniem jest. Poza tym, to dobrze napisany tekst, poruszający mało znany temat z historii naszego regionu.

A co poza tym? Podobała mi się część historyczna z artykułu Jakuba Rychlika „Nawarstwienie kulturowe po południowej stronie kościoła św. Jakuba...”, w którym Autor zwięźle i czytelnie przedstawia dzieje nowomiejskiej świątyni. Później, gdy zaczyna pisać o wykopach archeologicznych, robi się gorzej, ale pewnie dlatego, że jeśli chodzi o archeologię jestem kompletnym laikiem. Za to tegoroczny tom otwiera interesujący artykuł Bartłomieja Łyczaka traktujący o „Dekoracjach stropu w kamienicy Jacoba Heinricha Zerneckiego przy ul. Żeglarskiej 16 oraz dzieje toruńskiej rodziny malarskiej Tiedemanów”, w którym znajdziecie trochę XVII-wiecznej historii Torunia, a także sporo zdjęć przedstawiających stropowe malowidła. 

Jest też coś dla miłośników międzywojennego Torunia i urbanistyki. Włodzimierz Ignacy Deczyński przygotował artykuł „Kształtowanie nazewnictwa ulic toruńskiego osiedla Bielany w dwudziestoleciu międzywojennym”, gdzie opisuje narodziny nowych ulic oraz historię zmian nazw dróg już istniejących, a także kłopoty jakie wynikały z rozbudowy Bielan.

To tyle, jeśli chodzi o artykuły, które mnie zainteresowały. Poniżej zamieszczam spis treści, abyście zobaczyli co jeszcze przygotowali redaktorzy Rocznika Toruńskiego.
Już na sam koniec dodam, że na okładkę trafiło zdjęcie z 1923 roku, które możecie kojarzyć z wpisu o Pomniku Stanisława Moniuszki. Na zdjęciu tym jest nieistniejący już pomnik kompozytora oraz inicjatorzy jego budowy (w tym mój dziadek), jak również wykonawca monumentu – rzeźbiarz Wojciech Durek.

ISSN: 0557-2177
wydawca: ToMiTo / UMK
ilość stron: 424
rok wydania: 2018
typ okładki: miękka z obwolutą
wymiary: 20,5x14,5 [cm]

8 kwietnia 2019

Tryptyk „Brama” (murale)

Mokre » ul. Chrobrego 5-9 » ul. Chrobrego 13-17 » ul. Chrobrego 21-25
|MURALE|
Ten wpis nie będzie długi. Nieszczelny nos i manewry artyleryjskie w mojej głowie, skutecznie przeszkadzają w skupieniu się, dlatego też postanowiłem wziąć nieco luźniejszy temat. Tym razem odwiedzimy południowe rubieże Mokrego. Pod koniec 2017 roku, na trzech blokach przy ulicy Chrobrego, Andrzej Poprostu wraz z kilkoma kolegami stworzył muralowy tryptyk zatytułowany „Brama”. Na trzech blokach powstały trzy wyjątkowe obrazy opowiadające historię kulturowych i popkulturowych przemian jakie zaszły w Polsce w ciągu ostatnich pięciu dekad. Już na pierwszy rzut oka, możemy dostrzec, że motywami przewodnimi tryptyku – poza tytułową bramą – są muzyka oraz moda, a wszystko to opatrzone znakomitą (jak zawsze) kreską Andrzeja.
Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do konkretów. Pierwszy mural (ul. Chrobrego 5-9) przeniesie nas w lata '70 – do czasów Cześka Niemena, rozkloszowanych spodni, składaków i mleka w szklanych butelkach. Dla części z Was będzie to pewnie sentymentalny powrót do przeszłości, a dla innych okazja, aby poznać świat, który przeminął.
Na drugim muralu (ul. Chrobrego 13-17) Andrzej portretuje młodzież połowy lat '90. Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło: nadal rządzą gitara i harmonijka, młody zaczytuje się w  komiksach zamieszczanych w „Relaxie”, choć pewnie numer znalazł na pchlim targu, albo dostał od ojca, bo przecież magazyn zamknięto w 1981 roku. Ale widać też, że przyszło nowe: są bluzy z kapturem, portki z krokiem na wysokości kolan; mury pokrywają graffiti, a składaki zostały wyparte przez deskorolki. 
Tryptyk zamyka mural (ul. Chrobrego 21-25) ukazujący współczesność. Różnica między pierwszym a trzecim obrazem to prawie półwiecze. To tak jakby, próbować porównać kryminały Agaty Christie z kryminałami Camilli Lackberg. Pięćdziesiąt lat zrobiło swoje: zmieniła się moda – to na pewno, ale ewolucję przeszła też muzyka. Tutaj DJ robi wspólny wykon z wiolonczelistą (a może ziomek daje po strunach na kontrabasie?). Mamy więc normalny w dzisiejszych czasach romans muzyki klubowej z muzyką poważną. Znamienna wydaje się być również obecność młodego, który nagrywa koncert telefonem. Może właśnie nadaje transmisję LIVE na facebooku, albo za chwilę wrzuci filmik na You Tube'a. No i nie ma już bramy. Czyżby wszystkie kamienice zostały już wyburzone? Jeszcze kilka zostało, ale włodarze naszego miasta robią co mogą, aby to zmienić. Nieobecność bramy w 2017 roku budzi niepokój i zmusza do refleksji.

Andrzej, swoimi obrazami, potrafi opowiadać świetne historie. Daje możliwość własnej interpretacji, bo na tym polega sztuka i to w każdej dziedzinie. Z czasów szkolnych najbardziej denerwowało mnie pytanie polonistki: „co autor miał na myśli?”. Dziś odpowiedziałbym jej: a kogo to obchodzi? Ważne jest, co my czujemy obcując z obrazem, słowem czy dźwiękiem. I do tego też Was zachęcam. Zatem kto zdrów, niech wstanie zza komputera, odłoży tablet albo smartfon i idzie łykać sztukę na żywo. Będąc na Mokrem znajdziecie niejeden atrakcyjny mural. A w namierzeniu ich pomoże Wam niniejszy blog.

To tyle. Kończę przekaz i idę wziąć popołudniową porcję piguł i syropku.

Serwus.

1 kwietnia 2019

📘#46: „Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat” - Katarzyna Kluczwajd

Kiedyś już chyba pokusiłem się o to wyznanie, ale powtórzę – lubię Podgórz. Za jego klimat, architekturę, historię, skarby i tajemnice. Lewobrzeżne części miasta zacząłem poznawać dość późno, bo jakieś dziesięć lat temu. Kilka lat później eskapady na lewobrzeże usprawnił nowy most i od tego czasu zrobiło się łatwiej. Tak więc lubię tam wpadać z krótką wizytą i wyczekuję każdej nowej publikacji na temat „Lewego Miasta” (jak chciano kiedyś nazwać Toruń po tej stronie Wisły), a gdy już się pojawia, wtedy mam swoje małe książkowe święto, które z radością celebruję.
No dobra, to tyle tytułem wstępu, czas zaprezentować książkę. A więc...

Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat Katarzyny Kluczwajd to pejzaż dawnego miasteczka wojskowych i kolejarzy. Miasteczka wpływowych rodów i wyznawców różnych religii. Miasteczka, w którym katolicy i ewangelicy podzielili się kostnicą. Miasteczka, w którym całe dekady funkcjonowało drugie miasteczko – poligonowe, gdzie armatnie wystrzały były czymś równie naturalnym, co dla mieszkańców Bydgoskiego Przedmieścia przejeżdżające tramwaje.

Katarzyna Kluczwajd z wielką pasją opowiada nam o historii swojej dzielnicy od czasów pruskich do PRL; zabiera nas na spacer dawnymi ulicami Podgórza, pokazuje piękne kamienice i skromne domki, restauracje, kina, parki... Przedstawia nam mieszkańców. Niektórym poznamy bliżej. Wraz z podgórzanami będziemy uczestniczyć w ważnych dla miasteczka wydarzeniach, świętach, zabawach. Poznamy podgórskie stowarzyszenia, instytucje kulturalne. Zobaczymy jak mieszkańcy spędzali czas wolny i jak wyglądało życie codzienne. A wszystko to wzbogacone całą masą nigdy wcześniej niepublikowanych starych zdjęć, dzięki czemu książka nabiera charakteru albumu, ale bogatego w treść.
Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat, to wbrew tytułowi, publikacja nie tylko dla podgórzan. To okazja dla wszystkich torunian, aby nieco bliżej poznali niezwykle bogatą historię dzielnicy, która jeszcze do 1938 roku była (prawie) niezależnym miasteczkiem.

Właściwie najlepszą rekomendacją dla tej publikacji jest nazwisko Autorki, która powinna dostać certyfikat „Solidna Firma”. Solidne książki wydaje na pewno Księży Młyn. Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat, to trzecia publikacja Katarzyny Kluczwajd wydana w łódzkim Domu Wydawniczym. Wcześniejsze książki, tj. Toruń między wojnami oraz Toruń, którego nie ma również zasługują na uwagę.

Jeśli zaś chodzi o książki o Podgórzu, to polecam 450 lat toruńskiego Podgórza 1555-2005 (niestety, nakład został wyczerpany, ale wersja zdigitalizowana jest dostępna na Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej) oraz Zabytki lewobrzeżnego Torunia.
Lewobrzeże nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, więc mam nadzieję, że wkrótce pojawią się kolejne tytuły, dzięki którym jeszcze bardziej zgłębimy wiedzę o tych mniej znanych dzielnicach Torunia. Ale zanim to nastąpi, koniecznie sięgnijcie po Podgórz. Toruńskie przedmieścia sprzed lat. Tak książka, to „must have” każdego miłośnika lokalnej historii.

ISBN: 978-83-7729-452-9
wydawca: Księży Młyn Dom Wydawniczy
ilość stron: 190
rok wydania: 2018
typ okładki: twarda
wymiary: 29,5x21 [cm]