⇧ AUTOPROMOCJA ⇧

czwartek, 17 maja 2018

Toruński Elementarz Polski (mural)

Bydgoskie Przedmieście.
Jesteśmy prawie na granicy Bydgoskiego i Bielan. Niedaleko stąd rozciąga się Miasteczko Akademickie, nieco wcześniej stoi wieżowiec, w którym mieszkała generał Elżbieta Zawacka, co upamiętnia nie tylko tablica, ale i znakomity mural Andrzeja Poprostu.
Dziś też będzie o muralu… A raczej mural będzie przyczynkiem do opowiedzenia historii. W roku 2017 na bloku przy ulicy Fałata 68-72, w ramach projektu Szlak Murali Patriotycznych, powstała wielkoformatowa, koloryzowana kopia okładki publikacji bardzo ważnej w czasach, gdy nasz kraj był pod zaborami. Toruński Elementarz Polski – bo to o nim mowa – został wydany w 1901 roku w drukarni Sylwestra Buszczyńskiego.
okładka elementarza, rok 1910 | źródło: ZBC
Historia drukarni Józefa i Sylwestra Buszczyńskich, to temat na osobny wpis, dlatego skupmy się tylko na tej jednej wydawanej przez nich pozycji. Toruński Elementarz Polski był wielokrotnie wznawiany i rozszedł się w nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy. W roku 1910 ukazała się jego rozszerzona wersja, którą znajdziecie w Zielonogórskiej Bibliotece Cyfrowej. Książka była rozprowadzana na terenie całego zaboru pruskiego oraz wśród Polonii w Niemczech.
W czasach, gdy zaborca chciał wyplenić wszystko, co polskie, drukowany przy ulicy Mostowej 13 Toruński Elementarz Polski, był opoką naszego języka, religii, a także historii.
ul. Mostowa 13,
tutaj drukowano Toruński Elementarz Polski
Mural zobaczycie, stojąc od strony ulicy Ignacego Łukasiewicza. Z kolei zdigitalizowane wydania elementarza, znajdziecie m.in. w:

zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

piątek, 4 maja 2018

ROWEREM | Toruń-Młyniec Drugi

Pierwsza w tym roku wycieczka rowerowa będzie liczyć niespełna 30 km, a jej główny cel, to drewniany kościół w Młyńcu Drugim. Trasa jest dość zróżnicowana, wiedzie przez tereny zarówno leśne, jak i wiejskie. Nie jest to jednak trasa rowerowa taka, jak do Osieka Nad Wisłą, czy Chełmży. Po wyjeździe z Torunia czekają nas już tylko drogi, na których nie jesteśmy sami, zatem pamiętajcie o zasadzie ograniczonego zaufania wobec innych użytkowników tych dróg.

Startujemy z okolic pętli tramwajowej OLIMPIJSKA na osiedlu Na Skarpie. To tam, gdzie kończy się „autostrada do lasu”. Pod ścianą drzew, pierwsza nowość: drewniana wiata z ławkami i stołami – idealne miejsce na wypoczynek, o ile jesteśmy zmęczeni. Ale przecież nie jesteśmy, bo dopiero zaczynamy przygodę. Zatem mijamy wiatę i wjeżdżamy w drogą pożarową. Szeroka, piaszczysta arteria, przecinająca las, momentami jest bardzo dobrze ubita, ale im bliżej Lubicza, tym robi się mniej przyjemnie. Mimo to, lubię tę drogę. Są tu przepiękne drzewa, a powietrze jest czyste i pachnie wiosną.
Po ponad dwóch kilometrach docieram do wiaduktu nad autostradą A1. Po drugiej stronie zaczyna się już Lubicz Dolny. Zaraz za wiaduktem, po prawej stronie, znajduję ruiny gospodarstwa. Obowiązkowy przystanek. Robię kilka… no dobra kilkanaście zdjęć (może kiedyś się przydadzą do kryminału) i odjeżdżam. Kawałek dalej widzę fabrykę Nestle. Wielki obiekt – robi wrażenie.
Tuż za przydrożną kapliczką, szumi Drwęca, która w tym miejscu jest wyjątkowo wąska, ale wygląda bardzo malowniczo. Przejeżdżam pod wiaduktem kolejowym i trafiam na ulicę Dworcową.
Lubicz Dolny i Lubicz Górny przed zaborami stanowiły jedną wieś. Lubicz został jednak podzielony między Prusaków a Rosjan, a Drwęca wyznaczała granicę. Przejeżdżając przez obie wsie, zauważyłem, że ich oblicze jest raczej małomiasteczkowe, niż typowo wiejskie. Sporo tu domów z czerwonej cegły, jest też duży młyn. Z pewnością są to miejscowości godne dokładniejszego zwiedzenia, ale bardziej pieszo, niż na rowerze. Dlatego też nie zbaczając z trasy, kieruję się do celu, skręcając z krajowej dziesiątki w Dolinę Drwęcy.
Przejeżdżając przez wieś Krobia, mijam osiedle bloków, ładne domy jednorodzinne, stadninę koni i spory hotel o dumnej nazwie Ambasada. Po drodze nie mogłem nie zatrzymać się przy starym, chyba nieczynnym, przystanku PKS, który wyglądał niemal uroczo.
Gdy Endomondo informuje o przejechanych 14,5 km, spomiędzy drzew wyłania się czarna wieża Kościoła św. Ignacego Loyoli. Drewnianą świątynię wznieśli w 1750 roku jezuici i to właśnie założyciel tego zakonu został jej patronem. Obok kościółka stoi dzwonnica – również drewniana. Cały teren otaczają drzewa, a poniżej płynie Drwęca. Są nawet stojaki na rowery – zwykłe wyrwikółka, ale jednak są. Niestety, kościół był zamknięty, ale ze zdjęć dostępnych w sieci wiem, że w środku wygląda jeszcze lepiej, niż z zewnątrz. Niemniej, świątynia w Młyńcu Drugim jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałem. Inna rzecz, że mam słabość do budowli drewnianych, więc moja obiektywność jest lekko zaburzona. Chciało by się tu spędzić więcej czasu, ale czekało mnie jeszcze piętnaście kilometrów pedałowania, więc…
Nie chciałem wracać tą samą drogą, to byłoby nudne. Kawałek za kościołem jest mostek przerzucony nad Drwęcą. To jedyny łącznik Młyńca Pierwszego z Drugim. Przy sklepie spożywczym – pewnie jedynym we wsi – skręcam w lewo i po niespełna 300 metrach, dojeżdżam do rozwidlenia. Właściwie w tym momencie powinienem zerknąć na mapę google, ale tego nie robię i odbijam w prawo w przekonaniu, że dojadę do Lubicza Dolnego. Jak się wkrótce okaże, przekonanie jest błędne i przyjdzie mi wjechać do Torunia od innej strony. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i ruszyłem szutrową drogą pomiędzy polami i łąkami. Widoki są tu bajeczne, bardzo różniące się od miejskiego krajobrazu, do którego jestem przyzwyczajony. Pola falują niczym kolorowe morze, droga wije się jak serpentyna i tak przez 2,5 km. Potem dostrzegam tablicę z nazwą miejscowości: Rogówko. 

Gdzie ja, u diabła, jestem? Jakie Rogówko?! Sprawdzam na mapie w telefonie i… no tak, trafiłem za Grębocin. To trochę dalej, niż Lubicz Dolny, ale nic to. Dojeżdżam do krajowej piętnastki i gdy po lewej widzę w oddali komin elektrociepłowni, właściwie czuję się już jak w domu.
Po drodze zahaczam jeszcze o Kościół św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Grębocinie, a potem już prosto do Torunia, który zaczyna się jakieś pół kilometra dalej.

Na sam koniec, przejazd nowym ciągiem pieszo-rowerowym, łączącym ul. Olsztyńską z Niesiołowskiego. W kilku miejscach droga jest do poprawki, ale ogólnie może być.

Co do wycieczki… Oczywiście, udana. Piękne widoki, architektura, czyste powietrze, no i nie złapałem gumy, co nie jest bez znaczenia.