⇧ AUTOPROMOCJA ⇧

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zdobycie Zamku Dybów – II diorama historyczna

Piaski.
Spektakularne walki na miecze, turnieje rycerskie, pokazy zręczności konnych jeźdźców oraz ostrzał z dział czarnoprochowych – to wszystko, w ciągu jednego dnia, mogli zobaczyć na przedpolu Zamku Dybowskiego, toruńscy i nieszawscy mieszczanie. W minioną sobotę Zakon Krzyżacki przeprowadził bezpardonowe ataki na polską twierdzę Władysława Jagiełły. Cel był jeden: zdobyć polską warownię. Bracia zakonni nie przebierali w środkach, używając przemocy, forteli i wszelkich odłamów terroru i niegodziwości. A wszystko to w piękny słoneczny letni dzień, roku Pańskiego 1431.

Już kilka dni wcześniej znaki na niebie zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Za wielką wodą, w sojuszniczej krainie Królestwa Polskiego doszło do całkowitego zaćmienia słońca. Król Trampos – posiadający swe letnie apartamenty nieopodal polskiej warowni w Nieszawie – przekazał tę wiadomość królowi Jagielle, jednak ten zbagatelizował przesłanie niebios. 

W sobotę, punktualnie o 11, zbrojne oddziały Zakonu Krzyżackiego zgrupowane przed swym ponurym zamczyskiem, przygotowywały się do wyprawy. Mieszczanie toruńscy na poranną zaprawę patrzyli z nadzieją, bowiem to właśnie w staroście dybowskim Aleksandrze, upatrywali wroga i sprawcę ich finansowej klęski. Na ten pogląd niemały wpływ miała krzyżacka propaganda, która w swym przekazie całkowicie pomijała nieprzyzwoicie wysokie podatki, jakimi zakonnicy obłożyli toruńskich mieszczan. Wobec rosnącego niezadowolenia mieszkańców prawobrzeżnego grodu, Krzyżacy postanowili podbić konkurencję. 

O 11:13 wyruszyli sprzed zamku z „Tamtaradej” na ustach i po uroczystym przemarszu przez miasto, mającym podkreślić siłę oręża Czarnego Krzyża, rycerze zakonni wsiedli na drewniane łodzie i przeprawili się na drugi brzeg Wisły. Razem z nimi, przepłynąłem i ja. Jako kronikarz wydarzeń, musiałem być blisko, zachowując jednocześnie całkowitą bezstronność. Mimo to, braciszkowie spoglądali na mnie podejrzliwie, nie wiedząc do końca, czy jam jest ich przyjaciel, czy może wróg? Po dotarciu do brzegów Nieszawy, ukryci w zaroślach, czekali na dogodny moment ataku. Ciszę przed burzą, czy raczej bitwą, wykorzystałem, zaglądając na drugą stronę frontu, który wówczas jeszcze nie istniał. Niczego nieświadomi Polacy, w ten piękny letni dzień, oddawali się typowym mieszczańskim rozrywkom, a rycerze trenowali sennie, jeszcze nieco niedysponowani, po nocnych wojażach z pięknymi mieszczkami i niemniej kuszącym winem pochodzącym z pobliskich winnic. Poddani polskiego władcy w ogóle nie byli świadomi czyhającego w krzakach zagrożenia. Aż do czasu…

Przypadkowy patrol dybowskich zbrojnych zauważył jakieś poruszenie w zaroślach. Nie zastanawiając się, wszczęto alarm. Reakcja polskich rycerzy była natychmiastowa. W jednej sekundzie zniknął kac i rozpłynęły się wspomnienia miękkiego dotyku nieszawskich dam. Liczyła się tylko obrona królestwa. Polscy zbrojni starli się z wrogiem na przedpolu Zamku Dybowskiego, szybko odpierając atak. Byli ranni i zabici, spłonęły domostwa, ale bitwa została rozstrzygnięta – Krzyżacy uciekli w popłochu, zostawiając na przedpolu jedynie działa i ich obsługę, która co jakiś czas ostrzeliwała niegroźnie południowe mury polskiego zamku.

Starosta Aleksander dobrze wiedział, że to nie koniec, że skryty w krzakach wróg się przegrupowuje. Zarządził więc wzmożoną czujność rycerzy, a na przedpolu zorganizował pokaz zręczności swych konnych. Tymczasem nikczemni braciszkowie porwali ojca starosty, żądając za jego uwolnienie okupu. Moc nieszawskiej waluty przemówiła do chciwego umysłu komtura i ten oddał zakładnika. Jak się okazało, zamieszanie to było jedynie zasłoną dymną, bowiem na dziedziniec zamku przedostał się krzyżacki szpieg. Czujne straże jednak natychmiast go pojmały. Więźnia zakuto w dyby. Starosta Aleksander chciał go nawet skrócić o głowę, ale doszedł do wniosku, że większa korzyść z Krzyżaka będzie, gdy jego kamraci go wykupią, no i przede wszystkim dziedziniec nie zapaskudzi się krwią, w której nie wiadomo ile bakterii się kryło. Niestety, negocjacje zakończyły się fiaskiem, więźnia wtrącono do lochów. 

Wkrótce po tym, zakon przeprowadził pierwszy szturm. Zwerbowani mieszczanie toruńscy próbowali sforsować Bramę Wiślaną, ale mieszczanie nieszawscy odparli atak. W tym samym czasie rycerze krzyżaccy i toruńscy uderzyli na lewą południową furtę zamku, jednak i tu ponieśli klęskę. Nie zrażeni kolejną przegraną, znów ukryli się w krzakach i po godzinie podjęli następną próbę. Drugi szturm okazał się dla Krzyżaków i ich sojuszników kolejną porażką. Biedni nieudacznicy wiedzieli, że przegrana wojna oznacza ich koniec w Toruniu. Ostatnią deską ratunku był turniej rycerski, w którym zwycięzca miał zgarnąć wszystko. Najlepsi rycerze Królestwa Polskiego i Zakonu Krzyżackiego, na swych pięknych koniach, stanęli do walki na kopie. Starosta Aleksander był pewien umiejętności swojego wiernego człowieka i – jak się szybko okazało – nie pomylił się. Kolejna bitwa wygrana przez Polaków miała ostatecznie rozstrzygnąć wynik wojny. Polski orzeł triumfował, a po tym, jak poprzetrącani braciszkowie uciekli w popłochu, mieszczanie nieszawscy rozpoczęli biesiadowanie. Nikt się nie spodziewał, że podstępni Krzyżacy posuną się do najgorszej niegodziwości – przekupstwa. Znaleźli kilku chciwych Polaków, którzy zlikwidowali straże i otworzyli furtę. Gdy wróg wdarł się na zamek, było już za późno. Beztroska biesiada – niczym Krwawe Gody w Bliźniakach – zakończyły się rzezią rycerzy Jagiełły i mieszczan, dla których warownia miała być bezpiecznych schronieniem. Gdy starostę Aleksandra brano do niewoli, oddano triumfalne salwy z dział. Zakutego w kajdany wystawiono na widok publiczny, a z zamkowych murów zdarto biało-czerwone proporce. Aleksander nie stracił jednak dobrego samopoczucia, wiedząc, że król Władysław Jagiełło wkrótce przyjdzie z odsieczą, a wtedy Krzyżacy nie przez Wisłę będą się przeprawiać, lecz przez Flegeton, a wrzaskom ich, skąpanych we wrzącej krwi, dusz nie będzie końca.

Dla kronik „Po Toruniu”, z samego centrum wydarzeń, cały w bitewnym kurzu, prochu i w posoce pomordowanych, pisał dla Was dziejopis Michał ze Wschodnich Krain Prawobrzeża.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz