wtorek, 15 marca 2016

Drewniane krzesła w cieniu nowomiejskich murów

#Stare Miasto. Starówka z samej definicji jest skazana na architektoniczny marazm. Dla jednym to przekleństwo, dla innych (mam nadzieję, że dla większości) dobrodziejstwo. Nikt, komu ta część miasta jest bliska, nie chce zmian, toteż z taką dezaprobatą podchodzimy do wszelkich nachalnych prób ingerencji (banery reklamowe zasłaniające elewacje, szpetne szyldy rodem z PRL-u czy plakaty przedwyborcze oblepiające miejskie latarnie) wymierzonych w czułą strukturę Starego Miasta – dzielnicy, która dla torunian jest święta. 

Na szczęście, zarówno na Starym jak i Nowym Mieście wolnej przestrzeni pozostało niewiele, do tego każdy centymetr kwadratowy podlega kontroli konserwatora zabytków. Jednocześnie wciąż pamiętam Macieja Obremskiego – byłego wojewódzkiego konserwatora zabytków, który w zamian za 50 tyś. zł łapówki, nie wpisał Rzeźni Miejskiej do rejestru zabytków i tym samym umożliwił jej wyburzenie. Wstrząsający widok z tramwaju, gdy robotnicy cegła po cegle rozbierali zabudowania od strony ul. Lubickiej wrył się w moją świadomość, podobnie jak głos ojca, który powtarzał „barbarzyńcy”. Jego emocjonalne podejście nie dziwi, wszak wychował się na Targowej. „Zasługi” Obremskiego na rzecz toruńskich zabytków, pozostawiły trwałą skazę na instytucji, którą reprezentował, toteż teraz baczniej przyglądamy się każdej konserwatorskiej decyzji. I tu z pewnością ważną rolę odgrywa toruński oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami czy zwykli miłośnicy Torunia. I dobrze, bo tylko uważne patrzenie na ręce urzędasów jest w stanie obronić miasto przed kolejnymi głupimi, czasem podsycanymi mamoną, decyzjami. Na szczęście, póki co, nikt nie wpadł na pomysł aby wyburzyć Ratusz czy Dwór Artusa, tudzież poszerzyć ulicę Ciasną, a te nieliczne wolne przestrzenie są wykorzystywane dość ostrożnie. Jednym z takich dobrych przykładów, o którym zresztą już pisałem, jest Piernikowe Miasteczko przy ul. Podmurnej – sympatyczne miejsce dla dzieciaków muszących się, po prostu, wyszaleć.
Wróćmy jednak do głównego punktu niniejszego tekstu. Pod koniec listopada 2015 roku, na mapie starówki pojawił się zupełnie nowy punkt. Pomiędzy zbiegiem ulic Wielkie Garbary i Piernikarskiej a Przedzamczem wyrosła interesująca konstrukcja z drewna. Różnej wielkości krzesła swym wyglądem i ceramicznymi zdobieniami od razu kojarzą się z gotykiem i pobliskimi ruinami Zamku Krzyżackiego. Na kostkę brukową ułożoną w plansze do gry w kółko i krzyżyk oraz młynek zwróciłem uwagę dopiero, gdy oglądałem własne zdjęcia. W średniowieczu były to bardzo popularne gry wśród plebejuszy. Gry przetrwały do dziś. Młynka nawet nie kojarzyłem – nigdy w to nie grałem, z kolei kółko i krzyżyk… hmm… trzeba było jakoś zabijać czas na nudnych lekcjach chemii, fizyki czy biologii.
styczeń 2015 r. - teren przed pojawieniem się instalacji
Jeszcze kilka miesięcy temu, ten niewielki, liczący zaledwie kilkadziesiąt metrów długości, teren ciągnący się wzdłuż murów, był mało chlubną częścią starówki. Dziko rosnące, zaniedbane krzaki, często walające się śmieci – słowem: mało reprezentatywne miejsce. Jednak ktoś postanowił to zmienić. Tym kimś była Alicja Bogacka – artystka, która lubi ubrudzić się w glinie i prowadzi swoją autorską Pracownię Ceramiki „CUD”. Jej pomysł idealnie wkomponowuje się w otoczenie, stając się integralną częścią większej i dużo starszej całości. Tu mogę jedynie zgodzić się z zarzutem, że krzesła są niepraktyczne i niewygodne (a czy, do cholery, Żelazny Tron w Czerwonej Twierdzy jest wygodny?!) – racja, takie są, ale myślę, że nie o wygodę tu chodziło. Wszak chyba nikt nie ma złudzeń, że w tym miejscu zaistnieje jakieś szczególnie aktywne życie towarzyskie. Krzesła należy więc postrzegać jako instalację artystyczną, a także kolejne unikatowe miejsce na zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia, z czego turyści (na razie posezonowi) chętnie korzystają.
Na oficjalnym facebookowym fanpage’u Torunia, krzesła zyskały niemal tyle samo zwolenników co przeciwników. Antagoniści najczęściej porównują nową instalację z cmentarzem. Hmmm… Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że w moim mieście jest aż tylu ludzi cierpiących na kojmetrofobię. Stronnicy z kolei z reguły chwalą za pomysł i wykonanie. I nie mogę się z nimi nie zgodzić. Krzesła stanowią bowiem niebanalne wypełnienie przestrzeni i odnoszą się bezpośrednio do historii miasta, czego nie można było powiedzieć o bandzie szkaradnych krasnali swego czasu zalegających pod pomostem na Bulwarze Filadelfijskim. Nikt też nie chciałby kupy betonowych kloców za 40 tyś. zł, które Wrocław zafundował mieszkańcom osiedla Ołbin. Toruńska instalacja była nieco droższa, bo kosztowała 51 tyś., ale w kwestii wizualno-estetycznej, nie ma porównania. Chociaż nie, przychodzi mi jedno – to tak jakby zestawić ze sobą dawno nie opróżnianego toi toi'a z pałacową łazienką wykończoną złotem. I co tu więcej pisać – po prostu polubiłem te krzesła i tyle.

L   O   K   A   L   I   Z   A   T   O   R
zobacz całą mapę "Po Toruniu" >>>

1 komentarz:

  1. Wygląda to niesamowicie i bardzo daje do myślenia. Ogólnie jestem zwolennikiem używania drewna w przestrzeni miejskiej jako bardziej naturalnego i przyjemniejszego w odbiorze od metalowych konstrukcji/pomników.

    OdpowiedzUsuń