wtorek, 28 czerwca 2016

Fort XII im. Władysława Jagiełły

Z cyklu... TWIERDZA TORUŃ
Nie licząc Fortu Kolejowego – „dwunastka”, to najbardziej zniszczony fort lewobrzeżnego Torunia. Dewastowana przez lata warownia, czuła na sobie płomienie niejednego ogniska, niejedną cegłę jej też wybito. I choć „Jagiełło” sprawia raczej przykre pierwsze wrażenie, to jednak przy bliższym poznaniu okazuje się, że ma do zaoferowania znacznie więcej, niż dziury w murach i okopcone ściany. Pora zatem zwiedzić kolejne dzieło forteczne Twierdzy Toruń, które pod paroma względami, jest wyjątkowe. 

Podgórz, to dzielnica szczególna. Mimo, iż w granicach Torunia jest od 78 lat, wciąż czuje się tu klimat małego miasteczka, którym Podgórz niegdyś był. Domy z czerwonej cegły, specyficzny klimat tutejszych uliczek, bogatsze i biedniejsze kamienice, ratusz, dwie wieże ciśnień [patrz: Opuszczona wieża ciśnień oraz Kolejowa wieża ciśnień], duża lokomotywownia, poligon, no i forty – składają się na unikalny charakter tej części Torunia. Historia Podgórza jest bogata i pasjonująca, a my skupimy się dziś tylko na jednym jej niewielkim skrawku.

Jesteśmy na przedpolu toruńskiego poligonu, w pobliżu Drogi Popiołowej. Co kawałek jakaś tablica ostrzega, że to teren wojskowy i wstęp jest wzbroniony. Pieprzenie! Wojsko od lat nie przyznaje się, że Fort XII stoi w ich zonie, zresztą podobne stanowisko zajmuje miasto – można więc pomyśleć, że jesteśmy na ziemi niczyjej. Ta wielka połać jałowej ziemi poprzecinana asfaltowymi alejami, rozciąga się na długość około kilometra i jakiś 500 m szerokości, ale odnalezienie drogi fortecznej nie stanowi problemu. Przyjmując, że zaczynamy od skrzyżowania ul. gen. Andersa z Drogą Popiołową, marsz przez „zakazany teren”, liczy sobie mniej więcej pół kilometra (patrz na lokalizator). 

Po krótkim spacerze, zza drzew wyłania się wreszcie Fort XII im. Władysława Jagiełły. Już pierwszy rzut oka i od razu przywodzi na myśl dwa inne toruńskie forty pośrednie – Fort VI i Fort VIII. Nic dziwnego, w końcu wszystkie trzy powstały w oparciu o ten sam projekt z 1887 r. „Jagiełło” został ukończony jako pierwszy. Oddano go do użytku w 1889 r., a budowa trwała niespełna trzy lata i pochłonęła kwotę prawie 1,38 mln marek niemieckich. Dla porównania, „szóstka” kosztowała ponad półtora miliona, a „ósemka” milion sześćset tysięcy. U schyłku XIX w. Niemcy łożyli niebotyczne sumy, aby ochronić wschodnie granice Prus – temu miała właśnie służyć Twierdza Toruń. I choć toruński pierścień zewnętrzny nigdy nie miał okazji sprawdzić się w boju, to i tak okalające miasto forty, fascynują miłośników wojskowości, choć nie tylko.
plan sytuacyjny Fortu XII
Fort XII nie od zawsze był Fortem XII. Pierwotnie przypisano mu numer Va, a nieco później dostał swojego patrona – Ulricha von Jungingena. Tego wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego zaciukali nasi w bitwie pod Grunwaldem 15 lipca 1410 r., a polskim wojskiem dowodził nie kto inny, jak sam król Władysław II Jagiełło. Czyżby zmiana imienia Fortu w 1920 r. była prztyczkiem w germański nochal? Nawiązanie wydaje się oczywiste.

Jednak zanim nastał rok 1920 i Toruń, podobnie jak cała Polska, odzyskał upragnioną niepodległość, Fort XII, tak jak i pozostałe warownie w mieście, przeszły modernizację. Był rok 1894, kiedy umocniono fort, aby wytrzymał uderzenia pociskami 150 mm. W tym celu nad częścią koszarową, umieszczono betonową płytę metrowej grubości. Zwiększono również nasypy ziemne, a na początku XX wieku otoczono cały teren drutem kolczastym pod napięciem. Sam fort także zelektryfikowano – oświetlenie wnętrz zapewniał motor ropny. Mniej więcej z tego samego okresu pochodzi element, który wyróżnia tę warownię od pozostałych w Twierdzy Toruń. Około roku 1907 bowiem, na forcie zainstalowano betonowe stanowisko dla armaty kalibru 100 mm, które w całkiem niezłym stanie przetrwało do dziś i zostało odsłonięte nie tak dawno przez pasjonatów fortyfikacji.

W Forcie XII początkowo zakwaterowano pruskich wojaków, natomiast w 1911 r. warownia stała się miejscem ćwiczeń w czasie wielkich manewrów wojsk Cesarstwa Niemieckiego. To właśnie wtedy wysadzono zewnętrzną ścianę opasową, w miejsce której rok później wzniesiono zupełnie nowy mur przeciwskarpowy z wewnętrznym chodnikiem. To kolejny unikat w skali ogólnotoruńskiej – to jedyna tego typu konstrukcja w całej Twierdzy Toruń, która przetrwała do naszych czasów, chociaż nie w stanie nienaruszonym. W latach ’60 próbowano rozebrać mur, przez co ucierpiały obydwa kojce przeciwskarpowe.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, przez trzy lata Fort XII stał pusty. Dopiero w roku 1923 zaczął być używany, jako kwatera dla ćwiczącej na poligonie artylerii. W czasie drugiej wojny światowej Niemcy wykorzystywali warownię – podobnie, jak pozostałe forty lewobrzeżnego Torunia – jako filię Stalagu XXA. Z kolei w okresie PRL-u, „Jagiełłę” zaadoptowano na magazyn ziemiopłodów, o czym wciąż przypomina nam tabliczka umieszczona przy głównym wejściu, a o obecności polskich żołnierzy świadczą napisy na ścianach w części koszarowej. Pamiątka ich służby przetrwała do naszych czasów i choć nie jest tak cenna, jak rysunki jeńców alianckich w Forcie XI, to jednak daje nam pewien obraz ludzi, którzy pełnili tu warty w latach ’70 i ’80.

Od wielu lat jednak, Fort XII – opuszczony i zapomniany – popada w coraz większą ruinę. Parę lat temu mieszkali tu bezdomni, w tym kobieta w ciąży, która chciała tu urodzić swoje dziecko. O obecności dzikich lokatorów przypominają okopcone ściany, a o złomiarzach – brak stalowych elementów. Dziś nie ma tu już nikogo, chociaż podobno w schronie obrony wjazdu ktoś mieszka o czym świadczy smród ludzkich odchodów. To skutecznie odstraszyło mnie od zwiedzania, bo jak mówią: w gówno wejść łatwo, tylko później trudniej się z niego oczyścić.

Twierdza Toruń, choć niewątpliwie piękna, bogata i wyjątkowa, wciąż stanowi drzazgę w oku miejskich włodarzy. Brak pomysłów na wykorzystanie fortów, zła wola ze strony Urzędu Miasta, kłody rzucane pod nogi pasjonatom fortyfikacji – to wszystko sprawia, że Toruń traci coś bardzo cennego, coś, co – przy odrobinie zaangażowania ze strony lokalnych władz – mogłoby stać się największą atrakcją turystyczną regionu. Po latach marazmu i nieżyczliwości, człowiek przestaje mieć jednak złudzenia, że coś zmieni się na lepsze. Dlatego też pozostaje nam zwiedzanie toruńskich fortów na własną rękę i z aparatem przy oku dokumentować każdy centymetr murów, których – ku uciesze co niektórych urzędasów – już za chwilę może nie być.
kaponiera Fortu XII
poterna główna
zrujnowane wnętrze kaponiery
chodnik w części koszarowej
klatka schodowa prowadząca do schronu pogotowia
sklepienie klatki schodowej
schron pogotowia
doświadczalne stanowisko dla armaty 100 mm
wnętrze stanowiska obserwacyjnego
wnętrze schronu pogotowia
wnętrze stanowiska obserwacyjnego, po stalowej kopule nie został ślad
wysadzony prawy kojec przeciwskarpowy
wnętrze kojca
jeszcze raz prawy kojec przeciwskarpowy
mur przeciwskarpowy
wewnętrzna galeria w murze przeciwskarpowym
j.w.
j.w.
sucha fosa otaczająca Fort XII

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

poniedziałek, 20 czerwca 2016

ROWEREM | Toruń - Chełmża

Z cyklu... ROWEREM ZA MIASTO
Dawno nie było pozamiejskiego wypadu na dwóch kółkach. Pora więc to zmienić. Wyjeżdżamy z Torunia, aby poznać uroki i atrakcje okolic. Wbrew pozorom, jest ich całkiem sporo i nie trzeba jechać daleko, aby się o tym przekonać. Zabieram Was na otwartą w zeszłym roku trasę rowerową Toruń-Chełmża. Po drodze zboczymy ze szlaku, aby odwiedzić miejsce obozu pracy dla Żydówek z czasów II wojny światowej, a także pojedziemy kawałek za Chełmżę, by obejrzeć urokliwe Sanktuarium bł. Juty w Bielczynach. Gotowi? A więc ruszamy.

Jest niedziele i właśnie minęła 8:20. Miasto, choć przebudzone ze snu, wciąż drzemie. Co i rusz przymyka oko odpływając na kilka sekund. Ci, co jeszcze nie wyszli z objęć Morfeusza, wiele tracą. Każdy Góral, spojrzawszy w niebo przyznałby, że ten błękit zapowiada przepiękny dzień, szkoda więc marnować minut.

Nie ma co ukrywać, w każdej podróży, tym bardziej rowerowej, ważne jest towarzystwo. Gdy ma się do kogo gębę otworzyć, w ogóle nie czuć przejechanych kilometrów. Z Darkiem znamy się od lat i kawał Polski razem obskoczyliśmy, choć głównie autobusami i pociągami. I w tym przypadku, korzystając z weekendowych akcji „Rower za złotówkę”, planowaliśmy powrót do Torunia szynobusem Arrivy, co nie zmieniało faktu, że przed nami około 50 km, z którymi musiały zmierzyć się mięśnie nóg.
wjazd do Lasu Papowskiego
Wyjechaliśmy z Rubinkowa przed wpół do dziewiątej i przecinając ul. Skłodowskiej-Curie, wjechaliśmy w Równinną. W niedzielę, część przemysłowa Torunia wygląda na kompletnie wymarłą, wystarczyłoby postawić na ulicy kilka porzuconych aut, do tego batalion ucharakteryzowanych statystów i można kręcić kolejny odcinek „The Walking Dead”. Oficjalny początek trasy rowerowej do Chełmży zaczyna się u zbiegu ulic Równinnej i Morwowej – to tereny dawnej wsi Hutowo, a obecnie część Katarzynki – przemysłowej dzielnicy Torunia. Morwowa wpada do Lasu Papowskiego – to właśnie lasem dotrzemy do krajowej „91”, wzdłuż której biegnie trasa rowerowa. Jedno trzeba oddać miastu – leśny trakt został oznaczony bardzo dobrze. Liczne drogowskazy w obu kierunkach sprawiają, że nie można się zgubić, a droga jest więcej, niż zadowalająca.
przejazd kolejowy
początek drogi rowerowej do Chełmży
Po blisko 5 km jazdy przez las, docieramy do zielono-białego szlabanu, za którym widać przejazd kolejowy. Jednak ścieżka rowerowa zaczyna się parę metrów wcześniej, z prawej strony. Po przejechaniu niespełna pół kilometra, wpadamy na ulicę Leśną wsi Papowo Toruńskie. Tuż obok stoi wiata dla rowerzystów. Można na chwilę usiąść, odpocząć i zjeść kanapkę, co też z chęcią uczyniliśmy.
ul. Leśna w Łysomicach
Przerwa jednak nie może trwać wiecznie. Przed nami jeszcze wiele kilometrów, które same się nie przejadą. Pora ruszyć dalej. W tym miejscu ulica Leśna biegnie równolegle z torami kolejowymi i ul. Toruńską, która jednocześnie jest DK 91. Po drodze mijamy pierwsze absurdy infrastruktury rowerowej (patrz na zdjęcie poniżej). Wyrastające z asfaltu słupki sprawiają wrażenie, jakby pojawiły się tu zupełnie przypadkowo – prawdziwe słupki samosiejki – można by pomyśleć. Jednak nie, to musi być dzieło człowieka, bo przecież ta bezmyślność nie może być tworem nikogo innego.
Bez komentarza :/
Ulica Leśna płynnie przechodzi w Lipową, a my mijamy zjazd na Zakrzewo i jedziemy dalej. Zaoszczędzimy tym samym jakieś 300 m drogi, ale nie to było powodem zboczenia z wytyczonej ścieżki. Po prostu i zwyczajnie, przegapiliśmy zjazd. Ścieżka rowerowa leci jednak dalej, wyjeżdża z Łysomic i ciągnie się aż do niewielkiego osiedla bloków w Ostaszewie. Tam też dojechaliśmy. Tam też odniosłem wrażenie, że „nie tędy droga”.
wytwórnia mas bitumicznych w Ostaszewie
Wiedząc, że powinniśmy kierować się na północny-wschód, przy pierwszej okazji odbiliśmy w prawo, wprost w drogę wojewódzką 499. Po niespełna 2 km znów byliśmy na ciągu pieszo-rowerowym i wkrótce wjechaliśmy do Sławkowa.

Sławkowo, jak większość wsi w okolicy, ma swój dwór z początku XIX w. który teraz jest w rękach prywatnych. Ma też świetnie wykorzystany teren po dawnym PGR-ze. Ze starych zabudowań zostało niewiele, ale zwróciłem uwagę na interesujący budynek gospodarczy z cegły i kamienia (widoczny na zdjęciu poniżej).
W Sławkowie spotkaliśmy też kolejny absurd – przekreślony ciąg pieszo-rowerowy (zdjęcie wyżej) na szerokości wjazdu do posesji. Po drodze minęliśmy kilka podobnych „kwiatków”, które konsekwentnie i z premedytacją ignorowaliśmy.
Polska wieś przez ostatnie lata bardzo się zmieniła, co dostrzegliśmy już w Ostaszewie, mijając duże boisko do gry w piłkę nożną, orlika i boisko do koszykówki. Również w Sławkowie widać postęp, choć może nie tak bardzo rzucający się w oczy. Jeszcze parę lat temu o oznakowaniach, jak te na powyższym zdjęciu, nikomu nawet się nie śniło. Niektóre rzeczy pozostają jednak bez zmian, jak chociażby urokliwe przydrożne kapliczki czy bociany. Ptaki te co roku pokonują około 10 tyś. km, aby powrócić – na czas lęgowy – do swych polskich gniazd, a potem przelatują drugie 10 tyś. aby przez dwa miesiące przezimować w Afryce. Pary zawsze przylatują osobno, choć najczęściej w odstępach parodniowych. Pierwszy bocian, który pojawi się w gnieździe, zaczyna od remontu swojego domostwa. Ich życie – choć pełne niebezpieczeństw w czasie podróży – jest fascynujące.
przydrożna kapliczka w Sławkowie
Powoli zbliżamy się do pierwszego ważnego przystanku na trasie do Chełmży. Przystanek jest nieco na uboczu, ale warto na chwilę zjechać z głównej ścieżki. Mijamy jeszcze Mirakowo i boczną asfaltową drogą wjeżdżamy do Grodna.
To właśnie tutaj, nad samym Jeziorem Grodzieńskim, w miejscu, gdzie w roku 1944 i 1945 w zbiorowych mogiłach chowano pomordowane i zamęczone Żydówki, a tuż obok wznosiły się szałasy z dykty, zwane „namiotami”, od 1970 r. o tragicznych czasach wojny przypomina otoczony drzewami pomnik. To właśnie w Grodnie mieścił się żeński obóz pracy – filia KL Stutthof. Przybywające tu kobiety wykorzystywano głównie przy budowie fortyfikacji naziemnych. Reszta została podzielona na pięć komand odpowiedzialnych za pranie, grzebanie zmarłych, kopanie zbiorowych mogił, pracę w lesie i wycinkę trzciny na zamarzniętym jeziorze. Tuż przed likwidacją obozu, w styczniu 1945 r., Niemcy przeprowadzili selekcję Żydówek. Zebrane na placu apelowym musiały przebiec odcinek około 20 metrów. Tym, którym się to nie udało, kazano odejść na lewo, reszta zbierała się w grupie po prawej stronie. Około stu najbardziej wyczerpanych kobiet nie przeszło tego przerażającego testu i zostało rozstrzelanych lub zamordowanych uderzeniem pałką w głowę. Pochowano je razem z wcześniej zmarłymi więźniarkami na półwyspie Jeziora Grodzieńskiego, w miejscu, gdzie obecnie stoi, widoczny na zdjęciach poniżej, pomnik. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Tragiczny los żydowskich więźniarek z Baukomando Weichsel.
pomnik nad Jeziorem Grodzieńskim
Jezioro Grodzieńskie
Po chwili zadumy, wracamy wąską asfaltową drogą na właściwy szlak. A tam kolejny absurd – cały pas ciągnących się aż po horyzont żółciutkich barierek. Po jaką cholerę tyle tego tu wkopali? Nie mam pojęcia, ale z dwojga złego, w razie wypadku wolałbym wylądować w płytkim rowie, niż wbić się w stalową barierkę. Widać jednak, że logika nie jest mocną stroną projektantów rowerowych dróg, nad czym należy ubolewać.
Jesteśmy bliżej niż dalej o czym świadczy prześwitujące momentami Jezioro Chełmżyńskie, które liczy sobie ponad 7 km długości. Jednak zanim odbijamy do centrum Chełmży, pojedziemy jeszcze w jedno miejsce oddalone od miasta o ok. 3 km.
Po drodze mijamy kolejną uroczą przydrożną kapliczkę – niekwestionowany symbol polskiej wsi. Straciłem już rachubę, która to z kolei: szósta, siódma, może ósma... Każda z nich jest zadbana: odmalowana, przystrojona kwiatami, kolorowymi proporczykami, gdzieniegdzie palą się znicze. Poniżej widzicie kapliczkę ze wsi Obrąb albo Pluskowęsy (już nie pamiętam dokładnie).
Kilka minut później wjeżdżamy do Nowej Chełmży nazywanej też Kuchnią. Tutaj, Jezioro Chełmżyńskie widać znacznie lepiej, po drodze przejeżdżamy obok pomnika ku czci Polakom poległym w walkach w roku 1919 i w czasie II wojny światowej. To właśnie w tych rejonach, w roku 1919, doszło do starć chełmżan z 300 osobowym oddziałem niemieckiej paramilitarnej formacji Grenzschutz, która u schyłku I wojny światowej chciała zająć miasto.
Jezioro Chełmżyńskie
pomnik w Nowej Chełmży
Wreszcie wjeżdżamy do Chełmży. Po lewej stronie drogi rozciąga się żółty dywan z rzepaku, a chwilę później dostrzegamy wyłaniające się wieże Bazyliki św. Trójcy i Kościoła św. Mikołaja.
Zapas wody powoli się kończy, więc robimy przystanek w Tesco przy ul. Chełmińskie Przedmieście. Nim zawitamy do centrum miasta, czeka nas jeszcze jeden przystanek. Od sklepu mamy jeszcze jakieś 3 km drogi do Bielczyn. Chełmińskim Przedmieściem kierujemy się na północny-zachód. Z daleka widać wiatraki prądotwórcze. Wiatr ledwo jest wyczuwalny, zatem i śmigła poruszają się sennie. Przez jakiś czas jedziemy drogą powiatową, ale potem znów pojawia się ciąg pieszo-rowerowy. Mimo, że jest niedziela, a może właśnie dlatego, wokół nas cisza i spokój – żadnych ludzi, tylko pojedyncze samochody od czasu do czasu nas wyprzedzają. Po drodze robimy postój na przystanku PKS. Dochodzi 13, więc pora na obiad. Nawet roznoszący się wokół zapach gnojówki nie jest w stanie przerwać posiłku. Pozostałe dwie kanapki popite wodą, lądują w żołądku. Trochę ciężej wsiąść na rower, ale wkrótce wszystko wraca do normy.
Jeszcze kilometr i dojeżdżamy do osobliwego drogowskazu. Nie ma wątpliwości gdzie skręcić.
Z pobliskiego domu dobiegają dźwięki disco polo. Nawet nie staram się słuchać słów – te zawsze są infantylne lub prostackie, czasem dwa w jednym. Zresztą w tym przypadku miarowe „umpa, umpa” skutecznie zagłusza śpiewającego. Może to i lepiej, bo i sam rytm jest wystarczająco irytujący. Jeszcze tylko pół kilometra i kolejny cel osiągnięty.
droga do Sanktuarium bł. Juty w Bielczynach
Sanktuarium bł. Juty nad Jeziorem Głuchowskim zostało wzniesione w 1984 r., na gruzach zniszczonej w czasie II wojny światowej kapliczki z 1937 r. Błogosławiona Juta, której kult sięga XIII w., poświęciła życie potrzebującym, chorym i trędowatym. To właśnie jej wizerunek widnieje na płaskorzeźbie na ścianie przedwojennej przychodni w Chełmży. Płaskorzeźbę wykonał sam Ignacy Zelek. Również tutaj, w Sanktuarium, jest jego dzieło i przyjeżdżając do Bielczyn liczyłem, że je zobaczę. Niestety, mimo niedzieli, świątynię zastaliśmy zamkniętą na głucho, a z kartki na drzwiach płynęła jasna informacja: niedzielne msze o 10:30. Tylko o 10:30?! Nie inaczej. No nic, szkoda. Pokręciliśmy się chwilę, porobiłem zdjęcia. To miejsce bez wątpienia ma swój urok.
Samo sanktuarium jest dość ciekawe pod względem architektonicznym. Niski, długi ceglany budynek, sprawia wrażenie znacznie starszego, niż jest w rzeczywistości. A na klimat tego miejsca duży wpływ ma położenie oraz otoczenie. Schodząc nad jezioro bowiem, mijamy pięć figur przedstawiających bł. Jutę, św. Franciszka, biskupa chełmińskiego Heidenryka, św. Elżbietę z Turyngii oraz św. Dominika. Ten ostatni nie załapał się na „zdjęciu grupowym”, ale stoi po lewej stronie, schowany za gałęziami. Nieco niżej, bliżej brzegu jeziora, na prawo, jest piękna kamienna grota z figurą Matki Boskiej, przed którą klęczy mniejsza figurka. Przyznam szczerze – ładnie tu, do tego cisza i spokój, no i jezioro, a tuż obok kolejne dwa olbrzymie wiatraki.
mini-park figur na terenie Sanktuarium nad Jeziorem Głuchowskim
Dochodziła 13:30, więc najwyższa pora się zbierać. Przy wyjeździe z Bielczyn wyminął nas autosan jadący do Torunia. Jakoś tak tęskno zrobiło się za naszym ukochanym „Piernikowem”. No, ale za półtorej godziny planowaliśmy być już na Dworcu Wschodnim. Tymczasem najpierw trzeba było wrócić do Chełmży. Po drodze… 
o krówka! – cieszy się mieszczuch i jedzie dalej.

Na zwiedzanie Chełmży nie było wiele czasu. Może inaczej – czas pewnie i by się znalazł, przecież zawsze można wrócić późniejszym pociągiem, ale ochoty jakby brak. Po kilku godzinach na siodle ma się już trochę dosyć, poza tym ciężko pogodzić jazdę na rowerze z fotografowaniem. W terenie jest trochę inaczej, niż w mieście, gdzie co kawałek chciałoby się cyknąć fotkę. Zresztą nie przyjechaliśmy tu na dokładne oglądanie Chełmży. Głównym celem miała być sama przejażdżka i zaliczenie punktów, których jadąc autobusem czy pociągiem by się nie zaliczyło, a na zwiedzanie miasta można wyskoczyć w każdej chwili. Tak więc pozostał szybki przejazd przez centrum ul. Chełmińską, krótki pobyt na rynku i na dół nad jezioro.
ul. Chełmińska w Chełmży
Jezioro Chełmżyńskie
Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie mostek łączący dwa brzegi jeziora, który jest nie tylko ładny, ale przede wszystkim rozpościera się z niego fantastyczny widok na panoramę Chełmży.
panorama Chełmży widziana z mostku na jeziorze
Rower zdecydowanie usprawnia poruszanie się. Kilka minut wystarczyło, aby przejechać na drugi brzeg, po drodze zrobić trochę zdjęć i jeszcze trochę po drugiej stronie, i wrócić na Bulwar 1000-lecia. Po dwóch minutach i przejechaniu pół kilometra, byliśmy już na dworcu. Biletomat wypluł bilety, szynobus Pesy z serii SA133 już czekał na peronie i punktualnie o 14:37 ruszyliśmy w 14-minutową podróż do stacji Toruń Wschodni.
zabudowania kolejowe w Chełmży
Kurs o 14:37 jest przyspieszony – pociąg nie staje nigdzie po drodze. Jednak w zależności od godziny odjazdu, jazda trwa od 14 do 24 minut.
Przed 15 byliśmy już na Dworcu Wschodnim w Toruniu. Pozostały już tylko 3 km do obiadu. :) 

Wypad był udany. Kto lubi rowerowe wyprawy, z pewnością ta trasa przypadnie mu do gustu. Teren w większości jest płaski, a z tymi niewielkimi wzniesieniami nawet składak powinien dać sobie radę. Droga jest dobrze poprowadzona i gdyby nie te głupoty drogowców, byłoby jak w bajce. Ale, jak śpiewał Mirosław Zbrojewicz: „Życie, to nie bajka, nie głaszcze cię po…”, no po tym, po czym lubi się głaskać trener Joachim Low. W każdym razie – bardziej dociekliwi mogą zahaczyć o kilka dworów, w mijanych wsiach. My jednak skupiliśmy się na otoczeniu i trzech ważnych przystankach: Grodnie, Bielczynach, no i samej Chełmży. Do Chełmży z pewnością wrócę na dokładniejsze zwiedzanie – ten pobieżny rekonesans sprawił, iż uznałem, że warto bliżej przyjrzeć się temu miastu.

Mam nadzieję, że powyższa relacja zachęci część z Was do weekendowego wypadu za miasto, bo „czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – jak śpiewał z kolei Jerzy Stuhr. I tym muzycznym akcentem, rodem  z Opola ’77, kończę niniejszą deskrypcję.