niedziela, 8 stycznia 2017

Toruń w jednym kadrze, odc. 8: Ślady na śniegu

Mamy zimę! Brzmi doniośle, jakbym obwieszczał wydarzenie wręcz epokowe. Ostatnie dwa-trzy lata, to właściwie okres, który możemy określić mianem „bezzimia” (Word nawet podkreślił mi to słowo, ale nie ja je wymyśliłem; autorką tego określenia jest Matka Natura, która ostatnio wdała się w gorący romans z Globalnym Ociepleniem). Jednak pomimo przeszkód, w końcu doczekaliśmy się Torunia przyprószonego bielą. Nasze miasto przypomina teraz siwego sędziwego staruszka, który 28 grudnia skończył… zaraz, zaraz… 783 lata! Tyle właśnie minęło, od kiedy wielki mistrz krzyżacki Herman Balk, przyznał Toruniowi prawa miejskie. Ciekawe, jaką mieli wtedy temperaturę? Czy von Balkowi kostniały paluchy, gdy podpisywał dokument lokacyjny? Nasze miasto rodziło się jako krzyżackie city – to część naszej historii i czy nam się to podoba czy nie, musimy to przyjąć i zaakceptować.

Choć zacząłem od historii, nie o niej chcę dziś pisać. Słońce i śnieg zachęcają do spacerów równie mocno, co kolory jesieni, zatem wdziewamy cieplejsze buty, na uszy naciągamy czapunię, a szyję szczelnie obwiązujemy szalikiem i w drogę… na lodowate łono przyrody. W dniu spaceru obchodziliśmy akurat Święto Trzech Króli, które rok temu zostało rozszerzone przez pewnego mało rozgarniętego Ryśka z Sejmu do Sześciu Króli, a z kolei w tym roku inny as intelektu z ul. Wiejskiej, zabłysnął, uzupełniając poczet mędrców przybyłych ponad dwa tysiące lat temu do Betlejem, o czwartego – Belzebuba. Nie wiadomo jednak, co ten czwarty przyniósł w darze nowonarodzonemu. Być może Myrchę, choć żadne źródła tego nie potwierdzają. Tak czy inaczej, idąc tym tokiem myślenia, obecność Belzebuba należy odczytywać, jako dyplomatyczny policzek wymierzony w Jezusa, wszak Belzi o wątpliwym uroku, nie był żadnych królem, a jedynie odźwiernym księcia ciemności – cieciem zwykłym. :) 

Tutaj, na Winnicy, na szczęście nie ma żadnych królów, książąt, ani ich sługusów, nie ma też gamoni przyodzianych w garniaki za kilka tysi. Jedyną monarchinią jest tu Wisła – niekwestionowana królowa polskich rzek, którą teraz ozdabiają lodowe wyspy poruszane przez nurt. Każdy powiew mroźnego wiatru niesie ze sobą nie tylko czyste powietrze, ale i wolność, niczym w Królestwie Kabuto. Za każdym razem, gdy spoglądam na naszą rzekę odzianą w zimową szatę, przypomina mi się grudzień 1993 r. Miałem wtedy 6 lat i tata zabrał mnie na sanki, na drugi brzeg zamarzniętej Wisły. Dla dzieciaka, który już coś nie coś rozumie, było to wielkie przeżycie. Na tyle wielkie, że na lata zapadło w pamięć. Wyruszyliśmy właśnie z Winnicy i wylądowaliśmy w zaroślach, gdzieś na wysokości Rudaka. Brak przejścia sprawił, że od razu wróciliśmy, ale najważniejsza była sama przejażdżka sankami po Wiśle. Takie zimy pewnie nieprędko wrócą. 

Będąc z dala od miejskiego zgiełku, tylko od czasu do czasu widać przebłyski cywilizacji: most gen. Zawackiej, estakadę Sudaka czy fabrykę Nestle, gdzie z kominów, nawet w święto, bucha szary dym. Leśne trakty wyglądają, jakby niedawno rozsypano na nich roczny zapas mąki z  cukierni Pokojskiego, a zmarznięte i łyse drzewa, czekają cierpliwie na wiosenne odrodzenie. Idąc dobrze znaną trasą, którą przemierzałem setki razy, wsłuchuję się w przyjemne skrzypienie śniegu pod butami, z każdym krokiem lekka mgiełka białego pyłu unosi się i – ściągnięta przez grawitację – szybko opada z powrotem na ziemię. Niewidzialne igły wpijają się boleśnie w policzki, niczym wypluwane z dmuchawki Indianina Achuar. Jednak to nie przybysz znad rzeki Pastaza, trzaska po pysku, a lodowaty północy wiatr, zmuszając takich wędrowców jak ja, aby szukali schronienia między drzewami.

Kilkukilometrowy spacer sprawia, że po powrocie do domu, na nowo odkryłem smak herbaty z cytryną, a kilka godzin później, dotleniony umysł szybko wchłonął kolejnych sto stron powieści Tess Gerritsen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz