25 lutego 2019

Dawna komendantura Twierdzy Toruń (tzw. „generałówka”)

Stare Miasto » Rynek Nowomiejski 22
Historia nowożytna Twierdzy Toruń zaczyna się w pierwszych dekadach XIX wieku. To było zanim pruski zaborca się rozhulał i w latach '70 XIX w. zaczął stawiać dookoła miasta Forty. Pierwsze kroki były dość skromne i ograniczały się tylko do Starego Miasta. Ot, postawili dwa arsenały, koszary obronne, wozownie i magazyny... No i były też nowe bramy, które zastąpiły  te średniowieczne. W 1815 roku została odtworzona komendantura. Na jej czele, jako pierwszy, stanął niejaki Treskow. Do pierwszej siedziby komendanta Torunia wrócimy w jednym z kolejnych wpisów. Teraz skupmy się na tej drugiej, która stanęła na rogu Rynku Nowomiejskiego i ul. Św. Katarzyny.

Budowa kamienicy rozpoczyna się w 1870 roku. Nie jest to nic wyszukanego – prosta, klasycystyczna forma, ale z subtelnymi akcentami. Dom, który nie rzuca się w oczy, ale gdy już go jakimś cudem zauważymy, nie ujdzie naszej uwadze wysmakowany styl architekta: te delikatne zdobienia wokół okien, balustrada balkonu czy okalający dom fryz oraz gzyms... To wszystko, bez wątpienia, dodaje budynkowi szlachetności. 

No, dobra, dość rozwodzenia się nad fasadą, przejdźmy do faktów. Budowa trwała do 1874, rok później, do kamienicy wprowadza się komendantura Twierdzy Toruń. W tym czasie komendantem jest pułkownik Karl Richard von Conta. Przeprowadza się tu z kamienicy przy Rynku Staromiejskim 10. Od tego momentu, adres Rynek Nowomiejski 22 aż do wybuchu II wojny światowej będzie kojarzyć się z wojskiem.

Twierdza Toruń, na przestrzeni blisko stu lat, miała wielu komendantów. Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, bo i nie wszyscy mieszkali w domu na rogu Rynku Nowomiejskiego i Św. Katarzyny. W książce Sylwii Dullin Toruńskie Nowe Miasto i jego mieszkańcy we wspomnieniach (XIX-XX wiek), czytamy:
Dom numer 22 przy Nowym Rynku nazywano „generałówką”. W domu tym mieszkał generał artylerii Gronau.
Gronau od 1908 roku pełnił funkcję gubernatora Torunia. W książce Pani Dullin czytamy dalej:
Na parterze były biura. Przed domem stała straż zmieniająca się co dwie godziny. (…) Co niedzielę, po mszy świętej w kościele garnizonowym, generał odbierał defiladę wojskową, stojąc na balkonie. Wysłuchiwał też koncertu orkiestry wojskowej.
Na początku XX wieku Nowy Rynek miał więc nie lada atrakcje. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić jak to wyglądało. Możemy też wspomóc się starymi zdjęciami. Na fotografach wykonanych pod koniec XIX i na początku XX wieku, widać wyraźnie budki strażników stojące po obu stronach wejścia, jest też wojak z giwerą, a także... czyżby nad tarasem wisiała markiza? A czego nie ma? Ano schodów i drzwi zamiast jednego z okien na parterze.
koniec XIX wieku, za: KPBC
początek XX wieku, za: Toruń w starej fotografii (wyd. Literat)
Zostawmy czasy zaborów i przenieśmy się do wolnej Polski. W międzywojniu dom należał do Wojska Polskiego, a jego najznamienitszym mieszkańcem był generał Władysław Bortnowski, urodzony w roku 1891 w Radomiu. Dwadzieścia dziewięć lat później brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W Toruniu wylądował w październiku 1930 roku, kiedy to  najpierw został oficerem w Inspektoracie Armii, a od października 1935 do marca 1938 r. pełnił funkcję generała do prac przy Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych w Toruniu. 30 stycznia 1938 r. został także prezesem Aeroklubu, natomiast jesienią tego roku, przez trzy miesiące, dowodził Samodzielną Grupą Operacyjną „Śląsk”, która przeprowadziła akcję przyłączenia Zaolzia do Polski. Ta misja uczyniła z Bortnowskiego postać niezwykle popularną. Wystarczy wspomnieć, że był wymieniany jako następca Rydza-Śmigłego na stanowisku Naczelnego Wodza. Wszystko na to wskazywało, że po wyborach w 1940 roku, marszałek zostanie nowym prezydentem Polski. Los i historia chciały jednak inaczej i w marcu 1939 r. Bortnowski stanął na czele Armii „Pomorze”. Armii, która broniła mieszkańców Torunia w pierwszych dniach wojny.
fotografia portretowa generała Bortnowskiego, za: NAC
W 1938 roku generała Bortnowskiego odwiedził marszałek Edward Rydz-Śmigły. Pisząc, że „odwiedził”, mam na myśli: przebywał w domu przy Rynku Nowomiejskim 22. To taka ciekawostka, podobnie jak anegdota, którą przytacza Sylwia Dullin w swojej książce:
Przedstawiając postać generała Bortnowskiego chcę opisać pewne humorystyczne zdarzenie z prywatnego życia generała. Otóż dostawcą pieczywa dla generała i wojska był piekarz Zygmunt Kwiatkowski, z którego rodziną generał był zaprzyjaźniony. Syn piekarza Mirek często odwiedzał stajnię znajdującą się przy „generałówce”. Pewnego dnia mały Mirek poprosił pana generała o pozwolenie na wstawienie do stajni konika, którego otrzymał w prezencie gwiazdowym. Generał wyraził zgodę nie przypuszczając, że jest to konik na biegunach! Po wyjaśnieniu sprawy wszyscy byli bardzo rozbawieni propozycją małego chłopca.
Gdy 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polską, dom przy Rynku Nowomiejskim 22 był już najprawdopodobniej pusty. Dowództwo i sztab Armii „Pomorze” przeniosły się do Fortu XIII na Stawkach, by ostatecznie wycofać się z miasta w nocy z 5 na 6 września. Do wysadzenia mostów dojdzie 7 września o 2 w nocy, a o 4 nad ranem chłopcy z 184 Rezerwowej Kompanii Saperów puszczą z dymem toruńską radiostację.

Generał Bortnowski dostanie się do niemieckiej niewoli już 21 września. Przeżyje wojnę i po przejściu przez oflagi IV B Königstein, VIII E Johannisbrunn i VIIa Murnau, zostanie uwolniony przez wojska amerykański. Zaraz potem wyemigruje do Wielkiej Brytanii, a stamtąd przeniesie się do USA. Umrze 21 listopada 1966 roku w Glen Cove w stanie Nowy Jork. Pięć dni później spocznie w Alei Zasłużonych na cmentarzu w Doylestown.

Kamienica przy Rynku Nowomiejskim 22 również przetrwała wojnę. Po roku 1945 działała tu szkoła zawodowa, później szkołę przekształcono na mieszkania lokatorskie. 1 września 1984 czyli w 45 rocznicę napaści Niemiec na Polskę, na frontowej ścianie budynku, odsłonięto tablicę upamiętniającą bohaterską postawę żołnierzy z Armii „Pomorze”.

Na tym kończy się historia „generałówki”. Historia dość burzliwa jak na jeden niewielki budynek. Wystarczy pomyśleć ile widziały te ściany, czego były świadkami. Szkoda tylko, że nie mogą nam nic opowiedzieć. Nie mam wątpliwości, że z tych opowieści powstałaby niejedna pasjonująca książka.

18 lutego 2019

Willa Georga Sopparta

:: Bydgoskie Przedmieście » ul. Sienkiewicza 11
Na przełomie XIX i XX wieku oraz w dwudziestoleciu międzywojennym była to bezpieczna przystań klasy średniej. Na Bydgoskim Przedmieściu mieszkali adwokaci, przemysłowy, artyści, wojskowi, politycy... Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Architektura dzielnicy podupadła na zdrowiu, zmienili się też mieszkańcy. Mimo to, Bydgoskie wciąż czaruje i ma wiele do zaoferowania. Przede wszystkim to miejsce bogate w historie, właściwie każda kamienica, każda willa opowiada nam o przeszłości. Dziś przeczytacie opowieść o pewnym architekcie, który tchnął ducha w Bydgoskie Przedmieście. Gotowi na kolejną podróż w czasie?

Jesteśmy na ulicy Sienkiewicza 11, przed willą z 1899 roku. To tutaj mieszkał i tworzył kolejne toruńskie budowle, architekt Georg Soppart. Ale jego historia, nie zaczyna się w tym domu, ani nawet nie w Toruniu, lecz w historycznym Brzegu (ob. województwo opolskie). To właśnie w tym mieście, które zaborca zniemczył nazywając Brieg, 27 lipca 1854 roku przyszedł na świat Georg Soppart. Do Torunia przeniósł się dopiero, gdy miał 26 lat. Był rok 1880 i młody architekt zamieszkał w Podgórzu – wówczas podtoruńskim miasteczku, niby niezależnym od wielkiego sąsiada, ale powiedzmy sobie szczerze – czy to się komu podoba czy nie – w jakiś sposób, duży zawsze ma wpływ na małego.

No dobra, ustaliliśmy, że Georg swoją przygodę z Toruniem zaczął od Podgórza. Zanim wybudował dla siebie i żony Jadwigi pierwszą willę, tułał się od jednego wynajmowanego mieszkania, do drugiego. Jednocześnie projektował coraz więcej domów. Możemy je oglądać do dziś, a są to m.in.: Sienkiewicza 13 z 1883 r., Sienkiewicza 1 i 12 z 1885 r., Bydgoska 100 z 1886 r., Sienkiewicza 5 z 1889 r. czy wreszcie stworzona w 1890 r. dla Franza Zährera kamienica przy ul. Ducha Św. 3 na Starym Mieście. Willę przy Sienkiewicza 11 zaprojektował z myślą o rodzinie. Był jeszcze jeden dom – piękna willa z wieżyczką przy ul. Rybaki 59, która powstała w roku 1906. I tu rodzi się pewien problem, bowiem artykuły, które czytałem, wskazują, że Soppart i jego rodzina najpierw tam zamieszkali. Mam jednak co do tego wątpliwości. I już tłumaczę dlaczego. Otóż, po pierwsze – dom przy Sienkiewicza 11 powstał jako pierwsze, a po drugie – z reklamy zamieszczonej w Księdze Adresowej z 1908 r. wynika, że właścicielem firmy G. Soppart był wówczas Hermann Soppart czyli brat Georga. Jeśli więc Georg i jego rodzina faktycznie mieszkali na Rybakach, to bardzo krótko i był to raczej ich drugi dom, a nie pierwszy. Ponadto źródła wskazują, że to właśnie Hermann zajął – choć nie udało mi się ustalić w którym roku – nowo wybudowaną willę. Natomiast w późniejszych latach dom przy Sienkiewicza 11 stał się własnością najmłodszego syna zmarłego – Georga Jr.
reklama z księgi adresowej z roku 1897 (za: KPBC)
reklama z księgi adresowej z roku 1908 (za: KPBC)
Georg i Jadwiga mieli trójkę synów: Kurta – ur. 7 sierpnia 1882 r., Carla – ur. 21 grudnia 1885 r. oraz wspomnianego już Georga Jr - ur. 25 maja 1888 r. Ten ostatni pójdzie w ślady ojca i zostanie architektem. Ale o nim za chwilę, jeszcze przez moment skupmy się na seniorze. Otóż, Georg Sr nie tylko projektował i budował kamienice, choć przy samej ul. Sienkiewicza stworzył ich aż sześć, jego firma zbudowała też kilka obiektów Twierdzy Chełmno, a także rozbierała baszty miejskie, które przeszkadzały w budowie Teatru Miejskiego

Niewątpliwie Georg był człowiekiem majętnym. Jego własnością była choćby okazała kamienica przy dzisiejszej Sienkiewicza 10/12, dokładnie vis-á-vis omawianej dziś willi oraz kamienica obok  (nr 13). Tym wszystkim, po śmierci starego, zarządzać będzie Junior, chociaż nie wiem, od którego roku.

Georg Soppart Junior, gdy dorasta, staje się swoim ojcem – sprawuje piecze nad jego nieruchomościami, mieszka w jego domu, jest architektem i budowlańcem. Ten stan rzeczy utrzyma się do końca lat '20 XX wieku. Zakres działalności młodego Georga w pierwszej dekadzie wolnej Polski możemy poznać – choć zapewne tylko w niewielkim stopniu – dzięki ogłoszeniom zamieszczanym na łamach Słowa Pomorskiego, gdzie raz szukał murarzy, innym razem koni pociągowych, a jeszcze innym siana dla nich czy drewna. A właśnie, Junior założył na Mokrem tartak parowy (największy w mieście). Znajdował się przy ul. Panieńskiej 3 (dziś to ul. Wojska Polskiego). W okresie prosperity zatrudniał między 50 a 60 osób. Oprócz tego, Georg cały czas wykonywał prace budowlano-remontowe, zajmował się również produkcją mebli oraz zasiadał w radzie nadzorczej Banku Polskiego na Pomorzu. 

Z gazet dowiadujemy się również o rodzinnej tragedii jaka go spotkała. 2 kwietnia 1924 roku, zmarła - w wieku niespełna 29 lat - jego żona Käthe. Georg został sam z dwójką dzieci, a że nieszczęścia chodzą parami, wkrótce jego interesy zaczęły podupadać. W 1929 roku (w roku, w którym wybuchł wielki kryzys), Georg ogłasza upadłość i traci właściwie wszystko. Tartak przejmuje Jan Skowronek, a willę przy Sienkiewicza 11 Leon Przeworski. Jeszcze na początku lat '30 w Słowie Pomorskim będą pojawiać się ogłoszenia syndyka, zarządzającego resztkami masy upadłościowej Sopparta. W ofercie będą m.in. wóz roboczy, kryte lando czy dwie ręczne pompy kanałowe. Georg Junior zostanie w Toruniu jeszcze dwa lata, zdąży powtórnie się ożenić z jakąś Małgorzatą i w 1931 roku wyjadą razem z jego dziećmi do Gorzowa Wielkopolskiego.
Słowo Pomorskie, 4.04.1924 r. (za: KPBC)
W tym momencie kończy się toruński rozdział dziejów rodziny Soppart. W pamięci torunian powinno jednak pozostać to nazwisko, bo przecież gdyby nie Georg Senior, ulica Sienkiewicza nie byłaby taka, jaka jest. W dużej mierze, to on nadał tej ulicy klimat, pozostawił w niej cząstkę siebie, swojego ducha. I niewykluczone, że ten duch nadal krąży między kamienicami.

11 lutego 2019

Kamienica Franza Zährera

Stare Miasto » ul. Ducha Św. 3
Jesteśmy na Starym Mieście, róg Ducha Św. i Rabiańskiej. Wśród okolicznych kamienic, właśnie ta – z adresem Ducha Św. 3 – wyróżnia się najbardziej. Jest jak olśniewająco piękna kobieta, wśród kobiet przeciętnej urody. Porównanie może niezbyt oryginalne, ale trafne, w końcu „kamienica” jest rodzaju żeńskiego. Ale nie zawsze tak było, w sensie, że nie zawsze to była kamienica. Ale, jak to tak? - zapytacie. No właśnie, między innymi o tym będzie ten wpis. Gotowi na podróż do przeszłości? Jedziemy!

Cofnijmy się w czasie, do lipca 1861 roku. Stany Zjednoczone były wtedy w stanie wojny domowej – wojska Unii regularnie naparzały się z konfederatami, co kilka dni wybuchała gdzieś jakaś bitwa, którą wygrywali to jedni, to drudzy. Na Stawkach budowa dworca kolejowego i linii łączącej Toruń z Bydgoszczą chyliła się ku końcowi. Tymczasem na drugim brzegu Wisły, inna budowa miała się dopiero rozpocząć. Parcela przy Ducha Św. 3 należała wówczas do braci Wolff. Na tym skrawku Starego Miasta jeszcze na początku XIX wieku stał dom zamieszkiwany przez piwowarów. Wszystko wskazuje na to, że dom ten spłonął, a to, co z niego zostało – rozebrano. Bracia Wolff kupili więc pustą działkę, na której w lipcu 1861 roku zaczęli wznosić dwukondygnacyjny spichlerz. Budynek powstał i służył braciom do końca lat osiemdziesiątych XIX wieku, kiedy to na scenę wchodzi nasz bohater – Franz Zährer.
zrealizowany projekt spichlerza (źródło: Historyzm toruński XIX-XX wieku)
Zährer urodził się 12 maja 1859 roku w Warlubiu - wiosce gdzieś pod Świeciem. Dwadzieścia trzy lata później przeprowadził się do Bydgoszczy, by nauczyć się zawodu kupca. Mamy więc rok 1882. Dwa lata później, bo w 1884 nasz Franz bierze ślub z niejaką Anną Lange i przeprowadza się do Torunia, by tu zbudować swoje imperium. No, dobra, z tym „imperium” może ciut przesadziłem, ale jak się za chwilę przekonacie, w latach swojej świetności, Franz Zährer był człowiekiem dobrze ustawionym, mającym w posiadaniu sporo nieruchomości... Ale po kolei.

Firma Franz Zährer – Handel Żelazem (niem. Franz Zährer – Eisen Handlung) wchodzi na toruński rynek w drugiej połowie lat '80 XIX wieku. Oferta handlowa naszego przedsiębiorcy jest dość bogata. U Zährera można kupić m.in. rury, zlewy, garnki czy sztućce, ale także produkty wielkogabarytowe, jak żelazne kolumny, blachę falistą czy tory kolejowe. Taką ilość towarów trzeba było gdzieś składować, zatem Zährer jeszcze w latach '80 zaczął skupować różne nieruchomości i działki. My jednak skupmy się na tej przy Altstadt 198 (taki wtedy numer miała parcela przy dzisiejszej Ducha Św. 3). Franz kupuje ją od braci Wolff pod koniec lat '80. Już wtedy jest właścicielem kilku innych nieruchomości m.in. przy ul. Rabiańskiej oraz składów na przedmieściach. No tak, ale na Ducha Św. 3 stoi przecież spichlerz. Po co handlarzowi żelazem budynek do przechowywania ziaren zbóż? No właśnie, po nic, dlatego 1 maja 1890 roku Zährer składa wniosek o pozwolenie na przebudowę spichlerza na dom mieszkalny ze sklepem firmowym na parterze. Projekt przebudowy robi Georg Soppart, postać ówcześnie dobrze znana w mieście, taki trochę Kazimierz Ulatowski XIX-wiecznego Torunia. Przebudowa, jak widać na załączonych zdjęciach, doszła do skutku. Tak, obecny wygląd i to, że spichlerz stał się kamienicą, zawdzięczamy przebudowie w latach '90 XIX wieku. 
projekt przebudowy (źródło: Historyzm toruński XIX-XX wieku)
Kamienica wyróżnia się bogactwem zdobień i licznymi detalami. Na pewno rzuca się w oczy rzeźba Herkulesa i piękny kartusz z literą „Z” oraz płaskorzeźba od strony ul. Rabiańskiej. Bez wątpienia na efekt końcowy wpływ miał sam właściciel (- Słuchaj, Georg, a gdyby tak pierdyknąć między oknami na piętrze takiego brodatego byka z gołą klatą? - No, w sumie można by, panie Zährer.). Zährer chciał, aby ten dom był jego wizytówką, symbolem odniesionego sukcesu. Wydaje mi się, że efekt ten został osiągnięty, podobnie jak w przypadku Roberta Tilka i jego kamienicy przy Piernikarskiej.
reklama z Thorner Presse z roku 1899 (źródło: KPBC)
Przy Ducha Św. 3 Zährer mieszkał i pracował. W tej kamienicy wychował piątkę dzieci, zawierał transakcje, bogacił się. Wszystko jednak kiedyś się kończy. Historia ludzkości usłana jest upadłymi imperiami; zarówno tymi wielkimi, jak i mniejszymi. To, zbudowane przez Franza Zährera, wydawać by się mogło, że jest bardzo trwałe, bo przecież z żelaza. Trudno powiedzieć, kiedy wszystko zaczęło się sypać. Może po wybuchu I wojny światowej, a może jeszcze wcześniej? Wiadomo, że w branży była spora konkurencja, może to tłumaczy, dlaczego „król stali” wszedł w handel rowerami i częściami do nich? A może w ten sposób chciał rozwinąć swoją firmę? Zresztą rowery, to nie jedyna nowość, jaka znalazła się w ofercie Zährera. W księdze adresowej dla Torunia, Podgórza i wsi Mokre z roku 1897 znaleźć można całostronicową reklamę, w której wyszczególnione zostały towary, które można nabyć w sklepie przy Ducha Św. 3. Mamy tu m.in. materiały budowlane (ich składnice miał na Bydgoskim Przedmieściu) i sprzęt gospodarstwa domowego, ale także szafy pancerne, klatki dla ptaków czy wagi zarówno domowe, jak i towarowe. Ciekawostką jest, że firma Franza Zährera miała pierwszy w Toruniu numer telefonu.
reklama z księgi adresowej z roku 1897 (źródło: KPBC)
Nastał XX wiek. Nikt nie podejrzewał, że będzie to stulecie dwóch wojen światowych, wielkich przemian i skoku cywilizacyjnego. Ale po kolei... Zatrzymajmy się na chwilę na roku 1908. Dla Warszawy był to ważny rok, na tory stolicy wyjechały pierwsze tramwaje elektryczne (u nas – w Toruniu, śmigały już od dziewięciu lat). Ten rok zapamięta również krakowska śmietanka towarzyska – 2 maja, przed spektaklem Lady Godivie Leopolda Staffa w Teatrze Miejskim, pojawi się naga Irena Solska, wywołując tym niemały skandal. Tymczasem w Toruniu... W Toruniu trwa bum budowlany. Na ostatnią prostą wchodzą budowy Dworca Wschodniego na Mokrem oraz Katolickiego Seminarium Nauczycielskiego na Bydgoskim Przedmieściu. Prusacy myślą też nad wzniesieniem gmachu Deutsche Banku na Szerokiej. Wszystko to będzie miało swój finał dopiero w 1909 roku. W 1908 ukazuje się kolejna księga adresowa, a w niej całostronicowa reklama firmy Franza Zährer. Stalowy Franek nadal handluje wyrobami żelaznymi, zarówno tymi większymi, jak i mniejszymi. Nadal można kupić u niego rury, zlew czy kasę pancerną, siatkę czy drut. Nadal ma skład budowlany, ale zaczął sprzedawać też... węgiel. Górnośląskie czarne złoto zostanie z nim do końca, ale początek tego końca rozpocznie się dopiero za kilka lat. Na razie interesy wciąż idą nieźle, może nie tak dobrze, jak jeszcze parę lat temu, ale można z tego wyżyć. Franz jest jednak człowiekiem przedsiębiorczym i cały czas szuka nowych źródeł dochodów. W 1911 wchodzi w nieruchomości. Na od lat pustej działce przy dzisiejszej Mickiewicza 28/30, inicjuje budowę trzykondygnacyjnego domu typu bliźniaczego. Wykonawcą zostaje spółka Skowronek & Domke, która już rok później przejmie nieruchomość.
reklama z księgi adresowej z roku 1908 (źródło: KPBC)
Kredyty hipoteczne doprowadzą w 1914 roku do całkowitej upadłości firmy Franza Zährera, a większością majątku Stalowego Franka „zaopiekuje się” syndyk. Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. Chyba coś w tym jest, bo rok później – w 1915, umiera jedyny syn Zährera – Hans Ludwig Franz. Dla 56-letniego przedsiębiorcy to musiał być wielki cios. Czy się z tego podniósł? Zapewne częściowo tak. Firma Franz Zährer przetrwała, chociaż nigdy nie wróciła do dawnej świetności. Wertując zdigitalizowane stare gazety, natrafiam na niewielką reklamę w Słowie Pomorskim. To ostatni ślad firmy, która na przełomie wieków była jedną z największych w branży metalowej w Toruniu. Reklama, wielkości anonsu, pochodzi z 1922 roku, a jej treść jest bardzo krótka:
Słowo Pomorskie, 23.08.1922 r. (źródło: KPBC)
Zährer zmarł niespełna cztery lata później – 6 lutego 1926 roku. Po jego śmierci kamienicą przy Ducha Św. 3 zarządzali Feliks i Charlotta Pellowscy. Dom rodzinny przedsiębiorcy stał się czynszówką i w takiej formie przetrwał II wojnę światową. Najprawdopodobniej właśnie w czasie wojny – na dole – działał sklep z wyrobami szklanymi.

Co ciekawe, w latach '50 i '60 na parterze, tak jak za starych czasów, był sklep żelazny, potem parter przejął Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. W latach '70 zaczęto prace adaptacyjne pod kawiarnię. Wystrój robił wrażenie. Nowy właściciel pozyskał kanapę Antoniego Bolta – przedwojennego prezydenta Torunia. Podobno ta kanapa była ozdobiona herbem Torunia. Z piętra kamienicy przeniesiony został piękny neorenesansowy piec. Całą aranżacją zajął się Jan Tajchman. W prasie ogłoszono nawet konkurs na nazwą kawiarni. Wygrała Pod Atlantem. Lokal udało się otworzyć w 1974 roku.

Do końca lat '80 kawiarnia Pod Antlantem, była jedną z najmodniejszych w mieście. Bywali tu adwokaci, sędziowie, miejscowi politycy i artyści. Można było tu spotkać chłopaków z Republiki albo z Nocnej Zmiany Bluesa. W lata '90 – jak w wielu innych przypadkach – rozpoczął się powolny upadek tego miejsca. Ostatecznie lokal zamknięto na początku drugiej dekady XXI wieku.

Szyld, który widzicie na zdjęciach jest oryginalny. Zährer zlecił wykonanie go firmie Otto Grund & Co z Berlina. Renowację przeszedł w 2013 roku, a w 2014 do lokalu wszedł nowy najemca, który otworzył tu... kawiarnię.

Na tym, przynajmniej na razie, kończy się historia tej kamienicy. Dom Zährera, to doskonały przykład historyzmu, który łączył wiele stylów architektonicznych. Ten, zapoczątkowany w XIX wieku – nurt, będący odświeżeniem stylów minionych epok, stał się wizytówką tamtych czasów.  Niewątpliwie podkreślał status społeczny właścicieli domów. Właściwie w historyzmie o to chodziło – żeby było bogato, ale ze smakiem. Ten efekt udało się osiągnąć, zarówno w przypadku domu Franza Zährera, jak i wspomnianego wcześniej Roberta Tilka. Choć obaj żyli i dorobili się majątku w czasach, gdy Toruń znajdował się pod pruskim zaborem, jedno im zawdzięczamy – pozytywny wpływ na architekturę miasta. Bo i czym byłby Toruń, gdyby nie piękne kamienice, cieszące oczy podczas każdego spaceru starymi ulicami? To pytanie niech zawiśnie w powietrzu i pozostanie bez odpowiedzi, a Was zachęcam do wyprawy na miasto. Kto wie, może odkryjecie kolejne ciekawe miejsca?

A jeśli chcecie jeszcze bardziej zgłębić historię Franza Zährera i jego kamienicy, koniecznie zajrzyjcie do książki Historyzm toruński XIX-XX wieku: architektura miejsca codzienność. Tam znajdziecie artykuł Joanny Kucharzewskiej, który bardzo mi pomógł przy tworzeniu tego wpisu.

4 lutego 2019

📘#44: „Okupowany Toruń w obiektywie Kurta Grimma” - oprac. Sylwia Grochowina i Iwona Markowska

Pamiętam, że gdy pisałem o książce Toruń w obiektywie fotoreportera Andrzeja Kamińskiego, wyraziłem nadzieję, że Muzeum Okręgowe zdecyduje się na kontynuowanie cyklu publikacji albumowych. Mają przecież imponujące archiwa i Kurt Grimm był – według mnie – naturalnym bohaterem kolejnej publikacji. A właściwie nie sam Grimm, tylko jego prace – zdjęcia robione w okupowanym przez Niemców Toruniu.

W 2018 roku album Okupowany Toruń w obiektywie Kurta Grimma wreszcie ujrzał światło dzienne. Nie pamiętam dokładnej daty premiery, z kupnem wstrzymywałem się przez kilka miesięcy. Dlaczego? O tym później. To nie zmienia fakty, że w zeszłym roku była to, dla miłośników Torunia, jedna z ważniejszych pozycji książkowych, która powinna już dawno być omówiona ma tym blogu. Musicie mi jednak wybaczyć tę zwłokę. Zeszły rok, a właściwie druga połowa, była dla mnie szybka niczym fury Vina Diesela. Wszystko przez moją książkę, która wchodziła na ostatnią prostą realizacji. Tak więc miałem spore zaległości, jeśli chodzi o lokalne publikacje. Jednak do rzeczy...
W omawianym dziś albumie znajdziecie 218 fotografii z lat 1940-1944. Zostały uporządkowane i zamknięte w pięciu częściach. Pierwsza dotyczy pierwszego roku okupacji: zaczynając od zimy stulecia, a kończąc na lecie 1940 roku. Mamy tu zarówno Toruń przysypany śniegiem, piękne zimowe panoramy, samochody przejeżdżające przez zamarzniętą Wisłę, zabawy dzieci, a także smutny obraz Kozackich Gór i Dębowej Góry oraz ich mieszkańców. Warto tu wspomnieć, że tereny te już w międzywojniu były postrzegane jako tzw. dzielnice nędzy. Jest też sporo fotografii ukazujących zniszczony most kolejowy, a także Port Zimowy zarówno zimą, jak i latem.

W części drugiej znajdziecie zdjęcia władz okupacyjnych, zarówno tych lokalnych na czele z nadburmistrzem Franzem Jokobem, jak i centralnych. Jest tu sporo fotografii stricte reportażowej. Mamy więc udokumentowane ważne dla niemieckich torunian wydarzenia i wizyty, jak chociażby przyjazd namiestnika i gauleitera Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie Alberta Forstera w lutym 1940 roku czy generalnego gubernatora Hansa Franka w maju tegoż samego roku. Przy zdjęciach z wnętrz toruńskich gmachów, warto zwrócić uwagę na drugi plan, na wystrój. Możecie odkryć całkiem inne oblicze dobrze Wam znanych pomieszczeń.
Jeszcze więcej wnętrz znajdziecie w części trzeciej, która została poświęcona obiektom kulturalnym. Grimm znakomicie udokumentował przebudowę Teatru Miejskiego, zobaczycie również jak wyglądał Baj Pomorski, gdy jeszcze nie był teatrem dla dzieci, będzie też okazja, aby zajrzeć do wnętrza kawiarni działającej na parterze Dworu Artusa. Rozdział kończą zdjęcia modelu pomnika Mikołaja Kopernika, który stanął w maju 1943 r., na obecnym placu Rapackiego. Grimm wykonał kilka ciekawych ujęć, w większości nigdy wcześniej niepublikowanych.

Część czwarta nie jest specjalnie obszerna, ale za to zdjęcia, jakie tu trafiły, to prawdziwe perełki. Wnętrza szpitala na Przedzamczu: sale chorych, kuchnia, łazienka, spiżarnia – coś niebywałego, istny szał dla miłośników Torunia. Dalej – gazownia przy Lubickiej, zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Przy okazji, skoro jesteśmy już przy gazowni, odsyłam Was, do ciekawego artykułu Marcina Ceglarskiego i Jakuba Polaka „Nowa Gazownia Miejska w Toruniu”, tekst trafił do książki Toruński modernizm, tam też znajdziecie kilka fotek Grimma.

