środa, 23 października 2019

📘#58: „Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą”” – Jarosław Krasnodębski

✔️ WPIS NR 45/2019 (322)
Na konferencji jałtańskiej, w lutym 1945 roku, Winston Churchill, Franklin Delano Roosevelt i Józef Stalin przypieczętowali los Polski. Kilkudniowe spotkanie w pałacu cesarskim w Liwadii na Krymie zakończyło się sukcesem radzieckiego dyktatora. Dla naszego kraju oznaczało kolejny rozbiór, a dla rodaków z Kresów Wschodnich – wygnanie. Kresy, to między innymi Wileńszczyzna, a niniejsza książka jest o mieszkańcach właśnie tego regionu, którzy na skutek ekspatriacji trafili do Torunia.

Autorem publikacji Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą” jest Jarosław Krasnodębski, absolwent Wydziału Nauk Historycznych UMK, specjalizujący się w dziejach Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej. Jego wiedza i dostęp do materiałów źródłowych, pozwoliły stworzyć rzetelną, obszerną, a przy tym dobrze napisaną monografię o „wileniukach”, którzy po II wojnie światowej zostali torunianami.

Część z Was zapewne wie, że w 1945 roku to właśnie profesorowie z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie tworzyli pierwszą kadrę Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Do momentu przeczytania książki Krasnodębskiego moja wiedza na tym się kończyła. Wiem, nie ma się czym chwalić, ale do tej pory nie było tak kompleksowego opracowania, które pomogłoby mi zgłębić temat. A ten, jak się okazuje, jest więcej niż interesujący, co prezentowana tu książka zdaje się tylko to potwierdzać.

Jarosław Krasnodębski w sposób przejrzysty, posługując się przystępnym językiem kreśli losy mieszkańców Wilna i Wileńszczyzny, których los sprowadził do Torunia. Jednak przyjazd do naszego miasta nie był początkiem ich nowej życiowej drogi. Ta zaczęła się znacznie wcześniej, co też Autor Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą” zdaje się to dostrzegać. Dlatego też kreśli szerszy kontekst historyczny, a także kulisy, de facto, wygnania Polaków z Kresów. Oczywiście, wyjazd był dobrowolny, ale z książki dowiecie się jak Sowieci przekonywali nieprzekonanych. Ponadto Autor sporo miejsce poświęca Państwowemu Urzędowi Repatriacyjnemu w Toruniu oraz genezie powstania UMK. Pojawią się tu nazwiska wilnian, które dziś kojarzone są przede wszystkim z toruńskimi ulicami, ale w powojennym Toruniu odegrali ważną rolę w budowaniu nowego uniwersytetu, będzie zatem o Niesiołowskim, Kolankowskim, Dziewulskim, Prüfferach... Jarosław Krasnodębski zagląda również do dokumentów Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Okazuje się, że UB od samego początku rozpracowywało przybyłych do Torunia wilnian. Dzięki inwigilacji znamy ich nazwiska oraz adresy, pod którymi mieszkali w Grodzie Kopernika. To ponad 1200 osób, wśród których byli przedstawiciele wielu zawodów, w tym duża reprezentacja naukowców oraz artystów.

Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą”, to historia wygnania, tułaczki i nowego początku. Początku niełatwego, gdyż i w Toruniu przybysze musieli zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, w tym niechęcią torunian oraz kłopotami mieszkaniowymi. I tu znowu Autor dba o to, aby w miarę dokładnie nakreślić atmosferę jaka panowała w powojennym Toruniu, gdzie Armia Czerwona zajęła wiele budynków użyteczności publicznej, ale i mieszkań; gdzie formowały się nowe – komunistyczne – władze samorządowe, tworzyły polityczne struktury, a zwykli mieszkańcy byli narażeni na grabieże i gwałty dokonywane przez Rosjan.

Uzupełnienie tej wyjątkowej publikacji, stanowią aneksy, w których znajdziecie wspomnienia wilnian, raporty konwojentów oraz kilka tabel, w tym wspomniana już lista UB, wyciągnięta z archiwum IPN.

Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą”, to książka nie tylko ciekawa i dobrze napisana, ale i – moim zdaniem – ważna z punktu widzenia historii Torunia. Rzuca bowiem wiele światła, na te zacienione do tej pory karty z dziejów naszego miasta. Publikacja powinna zatem stanowić gratkę dla jego miłośników. W moim przypadku tak właśnie było. Dlatego też dzieło Jarosława Krasnodębskiego polecam Waszej uwadze.

pełny tytuł: Z Wilna nad Wilią do „Wilna nad Wisłą”. Ekspatriacja i osiedlenie się mieszkańców Wileńszczyzny w Toruniu (1944-1948)
ISBN: 978-83-231-4247-8
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 266
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka

Dziękuję Wydawnictwu Naukowemu UMK
za udostępnienie egzemplarza książki.

poniedziałek, 21 października 2019

📘#57: „Miasto niesamowitości” – Hubert Smolarek

✔️ WPIS NR 44/2019 (321)
Minął rok od wydania mojego zbioru opowiadań kryminalnych Martwi głosu nie mają i Wydawnictwo Naukowe UMK wypuszcza na rynek kolejny tomik krótkich form literackich. Tym razem z pogranicza grozy i fantastyki, no i nie ja jestem autorem, tylko Hubert Smolarek – stypendysta Miasta Torunia w dziedzinie kultury oraz absolwent filologii UMK. W swoim literackim debiucie Miasto niesamowitości prezentuje osiem tekstów, które połączyło jedno miasto – Toruń.

Tak, moi drodzy, Toruń ponownie staje się sceną dla wydarzeń, których niekoniecznie chcielibyśmy być uczestnikami. I o ile w moich tekstach niebezpieczeństwo kryło się w drugim człowieku, o tyle u Smolarka należy go szukać w siłach nadprzyrodzonych.

Autor w swoich opowieściach nawiązuje zarówno do toruńskich legend, jak i wydarzeń historycznych. Mamy tu więc Zamek Dybowski i legendarny tunel pod Wisłą, jest też bezgłowy duch Jana Gotfryda Roesnera krążący po salach Ratusza Staromiejskiego, poznacie również alternatywną, kosmiczno-fantastyczną wersję życiorysu Kopernika. Ale Autor inspiruje się także wydarzeniami z historii najnowszej, co szczególnie widać w opowiadaniu Bestia, w którym przeczytacie o toruńskich „występach” seryjnego mordercy Leszka Pękalskiego.

Na kartach Miasta niesamowitości znajdziecie zarówno opowieści o duchach, okultystach, o spotkaniu z samym Lucyferem, o demonicznych bożkach, jak i o przeznaczeniu, którego oszukać się nie da. No właśnie, à propos przeznaczenia, osobiście najbardziej przypadł mi do gustu  tekst Toruń Kluczyki, gdzie głównym tematem jest właśnie przeznaczenie. Jednak, oprócz tego widać tu także wyraźny wpływ przedwojennego twórcy rodzimej grozy Stefana Grabińskiego, w twórczości którego często pojawiał się motyw kolejowy.

Nade wszystko widać jednak wielką sympatię Autora do miasta, w którym osadził akcję wszystkich swoich opowieści. Toruń i jego historia stanowią istotne i atrakcyjne tło opowiadań Smolarka. Miasto niesamowitości udowadnia również, że Gród Kopernika potrafi zahipnotyzować i porwać nie tylko „kryminalistów”, ale i młodych twórców literatury grozy.

ISBN: 978-83-231-4245-4
wydawca: Wydawnictwo Naukowe UMK
ilość stron: 200
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka
seria: Seria Literacka POZA

Dziękuję Wydawnictwu Naukowemu UMK
za udostępnienie egzemplarza książki.

poniedziałek, 14 października 2019

📘#56: „Baśń o toruńskim pierniku” – Elise Püttner

✔️ WPIS NR 43/2019 (320)
Wydana po raz pierwszy w 1885 roku Baśń o toruńskim pierniku (aka Baśń o toruńskich piernikach) czekała 134 lata na polską edycję. Właściwie bardziej czekali polscy Czytelnicy, smakosze toruńskich specjałów nie tylko tych gastronomicznych ale i – a może przede wszystkim – literackich. No i nastał rok 2019 i w odstępie miesiąca na lokalnych rynku wydawniczym pojawiło się nie jedno, lecz dwa polskojęzyczne wydania. O tym pierwszym już pisałem na blogu. I to dość krytycznie. Oczywiście nie o samej historii, a jedynie o książce jako produkcie, którego jakość pozostawia wiele do życzenia. 

Skoro było jedno wydanie, to wypada pokazać i drugie. Tak się składa, że ostatnio wpadło mi w ręce, zatem teraz mogę Wam doradzić, które lepiej mieć w swojej biblioteczce. Nie ukrywam, że Muzeum Okręgowe w Toruniu nie zawiesiło poprzeczki zbyt wysoko, ale – wierzcie lub nie – Biuro przewodnickie Piernikowa Chatka naprawdę mile mnie zaskoczyło. I to nie była tylko mała osłoda po gorzkich wspomnieniach wydania MOT. Już na pierwszy rzut oka książeczka Piernikowej Chatki zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim mamy tu znacznie cieplejsze i bardziej bajkowe ilustracje. Uważam, że Autorka rysunków - Małgorzata Górska-Piotrowska idealnie oddała klimat opowieści. Zresztą, zobaczcie sami. Na załączonych zdjęciach jest kilka przykładów. Jasne, wszystko jest kwestią gustu, dlatego mogę mówić/pisać tylko za siebie. Zatem piszę: te obrazki po prostu mnie urzekły. Dodatkowym smaczkiem są wstawki z oryginalnego (niemieckojęzycznego) drugiego wydania, które odebrałem jako ukłon w stronę pierwowzoru, zresztą nie jedyny – mamy tu także wprowadzenie Ludwiga Mahlau, redaktora Baśni o toruńskim pierniku z 1912 r. (książka dostępna w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej).
Jednym z największych zarzutów jakie miałem do wydania Muzeum Okręgowego, był brak przejrzystości. Pojedyncza interlinia, przypisy na końcu książki... W publikacji Piernikowej Chatki nie ma takich problemów. Tekst jest złamany zgodnie z przyjętymi standardami, przypisy (jest ich o wiele więcej niż w książce MOT, ale to dobrze, bo dzieciaki mogą nie ogarnąć niektórych pojęć) u dołu stron, dialogi prawidłowo zaakcentowane. Odniosłem też wrażenie, że i tłumaczenie jest lepsze. Tak, przeczytałem oba wydania. Tak, od pierwszej do ostatniej strony. Dlatego uważam, że przekład Joanny Stanclik ma w sobie więcej lekkości i odpowiedni rytm, co – zwłaszcza w książkach dla dzieci – ma duże znaczenie.

Wydanie, które dziś prezentuję, zostało dodatkowo wzbogacone o wstęp Katarzyny Kluczwajd, która krótko i rzeczowo opowiada zarówno o Elise Püttner, jak i o historii baśni. Jest też bonus. A jakże! Na końcu książeczki znajdziecie – inspirowaną Baśnią o toruńskim pierniku – piernikajkę czyli jedną z piernikowych bajek/przypowieści/opowieści, wspomnianej już Kasi Kluczwajd. Tekst pochodzi z książki Piernikajki czyli toruńskie piernikowe bajki (niekoniecznie dla najmłodszych).
Co do fabuły baśni... Szerzej pisałem o niej w prezentacji wydania Muzeum Okręgowego, ale pokrótce mogą streścić jeszcze raz. Otóż, pewnego dnia chłopiec imieniem Bogumił ucieka z domu swego ojca chrzestnego i wyrusza w długą wędrówkę, której celem jest spełnienie jego największego marzenia - młody pragnie zostać piekarzem, cukiernikiem, a tego zawodu może nauczyć się tylko w dalekiej Helwecji. Po drodze przeżywa masę niesamowitych przygód, spotyka wielu życzliwym ludzi, a dodatkowym plusem całej opowieści są toruńskie lokacje zarówno te, które przetrwały do naszych czasów, jak i te pozostające już jedynie w sferze historycznej. Opowieść jest prosta, ale bardzo ciekawa i obfitujące w pozytywne emocje. I choć baśń (jak to baśń) adresowana jest głównie do dzieci, to i stary piernik nie powinien nią wzgardzić.

Po przeczytaniu powyższego tekstu, nikt nie powinien mieć wątpliwości, które wydanie polecam. Ale jeśli to Was nie przekonało, sięgnę po ostateczny argument – ekonomiczny. Kupując baśń w Warsztacie Piernikarskim przy Franciszkańskiej 16, zaoszczędzicie dychę. Tę dychę można wydać na kawę, albo pierniki, albo co tam chcecie. Przecież każdy z Was znajdzie przynajmniej kilka sposobów na wydanie 10 zł. Tak więc dyszka w kieszeni, a w ręku książka która, w przeciwieństwie do konkurencyjnego wydania, jest dużo bardziej wartościowa i ładniejsza, a do tego zrobiona z pasją i ze smakiem, no i z piernikajkowym bonusem, oczywiście. No kurczę, czego chcieć więcej?
Ale zaraz, chwila... Tak bez żadnych minusów? Nie ma nic, do czego można się przyczepić? W sumie jest jedna taka rzecz, na którą – jako że sam jest autorem książki – zwróciłem uwagę. To brak nazwiska Autorki na pierwszej stronie. Ja wiem, rozumiem, Elise Püttner na tym już nie zależy, kobiecina nie żyje od 1923 roku i – że tak to ujmę – wymiksowała się ze spraw doczesnych, ale mimo wszystko Jej nazwisko powinno się znaleźć na okładce. Może pojawi się przy dodruku. Byłoby miło. A tymczasem zachęcam Was do wykupywania pierwszego nakładu. Tak serio i z serca – warto.

przekład: Joanna Stanclik
ISBN: 978-83-953766-0-3
wydawca: Biuro przewodnickie Piernikowa Chatka
ilość stron: 60
rok wydania: 2019
typ okładki: miękka

Dziękuję Pani Dorocie Swobodzińskiej
za udostępnienie egzemplarza książki.

wtorek, 8 października 2019

Schron przeciwatomowy

Na Skarpie » ul. Leona Raszei 1
✔️ WPIS NR 42/2019 (319)
Jest początek lat '80. Na wschodnich rubieżach Torunia wyrasta jedno z największych osiedli w mieście – Na Skarpie, mylnie nazywane Rubinkowem III. Dzielnica wieżowców i bloków z wielkiej płyty, jak każde inne duże blokowisko w socrealizmie, musiało być samowystarczalne. Powstały więc liczne punkty usługowe, pawilony handlowe, rynek, przychodnia, kościół oraz szkoły. Pierwszą podstawówką była „osiemnastka”, potem „dwadzieścia osiem”, a pod koniec dziesięciolecia, przy dzisiejszej ulicy Raszei zbudowano „trzydziestkę”. Budynek jest bardzo podobny do dwóch wyżej wymienionych i na pierwszy rzut oka niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ma jednak swoją tajemnicę, ukrytą kilka metrów pod ziemią. Panie i Panowie, oto jedyny znany mi w Toruniu schron przeciwatomowy. 

Końcówka lat '80, to schyłek zimnej wojny. Oczywiście ani władze ZSRR, ani tym bardziej państw Układu Warszawskiego jeszcze nie zdawały sobie sprawy z tego, że koniec tej nieformalnej wojny jest bliski, wszak wyścig zbrojeń jeszcze się nie skończył, a żelazna kurtyna, to nie byle szmata, którą od tak można zerwać. Strach przez USA i NATO, nadal był obecny, przede wszystkim wśród dowódców państw zależnych od Rosji, w tym i polskich. Z tego strachu zrodził się w umysłach wojskowych plan budowy wielkiego tajnego podziemnego kompleksu o powierzchni blisko 800 m2. Ukryty kilka metrów pod salą gimnastyczną toruńskiej Szkoły Podstawowej nr 30 (obecnie III LO), dla kilkuset torunian, miał stanowić schronienie w czasie nuklearnej zagłady.

Do schronu schodzi się przez szkolną piwnicę. Przez całe lata uczniowie, ale i nauczyciele nie mieli pojęcia co znajduje się pod ich stopami. Niepozorne metalowe drzwi kryją klatkę schodową. Schody są dość strome, betonowe i biegną kilka metrów pod poziom piwnicy. Już z góry widać potężne hermetyczne wrota prowadzące do śluzy, następnie jest druga, a dopiero potem wejście do kompleksu, na który składa się główny korytarz, od którego odchodzą trzy boczne. Po obu stronach korytarzy są wejścia do większych i mniejszych pomieszczeń, niektóre mają hermetyczne drzwi i kolejne małe śluzy/przedsionki. Pomieszczeń jest około trzydziestu. Biorąc pod uwagę wielkość obiektu, czyli te 800 m2, schronienie mogło tu znaleźć co najmniej pół tysiąca ludzi. 

O schronie przeciwatomowym wiedziałem od połowy 2015 r., czyli  od pierwszej wizyty w tym miejscu. Wówczas, podziemiami ponownie zaczęło interesować się wojsko (to zapewne z tego okresu pochodzi nowa instalacja elektryczna). Większość pomieszczeń była jednak zamknięta na głucho, poproszono też, aby nie publikować zdjęć oraz nie zdradzać nikomu lokalizacji. Obiekt wciąż miał być tajny, choć ta tajność była nieco iluzoryczna. Ale dobrze się stało, że wtedy – cztery lata temu – nie zrobiłem z tego wpisu. Pomijając zamknięte pomieszczenia, mój ówczesny sprzęt miał pewne – nazwijmy to – ograniczenia techniczne. Poza tym, nie chciałem wylądować w ciasnym pomieszczeniu ze smutnymi panami z SWW i tłumaczyć im, że nie pracuję dla Putina, który wówczas od jakiegoś roku przeżywał kryzys wieku średniego, co odbiło się na mieszkańcach Krymu, potem był Donbas i prężenie przed Europą – podrasowanych w photoshopie – muskułów. W każdym razie dobrze się stało, że ten temat nie poszedł na blogu wcześniej. I pewnie nie poszedłby wcale, gdyby nie Marcin Orłowski, który zaprosił mnie na ponowne zwiedzanie.

Co tu dużo pisać – schron, pomimo że to tylko gołe, żelbetowe ściany, robi spore wrażenie. Plotka głosi, że miał tu być podziemny szpital, ale ja w to nie wierzę. Układ pomieszczeń, szerokość korytarzy... No jakoś nie pasuje mi to na placówkę medyczną, nawet jeśli przyjmiemy, że miała to być wersja postapo. Niestety, z wyposażenia zostały tylko zbiorniki na wodę, wyprodukowane w 1989 roku przez Fabrykę Urządzeń Wodnych i Wiertniczych „Prodwodrol” w Sulechowie. 

Schron nie jest już własnością wojska. Z tego co się dowiedziałem, obecnie znajduje się pod opieką dyrekcji szkoły. Ale tylko chwilowo. Docelowo ma być tu przeniesione Archiwum Państwowe, być może chodzi o oddział w dawnym kinie „Flisak” na Podgórzu, ale póki co, to tylko domysły. Ale możemy spodziewać się, że wkrótce do historii tego miejsca zostanie dopisany kolejny rozdział.