sobota, 18 lutego 2017

Ekshumacje na Glinkach

Z cyklu... WYDARZENIA
Glinki.
Od września 2016 roku na toruńskich Glinkach, w miejscu, gdzie miało powstać osiedle TTBS, trwają ekshumacje szczątków więźniów obozu jenieckiego z drugiej połowy lat ’40 XX wieku. Z ziemi wydobyto już 1800 szkieletów, ale prace wciąż trwają i nie prędko się zakończą.

Do pętli numer 44 przy ulicy Poznańskiej dojeżdżam tylko ja, no i kierowca autobusu miejskiego. Kiedyś pętla miała większą popularność, ale to było zanim spalił się Droset. Dziś stoi tu trzypiętrowy blok będący niegdyś hotelem pracowniczym, a dziś nazwany na wikimapii „Dżelalabadem” (nie wnikam skąd się wzięła ta nazwa, ale skoro przez pół godziny nikt nie odciął mi głowy, to znaczy, że nie jest tak źle), nieco dalej widać pustą halę na sprzedaż i bazę ArrivyBus. Gdy odwrócimy się o 180º dostrzeżemy niewielki domeczek o fikuśnym, nieco orientalnym dachu i majaczącą w jego tle surową sylwetkę nowopowstałego bloku Toruńskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Poza tym dużo wolnej przestrzeni i ściana lasu zasłaniająca widok torów kolejowych, ale bynajmniej nie zagłuszająca stukoto-furgotów składów towarowych, które przejeżdżają tędy nader często. Jasne – jeden blok miasta nie czyni, ani nawet dzielnicy, czy osiedla. W przyszłości mogło to być nawet atrakcyjne miejsce dla mało wymagających ludzi o bardzo ograniczonej zdolności kredytowej. Mogło, gdyby nie jedno, ale za to wielkie „ALE” – miasto postanowiło budować osiedle na cmentarzu.

Cofnijmy się w czasie o 72 lata. Jest zima 1945 roku. Wojna się skończyła i Niemcy dostali po grzbiecie. Ci, którzy nie zdołali w porę czmychnąć, trafiają w czerwone od mrozu sowieckie łapy. W lutym ’45 Stalag XXC na Glinkach wznawia swoją działalność, jednak teraz to Niemcy są jeńcami, a Rosjanie siedzą w wartowniach. Czerwonoarmiści przejmują całą obozową infrastrukturę; po Niemcach zostały baraki, wieże strażnicze i drut kolczasty okalający obóz. Sytuacja jest również ciężka, jak „za Niemca”: głód, mróz i fatalne warunki sanitarne, a raczej ich brak, sprawiają, że choroby i wycieńczenie zbierają śmiertelne żniwo. Do tego dochodzi „humanitaryzm” Rosjan, objawiający się biciem i szykanami. Niemieckie szacunki mówią o 9 tysiącach ofiar pochowanych na Glinkach, ale liczba ta może być większa, ponieważ w grobach są też Polacy.

Rosjanie, po „wyzwoleniu” miasta, urządzali swoje łapanki na ulicach Torunia. Aresztowanym można było być chociażby za niemiecki stempel zwalniający, z któregoś z nazistowskich obozów, rozlokowanych w czasie wojny na terenie miasta, np. z Fortu VII. Rosjanie zgarniali wszystkich, jak leci, czego smutnym przykładem jest cała załoga Narodowego Banku Polskiego z pl. Rapackiego – wszyscy pracownicy, łącznie z dyrektorem placówki wylądowali na Glinkach. Nie znamy dokładnej liczby aresztowanych Polaków, szacunkowo przyjmuje się, że z Glinek na Wschód wyjechało kilkuset rodaków. Ilu zmarło lub zostało zamordowanych w obozie? Miejmy nadzieję, że odpowiedź na to pytanie przyniosą ekshumacje, które trwają od września 2016 r.

Abstrahując od wyników badań archeologów i antropologów, mamy jeszcze zeznania naocznych świadków, którzy przeżyli obóz na Glinkach. Z ich relacji jednoznacznie wynika, że ginęli tam również Polacy. Kazimierz Wilmanowicz – jeden z więźniów – wspomina m.in. o chłopaku, który musiał pochować ojca, po tym, jak ten został zastrzelony przez Rosjanina. Wilmanowicz i jego towarzysze niedoli spędzili w obozie około dwóch tygodni, po czym z Dworca Wschodniego zostali wywiezieni na Wschód.

Obecność rodaków potwierdzają też ekshumacje z połowy lat ’90. Wtedy znaleziono ponad 920 ludzkich szczątków, w tym również Polaków – przy szkieletach znaleziono między innymi klamrę od paska z polskim orzełkiem oraz łyżka podpisana imieniem Basia. Niestety, ówczesne prace nie zostały przeprowadzone z należytą dokładnością, pomimo, iż ze strony niemieckiej napływały informacje o możliwych lokalizacjach kolejnych zbiorowych mogił. 

Przez następnych dwadzieścia lat sprawa masowych grobów była pomijana, część tej dzielnicy Torunia zamieniła się w obszar przemysłowy, zrodziły się też ambitne plany zasiedlenia zachodnich rubieży miasta. Wolnej ziemi na Glinkach nie brakuje i naprawdę nie było potrzeby budować właśnie w tym miejscu. Magistrat tłumaczy, że nie wiedział o masowych grobach, a ja zastanawiam się, czy toruńscy urzędnicy są głusi, czy zwyczajnie głupi. Pasjonaci historii, jeszcze przed rozpoczęciem budowy mówili, że właśnie w tym miejscu mogą być pogrzebani ludzie. Być może powinni krzyczeć, to może wtedy byliby wysłuchani. Być może – chociaż w to wątpię. Tak czy inaczej, w sierpniu 2016 r. budowlańcy natrafiają na pierwsze ludzkie kości. Na miejscu zjawia się prokurator, ekipa IPN i toruńscy archeolodzy. Znajdują 300 szkieletów, a badania potwierdzają, że większość, to żołnierze Wehrmachtu. Właśnie w tym momencie, na tej upiornej scenie martyrologii pojawia się Fundacja „Pamięć”, która kontynuuje prace do dziś. 

Miasto zakłada, że Fundacja zakończy wykopaliska w marcu tego roku, jednak te potrwają dopóty, dopóki będą znajdywane kolejne kości. Jak na razie wydobyto z ziemi około 2 tyś. ludzkich szczątków, ale na tym nie koniec. Z zachowanych dokumentów jednoznacznie wynika, że zbiorowych mogił na Glinkach jest więcej.

Stojąc między dwoma wykopami, widzę czaszki wyłaniające się z piasku, widzę też inne kości, niektóre nawet rozpoznaję: lędźwie, piszczele, obojczyki… Groby nie są głębokie, a ciała były układane jedno na drugim, na przemian, zazwyczaj twarzami w dół. Pracownicy Fundacji dokładnie oczyszczają pędzlami każdą kość, jest to praca żmudna, w której pośpiech nie jest wskazany, zresztą czas nie gra tu roli, jest nieistotny i dostrzegalny tylko przez pryzmat wschodów i zachodów słońca. Na moich oczach zostaje znaleziona skarpetka, resztki czapki i kolejny nieśmiertelnik. Są też inne, wcześniejsze znaleziska: guziki, grzebień, pordzewiałe manierki i kubki, a także niezbędniki z widelcami bez zębów. Średni wiek ofiar obozu, to 23-25 lat. Młodzi ludzie. Młodsi ode mnie. Mieli całe życie przed sobą i marzenia, chociaż tym największym było pewnie przeżyć i wrócić do rodziny. To marzenie prysło razem z innymi, gdy wydali ostatnie tchnienie.

Byliśmy tam niewielką, kameralną grupką „ludzi z zewnątrz” i chyba wszyscy czuli, że dokonuje się tu czegoś ważnego. Nie mam na myśli odkrywania mało znanych kart historii Torunia – a przynajmniej nie tylko to – chodzi mi bardziej o aspekt duchowy. Na naszych oczach bowiem, zmarli, po przeszło siedmiu dekadach, wreszcie zaznają spokoju i spoczną w poświęconej ziemi – po zbadaniu, szczątki Niemców zostaną przewiezione na cmentarz wojenny w Bartoszach pod Ełkiem. 

Nie wiem, jak urzędnicy z Magistratu, ale ja zostałem wychowany w szacunku zarówno do śmierci, jak i do ludzkich szczątków. I nieważne czy jesteś Polakiem, Niemcem czy Rosjaninem, bo gdy serce przestaje bić, a do mózgu nie dochodzą już impulsy elektryczne, jakoś nie ma to większego znaczenia. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, dlatego tak ważne jest, aby nie tylko godnie pochować ofiary tej okrutnej wojny, ale i należycie je upamiętnić. Blok mieszkalny, jakby na niego nie patrzeć, nie jest pomnikiem jakiego byśmy sobie życzyli. Już wiemy, że bloków na miejscu mogił nie będzie – będą obok, a masowe groby upamiętni… trawka, może jakaś tablica, byle by tylko tekstu znowu nie pisał pupilek toruńskich władz dr Michał T. (kto mu dał tego „doktora”?!), bo wyjdzie z tego kolejny stylistyczny potworek z elementami historii alternatywnej.

Zastanawiam się, co mogłoby powstać w miejscu obozu. Będę bardziej oryginalny od toruńskich urzędników (co nie jest takie trudne) i zaproponuję rozwiązanie żagańskie. Tam już w latach ’70, na terenie Stalagu Luft III, powstało Muzeum Obozów Jenieckich. Glinki byłyby doskonałym miejscem dla Muzeum Historyczno-Wojskowego, które od lat gromadzi m.in. eksponaty związane z obozami z terenu Torunia. Wystarczyłoby zrekonstruować kilka baraków, wieże strażnicze, postawić skromny pomnik… Niestety, wszystkie dotychczasowe propozycje społeczników, rozbijały się o ścianę złej woli, a to ściana wyjątkowo gruba i trwała. I choć próbuję znaleźć na koniec jakąś pozytywną puentę, jakąś grudkę nadziei, wciąż wracam do punktu wyjścia, które opiera się na oczekiwaniu, że chociaż tym razem urzędnicy staną na wysokości zadania i niczego nie spieprzą. I choć pesymiści mówią, że „nadzieja jest matką głupich”, to jednak warto wysłuchać też drugiej strony, która powtarza, że „nadzieja umiera ostatnia”. Może i tak, ale gdy tak patrzę na nią, widzę, że już dogorywa.

1 komentarz:

  1. Nie jestem aż tak blisko tego tematu, więc nie wiem jak ma się dokładnie sprawa. Jeśli tego nie uczyniono, to może warto byłoby założyć np. jakieś stowarzyszenie ochrony tego miejsca? Można by wejść na drogę formalno-prawną, wobec której magistrat nie mógłby pozostać obojętnym.

    OdpowiedzUsuń