No dobra, została nam ostatnia część, zatytułowana „Miasto i okolica”. Otwierają ją znakomite panoramy prawobrzeżnego Torunia, którego w części już nie ma. Nie ma przede wszystkim zabudowań portowych na dzisiejszym Bulwarze Filadelfijskim, nie ma też starej gazowni. Dalej, znajdziecie fotografie wykonane z wieży Ratusza Staromiejskiego, a także jego wnętrza. Warto wspomnieć, że w ratuszu w latach okupacji, owszem były wystawy, ale część pomieszczeń zajmowały ówczesne władze miasta z nadburmistrzem na czele. Zatem w albumie nie mogło zabraknąć fotografii ukazujących wystrój biur, w tym gabinetu samego Franza Jakoba. Są też fotografie figury Pięknej Madonny z Kościoła św. św. Janów, którą Niemcy ukradli i do dziś nie raczyli oddać. Końcówka albumu to mieszanka zdjęć toruńskiej starówki i przedmieść, wnętrz kościołów i fotografii będących reprodukcjami starych fotek, przedstawiających nieistniejące bramy. Te grimmowskie reprodukcje były już publikowane w innych książkach i albumach, dlatego ich obecność tutaj, jest dla mnie niezrozumiała, tym bardziej, że twórcy albumu mając do dyspozycji około półtora tysiąca fotografii Grimma, nie musieli szukać „zapchaj dziury”.
Podsumujmy zatem. Okupowany Toruń w obiektywie Kurta Grimma, to niewątpliwie cenna publikacja, która poszerza naszą wiedzę ikonograficzną o tym trudnym dla Polaków okresie. Oglądając te zdjęcia musicie mieć jednak świadomość, że to fotografia propagandowa, tworzona przez okupanta, naszego wroga. Ta propaganda szczególnie rzuca się w oczy na zdjęciach typowo reporterskich, gdzie Polaków przedstawia się w niezbyt korzystnym świetle, tymczasem Niemców wręcz odwrotnie. Pamiętajcie też, że te zdjęcia, publikowane wówczas czy to w prasie czy biuletynach, były zawsze opatrzone stosownym komentarzem, nie muszę chyba pisać, że komentarze te nie były nam – Polakom – przychylne. Wspomina o tym we wstępie Sylwia Grochowina, a później Iwona Markowska we wprowadzeniu, które jest jednocześnie biogramem Kurta Grimma. Sylwia Grochowina napisała również artykuł o życiu w okupowanym Toruniu, który również trafił do publikacji. Jak na razie wymieniłem same plusy tego albumu, prawda? Jest ich naprawdę dużo, właściwie każde po raz pierwszy publikowane tu zdjęcie to wielki plus. Ale są też wady, bo i nie ma rzeczy idealnych. Pierwszą jest cena. Album kosztuje 80 zł i to była przyczyna, dla której zwlekałem z kupnem. Po prostu musiałem dłużej się zastanowić. Osiem dyszek, to sporo, ale skoro już tyle zdecydowałem się wydać, mam swoje oczekiwania. I tu dochodzimy do kolejnej wady, a są nią bardzo oszczędne podpisy pod zdjęciami. Zabrakło mi tu porządnych przypisów, z komentarzem historycznym, ale i dokładnymi opisami zdjęć. Ich brak to spory minus, podobnie jak obecność fotografii, które były już wcześniej publikowane gdzie indziej. Mając w rękach tak potężne archiwum, naprawdę nie trzeba było dublować fotek. Ostatnią rzecz, do której chciałbym się przyczepić, to zmarnowanie okazji na stworzenie spójnej serii albumów. Po publikacji wspomnianego wcześniej albumu Kamińskiego, myślałem, że Muzeum Okręgowe pójdzie za ciosem i kolejny album wyda w podobnej szacie graficznej i formacie. Byłoby miło, prawda? Tym bardziej, że w muzealnych archiwach jest tyle zdjęć, że można zrobić co najmniej kilka kolejnych publikacji. Tymczasem album Grimma za cholerę nie pasuje do albumu Kamińskiego. Zmarnowana okazja. Szkoda.

Mimo tych kilku wad, uważam, że Okupowany Toruń... to książka, która powinna się znaleźć w biblioteczce każdego miłośnika historii Torunia. To ważny album dla dziejów naszego miasta, i aż dziwne, że powstał dopiero teraz, to znaczy – tak późno. Ale dobra, pomińmy na chwilę niewątpliwą wartość historyczną i zobaczmy co nam zostanie. Ta reszta, to walory artystyczne, bo choć Grimm był nazistą, co do tego nie ma większych wątpliwości, jedno trzeba mu oddać – foty trzaskał przecudne. Sami się o tym przekonacie, sięgając – do czego Was zachęcam – po niniejszy album.

ISBN: 978-83-60324-89-9
wydawca: Muzeum Okręgowe w Toruniu
ilość stron: 366
rok wydania: 2018
typ okładki: twarda