poniedziałek, 20 czerwca 2016

ROWEREM | Toruń - Chełmża

Z cyklu... ROWEREM ZA MIASTO
Dawno nie było pozamiejskiego wypadu na dwóch kółkach. Pora więc to zmienić. Wyjeżdżamy z Torunia, aby poznać uroki i atrakcje okolic. Wbrew pozorom, jest ich całkiem sporo i nie trzeba jechać daleko, aby się o tym przekonać. Zabieram Was na otwartą w zeszłym roku trasę rowerową Toruń-Chełmża. Po drodze zboczymy ze szlaku, aby odwiedzić miejsce obozu pracy dla Żydówek z czasów II wojny światowej, a także pojedziemy kawałek za Chełmżę, by obejrzeć urokliwe Sanktuarium bł. Juty w Bielczynach. Gotowi? A więc ruszamy.

Jest niedziele i właśnie minęła 8:20. Miasto, choć przebudzone ze snu, wciąż drzemie. Co i rusz przymyka oko odpływając na kilka sekund. Ci, co jeszcze nie wyszli z objęć Morfeusza, wiele tracą. Każdy Góral, spojrzawszy w niebo przyznałby, że ten błękit zapowiada przepiękny dzień, szkoda więc marnować minut.

Nie ma co ukrywać, w każdej podróży, tym bardziej rowerowej, ważne jest towarzystwo. Gdy ma się do kogo gębę otworzyć, w ogóle nie czuć przejechanych kilometrów. Z Darkiem znamy się od lat i kawał Polski razem obskoczyliśmy, choć głównie autobusami i pociągami. I w tym przypadku, korzystając z weekendowych akcji „Rower za złotówkę”, planowaliśmy powrót do Torunia szynobusem Arrivy, co nie zmieniało faktu, że przed nami około 50 km, z którymi musiały zmierzyć się mięśnie nóg.
wjazd do Lasu Papowskiego
Wyjechaliśmy z Rubinkowa przed wpół do dziewiątej i przecinając ul. Skłodowskiej-Curie, wjechaliśmy w Równinną. W niedzielę, część przemysłowa Torunia wygląda na kompletnie wymarłą, wystarczyłoby postawić na ulicy kilka porzuconych aut, do tego batalion ucharakteryzowanych statystów i można kręcić kolejny odcinek „The Walking Dead”. Oficjalny początek trasy rowerowej do Chełmży zaczyna się u zbiegu ulic Równinnej i Morwowej – to tereny dawnej wsi Hutowo, a obecnie część Katarzynki – przemysłowej dzielnicy Torunia. Morwowa wpada do Lasu Papowskiego – to właśnie lasem dotrzemy do krajowej „91”, wzdłuż której biegnie trasa rowerowa. Jedno trzeba oddać miastu – leśny trakt został oznaczony bardzo dobrze. Liczne drogowskazy w obu kierunkach sprawiają, że nie można się zgubić, a droga jest więcej, niż zadowalająca.
przejazd kolejowy
początek drogi rowerowej do Chełmży
Po blisko 5 km jazdy przez las, docieramy do zielono-białego szlabanu, za którym widać przejazd kolejowy. Jednak ścieżka rowerowa zaczyna się parę metrów wcześniej, z prawej strony. Po przejechaniu niespełna pół kilometra, wpadamy na ulicę Leśną wsi Papowo Toruńskie. Tuż obok stoi wiata dla rowerzystów. Można na chwilę usiąść, odpocząć i zjeść kanapkę, co też z chęcią uczyniliśmy.
ul. Leśna w Łysomicach
Przerwa jednak nie może trwać wiecznie. Przed nami jeszcze wiele kilometrów, które same się nie przejadą. Pora ruszyć dalej. W tym miejscu ulica Leśna biegnie równolegle z torami kolejowymi i ul. Toruńską, która jednocześnie jest DK 91. Po drodze mijamy pierwsze absurdy infrastruktury rowerowej (patrz na zdjęcie poniżej). Wyrastające z asfaltu słupki sprawiają wrażenie, jakby pojawiły się tu zupełnie przypadkowo – prawdziwe słupki samosiejki – można by pomyśleć. Jednak nie, to musi być dzieło człowieka, bo przecież ta bezmyślność nie może być tworem nikogo innego.
Bez komentarza :/
Ulica Leśna płynnie przechodzi w Lipową, a my mijamy zjazd na Zakrzewo i jedziemy dalej. Zaoszczędzimy tym samym jakieś 300 m drogi, ale nie to było powodem zboczenia z wytyczonej ścieżki. Po prostu i zwyczajnie, przegapiliśmy zjazd. Ścieżka rowerowa leci jednak dalej, wyjeżdża z Łysomic i ciągnie się aż do niewielkiego osiedla bloków w Ostaszewie. Tam też dojechaliśmy. Tam też odniosłem wrażenie, że „nie tędy droga”.
wytwórnia mas bitumicznych w Ostaszewie
Wiedząc, że powinniśmy kierować się na północny-wschód, przy pierwszej okazji odbiliśmy w prawo, wprost w drogę wojewódzką 499. Po niespełna 2 km znów byliśmy na ciągu pieszo-rowerowym i wkrótce wjechaliśmy do Sławkowa.

Sławkowo, jak większość wsi w okolicy, ma swój dwór z początku XIX w. który teraz jest w rękach prywatnych. Ma też świetnie wykorzystany teren po dawnym PGR-ze. Ze starych zabudowań zostało niewiele, ale zwróciłem uwagę na interesujący budynek gospodarczy z cegły i kamienia (widoczny na zdjęciu poniżej).
W Sławkowie spotkaliśmy też kolejny absurd – przekreślony ciąg pieszo-rowerowy (zdjęcie wyżej) na szerokości wjazdu do posesji. Po drodze minęliśmy kilka podobnych „kwiatków”, które konsekwentnie i z premedytacją ignorowaliśmy.
Polska wieś przez ostatnie lata bardzo się zmieniła, co dostrzegliśmy już w Ostaszewie, mijając duże boisko do gry w piłkę nożną, orlika i boisko do koszykówki. Również w Sławkowie widać postęp, choć może nie tak bardzo rzucający się w oczy. Jeszcze parę lat temu o oznakowaniach, jak te na powyższym zdjęciu, nikomu nawet się nie śniło. Niektóre rzeczy pozostają jednak bez zmian, jak chociażby urokliwe przydrożne kapliczki czy bociany. Ptaki te co roku pokonują około 10 tyś. km, aby powrócić – na czas lęgowy – do swych polskich gniazd, a potem przelatują drugie 10 tyś. aby przez dwa miesiące przezimować w Afryce. Pary zawsze przylatują osobno, choć najczęściej w odstępach parodniowych. Pierwszy bocian, który pojawi się w gnieździe, zaczyna od remontu swojego domostwa. Ich życie – choć pełne niebezpieczeństw w czasie podróży – jest fascynujące.
przydrożna kapliczka w Sławkowie
Powoli zbliżamy się do pierwszego ważnego przystanku na trasie do Chełmży. Przystanek jest nieco na uboczu, ale warto na chwilę zjechać z głównej ścieżki. Mijamy jeszcze Mirakowo i boczną asfaltową drogą wjeżdżamy do Grodna.
To właśnie tutaj, nad samym Jeziorem Grodzieńskim, w miejscu, gdzie w roku 1944 i 1945 w zbiorowych mogiłach chowano pomordowane i zamęczone Żydówki, a tuż obok wznosiły się szałasy z dykty, zwane „namiotami”, od 1970 r. o tragicznych czasach wojny przypomina otoczony drzewami pomnik. To właśnie w Grodnie mieścił się żeński obóz pracy – filia KL Stutthof. Przybywające tu kobiety wykorzystywano głównie przy budowie fortyfikacji naziemnych. Reszta została podzielona na pięć komand odpowiedzialnych za pranie, grzebanie zmarłych, kopanie zbiorowych mogił, pracę w lesie i wycinkę trzciny na zamarzniętym jeziorze. Tuż przed likwidacją obozu, w styczniu 1945 r., Niemcy przeprowadzili selekcję Żydówek. Zebrane na placu apelowym musiały przebiec odcinek około 20 metrów. Tym, którym się to nie udało, kazano odejść na lewo, reszta zbierała się w grupie po prawej stronie. Około stu najbardziej wyczerpanych kobiet nie przeszło tego przerażającego testu i zostało rozstrzelanych lub zamordowanych uderzeniem pałką w głowę. Pochowano je razem z wcześniej zmarłymi więźniarkami na półwyspie Jeziora Grodzieńskiego, w miejscu, gdzie obecnie stoi, widoczny na zdjęciach poniżej, pomnik. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Tragiczny los żydowskich więźniarek z Baukomando Weichsel.
pomnik nad Jeziorem Grodzieńskim
Jezioro Grodzieńskie
Po chwili zadumy, wracamy wąską asfaltową drogą na właściwy szlak. A tam kolejny absurd – cały pas ciągnących się aż po horyzont żółciutkich barierek. Po jaką cholerę tyle tego tu wkopali? Nie mam pojęcia, ale z dwojga złego, w razie wypadku wolałbym wylądować w płytkim rowie, niż wbić się w stalową barierkę. Widać jednak, że logika nie jest mocną stroną projektantów rowerowych dróg, nad czym należy ubolewać.
Jesteśmy bliżej niż dalej o czym świadczy prześwitujące momentami Jezioro Chełmżyńskie, które liczy sobie ponad 7 km długości. Jednak zanim odbijamy do centrum Chełmży, pojedziemy jeszcze w jedno miejsce oddalone od miasta o ok. 3 km.
Po drodze mijamy kolejną uroczą przydrożną kapliczkę – niekwestionowany symbol polskiej wsi. Straciłem już rachubę, która to z kolei: szósta, siódma, może ósma... Każda z nich jest zadbana: odmalowana, przystrojona kwiatami, kolorowymi proporczykami, gdzieniegdzie palą się znicze. Poniżej widzicie kapliczkę ze wsi Obrąb albo Pluskowęsy (już nie pamiętam dokładnie).
Kilka minut później wjeżdżamy do Nowej Chełmży nazywanej też Kuchnią. Tutaj, Jezioro Chełmżyńskie widać znacznie lepiej, po drodze przejeżdżamy obok pomnika ku czci Polakom poległym w walkach w roku 1919 i w czasie II wojny światowej. To właśnie w tych rejonach, w roku 1919, doszło do starć chełmżan z 300 osobowym oddziałem niemieckiej paramilitarnej formacji Grenzschutz, która u schyłku I wojny światowej chciała zająć miasto.
Jezioro Chełmżyńskie
pomnik w Nowej Chełmży
Wreszcie wjeżdżamy do Chełmży. Po lewej stronie drogi rozciąga się żółty dywan z rzepaku, a chwilę później dostrzegamy wyłaniające się wieże Bazyliki św. Trójcy i Kościoła św. Mikołaja.
Zapas wody powoli się kończy, więc robimy przystanek w Tesco przy ul. Chełmińskie Przedmieście. Nim zawitamy do centrum miasta, czeka nas jeszcze jeden przystanek. Od sklepu mamy jeszcze jakieś 3 km drogi do Bielczyn. Chełmińskim Przedmieściem kierujemy się na północny-zachód. Z daleka widać wiatraki prądotwórcze. Wiatr ledwo jest wyczuwalny, zatem i śmigła poruszają się sennie. Przez jakiś czas jedziemy drogą powiatową, ale potem znów pojawia się ciąg pieszo-rowerowy. Mimo, że jest niedziela, a może właśnie dlatego, wokół nas cisza i spokój – żadnych ludzi, tylko pojedyncze samochody od czasu do czasu nas wyprzedzają. Po drodze robimy postój na przystanku PKS. Dochodzi 13, więc pora na obiad. Nawet roznoszący się wokół zapach gnojówki nie jest w stanie przerwać posiłku. Pozostałe dwie kanapki popite wodą, lądują w żołądku. Trochę ciężej wsiąść na rower, ale wkrótce wszystko wraca do normy.
Jeszcze kilometr i dojeżdżamy do osobliwego drogowskazu. Nie ma wątpliwości gdzie skręcić.
Z pobliskiego domu dobiegają dźwięki disco polo. Nawet nie staram się słuchać słów – te zawsze są infantylne lub prostackie, czasem dwa w jednym. Zresztą w tym przypadku miarowe „umpa, umpa” skutecznie zagłusza śpiewającego. Może to i lepiej, bo i sam rytm jest wystarczająco irytujący. Jeszcze tylko pół kilometra i kolejny cel osiągnięty.
droga do Sanktuarium bł. Juty w Bielczynach
Sanktuarium bł. Juty nad Jeziorem Głuchowskim zostało wzniesione w 1984 r., na gruzach zniszczonej w czasie II wojny światowej kapliczki z 1937 r. Błogosławiona Juta, której kult sięga XIII w., poświęciła życie potrzebującym, chorym i trędowatym. To właśnie jej wizerunek widnieje na płaskorzeźbie na ścianie przedwojennej przychodni w Chełmży. Płaskorzeźbę wykonał sam Ignacy Zelek. Również tutaj, w Sanktuarium, jest jego dzieło i przyjeżdżając do Bielczyn liczyłem, że je zobaczę. Niestety, mimo niedzieli, świątynię zastaliśmy zamkniętą na głucho, a z kartki na drzwiach płynęła jasna informacja: niedzielne msze o 10:30. Tylko o 10:30?! Nie inaczej. No nic, szkoda. Pokręciliśmy się chwilę, porobiłem zdjęcia. To miejsce bez wątpienia ma swój urok.
Samo sanktuarium jest dość ciekawe pod względem architektonicznym. Niski, długi ceglany budynek, sprawia wrażenie znacznie starszego, niż jest w rzeczywistości. A na klimat tego miejsca duży wpływ ma położenie oraz otoczenie. Schodząc nad jezioro bowiem, mijamy pięć figur przedstawiających bł. Jutę, św. Franciszka, biskupa chełmińskiego Heidenryka, św. Elżbietę z Turyngii oraz św. Dominika. Ten ostatni nie załapał się na „zdjęciu grupowym”, ale stoi po lewej stronie, schowany za gałęziami. Nieco niżej, bliżej brzegu jeziora, na prawo, jest piękna kamienna grota z figurą Matki Boskiej, przed którą klęczy mniejsza figurka. Przyznam szczerze – ładnie tu, do tego cisza i spokój, no i jezioro, a tuż obok kolejne dwa olbrzymie wiatraki.
mini-park figur na terenie Sanktuarium nad Jeziorem Głuchowskim
Dochodziła 13:30, więc najwyższa pora się zbierać. Przy wyjeździe z Bielczyn wyminął nas autosan jadący do Torunia. Jakoś tak tęskno zrobiło się za naszym ukochanym „Piernikowem”. No, ale za półtorej godziny planowaliśmy być już na Dworcu Wschodnim. Tymczasem najpierw trzeba było wrócić do Chełmży. Po drodze… 
o krówka! – cieszy się mieszczuch i jedzie dalej.

Na zwiedzanie Chełmży nie było wiele czasu. Może inaczej – czas pewnie i by się znalazł, przecież zawsze można wrócić późniejszym pociągiem, ale ochoty jakby brak. Po kilku godzinach na siodle ma się już trochę dosyć, poza tym ciężko pogodzić jazdę na rowerze z fotografowaniem. W terenie jest trochę inaczej, niż w mieście, gdzie co kawałek chciałoby się cyknąć fotkę. Zresztą nie przyjechaliśmy tu na dokładne oglądanie Chełmży. Głównym celem miała być sama przejażdżka i zaliczenie punktów, których jadąc autobusem czy pociągiem by się nie zaliczyło, a na zwiedzanie miasta można wyskoczyć w każdej chwili. Tak więc pozostał szybki przejazd przez centrum ul. Chełmińską, krótki pobyt na rynku i na dół nad jezioro.
ul. Chełmińska w Chełmży
Jezioro Chełmżyńskie
Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie mostek łączący dwa brzegi jeziora, który jest nie tylko ładny, ale przede wszystkim rozpościera się z niego fantastyczny widok na panoramę Chełmży.
panorama Chełmży widziana z mostku na jeziorze
Rower zdecydowanie usprawnia poruszanie się. Kilka minut wystarczyło, aby przejechać na drugi brzeg, po drodze zrobić trochę zdjęć i jeszcze trochę po drugiej stronie, i wrócić na Bulwar 1000-lecia. Po dwóch minutach i przejechaniu pół kilometra, byliśmy już na dworcu. Biletomat wypluł bilety, szynobus Pesy z serii SA133 już czekał na peronie i punktualnie o 14:37 ruszyliśmy w 14-minutową podróż do stacji Toruń Wschodni.
zabudowania kolejowe w Chełmży
Kurs o 14:37 jest przyspieszony – pociąg nie staje nigdzie po drodze. Jednak w zależności od godziny odjazdu, jazda trwa od 14 do 24 minut.
Przed 15 byliśmy już na Dworcu Wschodnim w Toruniu. Pozostały już tylko 3 km do obiadu. :) 

Wypad był udany. Kto lubi rowerowe wyprawy, z pewnością ta trasa przypadnie mu do gustu. Teren w większości jest płaski, a z tymi niewielkimi wzniesieniami nawet składak powinien dać sobie radę. Droga jest dobrze poprowadzona i gdyby nie te głupoty drogowców, byłoby jak w bajce. Ale, jak śpiewał Mirosław Zbrojewicz: „Życie, to nie bajka, nie głaszcze cię po…”, no po tym, po czym lubi się głaskać trener Joachim Low. W każdym razie – bardziej dociekliwi mogą zahaczyć o kilka dworów, w mijanych wsiach. My jednak skupiliśmy się na otoczeniu i trzech ważnych przystankach: Grodnie, Bielczynach, no i samej Chełmży. Do Chełmży z pewnością wrócę na dokładniejsze zwiedzanie – ten pobieżny rekonesans sprawił, iż uznałem, że warto bliżej przyjrzeć się temu miastu.

Mam nadzieję, że powyższa relacja zachęci część z Was do weekendowego wypadu za miasto, bo „czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – jak śpiewał z kolei Jerzy Stuhr. I tym muzycznym akcentem, rodem  z Opola ’77, kończę niniejszą deskrypcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz