niedziela, 18 czerwca 2017

23. Toruński Festiwal Książki

Stare Miasto.
Toruński Festiwal Książki, to od lat wielka uczta dla torunian-książkożerców. Wczoraj skończyła się 23 edycja intelektualnej wyżerki, która w tym roku trwała aż 11 dni! A skoro to już koniec, to można pokusić się o małe podsumowanko?

Intelektualna wyżerka nie zawsze była tak bogata i syta, jak w tym roku. Jeszcze kilka lat temu mogliśmy mówić jedynie o skromnej biesiadzie, trwającej niespełna tydzień. Nazwiska zaproszonych gości również nie wywoływały gęsiej skórki, chyba, że z zimna. No, właśnie, bo w tym roku, i czas Festiwalu jest nietypowy. Jak to było wcześniej? Październik, listopad, grudzień – szaroburo i ponuro, a do tego zimno i sennie, bo i aura jesienna, dupiata taka, że niejeden otworzył sobie żyły na świat. W tym roku niespodzianka! Czerwiec! Mam nadzieję, że w kolejnych latach Festiwal Książki na stałe wpisze się w wiosenną miejską ramówkę, bo niebo wprawdzie, jak szachownica: raz jasne, raz ciemne, ale za to o wiele cieplej, no i na imprezy można było rowerem podjechać. Więc podjeżdżałem. Na wszystkie, na których chciałem być. Zacząłem już drugiego dnia Festiwalu, kiedy to w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego pojawił się Mirosław Wlekły – autor biografii „Tu Byłem. Tony Halik”. Dzień wcześniej skończyłem czytać tę książkę, którą wchłonąłem, niczym powieść przygodową. Wlekły pisze przyjemnym dla oczu, lekkim stylem, a do tego w sposób przejrzysty „bawi się” chronologią. Biografia, więcej niż udana, a i spotkanie ciekawe. To było w czwartek, 8 czerwca, potem miałem kilka dni wolnego od festiwalowych emocji, ale pojawiły się inne, związane z wycieczką do Bobrownik i rejsem do Torunia.
Mirosław Wlekły w Ratuszu Staromiejskim
Tematem przewodnim tegorocznego Toruńskiego Festiwalu Książki, była historia. Historia w takim mieście, jak Toruń, jest dosłownie wszędzie: w bramach kamienic, pod pomnikami, na kocich łbach... W Toruniu historii jest tyle, że można się o nią potknąć. Jako miłośnik swojej małej ojczyzny, nie mogło mnie zabraknąć na wtorkowym panelu dyskusyjnym w czytelni Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie Katarzyna Kluczwajd – autorka m.in. „Torunia między wojnami”, Mieczysław Wilczewski („Mój Toruń”) i Tomasz Stochmal, z pasją opowiadali o historii naszego miasta, jego dawnych mieszkańcach i architekturze. Dzień później również uczestniczyłem w spotkaniu o tematyce toruńskiej, a to dzięki Ryszardowi Kowalskiemu i Małgorzacie Iwanowskiej-Ludwińskiej – autorom książki „Cztery pory życia na Chełmionce”. Książki, którą serdecznie polecam.
Katarzyna Kluczwajd, Szymon Spandowski, Mieczysław Wilczewski i Tomasz Stochmal
Ryszard Kowalski i Małgorzata Iwanowska-Ludwińska
pamiątki zebrane przez Pana Ryszarda i piękne szkice Pani Małgorzaty
W czwartek wreszcie wszedłem do ukochanego Dworu Artusa. Nawet wnętrza Ratusza Staromiejskiego, nie mówiąc już o nijakości CSW i salki w Domu Muz, nie wzbudzają takiego zachwytu jak Artusowa Sala Wielka i poprzedzająca ją Sala Lustrzana. Również autorzy będą wpadać w zachwyt na widok detali zdobiących Wielką: najpierw Jakub Żulczyk, a dzień później Wojciech Kuczok, który przez kilka minut błądził wzrokiem dookoła, by w końcu stwierdzić: „Co za sala!”. Te reakcje w ogóle mnie nie dziwią – są jak najbardziej uzasadnione, bo i Dwór Artusa, jak mało który gmach, potrafi oszałamiać widzów, tym bardziej, jeśli ci, są tu po raz pierwszy. No, więc 15 czerwca byłem na spotkaniu z Żulczykiem, który ma na swoim koncie kilka świetnych powieści i wszystko na to wskazuje, że do tej świetności dołączyła kolejna – „Wzgórze psów”. Autor pisze też scenariusze, m.in. do „Belfra”, którego pierwszy sezon był kręcono po sąsiedzku, bo w Chełmży i Chełmnie, a ekranizacja jego powieści „Ślepnąc od świateł” już jest na finiszu produkcji. Kto czytał, którąś z książek Kuby, ten wie, że to twórca wysokich lotów, którego nie dotyczą gatunkowe ograniczenia. Lubię jego powieści, za ich mroczność, brutalność, za styl, jakim są napisane, za język, za przetrąconych przez życie bohaterów. Tego samego dnia, w tym samym miejscu, odbyło się jeszcze jedno spotkanie z Autorami wielkiego kalibru, Autorami, których nazwiska zna każdy miłośnik kryminałów. Ryszard Ćwirlej i Marcin Wroński stoczyli pojedynek dżentelmenów. Każdy z nich cytował najsmaczniejsze kawałki z powieści tego drugiego. Bardzo szybko zapanowała luźna atmosfera, a publiczność wielokrotnie wybuchała śmiechem. To było zdecydowanie najlepsze ze spotkań tegorocznego Festiwalu. Na sam koniec panowie wymienili się wierszami, napisanymi ku chwale „przeciwnika”. Pojedynek zakończył się bezkrwawym remisem, a i na rozdawanie autografów starczyło sił.
Jakub Żulczyk
Ryszard Ćwirlej i Marcin Wroński
Piątek był dla mnie zamknięciem Festiwalu Książki. Po raz ostatni ruszyłem „na miasto” i po raz kolejny do Dworu Artusa. Tym razem na spotkanie autorskie z Wojciechem Kuczokiem, o którym ostatnio zrobiło się głośno za sprawą powieści „Czarna” – dramatu psychologicznego opartego na prawdziwej historii zbrodni w Czarnej Białostockiej z 2001 roku.
Wojciech Kuczok
Od środy imprezą towarzyszącą był Jarmark Książki. Księgarze i wydawcy wystawiali się na parterze Dworu, ale zapowiadane wielkie rabaty, w rzeczywistości nie były wcale tak wielkie – zazwyczaj około 20%, a tyle to daje nawet Empik, nie mówiąc już o ofercie Świata Książki, czy dyskontu Bonito/Aros, u których 30/35%, to standard. Ale nie było aż tak źle, żeby czegoś dla siebie nie wybrać. Dobre ceny miały książki z wydawnictwa Od Deski Do Deski (około -40% od ceny okładkowej), tak więc uzupełniłem serię Na F/Aktach o „Bestię” i „Smutek cinkciarza”.
Już na sam koniec chciałbym wspomnieć o fantastycznym folderze, poświęconym 23. Toruńskiemu Festiwalowi Książki – to też nowość, bo we wcześniejszych latach były tylko ulotki z programem. W tym roku też były, ale oprócz tego, Dwór Artusa zaszalał i wydał piękny biuletyn z opisem każdego wydarzenia. Widziałem, że niektórym posłużył do zdobywania autografów, ja jednak wolę mieć podpis Autora na książce, a folder i ulotkę złożyć w swoim archiwum.

To było udanych 11 dni. Frekwencja – patrząc po tych spotkaniach, na których byłem – więcej, niż zadowalająca. Szczerze, ostatnio nie widziałem nigdzie tego upadłego czytelnictwa – nie jest martwe, nie leży, nie czołga się, nie pełznie, nie wyje z bólu, ani nie błaga o ratunek. W sumie ma się całkiem nieźle… A te statystyki? Jak każde inne: o kant dupy potłuc i jedyne, co może martwić, to tylko ta jednolita cena książki, która roi się w ograniczonych umysłach dziadów z Polskiej Izby Książki. Organizacji, którą, notabene, trzeba byłoby zlikwidować, jako twór – o ironio – szkodliwy książkom, ich twórcom i czytelnikom.

I tym książkowym manifestem kończę, licząc jednocześnie, że TFK na stałe przeskoczy z później jesieni, na późną wiosnę.
folder i ulotka 23. TFK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz