poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Fort VII im. Tadeusza Kościuszki

#Bielany. Poniższy wpis znacząco różni się od wszystkich jakie do tej pory pojawiły się na blogu "Po Toruniu". Zdjęcia pokażą Wam ogólnodostępne części Fortu VII, tekst natomiast, zabierze Was w podróż do przeszłości, do pierwszych miesięcy drugiej wojny światowej, które dla mieszkańców Torunia były wyjątkowo bolesne. Będą zatem prawdziwi bohaterowie i równie prawdziwa historia. A zatem...
członkowie Selbstschutzu wprowadzają więźniów do Fortu VII (paź. '39)
- Wstawaj! Antoni, słyszysz mnie?! Obudź się! Obudź się, bo Strauss każe cię przećwiczyć.
To nazwisko, wypowiedziane przez młodego księdza Stefana Wincentego Frelichowskiego, podziałało na 40-letniego Antoniego Pasternackiego, niczym kubeł zimnej wody wylany na twarz. Poderwał się na równe nogi. Skromna słoma, na której spał od kilku dni, zaszeleściła pod stopami owiniętymi w szmaty. Jego czarne, skórzane oficerki, które w ostatnich chwili podała mu żona, spodobały się jednemu volksdeutschowi z Selbstschutzu. Niemiec kazał je ściągnąć, wyczyścić, a następnie zabrał, rzucając na odchodne słowa, które wciąż dźwięczały w uszach Antoniego:
- Polskie psy chodzą boso.
Apel członków Selbstschutzu, 15.10.39 r.
(źródło: Fundacja gen. Elżbiety Zawackiej/
wystawa na dziedzińcu Ratusza)
Nazwisko, które napełniło grozą przedwojennego podoficera – plutonowego 61 Pułku Piechoty Wojska Polskiego, należało do toruńskiego stolarza – Karla Friedricha Straussa, który od końca października 1939 roku pełnił funkcję komendanta obozu w toruńskim Forcie VII. Niespełna dwa tygodnie wystarczyły, aby nazwisko „Strauss” wryło się w umysły Polaków więzionych w pruskiej twierdzy, jako synonim „okrucieństwa”, „sadyzmu” i „wcielonego zła”. Jak na ironię, ten „pełnokrwisty” Niemiec, jeszcze nie tak dawno był kapralem w Wojsku Polskim. Wrzesień ’39 obudził zarówno w nim, jak i w tysiącach innych volksdeutschów, rządne krwi bestie. Tę nienawiść do Polaków dodatkowo podsycały przemówienia Hitlera i jego popleczników, którzy Toruń w szczególny sposób traktowali, jako „swój”, co – niejako – potwierdził oberfürer SS, a od niedawna również dowódca pomorskiego Selbstschutzu Ludolf v. Alvensleben, podczas toruńskiego przemówienia 15 października 1939 roku. Między innymi nazwał Gród Kopernika „prastarą niemiecką ziemią”. Zachęcał też swoich ludzi do bezwzględności, mówiąc: „Jeżeli wy, moi ludzie z Selbstschutzu, jesteście mężczyznami, to żadnemu Polakowi w tym niemieckim mieście, nie przyjdzie więcej na myśl, mówić po polsku. (…) Musicie być nieubłagalni i usunąć wszystko, co nie jest niemieckie.” Strauss z wielkim zaangażowaniem, wręcz pietyzmem podchodził do „zaleceń” przełożonych. Do niechlubnej historii Fortu VII przeszła „gimnastyka” prowadzona przez Karla Friedricha. Kazał on m.in. biegać więźniom dookoła fosy okalającej fort lub zjeżdżać na pupie z górki pełnej kamieni i krzewów tak długo, aż ubranie się rozdarło, a na ciele powstały rany. Osobiście wyznaczał więźniów przeznaczonych na rozstrzelanie, sam też osobiście brał udział w niektórych egzekucjach na Barbarce. Ponadto Strauss lubował się w biciu swoich więźniów, nie potrzebował do tego pretekstu.
plan Fortu VII (źródło: Centralne Archiwum Wojskowe)
W celi Antoniego i księdza Stefana panował niebywały ścisk. Gdy w latach 1880-1883 armia pruska budowała ten fort, architekci największe komory zaprojektowali z myślą o 21, góra 24 żołnierzach, w roku 1939 w takich komorach upychano 50-80 osób. Na jednego więźnia przypadało zatem niewiele miejsca, znacznie mniej, niż niezbędne minimum egzystencjalne. Tak więc, gdy w nocy jeden chciał się odwrócić na drugi bok, razem z nim odwracała się cała reszta.

W szczelnie zamkniętej celi bez okien panował chłód. Skromne klepisko z cienkiej warstwy słomy, bynajmniej nie dawało ciepła. Antoni, podobnie jak większość uwięzionych, na noc okrywał się własnym płaszczem. Na całe szczęście żaden nie czuł już smrodu, jaki krążył po celi. Mieszanka potu, brudnego ciała i fekaliów dla nowoprzybyłych więźniów, była nie do wytrzymania, ale węch – jako najbardziej ułomny z ludzkich zmysłów – szybko przyzwyczajał się do panujących warunków. Problemem za to były wszy – do tego gryzącego ustrojstwa nie szło się przyzwyczaić. Kąsały bezlitośnie i boleśnie.

Więźniowie zdążyli uporządkować swe barłogi, gdy rozległ się szczęk klucza w zamku, następnie skrzypnięcie zawiasów, dwa kroki, a potem uderzenie wiadra o beton. Stalowa rączka stuknęła o ściankę kubła. W kuble jest czarna kawa, która wygląda jak popiół zmieszany z brudną ziemią, zresztą nie lepiej smakuje. Do tej ohydnej cieczy, każdy więzień dostaje kawałek czerstwego komiśniaka.

Pasternacki przeżuwał wolno kęs ciemnego chleba, którego termin spożycia minął co najmniej kilka dni temu. Miał wrażenie, że spożywa tekturę, a na popitkę ma rozwodnioną smołę. W celi panowała absolutna cisza. Małe racje żywnościowe sprawiały, że każdy posiłek zamieniał się w mikroucztę. Celebrację chciano przedłużać w nieskończoność. Najgorzej mieli nowi. Wyrwani ze swojego świata, zdawać by się mogło, że lądowali na samym dnie Hadesu. Zresztą, niektórzy więźniowie, nawet wyglądali jak żywe trupy. Puste, apatyczne spojrzenia, nieobecny wyraz bladej twarzy, skóra opinająca kości policzkowe… Dla części z nich, życie już się skończyło, a obojętność stała się ich jedyną bronią w walce z przerażającą rzeczywistością.
więźniowie Fortu VII
W dniach od 17 do 21 października 1939 roku, z rozkazu komendanta policji ochronnej Dreiera odbyła się fala aresztowań na terenie całego Torunia. Przeszukano dom po domu, mieszkanie po mieszkaniu i zgarniano wszystkich, których Niemcy uznali za „element niepewny”. Wśród nich prym wiodła szeroko rozumiana inteligencja ze szczególnym naciskiem na nauczycieli i duchownych, często jednak aresztowano Bogu ducha winnych ludzi, którzy z polityką i wojskiem mieli niewiele wspólnego, a ich pech polegał na tym, że w przeszłości narazili się jakiemuś volksdeutschowi. Pierwszym etapem, przez który musieli przejść aresztowani, było toruńskie więzienie zwane „okrąglakiem”. Szybko się jednak okazało, że areszt jest zbyt mały, aby pomieścić taką ilość zatrzymanych. Niefortunna dla Niemców była też lokalizacja – Starówka, ścisłe Centrum miasta. Fort VII, który po odzyskaniu przez Polską niepodległości w 1920 roku, ochrzczono imieniem Tadeusza Kościuszki, teraz ponownie wrócił pod skrzydła pierwotnego patrona Friedricha der Grosse, był miejscem idealnym na więzienie. Ogromna powierzchnia, na uboczu, a jednak blisko miasta. Tak oto pruska twierdza stała się miejscem gehenny wieluset Polaków, którzy przez trzy miesiące funkcjonowania tegoż więzienia, przeżyli prawdziwe piekło. Dla wielu, to piekło zakończyło się nagle i niespodziewanie w lasach Barbarki, ale i w samym forcie zdarzały się śmierci czy to z wycieńczenia, czy też za sprawą zbyt brutalnego przesłuchania. W twierdzy ulokowano również sąd doraźny, który najczęściej przypominał tragiczną farsę.

Pierwotnie Fort VII (wg. pierwszej numeracji Fort IV), jako główny fort artyleryjski, był przeznaczony dla jednego batalionu piechoty i jednego batalionu artylerii, bywało jednak, że w pierwszych miesiącach II wojny światowej w twierdzy przetrzymywano 1000-1200 więźniów.
Plutonowy Antoni Pasternacki siedział pod ścianą w towarzystwie „dobrego ducha” fortu, liczącego zaledwie 26 wiosen, wikariusza z kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Toruniu – ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Łagodna twarz duchownego, jego ciepły, kojący głos, niejednemu dodawały otuchy. Zarówno Antoni jak i Stefan, nim trafili do tego piekła na ziemi, byli już raz aresztowani. Pasternackiego pierwszy raz zatrzymano zaraz po tym, jak odeskortował internowanych Niemców. Na początku wojny zapisał się do – powołanej przez prezydenta Leona Raszeję – Miejskiej Straży Obywatelskiej. Po powrocie do Torunia, 14 lub 15 października, został aresztowany przez volksdeutscha Fryderyka Juchnickiego. Pasternacki znał z wojska zarówno jego, jak i jego brata Alberta. Cała trójka była przecież podoficerami w WP. Juchnicki oskarżył Antoniego o to, że w czasie eskorty postrzelił jednego z Niemców w rękę. To wystarczyło, aby plutonowy trafił na „okrąglak”. Mimo brutalnych tortur, Niemcy nie byli w stanie udowodnić mu winy, więc w końcu wypuścili go na wolność.
- Da ksiądz wiarę, że koledzy namawiali mnie, żebym prysnął do Warszawy? Bo ja w Warszawie siostrę mam.
- Czemu nie wyjechałeś? – zapytał ksiądz Stefan. Jego głos był cichy, niemal szepczący – idealny dla spowiednika.
- Mam tu trójkę małych dzieci i żonę, jak mogłem ich zostawić? Poza tym niczego złego nie zrobiłem. Sądziłem, że sprawa się wyjaśniła. Drugi raz aresztowali mnie 1 listopada, nawet nie zdążyłem pójść na groby najbliższych…
Głos mu się załamał. Jego surowa, lekko ciosana twarz jeszcze bardziej spochmurniała. Przypomniał sobie płaczące dzieci, które kurczowo trzymały się jego nóg, gdy Niemcy zabierali go z domu. Boże, jak on tęsknił za tą trójką szkrabów. Oddałby wszystko, aby móc je jeszcze raz przytulić. Brakowało mu też Marty – jego największej miłości, z którą chciał się zestarzeć. Z dnia na dzień jednak, coraz bardziej tracił nadzieję, na to, że kiedykolwiek stąd wyjdzie, że zobaczy błękit nieba nie tylko z poziomu fosy okalającej fort, że jeszcze kiedyś przejdzie przez Stare Miasto, które nie będzie „ozdobione” hitlerowskimi flagami. Nadzieja, niczym wypalająca się świeca, gasła z każdym przeżytym tu dniem.
Na zewnątrz fortu, w suchej fosie, nieopodal lewej kaponiery, grupa kilku żołnierzy gestapo, wśród których znaleźli się również przedstawiciele selbstschutzu, ustawili się w szeregu i mierząc z broni do ściany kaponiery, oddali kilka serii. Kule uderzały o czerwone cegły odłupując ich fragmenty. Po krótkotrwałej kanonadzie nastąpiła przerwa, wymiana uwag między żołnierzami, śmiechy i wzajemne docinki. Po latach mur naznaczony kulami zostanie nazwany „ścianą śmierci”, a wśród części torunian utrwali się, zupełnie nieprawdziwy mit, jakoby pod tą ścianą dokonywano egzekucji.
Mijały dni, które ciągnęły się w nieskończoność. Pasternacki odnosił wrażenie, że Niemcy o nim zapomnieli. Nie był już wzywany na przesłuchania, nie bito go, a przekazywanie grypsów żonie nie stanowiło większego problemu. Marta przynosiła mu paczki z żywnością, Antoni siadywał pod ścianą celi i powoli cieszył się skromną, ale znacznie smaczniejszą od więziennej, ucztą. Czasem dzielił się ze współwięźniami i kontynuował rozmowy z księdzem Frelichowskim. Stefana po raz pierwszy aresztowano 11 września. Gestapo zrobiło nalot na kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i wygarnęło wszystkich duchownych. Nie siedzieli długo. Już następnego dnia ich zwolniono… Wszystkich z wyjątkiem księdza Frelichowskiego, który w areszcie został o jeden dzień dłużej, co tłumaczył sobie swoją działalnością w harcerstwie. Drugi raz aresztowano go ponad miesiąc później, 18 października, w ramach „łapanek Dreiera”. Ksiądz Frelichowski, jako duchowny z powołania, również tu, w tym podłym – wydawać by się mogło – zapomnianym przez Boga miejscu, pełnił swoją kapłańską posługę. Był spowiednikiem wielu więźniów, ale i zwykłym kompanem do rozmów. Nazwany „dobrym duchem fortu” usilnie starał się, aby „duch” nie opuścił serc przebywających tu Polaków. Wierzył, że dopóki żyją – jest nadzieja.
Korytarze Fortu VII sprawiały przytłaczające i posępne wrażenie. Z drugiej strony budowla, niewątpliwie, imponowała swoim rozmachem i precyzją wykonania. Nie mogło być inaczej, w końcu każdy z fortów zewnętrznego pierścienia Twierdzy Toruń był architektonicznym majstersztykiem, arcydziełem wojskowej architektury. Każda z budowli miała inne zadanie do wykonania. Fort VII, zbudowany za prawie 2,5 mln marek niemieckich, miał bronić Toruń od północno-zachodniej strony. Siła ognia artyleryjskiego sięgała do miejscowości Czarnebłota-Olek, a od roku 1894 zaczęto sukcesywnie wzmacniać fort, m.in. powierzchnię warowni pokryto betonową płytą o grubości 1 m oraz zwiększono warstwę nasypu ziemnego. Te zabiegi zwiększyły odporność twierdzy na pociski do kalibru 150 mm. Cztery lata później Fort VII podpięto do Elektrowni Miejskiej i ponure korytarze wypełniło światło. Zresztą pozostałości instalacji zachowały się do dziś. W 1920 roku przez krótki okres czasu mieścił się tu szpital weneryczny, potem obiekt przeszedł pod opiekę Wojska Polskiego. Wrzesień ’39 sprawił, że Twierdza Toruń ponownie trafiła w niemieckie łapy.
Antoni stojąc twarzą do ściany, oparłszy o nią dłonie, pisał gryps do żony. Do dyspozycji miał maleńki ołóweczek i równie mały skrawek papieru. Nie mając wiele miejsca, musiał kilkukrotnie przemyśleć każde słowo, nim pojawiło się na skrawku. Wiedział, jak bardzo Marta martwi się o niego, jak przeżywa jego uwięzienie. Wiedział również, że powinna być silna przede wszystkim dla ich dzieci. Teraz, gdy nie mają ojca, nie mogą stracić też matki. Miał jednak pewne wątpliwości, czy takie tłumaczenie usprawiedliwi kłamstwo, jakie już za chwilę wypełni drobnym maczkiem ten skromny strzępek papieru. Zawsze był z nią szczery, ale teraz… Co miał jej napisać? Prawdę? Że stracił wszelką nadzieję, że zaczęły się wywózki, że ludzie znikają bez śladu? Wszyscy doskonale wiedzieli, co oznacza pojawienie się ciężarówki firmy Jaugsch-Bacon Export przed bramą fortu. Pomimo kilku transportów, Strauss nigdy nie wyczytał jego nazwiska. Tak, jakby był niewidzialny, jakby w ogóle nie istniał, ale to w każdej chwili może się zmienić. Mimo wszystko, kłamstwo przesycone optymizmem, jest lepsze od prawdy wypranej z nadziei. W absolutnej ciszy jaka panowała w celi, ołówek trący grafitem o papier, był niczym świst bicza. „Nic się nie martw, wszystko jest na dobrej drodze” – napisał. Na skrawku zostało jeszcze trochę miejsca. Czy mam prawo rozpalać jeszcze bardziej to światełko w tunelu? – bił się z własnymi myślami. Co, jeśli za chwilę zginę? Z drugiej strony doskonale wiedział, że Marta tego potrzebuje. On również. Może, gdy zostanie to napisane, on odzyska wiarę w lepsze jutro? Zdecydował. „Wkrótce mnie zwolnią” – dopisał i starannie złożył karteczkę, która zajmowała teraz niespełna 1 cm2.
26 listopada 1939 roku drzwi celi otworzyły się o niespodziewanym czasie. Strażnik kazał ustawić się więźniom w szeregu. Ci posłusznie wykonując polecenie, dostrzegli Karla Friedricha Straussa idącego korytarzem. Do twarzy miał przylepiony uśmiech seryjnego mordercy.

Antoniemu krew szumiała w uszach, więc nie słyszał nazwiska wywołanego więźnia, ale gdy ten wyszedł z szeregu, od razu go poznał. Czasem spał tuż obok niego, ale nie poznał jego nazwiska, a imię wyleciało mu teraz z głowy. Kamień spadł mu z serca, gdy Strauss przeszedł tuż obok niego i zatrzymał się przy więźniu stojącym na końcu szeregu. Zmierzył go pogardliwym spojrzeniem, a następnie wymierzył silny cios w brzuch. Mężczyzna zgiął się wpół tracąc oddech.

Strauss zerknął na listę nazwisk, którą miał ze sobą.

- Pasternacki Antoni, wystąp! – huknął, a echo poniosło głos oprawcy na drugi koniec holu.
Swojego nazwiska również nie dosłyszał. Poczuł jedynie uścisk dłoni księdza Frelichowskiego na swoim nadgarstku.
- Pasternacki, ogłuchłeś?! – Strauss stał teraz dokładnie naprzeciwko niego. – Przenosimy cię do innej celi – oznajmił. – A to – wymierzył mu prawego sierpowego w szczękę – za niewykonywanie poleceń. Wy, Polaczki, lubicie się stawiać. Ale wielki naród niemiecki oduczy was tego.
Gdy ruszali otulonym przez półmrok holem, ksiądz Stefan zdążył mu jeszcze wyszeptać do ucha: „Idź z Bogiem, Antoni”. Tymczasem Antoni czuł, jak serce łomoce mu w piersi, jakby chciało przebić klatkę piersiową i wyskoczyć na zewnątrz. Gdy doszli do celi numer 12, było ich już sześciu. Strauss kazał im zdjąć płaszcze, kurtki i buty, a gdy weszli do celi zatrzasnął za nimi drzwi.

Antoni nie mógł spać w nocy. Martwił się o przyszłość Marty i dzieci. Ze swoim losem był pogodzony. Za kilka-kilkanaście godzin skończą się jego udręki, ale co się stanie z jego rodziną?
Był 27 listopada, gdy drzwi celi otworzyły się ponownie i kazano całej szóstce wyjść na zewnątrz. Ruszyli głównym holem. Wrota fortu były już otwarte, a na środku pomostu przerzuconego nad suchą fosą, stała ciężarówka należąca niegdyś do biznesmena z Podgórza. Pora ruszyć w ostatnią podróż – pomyślał Antoni wspinając się na pakę samochodu.

Za ostatnim więźniem opadłą brezentowa plandeka, która została szczelnie zawiązana. Po chwili ciężarówka lekko się zakolebała, drzwi w szoferce trzasnęły, potem drugie. Silnik zakasłał dwa razy nim odpalił, po czym ruszyli w nieznane…
wnętrze lewej kaponiery, to dziś śmietnisko zrobione przez bezdomnych
Antoni Pasternacki został rozstrzelany 27 listopada wraz z piątką innych więźniów nieopodal Wrzosów. Był to odwet za zabicie jakiegoś Niemca.

Likwidację obozu w Forcie VII rozpoczęto 10 stycznia 1940 roku. Tego dnia wywieziono do obozu w Stutthofie około 180 więźniów, w tym 40 duchownych, wśród których był ksiądz Stefan Wincenty Frelichowski. Ostatecznie fort zamknięto pod koniec stycznia. Do tego czasu zwolniono około 250 przetrzymywanych.

„Dobry duch” Fortu VII zmarł u schyłku wojny – 23 lutego 1945 roku. Pomagając chorym na tyfus plamisty, sam zaraził się tą chorobą, która w połączeniu z zapaleniem płuc, doprowadziła do śmierci duchownego.

Komendant fortu, Karl Friedrich Strauss, pod koniec wojny uciekł do Berlina Zachodniego, gdzie w 1969 roku został postawiony przed sądem. Proces zakończył się uniewinnieniem, a sędzia w uzasadnieniu wyroku napisał, że „Strauss mordował na rozkaz i ze strachu przed przełożonymi”, co było nieprawdą.

Marta Pasternacka o śmierci męża dowiedziała się od pracownika sklepu nabiałowego – Volksdeutscha z ul. Podgórnej. Przeżyła wojnę i złożyła zeznania przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich.
Aby rozwiać wątpliwości…
Beletryzując tę historię, na jej potrzeby, połączyłem ze sobą dwie osoby: Antoniego Pasternackiego i księdza Stefana Frelichowskiego. Nie znalazłem dowodów na to, że przebywali w jednej celi, ani nawet, czy mieli ze sobą jakikolwiek kontakt. Ta „znajomość” została zawiązana jedynie na potrzeby powyższej publikacji. Daty i nazwiska oraz ówczesne realia i życie w Forcie VII zostały oparte na poniższej bibliografii. Fort VII obecnie pozostaje w prywatnych rękach i tylko niewielka część jest ogólniedostępna. O tragedii, jaka rozgrywała się w tych murach w czasie pierwszych miesięcy II wojny światowej, świadczy jedynie skromna tablica na lewej kaponierze i pomnik na nasypie nieopodal. To zdecydowanie za mało, ale mam nadzieję, że mój tekst, choć w niewielkim stopniu, podtrzyma pamięć o tym miejscu i jego tragicznej historii.

Bibliografia:
  1. Niemy świadek – Tadeusz Jaszowski, Czesław Sobecki (Kujawsko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalna, Bydgoszcz 1971); 
  2. Twierdza Toruń – Mirosław Giętkowski, Zbigniew Karpus, Waldemar Rezmer (Dom Wydawniczy DUET, Toruń 2010);
  3. Barbarka – Sylwia Grochowina, Jan Sziling (Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej, Toruń 2010) 

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

1 komentarz:

  1. Dzień dobry.
    Mój ojciec Stanisław Jakubowski był więźniem fortu VII zaraz po wkroczeniu Niemców, cudem został zwolniony i przeżył.
    Poszukuję pilnie kontaktu z osobami, które kojarzą te fakty lub osoby.
    Jan Jakubowski tel. 606661421 jan.jakubowski@paroc.com

    OdpowiedzUsuń